Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 22 stycznia 2017

"Rozmawiaj z rodzicami, z osobami starszymi, ale zwłaszcza rozmawiaj z dziadkami. Jasne?"*

Pamiętam jak dziś ten wieczór, kiedy po całym dniu zwiedzania najpierw Kalisza, a następnie Lichenia udaliśmy się w tym drugim na spoczynek. Tak się złożyło, że przyszło mi dzielić pokój z pewną sympatyczną staruszką. Nawet za bardzo nie wiem, czy rozumiała to co mówię. Nieważne, ważne jest to, że ja rozumiałam, co ona mówi. A mówiła bardzo ciekawe historię z jej życia. Jedna szczególnie mnie wzruszyła, a za razem utkwiła w mojej pamięci. Zdarzyła się w czasie II wojny światowej, kiedy rodzice kilkunastoletniej Wirki(tak wołano na tą kobietę), już nie żyli ona sama zaś ukrywała się po wsiach u tak zwanych "dobrych ludzi". Czasami zostawała u nich na jedną noc, czasami na cały miesiąc. Pewnego razu udało jej się zatrzymać u pewnej rodziny na dłużej. Była to jedna z zubożałych dawnych rodzin szlacheckich, która jednak mieszkała jeszcze w swoim dworze. Młoda Wirka tak się zżyła z właścicielami, że mówiła do nich "mamo", "tato". Zresztą tak wydawało się być bezpiecznie. Pewnej nocy, kiedy wszyscy już spali, do środka wkroczyli oficerowie armii rosyjskiej. Szukali ukrywających się jeńców, a może czegoś jeszcze - staruszka po tylu latach już tego nie pamiętała. Pamiętała jednak jak właściciel posiadłość, zanim żołnierze wkroczyli do izb, kazał wszystkim się schronić w piwnicy na tyle dworu, jedynym murowanym pomieszczeniu. Był to ostatni raz, kiedy widzieli go żywego. Potem, siedząc już w ciasnej piwnicy, słyszeli już tylko serię strzałów. Kilka chwil po tym zdarzeniu oprawcy podpalili posiadłość. Nikt, kto tego nie przeżył nie jest sobie w stanie wyobrazić, co czuje osoba, znajdująca się w samym środku ogniowego piekła. Zewsząd dochodził gryzący dym i niesamowity smród, było duszno i nie dało się oddychać. W tak koszmarnych warunkach spędzili dwa dni. Ich strach był tak silny, że nikt, nawet małe dzieci, nie odważyły się pisnąć ani słowa. Na trzeci dzień wyszli z ukrycia. Okazało się, że stracili wszystko wraz ze zwierzętami, ale ocaleli to co najcenniejsze - własne życie.
Albo taki pan Henio. Pan Henio podczas drugiej wojny światowej walczył w Legionach. Zawsze w święta państwowe, czy też kościelne, zjawiał się na Mszy świętej w galowym mundurze. A potem, w drodze powrotnej do domu, opowiadał nam o tym jak jego oddział "skopał Ruskom tyłek". Ciekawe były te jego opowieści, dużo bardziej pasjonujące niż to, o czym uczyliśmy się na lekcjach historii.
W moim rodzinnym bloku mieszkała też pewna pani Halinka. Pani Halinka nosiła grube okulary oraz spódnice w kratę. Wychowała szóstkę dzieci. Przyjechała z Syberii, gdzie zesłano jej rodzinę w XIX wieku, tuż po zakończeniu wojny. Do Polski przybyła dosłownie z jedną torbą, w której spakowany był cały jej dobytek. Tutaj zamieszkała, ukończyła studia pedagogiczne, z czasem założyła rodzinę, potem przeprowadzili się z mężem do Zagłębia Dąbrowskiego. Kiedy mama wychodziła załatwić coś na mieście, zostawiała mnie właśnie u niej. Zawsze zadziwiała mnie opowieściami o trudach życia na dalekiej Syberii, a za razem o pięknie tamtejszego krajobrazu. Do dzisiaj pamiętam, chociaż minęło już ponad dwadzieścia lat od chwili, kiedy ją usłyszałam, historię o dziadku pani Halinki, który pracował w jednej z tamtejszych kopalni. W pewnym momencie wzrok mu się pogorszył tak, że orientował się już praktycznie tylko za pomocą słuchu w dodatku cierpiał na coś w rodzaju pylicy. Przeczuwał zbliżający się koniec. Miał jednak jedno marzenie - wyspowiadać się przed śmiercią. Niestety, w okolicy nie było katolickiej świątyni. Ba, tam gdzie oni mieszkali nie było nawet Polaków. Pewnego razu, pracując w kopalni, usłyszał polską mowę, która w dodatku wypowiadała słowa modlitwy. Poszedł za jego dźwiękiem. W końcu w słabym świetle dostrzegł jakąś postać. Od słowa do słowa doszedł do tego, że jest to polski ksiądz katolicki, który tak jak on został zesłany na Syberię. Niemal od razu się wyspowiadał. Tego samego dnia dziadek pani Halinki odszedł do wieczności. Parę godzin wcześniej zdążył jednak pojednać się z Najwyższym.
Albo taki pan Wojtek, który przeszedł w dzieciństwie przez piekło rozgrywające się w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Na wspomnienie "małych Żydziądek" idących na jego oczach "do kąpieli", z której nigdy nie wracali zawsze się wzdrygał. Albo takie jedzenie, na które składał się spleśniały czarny chleb, który i tak wszyscy sobie wyrywali z rąk. Do końca życia dbał o to, aby ani odrobinka tego podstawowego produktu się nie zmarnowała.
Chyba każdy z nas pamięta też wspomnienia papieża Jana Pawła II podczas kolejnych pielgrzymek do ojczyzny. Czy to o rodzinnych Wadowicach i dzieciństwie które w nich spędził, czy to o czasach studenckich na Uniwersytecie Jagiellońskim, czy o wojennej zawierusze, aż w końcu o swoim powołaniu kapłańskim - w każdej z opowieści można było znaleźć jakąś ciekawostkę. A my słuchaliśmy tych opowieści nie jak wierni kapłana, ale jak wnuczki swoich dziadków. Ileż w nich było przekazu historycznego? Ile ciekawych sytuacji.
Wspomniane przeze mnie postacie niestety już nie żyją. Przekazali jednak pewną historię, która miała miejsce w przeszłości. To co najbardziej z niej zapamiętali. Wiem, że w dzisiejszej dobie globalizacji takie wspomnienia z przeszłości mogą okazać się dla młodych po prostu nudne, ja jednak zachęcam każdego z Was, aby czasami oderwać się od dobrodziejstw współczesnej techniki i najzwyczajniej w świecie porozmawiać z nimi. Bo tak naprawdę "jeśli chcesz być nadzieją przyszłości musisz przejąć pochodnię od swojego dziadka i babci."**, a "jeśli zaś dziadkowie są już niebie, czy będziecie rozmawiać z osobami starszymi? Będziecie zadawać im pytania? Pytajcie ich, bo oni są mądrością narodu"***. 

W piątek podano termin kolejnych Światowych Dni Młodzieży, które tym razem odbędą się w znajdującej się po drugiej kuli ziemskiej Panamie. Młodzież spotka się z papieżem i wzajemnie ze sobą od 22 do 27 stycznia 2019 roku. Wiecie, że planuję tam się udać bez względu na wszystko, nawet na małą wiarę osób studiujących i wykładających na mojej uczelni(nota bene katolickiej). Mam nadzieję, że mi się to uda(już zbieram pieniądze, nawet Gosia wie w jaki "szalony" sposób hi, hi, hi!, nauka angielskiego też idzie pełną parą, planuję też od września zacząć uczyć się hiszpańskiego, wszak to urzędowy język Panamy). Tak więc możemy oficjalnie odliczać dwa lata, które dzielą młodzież od tego wspaniałego wydarzenia.

*, **, *** - cytaty pochodzą z przemówienia, jakie wygłosił papież Franciszek do wolontariuszy podczas spotkania na zakończenie XXXI Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w "Tauron Arena" 31 lipca 2016 roku

sobota, 21 stycznia 2017

Ciężkie jest życie amerykańskiego prezydenta

Na drugim końcu świata, w odległych Stanach Zjednoczonych, Donald Trump złożył wczoraj przysięgę jako 45. prezydent sprawujący władzę w jednym z najważniejszych krajów naszego świata. I chociaż śledząc na bieżąco relację z tego wydarzenia, która pojawiało się na onecie, miałam mieszane uczucia co do jego osoby(przypomina mi się reakcja mojej germanistki dzień po ogłoszeniu wyników, kiedy w środku zajęć ni z gruszki ni z pietruszki westchnęła: "Mój Boże, co to teraz stanie się z naszym światem. Czyżby nadchodziła apokalipsa), to nie mnie jest prorokować ani oceniać słuszność wyboru amerykańskiego społeczeństwa. Prawda jest taka, że po czterech latach rządu oceni go naród i wtedy albo wybiorą go na drugą kadencję, albo mu podziękują za sprawowane rządy.
Historia Stanów Zjednoczonych sięga odległych czasów starożytnych, kiedy zamieszkujące Skandynawię wikingowie dotarli na drugą stronę swoimi drakkarami dotarli na tereny współczesnej Alaski. Z drugiej strony, przez zamarzniętą Cieślinę Beringa, która oddziela Amerykę Północną od Azji, na Nowy Kontynent przeszło wiele osób zamieszkujących syberyjskie tereny. Rozkwit Ameryki nastąpił po "odkryciu" tych terenów przez Krzysztofa Kolumba. W Stanach Zjednoczonych zakładano kolonie m.in. brytyjskie, co wywoływało liczne konflikty. Pominę tutaj całą ich historię. Wreszcie w dniu 4 lipca 1776 roku(amerykański Dzień Niepodległości) podpisano Deklarację Niepodległości, co było równoznaczne z oficjalnym powstaniem nowego państwa znanego do dzisiaj pod nazwą Stany Zjednoczone. Ponieważ ustrój polityczny państwa to republika, na jego czele od zawsze stał prezydent. Dotąd było ich 45, a niektórzy z nich znani są na całym świecie. Postanowiłam przedstawić Wam sylwetki wszystkich dotychczasowych prezydentów USA i ich najważniejsze dokonania. Spokojnie, żeby Was nie zanudzić jednym obszernym postem, podzieliłam sobie wszystko na cztery części po 11 sylwetek w każdej. W takim razie startujemy z pierwszymi 11:
Jerzy Waszyngton
Weźmy na przykład takiego Jerzego Waszyngtona, który został w 1789 roku pierwszym prezydentem nowo powstałego państwa, jakim były Stany Zjednoczone. Wyobraźmy sobie, że to od nas zależy przyszłość słabego jeszcze kraju. Waszyngton wzmacnia więc władzę federalną nowego państwa poprzez wprowadzenie tzw. Karty Praw, sprawia, że następuje rozwój handlu i stabilizacja gospodarki państwowej, nie angażuje się też w liczne konflikty zbrojne, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne.
John Adams
Po dwukrotnej kadencji Waszyngtona na urząd prezydencki wybrano przedstawiciela federalistów - Johna Adamsa. W czasie jego czteroletniej prezydentury nie doprowadzono do wojny z Francją, jak też powstrzymano wiele konfliktów wewnętrznych, z jego inicjatywy w 1798 roku utworzono Departament Marynarki Wojennej, zaś dwa lata później odbyło się pierwsze posiedzenie Kongresu USA w nowo wybudowanym Kapitolu.



Thomas Jefferson
Trzecim prezydentem Stanów Zjednoczonych, już w XIX wieku został demokratyczny republikanin - Thomas Jefferson. Do najważniejszych osiągnięć powstałych za jego rządów możemy zaliczyć m.in.: podpisanie wielu znaczących porozumień z państwami w Afryce północnej, nadanie flocie wojennej statusu sił policyjnych, ekspansja terytorialna USA, wprowadzenie embarga na handel zagraniczny, utworzenie trzech nowych terytoriów stanowych. Jefferson znany jest także z napisania tzw. Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonej, ogłoszonej jeszcze przed zaprzysiężeniem Waszyngtona oraz założenia Uniwersytetu w stanie Wirginia.
James Madison
Kolejnym amerykańskim prezydentem, wywodzącym się również z kręgu demokratycznych republikanów, został James Madison. Jego prezydentura trwała także osiem lat. Przez ten czas m.in. rozstrzygnął kwestię Banku Centralnego(który przestał istnieć), a także przyjął Florydę do Stanów Zjednoczonych.




James Monroe
Piątym z kolei prezydentem, wywodzącym się też z demokratycznych republikanów, był James Monroe. W czasie swojej prezydentury, Monroe angażował się głównie w sprawy polityki zagranicznej. Doprowadził m.in. do podpisania z Anglią umowy, która regulowała granicę z Kanadą, zawarł też porozumienie z Hiszpanią wobec przyjęcia Florydy. Za jego kadencji Kongres przegłosował ustawę popierającą przyłączenie Missouri jako stanu niewolniczego, zaś stanu Maine jako wolnego od niewolnictwa. Prezydent był także autorem tzw. doktryny Monroe'a(głoszącej, że kontynent amerykański nie może podlegać dalszej kolonizacji ani ekspansji politycznej ze strony Europy w zamian za brak ingerencji Stanów Zjednoczonych w sprawy państw europejskich i ich kolonii).
John Q. Adams
Szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych, tym razem pełniący swój urząd przez cztery lata, był John Q. Adams. Za jego kadencji do USA dołączały kolejne stany, jego nadrzędnym celem było skonsolidowanie tych, które były zrzeszone i rozwinięcie ich pod względem gospodarczym. Adamsowi udało się wprowadzić ustawy zwiększające wydatki na budowę dróg, usprawnienie infrastruktury, czy też badania zasobów naturalnych, prezentował też postawę proindiańską(chciał nawet wyznaczyć na zachodzie kraju specjalne strefy dla zamieszkania Indian, do czego nie doszło).


Andrew Jackson
Siódmym prezydentem, tym razem wywodzącym się z ruchu demokratów, był Andrew Jackson. Sprawował swój urząd od 1829 do 1837 roku. Jackson powołał grupę zaufanych współpracowników, których nazwano "gabinetem kuchennym", ustanowił także zwyczaj rotacji urzędów w administracji(Jackson ustalił także zwyczaj rotacji urzędów w administracji – odwoływanie urzędników z poprzedniej kadencji i zastępowanie ich ludźmi z klucza partyjnego). Był przeciwnikiem Banku Stanów Zjednoczonych, którego kadencja wygasała w 1836 roku, dlatego skorzystał z prawa weta(bank ostatecznie został przeniesiony do Pensylwanii jako bank lokalny, gdzie wkrótce zbankrutował). Chociaż nie miał doświadczenia w polityce zagranicznej, już na początku kadencji podpisał porozumienie z Wielką Brytanią(zakładało, że USA otworzą swoje porty na statki brytyjskie, a w zamiar Anglia umożliwi im handel z Indianami Zachodnimi, zostawiając sobie jedynie możliwość nakładania cła. Prezydent był zwolennikiem rozszerzenia ówczesnych Stanów Zjednoczonych. Zabiegał o odkupienie m.in. Teksasu, Kalifornii i Nowego Meksyku. Nie odniósł jednak zamierzonego skutku.
Martin Van Buren
Kolejnym prezydentem został demokrata Martin Van Buren. Sprawował swój urząd przez cztery lata. Czas jego panowania przypadł na krach gospodarczy, który rozpoczął się jeszcze pod koniec rządów poprzedniego prezydenta. Niekorzystne okoliczności doprowadziły do licznych bankructw firm i banków jak również do wzrostu cen, zwłaszcza żywności. Buren zaproponował wycofanie depozytów z banków i ustanowienie całkowicie niezależnego Departamentu Skarbu. Ta druga propozycja została odrzucona przez Kongres, zaś jej przegłosowanie było możliwe dopiero w 1840 roku. Buner ogłosił neutralność Stanów Zjednoczonych w sprawie powstania w Kanadzie, pomimo tego, że walczyło w nim wielu Amerykanów. Wkrótce, w obawie przed otwartym konfliktem z Anglią, prezydent nakazał powstańcom przestrzegania neutralności pod groźbą sankcji. Pomimo szybkiego stłumienia powstania, w Stanach Zjednoczonych jeszcze przez wiele miesięcy działały organizacje wspierające walkę o niepodległość Kanady. Zniknęły one dopiero po wprowadzeniu przez prezydenta nowej poprawki do ustawy granicznej, sankcjonującej nielegalne przekraczanie granicy. W 1837 roku wznowiono negocjację dążące do aneksji Teksasu. Buren odrzucił jednak propozycję przyłączenia Teksasu(będącego w stanie wojny z Meksykiem) do Stanów obawiając się wojny z południowym sąsiadem.
William Henry Harrison
Dziewiątym z kolei prezydentem USA był przedstawiciel partii Wigów, William Henry Harrison. W swoim przemówieniu wygłoszonym podczas zaprzysiężenia zapowiadał kontynuację dotychczasowej polityki wobec Indian oraz przywrócenie przyjaznych stosunków z innymi państwami. Niestety, żadna z jego obietnic nie doszła do skutku, bowiem podczas swojego dwugodzinnego przemówienia, pomimo niesprzyjającej pogody występował bez płaszczu i kapelusza, aby podkreślić swoją energię. Przepłacił to zapaleniem płuc, a w konsekwencji śmiercią zaledwie miesiąc później.



John Tyler
Po Harrisonie na stołku prezydenckim zasiadł John Tyler, który za czasów swojego poprzednika pełnił urząd wiceprezydenta kraju. On również reprezentował partię Wigów. Już na początku prezydentury zapowiedział, że będzie rządził silną ręką, bez względu na interesy partii. Kiedy odmówił podpisania ustaw ekspansjonistycznych, prawie wszyscy członkowie gabinetu podali się do dymisji. Samemu Tylerowi zarzucano ostracyzm polityczny tak samo w partii, jak i w Kongresie. Jedną z nielicznych inicjatyw w zakresie polityki wewnętrznej było doprowadzenie do zakończenia siedmioletniej wojny z Seminolami, których skłonił do przeprowadzki na zachód kraju. Dużo więcej zrobił w zakresie polityki zagranicznej. M.in. wznowił rozmowy z Wielką Brytanią dotyczące przebiegu granicy między Maine, a Nowym Brunszwikiem. Ustanowiono też regulację o nienaruszalności terytorium i zakazie nielegalnego przekraczania granicy, jak to miało miejsce w 1837 roku podczas powstania w Kanadzie. Innym elementem polityki Tylera był ekspansjonizm. Objawiał się on zainteresowaniem dokonania aneksji Teksasu. Chociaż początkowo prezydent nie starał się do rozszerzenia terytorium USA, to z czasem, z uwagi na fakt, że Meksyk, Wielka Brytania i Francja też były zainteresowane tym obszarem, to w 1843 roku zobowiązań sekretarza stanu Abla Upshura do rozpoczęcia negocjacji z prezydentem Teksasu. Po niespodziewanej śmierci Upshura jego następca, John C. Calhoun, kontynuował negocjację. Tyler 1 marca 1845 roku podpisał akt aneksji Teksasu, zaś Republika Teksasu ratyfikowała traktat za sprawą referendum w dniu 13 października tego samego roku. Tyler chciał jeszcze odkupić Kalifornii, niestety, nie doszło to do skutku.
James Polk
Na jedenastego prezydenta Stanów Zjednoczonych wybrano kandydata demokratów, Jamesa Polka. Jego rządy trwały jedną kadencję. Za prezydentury Polka Teksas został przyłączony do Unii, przez co Meksyk zerwał stosunki dyplomatyczne. Po kilku bezskutecznych próbach nawiązania dialogu, Polk wysłał do Teksasu wojska, w celu umocnienia granic, nakazując ich generałowi, by nie naruszali terenów meksykańskich i nie traktowali Meksyku jak wroga. W związku z niepowodzeniem tej akcji, w maju 1846 roku Polk przedstawił w Kongresie akt wypowiedzenia wojny Meksykowi. Został on przegłosowany zarówno przez Izbę Reprezentantów, jak i Senat. Dwa dni później podpisano akt zezwalający na wydatkowanie 10 milionów dolarów na rekrutację 50 tysięcy ochotników. Wkrótce Polk zainteresował się aneksją Oregonu, który należał wtedy do Anglii. Jego przyłączenie do Unii mogło więc wywołać wojnę angielsko - amerykańską. Stany Zjednoczone nie mogły sobie na nią pozwolić. W 1845 ekspansjonistyczny ruch na rzecz aneksji przybrał na sile, ze względu na ilość Amerykanów mieszkających na tamtym terenie. Rozpoczęły się negocjacje sekretarza stanu Jamesa Buchanana wraz z posłem brytyjskim w Waszyngtonie, Richardem Pakenhamem.. Buchanan wyszedł z propozycją ustanowienia północnej granicy na 49. równoleżniku, lecz została ona natychmiast odrzucona. Niebawem jednak Londyn sam wystosował taką propozycję, obawiając się otwartej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Polk otrzymał te propozycje 6 czerwca 1846 roku i postanowił przedstawić je Senatowi do rozpatrzenia. Wkrótce Senat ratyfikował układ 12 czerwca, natomiast Buchanan i Pakenham podpisali go trzy dni później. Prezydent wprowadził także uzupełnienie do doktryny Monroe'a(dotyczyło półwyspu Jukatan). Ze względu na słaby stan zdrowia, Polk zrezygnował ze starań o reelekcję w wyborach w 1848 roku.

piątek, 20 stycznia 2017

Codzienność, zwykła codzienność...

Gdzieś po drugiej stronie globu Ameryka wita nowego prezydenta(o prezydentach USA napiszę jutro, bo post się dociera, a ja już nie mam siły na myślenie), ja zaś siedzę w wygodnym fotelu i odpoczywam. Ten tydzień miałam niezwykle pracowity. Pomijając wpadkę na niemieckim, gdzie po napisaniu tradycyjnie kolokwium na laptopie nie zapisałam pracy(na szczęście germanistka jest w porządku i pozwoliła mi napisać wszystko jeszcze raz, czemu anglistka na AWF w Katowicach taka nie była?) i dzisiejsze zasugerowanie się prezentacjami innych, wskutek czego moja prezentacja jak najbardziej na temat stała się prezentacją nie na temat(brawo ja!), to nie mogę narzekać. Kilka zaliczeń już mam, najbardziej cieszy mnie to z francuskiego, który nie jest moim konikiem oraz z negocjacji, gdzie większość grupy musi pisać jeszcze raz kolokwium zaliczeniowe. Oceny nie znam, wiem tylko że jestem w gronie szczęśliwców, którzy zaliczyli w pierwszym terminie. Nie zawsze mi się chce myśleć, czasami rozprasza mnie taki widok zza uczelnianego okna:
No dobra, nie zza uczelnianego, bo tamtego chyba ktoś dawno nie mył, ale nie przeszkadza mi to w delektowaniu się
widokiem przecudnego Wawelu(spontaniczne zdjęcie, dlatego jego jakość daje sporo do życzenia 😉)
Jeszcze sporo egzaminów i zaliczeń przede mną, sen z powiek spędza mi jeden przedmiot, na którego realizację mieliśmy 15 tygodnie, a został upchany w ostatni tydzień. O dziwo nie czuję się winna temu, że nie będę na niego uczęszczać z powodu półkolonii. Może gdybyśmy byli powiadomieni o tym w połowie grudnia, kiedy ksiądz kompletował kadrę na wypoczynek(czyli osoby z ukończonym kursem wychowawcy), to dusza by mnie świerzbiła, ale dziekanat poinformował nas o tym dopiero tydzień temu. No przepraszam, szanujmy siebie nad wzajem. I tłumaczenie, że nie mieli prowadzącego zajęcia jakoś mnie nie satysfakcjonuje. Tym bardziej, że nagle się znalazł - nasz dziekan!, który ma wiedzę w tym temacie. To nie można tak było od razu?
Co do półkolonii to potrzebowałam wypisu z KRS o niekaralności. Dobrze, że wszystko jest w ogólnodostępnej bazie danych. Dzięki temu nie musiałam jechać do Katowic(wątpię czy bym zdążyła), a mogłam podskoczyć do Sądu w Krakowie, co było dla mnie korzystniejsze. Najpierw przeszłam kontrolę antyterrorystyczną, panowie byli nawet tak mili, że na koniec założyli mi plecak na plecy i nie musiałam wyjmować komórki z kieszeni spodni. A potem drukowanymi literami wypełniłam wniosek i wniosłam opłatę za wydanie zaświadczenia. Następnie poszłam do okienka dla niepełnosprawnych aby złożyć wniosek. Siedzący w środku pan był tak miły, że postanowił przepisać mi wszystko na komputerze. Kurczaczki, ja naprawdę mam szczęście do urzędników, bo zawsze załatwiam wszystko po mojej myśli, w dodatku są mi niezwykle przychylni. Oczywiście nie narozrabiałam jeszcze na tyle, aby figurować w rejestrze skazanych i uzyskałam wymagany druk. Teraz już na 200%(wiem, wiem Basiu, że to niepoprawne matematycznie, wybacz) będę wychowawcą. Co prawda nie wiem kogo, ale ja tam wymagająca nie jestem - wszystko przyjmę na klatę :)

A tak w ogóle to dziękuję za komentarze dwa posty wcześniej -> http://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/2017/01/podrozowanie-ponad-granicami-ludzkich.html. Nawet się nie spodziewałam takiej Waszej życzliwości. Cieszę się, że we współczesnym świecie są jeszcze osoby, dla których nie jest dziwne realizowanie pasji przez niepełnosprawnych. Bo turystyka to naprawdę moja pasja, nie bez powodu ją studiuję. I naprawdę, nie zamierzam jej porzucać, czy z niej rezygnować tylko dlatego, że ktoś tego nie rozumie...

czwartek, 19 stycznia 2017

O Kajtusiu raz jeszcze

Wiem, wiem, że dla wielu z Was sytuacja może wydać się absurdalna. Wszak mieszkamy w różnych częściach kraju, więc teoretycznie nie powinna obchodzić nas sytuacja kogoś, kto mieszka nad morzem. Ale z drugiej strony możliwe jest, że trafi do mnie ktoś właśnie z okolic Gryfic i będzie wiedział, jak można pomóc w tej sytuacji.
O tragedii rodziny Pawełczyków kilka razy wspomniałam w swoich notkach. Ania, wspaniała, młoda mama, walcząca z całych swoich sił o godne życie, a także szansę na wybudzenie ze śpiączki czuwającej swojego średniego synka, Kajtusia, zginęła w bezsensownych wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę. I chociaż nie uniknie on odpowiedzialności za to co zrobił, to nic nie zwróci życia tej optymistycznej, pełnej radości życia i nadziei kobiecie. Pozostawiła dom, a w nim czwórkę mężczyzn, z czego najmłodszy ma niespełna trzy latka i potrzebuje stałej uwagi. Mąż Ani, Piotr wraz z najstarszym synem, dwudziestoletnim Dawidem dzielą się w sprawowaniu opieki nad Kajtkiem. Zastanawiałam się wielokrotnie jak sobie z tym wszystkim radzą, wszak Dawid studiuje, a Piotr pracuje.
Na początku stycznia w jednej z grup na facebooku pojawił się tekst z prośbą o pomoc autorstwa Dawida. Chłopca, któremu życie zafundowało przyspieszony kurs dojrzewania(gdy miał 7 lat Kajtuś na jego oczach wpadł do oczka wodnego, wskutek czego zapadł w śpiączkę - tylko proszę, nie oceniajmy tutaj rodziców, bo i tak zapłacili za to niemałą cenę), a teraz jeszcze musi podołać jeszcze większej tragedii. Pozwólcie, że go przytoczę:

"Witam, na wstępie się przedstawię... Chociaż wiele osób może już kojarzyć mnie po nazwisku. Tak. Jestem synem Anny Pawełczyk. Niektórzy znają naszą sytuację, niektórzy nie. Dla tych drugich zostawię linka do bloga, bez zbędnego tłumaczenia wszystkiego.
www.kajtusiowy.blog.onet.pl

Miesiąc temu stanąłem twarzą w twarz z nienawiścią do Boga, ludzkości i całego świata. Odeszła od Nas moja Mama. Człowiek, który doprowadził do tego, że dzisiaj nie ma Jej już z nami na pewno nie będzie chodził bezkarnie po tej ziemi bo nie zasługuje na to, tak samo jak Mama nie zasługiwała na śmierć. W domu ten temat był zawsze odstawiany na bok bo przecież Jej nigdy nie zabraknie, bo co zrobimy jak Jej zabraknie i w końcu co z Kajtusiem? Przecież to Ona od ponad 10 lat walczyła o jego wybudzenie. Nie wytłumaczalne jest to co czuję ja czy mój ojciec. Nie będę się tutaj rozpisywał bo każdy może się domyślić co 4 facetów, może czuć kiedy w wieku 40 lat opuszcza ich matka, mentor, najsilniejsza i najpiękniejsza kobieta, a do tego jedyna w domu.

Dodałem się do tej grupy i od razu podziękuje za przyjęcie - z innego powodu. Kajtek jest coraz starszy, jest nam coraz trudniej, z dnia na dzień pękamy bardziej i bardziej... Nie wiemy co robić, żeby chociaż w jakiś niewielki sposób robić to tak jak robiła Mama.
Wiem, że istnieje tutaj dużo dobrych osób, bo po to ta grupa została stworzona dlatego uderzam do Państwa z pytaniem. Czy ktokolwiek zna kogoś kto mógłby pomóc nam przy Kajtusiu?
Przykładowo emerytowana pielęgniarka, która będzie na telefon, kilka godzin dziennie tak, żeby pomóc przy karmieniu, pielęgnacji itp... Oczywiście stała pensja, czy według dogadania się.
Czy któraś z Was, drogie Panie miała kiedykolwiek podobną sytuację? Gdzie mam uderzać o pomoc?
Proszę oszczędzić sobie głupich odpowiedzi typu - Ośrodek Pomocy Społecznej - bo po ostatnich odwiedzinach 2 Pań, które wypytywały mnie o kredyty, roczniki samochodów czy budżet jakim dysponujemy - mam dość. Panie niestety musiały wyjść z domu z niewypełnionymi papierkami ale taki już jestem. Nikt nigdy nie miał prawa znać tajemnic naszej rodziny, Mama by tego nie chciała.

Sasza czyli najmłodsza osóbka w domu w lutym kończy 3 lata, jest coraz starszy przez co potrzebuje coraz więcej uwagi, nauki, zajęć.
Niestety nie możemy podzielić idealnie obowiązków tak jak robiliśmy to z Mamą.
Jeżeli ktokolwiek wie w jaki sposób nam pomóc proszę o kontakt, zostawiam mój numer telefonu ale najlepiej pisać poprzez wiadomości na facebooku.
Telefon : 500789443.
Pozdrawiam wszystkich ciepło.
"Najważniejsze to nigdy się nie poddawać" ;):
"

Jeszcze niedawno tworzyli szczęśliwą, kochającą się rodzinę
(2015 rok)
Uderzyła mnie mądrość życiowa tego zaledwie dwudziestoletniego, wchodzącego w dorosły świat mężczyzny. Zresztą Ania niejednokrotnie podkreślała na blogu jego przedwczesną dojrzałość społeczną.
Wiem, że Ania wielokrotnie pomagała rodzinom, które znalazły się w takiej sytuacji jak ona, bezinteresownie dzieląc się informacjami na temat terapii osób znajdujących się w śpiączce, czy też doświadczeniem życiowym. Może pora, aby ktoś spłacił ten dług i pomógł jej rodzinie teraz, kiedy tego najbardziej potrzebują? Tak jak pisałam na początku - nie oczekuję cudów. Istnieje jednak szansa, że trafi do mnie na bloga osoba, która będzie wiedziała jak pomóc tej rodzinie. Jeżeli mogłabym jeszcze o coś prosić, to w miarę możliwości o rozpowszechnienie tej informacji. To nic nie kosztuje, a przecież każdy z nas ma swoje grono internetowych znajomych, zaś oni mają swoich znajomych, itd. itd. W wielu sprawach już odpowiedzieliście w pozytywny sposób(kartki dla Julci, kartki dla Dominika, świeżaki dla Olinka), może i w tej sprawie znajdzie się jakieś wyjście?

niedziela, 15 stycznia 2017

Podróżowanie ponad granicami ludzkich stereotypów

Tydzień temu w grafiku zaznaczyłam, że w ubiegły piątek mam pracę zaliczeniową z przedmiotem zowiącym się "Doświadczenie religii i kultur w turystyce". W tygodniu okazało się jednak, że przedmiot ten jest dopiero w tym tygodniu(wyszło mi masło maślane). Czyli dostałam gratisowe 7 dni na wymyślenie jakiejś super ekstra prezentacji przedstawiającej daną myśl. Nie jest łatwo wpaść na to, w jaki sposób turysta może doświadczyć religii i kultury innych krajów podczas podróżowania, a do tego jeszcze opowiedzieć o tym w interesujący sposób w zaledwie 20 minut. Tym bardziej, że profesorka prowadząca przedmiot od razu zapowiedziała, że wszelkiego rodzaju pielgrzymki nie wchodzą w grę. 
Na szczycie przed Bazyliką du Sacre-Coeur: jako nieliczni z
grupy dotarliśmy na szczyt pieszo po schodach - pozostali
wjechali specjalną windą. A ile się przed tym nasłuchałam,
że nie dam rady wyjść, a tu proszę. Z Z. wszystko się da!
(Paryż, wrzesień 2015 r.)
Pomysł na przedstawienie tematu przyszedł mi na myśl podczas wykładu z "Miejsc turystyki religijnej na trasach rejsów śródziemnomorskich". Prowadzący zajęcia zaproponował wyjazd na weekend na Maltę, aby zobaczyć miejsca związane z podróżami apostolskimi św. Pawła Apostoła. Od razu pojawiła się aprobata grupy, zaczęli myśleć nad rezerwacją biletów samolotowych na wiosnę. I nagle usłyszałam za sobą tekst mówiony półszeptem: "Nie, jedenaście biletów, bo jeszcze przecież jest XYZ". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że cała nasza grupa liczy 12 osób. A skoro z ową nieobecną tego dnia XYZ policzyli, że potrzeba 11 biletów, to jasne jest, że kogoś nie wzięli pod uwagę. Kogo - nie trudno się domyśleć, skoro na kilkanaście wycieczek przedmiotowych w zeszłym roku wzięłam udział zaledwie w 1,5. I to nie dlatego, że nie mogłam(chociaż tak było w jednym przypadku), ale dlatego, że za każdym razem słyszałam od opiekuna grupy, że sobie nie poradzę. Oczywiście swoją wiedzę oparł tylko na tym, że posiadam orzeczenie o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności, bez zweryfikowania moich faktycznych możliwości. Tzn. według niego mogłabym jeździć na wycieczki, ale tylko z indywidualnym opiekunem, bo on nie chce obciążać moją osobą całej grupy.
Oxford :)
Tymczasem ja od 4 lat jeżdżę sama(czytaj BEZ OPIEKUNA) na zagraniczne wycieczki organizowane raz w roku przez ojca jednego z moich przyjaciół, jeszcze z czasów dzieciństwa. Co prawda są one organizowane stricte pod osoby niepełnosprawne, prawda jest jednak taka, że gdyby chcieli, to też by mi powiedzieli "nie, my cię nie weźmiemy, bo jedziesz bez opieki". Tym bardziej, że właściwie tylko ja jeżdżę za każdym razem sama, wszyscy inni niepełnosprawni jeżdżą zawsze z kimś. Owszem, w razie potrzeby mi pomogą, no ale przecież nalać mi herbaty do szklanki, czy też zawiązać sznurówkę to znów nie jest Bóg wie jaka pomoc i nikogo tak bardzo nie obciąża(wiecie chyba co mam na myśli). Wszystko zależy od ludzkiego zrozumienia i chęci. Tak jak już kiedyś mówiłam, bez tego żadna ze stron daleko nie dojdzie.
Nie wiem, może organizator tych wojaży na początku miał pewne wątpliwości, czy powinien mnie brać, ale teraz sam do mnie dzwoni już nie z pytaniem czy nie pojechałabym tu i tu, tylko że mam zacząć zbierać pieniądze na to i na to, bo planuje tam wyjazd wtedy i wtedy. Myślicie, że jakbym była dla nich obciążeniem(pan M. wie, że nikt z rodziny ze mną nie pojedzie) proponowałby mi te wyjazdy? Nie bardzo. Dzięki niemu zwiedziłam m.in. Rzym, Asyż, Padwę, Kromeriż(chyba tak się to pisze), Wenecję, Wiedeń, Budapeszt, Paryż, Londyn i wymarzony Oxford. Przez ten czas chyba nikt nie narzekał, że musi mi zrobić herbatę, czy coś przynieść na stołówce. Wręcz przeciwnie, zawiązały się całkiem fajne znajomości. Doszło do tego, że nie mogę doczekać się września nie ze względu na moje urodziny, ale właśnie dlatego, że jest wtedy możliwość spędzenia tygodnia w wyborowym towarzystwie, w którym nie zwracają uwagi na twoją sprawność, ale na to, co sobą reprezentujesz.
Ja zaś za każdym razem widzę szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi, który mimo tego, że mają problemy z poruszaniem się, czy wręcz poruszają się za pomocą wózka, chłoną informacje przekazywane im przez przewodników. Zaś dzięki ich otwartości osoby takie jak ja mają możliwość zwiedzenia obcych krajów, które dotąd mieli okazję zobaczyć w telewizji, internecie, czy też na kartach książki. Wbrew pozorom i o nas trzeba pamiętać pracując w biurach podróży jako np. pilot wycieczki. Bo kierując się własnymi przekonaniami opartymi na stereotypach, możemy stracić naprawdę sporą grupę klientów(nas jeździ średnio 40 osób). Dzięki tym wycieczkom nie musimy siedzieć w domu i poznawać wszystkiego wirtualnie, ale możemy na własne oczy, mamy też okazję poznać regionalną kuchnię. A przecież przeżyć z tym związanych nikt nam nie zabierze, nie ważne czy jesteśmy niepełnosprawni ruchowo, czy umysłowo. Zresztą tak naprawdę osoby upośledzone umysłowo też na swój sposób przeżywają to co zobaczą, usłyszą, czy nawet zwykłą zmianę środowiska. Czyż to nie podchodzi rewelacyjnie pod tematykę zajęć? I jeszcze obrazuje jak wiele da się zrobić, jeżeli pominiemy wiele stereotypów. A przecież to takie ważne dla osób pracujących w branży turystycznej.
Watykan - październik 2013 r
Wzgórze Gellerta w Budapeszcie

sobota, 14 stycznia 2017

To już jutro - 25 finał WOŚP

Już jutro tysiące wolontariusze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wyjdą na ulice polskich miast, aby zbierać do swoich charakterystycznych puszek datki od ofiarodawców. To już dwudziesty piąty raz! Rozumiecie, ćwierć wieku!
Nie będę nikogo namawiać do wrzucenia lub niewrzucenia kilku złotych na ten cel - uważam, że to sprawa wewnętrznego sumienia. Sama oczywiście jak najbardziej jestem za tego typu akcjami. Wiecie, urodziłam się półtora roku przed pierwszą edycją tego przedsięwzięcia zorganizowanego przez Jurka Owsiaka. Trudno było wtedy o specjalistyczny inkubator dla noworodka urodzonego blisko 2 miesiące przed terminem. Ale takie to już były czasy. Może gdyby Owsiak wpadł na swój pomysł dwa lata wcześniej, to moje życie byłoby choć trochę mniej uciążliwe? Chociaż i tak uważam, że jest nadzwyczajnie dobrze w porównaniu do tego, co powinno być wedle obrazu klinicznego.
Wiem, wiem, wielu jest przeciwników corocznej akcji Jurka Owsiaka. Nie mnie oceniać ile ze zgromadzonych pieniędzy zostaje w fundacji, jako koszty jej utrzymania. W końcu żadna fundacja nie działa charytatywnie, każda tak naprawdę bierze sobie jakiś procent z tego co otrzyma na potrzebujących. Nie można jednak zaprzeczyć, że na wielu oddziałach, najpierw dziecięcych, a z czasem i gieriatrycznych, pojawiły się sprzęty zaopatrzone w charakterystyczne czerwone serduszko. Nie da się też ukryć, że pomogły one niejednemu dziecku. Poniżej pozwoliłam sobie zamieścić linki do czterech internetowych historii szpitalnych z WOŚP-em w tle:
http://mateuszs.blog.onet.pl/2009/01/09/wosp/
http://kurlandia.blog.onet.pl/2017/01/14/wspieram-wosp/
http://preclowastrona.blox.pl/2016/01/Bylo-sobie-serduszko-Byla-sobie-historia.html
A takich przykładów można mnożyć i mnożyć. Na przykład synek mojej trenerki otrzymał z fundacji pompę insulinową. Na zakupioną za własne(tzn. rodziców) pieniądze musiałby czekać i czekać. Pomyślmy też ile dzieci nie otrzymało na czas pomocy tylko dlatego, że w ich szpitalu nie było specjalistycznego sprzętu, czy choćby inkubatora, a kiedy już się taki znalazł, to okazało się, że jest już dla nich za późno. Weźmy pod uwagę ten fakt, kiedy kolejny raz będziemy krytykować ludzi wrzucających kilka złotych do niepozornej, tekturowej puszki.

Mówi to do Was Lolek - jeden z wolontariuszy WOŚPu w latach 2007-2009.

piątek, 13 stycznia 2017

Kto się boi smog(k)u?

Straszą nim i straszą. W radiu, telewizji, nawet jadąc tramwajem widać przewijające się informacje o smogu unoszącym się nad miastem Kraków. Zewsząd apelują, aby zamienić samochody na komunikację miejską, tudzież zbiorową, aby w ten sposób ograniczyć emisję gazów i pyłów do atmosfery. Jako motywacją ma działać fakt, że mogą korzystać z niej za darmo, pokazując kontrolerom biletów dowód rejestracyjny samochodów.
Ale złowieszcza chmura pyłu unosi się nie tylko nad królewskim miastem, ale też nad moim rodzimym Górnym Śląskiem. Ba, w Rybniku z powodu zanieczyszczonego powietrza odwołano zajęcia w przedszkolach i szkołach. A i jakiś informacyjny program zawitał do mojego rodzinnego miasta puszczając kilkadziesiąt sekundowy materiał na temat naszej walki z nadmiarem pyłów w powietrzu. Co prawda nie widziałam go, ale wiem, że był.
W sumie jak we wtorek(środę?) spojrzało się na słońce, faktycznie miało się wrażenie, że znajduje się ono za mgłą. Tymczasem był to owy owiany złą sławą SMOG! Myślicie, że bał się ziejącego pod swoją jamą smoka wawelskiego? Ależ skąd! Miałam nawet nieodzowne wrażenie, że konkurują ze sobą, kto będzie wytrwalszy - smok w zionięciu ogniem, czy też smog w unoszeniu się nad miastem.
Automatycznie przypomniał mi się wiersz autorstwa pana Karola Kozłowskiego "Smok i smog", który poznałam gdzieś w pierwszej klasie szkoły podstawowej:
"Raz w dzień letni nad Krakowem,
zawisł ciężki, gesty smog.
Wcisnął nawet się do jamy,
w której spał wawelski smok.
Smog, gdy tylko smoka zoczył,
spalinami, gazem chuchnął!
Smok bez tlenu żyć nie może,
więc jak długi przed nim gruchnął.
"
 
Mam nadzieję, że tym razem finał będzie bardziej optymistyczny. Podobno dzisiaj już poziom pyłów był znacznie niższy niż w ostatnich dniach. Podejrzewam też, że jak przyjdzie większy wiatr, to przegoni smogową chmurę, gdzie pieprz rośnie. Inna sprawa, że w wielu domach pali się jeszcze nie tylko gdzie popadnie(chodzi mi o stare piece na węgiel itp.), ale też niestety czym popadnie. Niby w Krakowie jest szerokopasmowy program wymiany starych pieców na nowe, bio-piece, my ludzie boimy się jednak wszystkiego co "nowe", zaś efekt tego jest jaki jest. Edukację w tym względzie pozostawię jednak specjalistom, a ja do nich nie należę. Inną sprawą jest fakt, że smog(nie smok) podziałał na mój organizm "terapeutycznie"(tak, tak, dobrze czytacie) - zwiększyła się moja tolerancja na pyłki, na które mam wiosenno-letnio-jesienną alergię. Może to jakiś materiał do badania?

A swoją drogą czy Wy też pamiętacie wiersze, które poznaliście w dzieciństwie? Bo ja z tym nie mam mniejszego problemu. Gorzej z autorami, ale w dobie dzisiejszej informatyzacji w większości przypadków wystarczy wklikać wers wiersza w wyszukiwarkę i po chwili najczęściej mamy nie tylko cały wiersz, ale też jego autora.

niedziela, 8 stycznia 2017

A mogło być tak pięknie...

Czy to naprawdę już koniec weekendu, a jutro będzie trzeba wracać do codzienności? Chyba tak. A ta najbliższa codzienność zapowiada się bardzo ciekawie. Oto mój rozkład jazdy na najbliższe dwa tygodnie:
Spoczko, bywało gorzej. Jak się sprężę to ze wszystkim dam radę. Bardziej martwią mnie zajęcia późniejsze, bo wiadomo - półkolonie. No nic, jakoś się to załatwi.
Niedawno wróciłam z parafialnych jasełek szumnie okrzykniętych "XI parafialnym koncertem kolęd i pastorałek". Tylko dla mnie koncert to występy różnych wokalistów i zespołów. I tak było przez kilka lat - mieliśmy gości z różnych zaprzyjaźnionych instytucji, były kolędy i pastorałki. Raz były jasełka, ale zaangażowana w nie była cała schola - kto nie występował ten śpiewał kolędy w chórze i nikt nie był poszkodowany. A teraz? Od jakiś dwóch lat to wszystko zatraciło swój świąteczny charakter, a zamieniło się w fuszerkę. Zaproszeni goście? Był jeden zespół - rodzimi "Gołowianie" z kilkoma skocznymi kawałkami. I właściwie tylko to zrobiło na mnie efekt wow! Bo reszta... Niby był parafialny zespół młodzieżowy, ale chyba nie do końca trafili z repertuarem. Za to schola... Gdybym nie miała porównania z zeszłymi latami, to może by to jakoś uszło. I o ile pastuszkowie w miarę realistycznie wszystko zagrali o tyle dzieci grające dzieci... szkoda słów. Jeszcze im dali jakąś pioseneczkę o klockach lego. Ale zapomnieli dać mikrofonu, przez co nie było ich słychać. No i zabrakło dzielenia się opłatkiem, co było dotychczasową kwintesencją tego wszystkiego.
Oj cofa się nasza schola, cofa. I nie tylko ja to zauważam, ale też wielu innych. Szkoda, bo mogło być ciekawie... No i co ja mam napisać do parafialnej kroniki, no co? Życie naprawdę bywa skomplikowane...