Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 2 grudnia 2016

Na adwent polecam "Cień Ojca" Jana Dobraczyńskiego

Adwent to czas oczekiwania. Zawsze uczono mnie, że oprócz przygotowania fizycznego, np. umycia okien, czy też posprzątania całego domu, powinnam przygotować się do niego w wymiarze duchowym. Ponieważ z powodu nadmiaru obowiązków nie miałam czasu na pójście do kościoła na rekolekcje adwentowe, znajoma podsunęła mi jedną z książek Jana Dobraczyńskiego – „Cień Ojca”. Była to pierwsza książka autora, o którym wcześniej nie słyszałam, toteż szybko zabrałam się za czytanie kolejnych kartek.
Powieść przedstawia życie świętego Józefa, biblijnego opiekuna Jezusa Chrystusa. Poznajemy go jako młodego mężczyznę, który pracuje w zakładzie stolarskim. Dzięki swojemu fachowi jest szanowany w całej okolicy. Jedyne czego brakuje mu do szczęścia to współmałżonki. Pewnego dnia spotyka przy studni skromną dziewczynę, Marię. Pod wpływem rozmowy rodzi się między nimi uczucie. Po kilku spotkaniach dwójka młodych, ale jakże niezwykłych ludzi zostaje małżonkami. W tym samym czasie dzieje się coś niezwykłego – do Maryi przychodzi Archanioł Gabriel i oznajmia jej, że zostanie matką samego Syna Bożego. Młoda kobieta nie rozumie tych słów. Z jeszcze większym niezrozumieniem spotyka się ze strony Józefa, który domyśla się, że to nie on jest ojcem nienarodzonego dziecka. Wszystko zmienia się, kiedy pewnej nocy i do niego przychodzi anioł, wyjaśniając całą sytuację. Przemieniony Józef przeprasza swoją współmałżonkę za niesłuszne oskarżenia i obiecuje być najlepszym ojcem dla Bożego Dziecięcia. Wkrótce zostaje wydany edykt, na mocy którego wszyscy musieli udać się do miejsca swojego narodzenia, aby dać się zapisać. Wśród podróżnych był Józef z ciężarną Marią. W trakcie drogi, w zapadłej szopie należącej do rodziny Józefa rodzi się Jezus.
Kontrastem dla biednie żyjącej Świętej Rodziny jest wytwornie żyjący król Herod. Podobnie jak w Piśmie Świętym, tak i w „Cieniu Ojca” widnieje jako bezwzględny władca, sądzący że ma cały świat w swojej dłoni. Ostre słowa padające z jego ust starają się tylko potwierdzać ten stereotyp. Jedynym usprawiedliwieniem wybuchowego temperamentu władcy może być opisana przez pisarza choroba skóry, na którą cierpiał Herod. Nie zmienia to jednak faktu, że w oczach czytelnika król jest równie negatywnie przedstawiony, jak na kartach historii.
W całej książce ujęła mnie historia, która wydarzyła się podczas podróży Józefa opisana w jej pierwszej części. W grupie podróżujących znalazła się kobieta z mężem i synkiem. Synek, widząc jak ojciec traktuje matkę, postępuje tak samo. Tym razem uporczywie domagał się od matki wody do picia. Zajęta przygotowywaniem posiłku kobieta nie miała jednak czasu, aby napoić dziecko. Wyręczył ją w tym Józef, który nie dość, że zaprowadził malca do rzeki, aby mógł zaspokoić pragnienie, to jeszcze sam zaniósł jego matce kubek z wodą. Ukazany jest tu szacunek, z jakim mężczyzna odnosił się do kobiet, co w tamtych czasach było rzadko spotykane. Niezwykły język, jakim posłużył się autor książki sprawił, że opowieść czyta się lekko i przystępnie, co wręcz zachęca czytelnika do dalszego czytania tej niezwykłej historii.
Książka jest doskonałym uzupełnieniem historii znanej nam z Pisma Świętego. Ponadto odkrywamy jego życie jeszcze przed poznaniem Maryi, jego stosunki z rodziną i konflikt z ojcem, który chciałby już wydać swojego najmłodszego syna za mąż. Ponieważ młodzieniec nie chce się żenić z przymusu, za radą kapłana opuszcza rodzinną wioskę. Motyw pomocy rodzinie przejawia się na każdej kartce książki. Oprócz wspomnianej wcześniej pomocy kobiecie z karawany, Józef z oddaniem pomaga Maryi wtedy, kiedy była w ciąży, jak i podczas wychowywania młodego Jezusa.
Język powieści jest bardzo przystępny i prosty, co sprawia, że książkę czyta się przysłowiowym „jednym tchem”. Obfituje w archaiczne określenia, na przykład zamiast znanemu wszystkim słowa cieśla w książce pojawia się nagar. Następuje też pewna oboczność w imionach Trzech Króli, zamiast znanych wszystkim Baltazara, Kacpra i Melchiora czytamy o Kasparze, Baltazaru oraz Melichu. Pozwala to poznać inne wersje imion, niż te, które podaje polski przekład Pisma Świętego.  W powieści znajdziemy też opisy codziennego życia w Palestynie na początku naszej ery. Autor realistycznie przedstawia opisy domostw, zajęć oraz rozmów prowadzonych między mieszkańcami niewielkich miasteczek. Myślę, że to jest jeden z plusów książki.
Komu poleciłabym tą powieść? Z całą pewnością wszystkim tym, którzy szerzej poznać postać świętego Józefa, o którym tak mało wspomina Pismo Święte. Wbrew pozorem nie był to dobrotliwy staruszek z brodą, ale krzepki młodzieniec rwący się do pracy. Był też najlepszym ojcem dla Syna Bożego, chociaż zawsze pozostawał w jego cieniu. Poza tym poleciłabym ją tym, którzy chcieliby poznać historię Świętej Rodziny bez konieczności sięgania do Pisma Świętego. Według mnie Jan Dobraczyński rewelacyjnie przełożył tę historię na nasz język. Osobiście nie mam nic do zarzucenia tej książce. To idealna lektura nie tylko na czas adwentu, ale i trudne chwile.

P.S. Odwiedzę wszystkie Wasze blogi po powrocie z Oratoriady(czyli w niedzielę), obiecuję :).
P.S2. Wiedzieliście, że podróże apostolskie św. Pawła są takie pasjonujące? Słucham i nie mogę się nasłuchać. To jeden z bardziej pasjonujących wykładów na roku(tak na marginesie, to powyższą notkę napisałam dużo wcześniej, żeby nie było)

poniedziałek, 28 listopada 2016

Antybiotyk dobry na wszystko?

Nie da się ukryć - zima sprzyja wszelkim przeziębieniom, zaziębieniom i w ogóle chorobą. Wszyscy dookoła kaszlą, kichają, prychają rozsiewając zarazki w promieniu kilku metrów. A inni je wdychają, co nierzadko kończy się objawami chorobowymi i u nich. Większość z nas wraz z pojawieniem się pierwszych symptomów chorobowych wybiera się do lekarza po "zbawienny" antybiotyk.
Kiedy w 1928 roku Alexander Fleming wrócił do domu z wakacji, nawet nie podejrzewać że za chwilę odkryje coś, co całkowicie zrewolucjonizuje medycynę na następne lata. Kiedy podszedł do szklanki, w której hodował kolonię gronkowca zauważył, że na szybce pojawiła się pleśń. Najbardziej zdziwiło go jednak to, że szybka wokół grzyba była czysta tak, jakby gronkowiec uległ rozpuszczeniu. Szybko odkrył, że stało się tak przez jeden z gatunków pędzlaka - Penicillium notatum. Posłużył on naukowcowi do dalszych badań. Kiedy udało mu się wyizolować z pleśni substancję czynną, świat poznał nowy, niezwykle skuteczny lek - penicylinę. Wkrótce po wprowadzeniu go do masowej produkcji, zostało ogłoszone zwycięstwo nad chorobotwórczymi bakteriami. Dalszy rozwój tej nauki pozwolił na wyodrębnienie kolejnych antybiotyków. Do dzisiaj odkryto ich ponad 100. Problem w tym, że większość z nich szybko przestała działać i dzisiaj lekarze mogą aplikować ok. 30 z nich.
Już w 1945 roku Fleming ostrzegał wszystkich przed bezmyślnością ludzi stosujących nieodpowiednie dawki antybiotyków i skutkami takiego działania, czyli uodpornienie się szczepów bakterii na antybiotyki. Prawie 90 lat od odkrycia penicyliny jesteśmy tego świadkami. Początkowo do penicyliny dostęp miało tylko wojsko, z czasem jednak można było ją dostać w każdej aptece bez umiaru. Zażywano ją więc bez umiaru i co gorsze, bez powodu. Wkrótce zaczęto zauważać pierwsze skutki uboczne takiego postępowania - bakteryjne szczepy potraktowane penicyliną zaczęły się na nią uodparniać. To samo zaobserwowano w przypadku innych lekarstw. Dlatego zdecydowano, że antybiotyki będą wydawane tylko na receptę.
Nóż mi się otwiera w kieszeni, kiedy słyszę, że ludzie potrafią brać antybiotyk, nawet pozostały po poprzednim leczeniu przy byle przeziębieniu, czy infekcji wirusowej. Tymczasem nie trzeba mieć medycznej wiedzy, aby wiedzieć, że antybiotyki są owszem skuteczne, ale przy chorobach o podłożu bakteryjnym. Przy innych są nie dość że nieskuteczne, to w dodatku wyjaławiają organizm, paradoksalnie robiąc więcej szkód niż pożytku. Co prawda przy kuracji antybiotykowej podczas chorób o podłożu bakteryjnym organizm też jest wyjaławiany, ale przynajmniej buszująca w naszym organizmie bakteria zostaje wyeliminowana. Do czasu, ponieważ nasz organizm z każdą kuracją antybiotykową coraz bardziej staje się odporny na tego typu terapię.
Trzeba też pamiętać, że w terapii antybiotykowej powinny obowiązywać trzy kamienne zasady: maksymalnie rzadko(czyli wyłącznie wtedy, kiedy jest to absolutnie konieczne), maksymalnie krótko(tylko do momentu wyzdrowienia, nigdy dłużej) i maksymalnie wysoko(czyli w dawkach uderzeniowych, które zniszczą drobnoustroje, zanim te zdążą się uodpornić). Przede wszystkim nie należy ich jednak nadużywać, szczególnie wtedy, kiedy nie są niezbędne w procesie leczenia(np. podanie amoksycyliny w infekcji wirusowej nie tylko nas nie wyleczy, ale będzie miało działanie odwrotne - pomoże bakteriom w naszym ciele w nabyciu odporności na specyfik).
Zalecenia te są jednak rzadko stosowane w praktyce. Powszechna odporność na antybiotyki to efekt nadużywania tego typu substancji zarówno przez ludzi, jak i zwierzęta. Coraz częściej specjaliści apelują o zaprzestanie rutynowego i profilaktycznego zażywania antybiotyków. Głównym grzechem lekarzy pierwszego kontaktu jest przepisywanie bakteriobójczych lekarstw nawet wtedy, kiedy infekcja ma podłoże wirusowe. Z kolei większość pacjentów nie stosują zaleceń internistów dotyczących dawkowania albo zażywają lekarstwa na własną rękę. Tymczasem tego typu lek działa niczym granat - niszczy wszystko i bez wyjątku. Dodatkowym problemem jest nadużywanie antybiotyków na wielkoprzemysłowych farmach. Na świecie aż 70% środków bakteriobójczych trafia właśnie do zwierząt. Dodaje się je do paszy w celach profilaktycznych, ponieważ producenci żywności nie chcą sobie pozwolić na straty wywołane przez choroby. Następnie antybiotyki niestety przedostają się do środowiska, powodując zdobywanie odporności przez bakterie. Najgorsze jest to, że zwierzętom podaje się "lekarstwo ostatniej szansy", czyli kolistynę, co powoduje zaprzestania działania większości specyfików.
Musimy wiedzieć, że w Europie z powodu uodpornienia się na działanie antybiotyków umiera rocznie 25 tysięcy osób. Na świecie zaś ta liczba sięga 700 tysięcy. Najczęstszymi przyczynami zgonów są tak błahe sprawy jak zakażenie szpitalne, infekcja dróg oddechowych, czy zwykła biegunka. Naukowcy alarmują, że odporność mikrobów na antybiotyki to problem globalny. Raport przygotowany na zlecenie brytyjskiego rządu prognozuje, że do 2050 roku śmierć z tego powodu poniesie 300 milionów osób. Nie ma więc wątpliwości co do tego, że wkrótce odporne na leki bakterie pochłoną więcej żyć niż nowotwory. Tym bardziej, że w ciągu ostatnich 20 lat ryzyko zgonu z powodu infekcji mikrobami odpornymi na leczenie antybiotykami wzrosło aż o 65%. A może być jeszcze gorzej, ponieważ zagrażają nam masowe epidemie. Szacuje się, że w najbliższym czasie bakterie gronkowca złocistego, pałeczki zapalenia płuc czy prątki gruźlicy staną się o 40% odporniejsze na współczesne leki i doprowadzą do podwójnej liczby zachorowań. Jeszcze bardziej drastyczniejszy może okazać się fakt, że te drobnoustroje uodpornią się całkowicie. Do tego może dojść wzrost zgonów wśród osób chorych na tyfus oraz rzeżączkę. Niewielu z nas zdaje sobie też sprawę z tego, że w świecie bez antybiotyków niebezpieczne staną się wszelkie zabiegi medyczne, nawet rutynowe usunięcie wyrostka robaczkowego, czy też wizyta u dentysty, ponieważ nie będzie możliwości zwalczenia najprostszej infekcji.
Na razie jednak firmy farmaceutyczne zdają się nie zauważać tego problemu. Większość współczesnych antybiotyków powstała pod koniec lat 80. XX wieku. Od tamtego czasu nie powstał żaden skuteczny, który nadawałby się do powszechnego użytku. Wszystko dlatego, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane prowadzenia nietanich badań nad nowymi lekarstwami. Zamiast inwestować pieniądze w specyfiki brane przez pacjentów przez góra kilkanaście dni w roku wolą wydawać je na lekarstwa stosowane przy chorobach przewlekłych, a więc długotrwale. Nie ma wątpliwości, że chęć powiększenia zysków to główna przyczyna zastoju w badaniach nad nowymi antybiotykami, które mogły by być bardziej skuteczne niż aktualne. Jaka jest więc przyszłość antybiotyków? Specjaliści podają cztery możliwości:
  1. Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda chcą produkować substancje przeciwbakteryjne od podstaw. Przypominałoby to układankę z klocków lego, którymi w tym przypadku byłyby cząsteczki chemiczne. Tajemnicą sukcesu byłoby ich właściwe dobranie. Rozdysponowanie budowy poszczególnych części antybiotyków już dzisiaj powierzono kilku niezależnym zespołom.
  2. W 2014 roku badacze z Uniwersytetu Notre Dame w USA odkryli grupę antybiotyków, które nazwano oksadiazolami. Udało się to dzięki przeprowadzeniu stymulacji komputerowej z udziałem aż 1,2 milionów związków chemicznych. Właściwości nowego specyfiku zostały przetestowane na muszkach laboratoryjnych zarażonych gronkowcem złocistym. Ich wynik był pozytywny. Naukowcy przewidują, że oksadiazole będą w stanie pokonać oporne na antybiotyki szczepy bakterii.
  3. Międzynarodowy zespół mikrobiologów z Uniwersytetu Aberdeen poszukuje substancji o działaniu antybakteryjnym na dnie mórz i oceanów. Eksperci są bowiem przekonani, iż w rowach oceanicznych żyją organizmy, które musiały rozwinąć nieodkryte dotąd metody walki z zakażeniami. Inaczej nie byłyby w stanie przetrwać. Ponieważ były od siebie odseparowane, wytworzyły różne substancje ochronne. Znalezione w głębinach bakterie i grzyby już wkrótce mogą być bazą pod nowe antybiotyki.
  4. Naukowcy pokładają też niemałe nadzieję w odkrytej w zeszłym roku tejksobaktynie. Mikrobiologom udało się wyhodować mikrokolonię bakterii o nazwie Elephtheria terrae. Dokonano tego dzięki urządzeniu iChip pozwalającemu na docieranie składników odżywczych i innych substancji z naturalnego środowiska do drobnoustrojów trzymanych w niewielkich, półprzepuszczalnych pojemnikach z rozcieńczoną próbką gleby. Bakteria ta spowodowała powstanie nowego rodzaju antybiotyków. Testy na myszach wykazały, że pokonuje ona m.in. gruźlicę, sepsę oraz zakażenia wywołane przez gronkowca złocistego.
A może zamiast brać chemiczne antybiotyki w stanach przeziębienia warto sięgnąć po naturalne produkty, które dają podobne działanie? Można do nich zaliczyć m.in. cebulę, czosnek, kit pszczeli, żurawinę, bazylię, oregano, tymianek, szałwię lekarską, sosnę zwyczajną oraz cynamon. Można je mieszać z innymi potrawami, dodawać do smaku. Zazwyczaj nie tracą swoich właściwości, ani nieuodparnianą na sztucznie wytworzone szczepy antybiotyków. Może warto się nad tym zastanowić, kiedy przy byle katarze będziemy mieli ochotę sięgnąć po specyfik w tabletce.

niedziela, 27 listopada 2016

Adwent, adwent

Adwent pojawił się w liturgiach Galii i Hiszpanii już w IV wieku. Był to trzytygodniowy okres poprzedzający uroczystość Epifanii(Pokłonu Trzech Króli), które w pierwszych wiekach chrześcijaństwa łączyło się z Bożym Narodzeniem. Pozostałością tego okresu jest prawosławne Boże Narodzenie, które obchodzone jest właśnie 6 stycznia. Z czasem zaczynał się on w dniu wspomnienia św. Marcina(czyli 11 listopada) i trwało też do 6 stycznia. Jeśli bowiem policzymy tylko faktyczne dni postne, odejmując od tych ośmiu tygodni wszystkie soboty(które na Wschodzie też są wolne od postu) i niedziele, to wyjdzie nam dokładnie 40 dni. Twierdzono bowiem, że zarówno przygotowania do Epifanii, jak i do Wielkiej Nocy powinny trwać taką samą ilość czasu. Owe czterdzieści dni było zarazem pamiątką czterdziestodniowego postu Syna Bożego na pustyni po przyjęciu chrztu. Pełnemu rozwojowi czterdziestoletniego okresu przygotowań do Epifanii przeszkodził szybki rozwój Bożego Narodzenia w Rzymie, a także w sąsiednich krajach. 
Również i w tym przypadku uroczystości były poprzedzone odpowiednim przygotowaniem. Wspomina o nim w swoich homiliach papież Grzegorz Wielki pod koniec VI wieku. Rzymski Adwent mieścił się między pięcioma a czterema niedzielami. Widać tutaj, w przeciwieństwie do poprzedniego przypadku, brak powiązania z czterdziestodniowym Wielkim Postem.
Zespolenie dwóch powyższych przygotować do Epifanii i faktycznego Bożego Narodzenia nastąpiło na skutek przyjęcia we Francji liturgii rzymskiej. Stąd z kolei powróciła w tej formie z powrotem do Rzymu, aby stać się normą dla całego chrześcijaństwa zachodniego. Przyjęto więc cztery, a w pewnym momencie(do XI wieku) pięć niedziel Adwentu, łącznie z całym bogactwem rzymskiej liturgii adwentowej. Od przełomu tysiącleci pojawia się we Mszy św. Gloria, natomiast wraz z wprowadzeniem kanonu kolorów, okresowi Adwentu przypisano kolor postny, czyli fioletowy.
Reforma rubryk z 1955 roku oraz Codex Rubricarum z 1960 podniosły rangę czterech niedziel Adwentu. Faktyczna odnowa nastąpiła jednak wraz z Soborem Watykańskim II. Od tego czasu okres Adwentu zaczyna się od pierwszych Nieszporów niedzieli wypadającej 30 listopada lub najbliższej tego dnia, kończy się zaś przed pierwszymi Nieszporami Narodzenia Pańskiego. 
Okres Adwentu ma podwójny charakter. Jest okresem przygotowania do uroczystości Narodzenia Pańskiego, przez którą wspominamy pierwsze przyjście Syna Bożego do ludzi. Równocześnie jest okresem, w którym przez wspomnienie pierwszego przyjścia Chrystusa kieruje się dusze ku oczekiwaniu na jego podwójne przyjście na końcu czasów. Z obydwóch względów Adwent jest okresem radosnego oczekiwania. Oba te aspekty wiążą się ze sobą, chociaż od pierwszej niedzieli Adwentu do 16 grudnia w centrum liturgii znajduje się ostateczne przyjście Pana, podczas gdy dni powszednie od 17 do 24 grudnia są przeznaczone na bezpośrednie przygotowanie do uroczystości Bożego Narodzenia. Tą drugą fazę charakteryzują Antyfony O, śpiewane w tych dniach*.

Na podstawie "Liturgii Kościoła" Michaela Kunzela

A jeżeli nie macie pomysłu na duchowe przygotowanie się do Bożego Narodzenia, to szczerze polecam zajrzeć >>TUTAJ<<. Kilka razy korzystałam z tego rodzaju rekolekcji i nigdy się nie zawiodłam👍

* Z Antyfonami wiąże się ciekawy trik, ale pozwolę sobie zobrazować go sobie w późniejszym czasie😃.

sobota, 26 listopada 2016

Pierniczyliśmy

Jako że pomału zbliżamy się do Bożego Narodzenia(jeszcze tylko cztery tygodnie) postanowiliśmy na zajęciach z dziećmi podczas zajęć na dzisiejszym Oratorium upiec i udekorować pierniczki, czyli krótko mówiąc - po prostu "pierniczyliśmy".
 
 
 
 
Czy widzicie ten tłum dzieci? 20, słownie DWADZIEŚCIA. Jeszcze nigdy nie było takiego oblężenia Domu Młodzieżowego. Ale taka właśnie była idea św. Jana Bosko - im więcej dzieci tym lepiej. Dotychczas przychodziło na nasze zajęcia kilka, góra dwanaście maluchów z szkoły podstawowej. Wszyscy jako animatorzy jesteśmy w szoku. Oczywiście pozytywnym. Wreszcie zaczęło coś się dziać. Mamy nadzieję, że dzisiejsze "pierniczenie" i zabranie swoich dzieł kulinarnych do domu będzie doskonałą zachętą do przychodzenia do nas na sobotnie zajęcia. A swoją drogą zupełnie przypadkowo to wszystko wyszło. Mamy tylko nadzieję, że za tydzień nasi zastępcy nie zniechęcą wszystkich do działania. Nasza stała "kadra" jedzie bowiem do pobliskich Tarnowskich Gór na kolejne zgrupowanie dla animatorów zwane Oratoriadą. W październiku byłam pierwszy raz na takim czymś i bardzo mi się spodobało. Jest to dla nas potrzebne, jako etap rozwoju duchowego. A i sam program zapowiada się bardzo ciekawie:
 
W tym zespoleniu to nawet sobotnia próba scholi schodzi na dalszy plan...

czwartek, 24 listopada 2016

Nie rozumiem tego!

Może przesadzam, może jestem przewrażliwiona na swoim punkcie, ale... Są sytuacje, które wytrącają mnie z równowagi. Mam dosyć dobry kontakt z osobą prowadzącą przedmiot hotelarstwo i domy pielgrzyma. Zresztą w zeszłym roku mieliśmy z nią podstawy turystyki, a następnie organizację ruchu turystycznego. Już wtedy zaimponowałam jej dwoma kierunkami studiów przy moim stanie sprawności. A ponieważ jedną z moich życiowych dywiz jest hasło "chcieć to móc", to w miarę systematycznie uczęszczałam na jej zajęcia. Doszło do tego, że miałam(i w dalszym ciągu mam) "darowane" spóźnienia, wszak pomiędzy AWFem, a Uniwersytetem Papieskim jest spora odległość. Za to zawsze zostaję do końca co też działa na moją korzyść.
W zeszłym(IV) semestrze mieliśmy taką nieprzyjemną sytuację - system ustalający plan zajęć umieścił zajęcia z ORTu w tym samym czasie i miejscu, w jakim miał pierwszy rok ten sam przedmiot. Udaliśmy się na pierwsze zajęcia i zostaliśmy delikatnie wyproszeni z sali przez ową wykładowczynię, ponieważ i program nauczania mieliśmy inny, i z miejscem dla wszystkich był problem. Starościna od razu pobiegła ze skargą i nadzieją na zwolnienie nauczycielki do dziekana, bo "jak to tak może być". Oczywiście nic nie zdziałała, bo szybko doszli do tego co, jak i dlaczego, a przy okazji zmieniono termin zajęć. Niektórym osobom nie było to w smak i ogłosiły "strajk" polegający na niechodzeniu na zajęcia. Ok., są dorośli. Żeby jednak mieli się z czego uczyć, brałam im prezentacje multimedialne z każdych zajęć i w miarę regularnie umieszczałam na meilu klasowym. Przyszedł czas zaliczenia, kilka osób nie zdało(w tym wszystkie, które nie chodziły na zajęcia). Poszły potem na poprawę, poprawiły, chociaż gadali na nauczycielkę, że aż uszy puchły. Przyszły wakacje, myślałam że temat zakończony.
Tymczasem dzisiaj po zajęciach z hotelarstwa nauczycielka poprosiła mnie o pozostanie w sali. To co od niej usłyszałam przeszło wszelkie moje oczekiwania. Podobno po tej całej akcji jedna z osób, które nie zaliczyły przedmiotu w pierwszym terminie poszły do dziekanatu ze skargą, jakobym nie przesyłała im prezentacji multimedialnych. Profesorka oczywiście zapewniała mnie, że znając moją osobowość nie tylko nie uwierzyła w te pomówienia, ale też wzięła mnie w obronę przed dziekanem. Ja też jej powiedziałam, że wszystko było regularnie umieszczane na poczcie, żałowałam tylko, że już schowałam laptopa, bo bym jej pokazała. 
Po powrocie do domu zajrzałam na pocztę i uwierzcie mi, wszystkie prezentacje jakie miałam od prowadzącej na niej były. Dziwnie się teraz czuję. Z jednej strony nie mam sobie nic do zarzucenia, bo przecież wszystko jest w porządku, ale z drugiej jakiś niedosyt całej sytuacji zostaje. Zastawiam się tylko dlaczego nikt nie zgłosił "braku materiałów" podczas poprawy sprawdzianu? Przecież jakoś wyjaśniłoby się to. Czy na prawdę musieli z tym gonić do dziekanatu? Jeszcze chwila, a będą skarżyć u samego rektora. Nie rozumiem tego, na prawdę nie mieści mi się to w głowie. I nie rozumiem dlaczego tak postąpili...

poniedziałek, 21 listopada 2016

O tym jak historia "Titanica" ocaliła wiele żyć pasażerów "Britannica"

Niemal każdy z nas zna historię "Titanica", który po zderzeniu z górą lodową zatonął w mętnych wodach oceanu, pochłaniając życie ponad 1500 osób. Jednym z błędów konstruktorskich niewątpliwie była zbyt mała liczba szalup ratunkowych, znajdujących się na statku. Dowiedziawszy się o tym opinia publiczna nie pozostawiła suchej nitki na właścicielu transatlantyku - spółce White Star Line. Postanowiono nie tylko zwiększyć ilość łodzi ratunkowych, ale również liczbę grodzi wodoszczelnych. O ile było to nieco utrudnione w przypadku odbywającego regularne rejsy przez Atlantyk "Olimpicowi", o tyle w przypadku dopiero co budowanego "Gigantica", przechrzczonego potem na "Britannica", możliwe były wszelkie zmiany związane z konstrukcją statku.
Warto tutaj wyjaśnić, że firma White Star Line postanowiła stworzyć trzy bliźniacze statki, które byłyby najnowocześniejszymi i najbezpieczniejsze transatlantyki kursujące na trasie Europa - Ameryka. Pierwszym z nich był "Olimpic", drugim - słynny "Titanic", trzecim zaś "Britannic".
"Titanic", "Gigantic" i "Olimpic" - cuda ówczesnej techniki
Stępkę jeszcze pod "Gigantica" położono przy jednym ze specjalnych nabrzeży należących do stoczni Harland & Wolff znajdującej się w Belfaście 30 listopada 1911 roku, czyli kilka miesięcy przed zatonięciem starszego brata, "Titanica". Wodowanie nastąpiło ponad dwa lata później - 26 lutego 1914 roku.
Wodowanie
Dzięki temu, że budowa ruszyła tuż przed katastrofą "Titanica", uniknięto pewnych błędów projektowych i wprowadzono nowe rozwiązania, które podnosiły bezpieczeństwo transatlantyku przy uwzględnieniu wyników dochodzeń przeprowadzonych w Ameryce i Wielkiej Brytanii. Obie burty statku w 2/3 otrzymały zewnętrzny, drugi kadłub. Poza tym, że ta dodatkowa skóra sprawiała, że parowiec był o 45 cm szerszy od pozostałych jednostek, miała ona do spełnienia bardzo ważne zadanie: stanowiła dodatkową ochronę silników i kotłów parowych. Poza tym nowy transatlantyk został wyposażony w 17 grodzi wodoszczelnych - zaczynały się one od pokładu B, który zaczynał się na wysokości 13 metrów od powierzchni morza i dochodziły do pokładu E. Dzięki tak przemyślanej konstrukcji istniało mniejsze prawdopodobieństwo, aby przy ewentualnym uszkodzeniu kadłuba, woda zaczęła przelewać się górą do kolejnych przegród tak, jak to miało miejsce na "Titanicu"(w założeniu statek miał się utrzymać na powierzchni nawet przy zalaniu sześciu przedziałów). Zmieniona została także konstrukcja grodzi wodoszczelnych, zapewniając im większą niezawodność niż na "Titanicu". Ponadto grodzie te można było zamykać elektrycznie z mostka. Innowacją było też to, że każdy przedział wodoszczelny posiadał osobny system wypompowywania wody z zaworem odpływowym umieszczonym wysoko nad poziomem morza. Tym samym, w przypadku częściowego zanurzenia spowodowanego nabraniem wody, zawór mógłby być wykorzystany dłużej niż na "Titanicu". Zwiększono także liczbę szalup ratunkowych i zrewolucjonizowano sposób spuszczania ich na wodę. Każdy z pięciu olbrzymich żurawi zamontowanych na statku obsługiwał sześć dużych szalup znajdujących się na pokładzie. Poza tym żurawie skonstruowano w taki sposób, by mogły opuszczać na morze szalupy nie tylko po tej stronie, po której były zamontowane, ale także po drugiej stronie statku. Mogło się to okazać konieczne w razie, gdyby wskutek przechyłu statku niemożliwe stało się spuszczenie burt wzdłuż jednej z burt. Na wypadek możliwości przeprowadzenia tych operacji w nocy, każdy z żurawi wyposażono w indywidualną instalację elektryczną. Poza tym każdy posiadał własny silnik elektryczny. Ich konstrukcja umożliwiała także bardziej racjonalne wykorzystanie przestrzeni na pokładzie, co było nie bez znaczenia dla statku handlowego. Wprowadzone na "Britannicu" nowe rozwiązania przewyższały dawne, także pod względem estetycznym.

Według pierwotnego projektu na "Britannicu" miało być zamontowanych osiem żurawi. Jednak po wybuchu pierwszej wojny światowej projekt ten został zmodyfikowany. Jeszcze w czasie budowy statek został przejęty przez Administrację i w celu przyspieszenia prac wykończeniowych, zredukowała ilość nowoczesnych żurawi do pięciu. Pozostałe szalupy ratunkowe miały być obsługiwane przez tradycyjne żurawie typu Welin. 
"Britannic" był nieco dłuższy od bliźniaczych jednostek, a nieznaczne zwiększenie szerokości spowodowane wprowadzeniem podwójnego kadłuba, wyraźnie zwiększyło jego wyporność. Podobnie jak w przypadku pierwszych dwóch gigantów, tak i teraz White Star Line nie szczędziła nakładów na luksusowe wyposażenie statku. Boazerii z drewna doskonałego gatunku było jeszcze więcej niż na poprzednich jednostkach, zaś faktura ściany w głównej, reprezentacyjnej klatce schodowej przypominała piszczałki ogromnych organów. Projekt zakładał także inne, równie eleganckie zdobienia, ale zrezygnowano z nich, kiedy Administracja przekształciła liniowiec w statek szpitalny, mogący pomieścić na swoim pokładzie do 3309 rannych i chorych. Kryte pokłady przebudowano tak, by można było ustawić w nich koje szpitalne, jadalnia pierwszej klasy została przeznaczona dla najciężej rannych, wymagających intensywnej terapii, a w wielkim salonie urządzono salę operacyjną. Większość rannych miała leżeć we wspólnych salach na wyższych pokładach w pobliżu szalup ratunkowych - na wypadek konieczności opuszczenia statku. Kabiny pierwszej klasy przeznaczono dla lekarzy, oficerów, przełożonych oficerów, pomocniczego personelu medycznego i kapelanów. Natomiast marynarze, pielęgniarki, salowe i skauci morscy otrzymali kabiny w niższych klasach. Statkowi zmieniono także nazwę. Zamiast początkowo planowanego "Gigantica" otrzymał  imię "Britannic". Zmiana podyktowana była względami psychologicznymi, politycznymi i patriotycznymi wiązała się z nieszczęśliwym losem "Titanica". 
15 lutego 1915 roku pomalowany na biało z szerokim zielonym przerywanym trzema wielkimi czerwonymi pasami na rufie pasem "Britannic", rozpoczął swoją służbę w czasie wojny. Dowodzenie statkiem szpitalnym powierzono kapitanowi Charlesowi Bartlerowi, od lat pracującemu dla White Star Line, znanemu ze swej ostrożności i rozwagi. Przylgnął do niego przydomek "Charlie Góra Lodowa", ponieważ zasłynął tym, że potrafił "wyczuć w powietrzu" góry lodowe i trzymał się zawsze szlaków przebiegających znacznie na południe od stref ich występowania, jako że było to w jego przekonaniu jedyna pewna metoda ich uniknięcia. Poza tym Bartlett doskonale znał statek, który mu powierzono, wszak uczestniczył w jego budowie z ramienia White Star Line jako nadzorca prac w stoczni. Dodatkowo zaraz po wybuchu wojny powołano go do służby wojskowej, podczas której uczestniczył w licznych patrolach na Morzu Północnej. Podczas tych misji przekonał się o niebezpieczeństwie, jakie stanowiły U-booty. Na "Britannicu" mógł się jednak czuć bezpieczny, gdyż statek szpitalny chroniony był Konwencją Genewską. Na plus działał też fakt, że liniowiec miał pływać po wodach Morza Śródziemnego, gdzie U-booty były mniej liczne oraz to, że był w stanie rozwinąć prędkość do 21 węzłów, co sprawiało że przewyższał maksymalną prędkość łodzi podwodnej, a tym samym miał dużą szansę na uniknięcie niebezpieczeństwa.
Pierwsze miesiące na Morzu Śródziemne przypominały typowy rejs turystyczny. Na pokładzie znajdowało się niewielu rannych, zatem lekarze i pielęgniarki miały obowiązek jedynie utrzymywać statek w stanie gotowości. Bez problemu znajdowali czas na pływanie w basenie pierwszej klasy, gimnastykę w siłowni, czy też grę w krykieta na pokładzie. Dopiero po zdobyciu Gallipoli sytuacja uległa zmianie. Grecja, Palestyna i Mezopotamia zgromadziła ogromne oddziały wojskowe - setki tysięcy żołnierzy. W tej sytuacji obecność pływającego szpitala stała się niezbędna. Doszło do tego, że w czasie jednego z ostatnich rejsów liniowiec był tak przepełniony, że w Southampton podstawiono aż 15 pociągów, aby przetransportowali rannych do różnych angielskich miejscowości.
W swój szósty, a za razem ostatni rejs, "Britannic" wypłynął 12 listopada 1916 roku z Southampton do położonego na greckiej wyspie Lemnos, Mudros. Pięć dni później zacumował w porcie w Neapolu, gdzie uzupełnił zapasy węgla. Nie było to niezbędne, ale pozwoliło oszczędzić czas w czasie rejsu powrotnymi z rannymi. Z Nepalu do Mudros były jeszcze dwa dni rejsu. Załadunek węgla zakończono wieczorem. Jednak tuż przed opuszczeniem portu przez statek zerwał się sztorm, przez co nie było mowy o dalszym rejsie. Wreszcie dwa dni później opuścił port i popłynął w kierunku Grecji. Co prawda przez kilka godzin "Britannic" zmagał się ze sztormem w Zatoce Neapolitańskiej, jednak już następnego dnia bez większych problemów pokonał Cieśninę Messyńską.
Rankiem 21 listopada transatlantyk obrał kurs na kanał Kea. 40 mil na południowy-wschód od Aten wstrząsnął nim nagły wybuch w dziobowej części sterburty. Z pewnością była to mina, ponieważ torpeda byłaby zauważona. Bartlett rozkazał zamknąć grodzie wodoszczelne i posłał oficera, który zorientował się w rozmiarach powstałych szkód. Pomimo podwójnego kadłuba uszkodzenie było poważne. Woda wlewała się do środka, ale na szczęście nie było ofiar. Do wybuchu doszło pomiędzy drugim, a trzecim przedziałem wodoszczelnym. Zniszczone zostały drzwi wodoszczelne, które prowadziły do kotłowni numer 6. Pierwsze pięć dziobowych przedziałów wodoszczelnych szybko wypełniały się wodą, lecz eksplozja uszkodziła też gródź wodoszczelną oddzielającą kotłownię numer 6 od kotłowni numer 5, przez co nie można jej było domknąć. Skutek tego był taki, że te dwa przyległe do siebie pomieszczenia zaczęły wypełniać się wodą. "Britannic" miał szansę utrzymać się na powierzchni przy zalaniu sześciu przedziałów wodoszczelnych pod warunkiem szczelności pozostałych grodzi. Był moment, kiedy wydawało się, że gródź wodoszczelna między kotłownią 5 i 4 wytrzyma nabór wody, jednak statek nagle przechylił się mocno na prawą burtę. Drzwiczki na pokładzie E i F znalazły się poniżej linii zanurzenia. Wiele z nich pozostało otwarte, przez co do wnętrza statku przedostawała się woda powodując coraz większy przechył. Kapitan miał nadzieję, że grodzie wodoszczelne wytrzymają, a dzięki temu uda mu się dopłynąć do mielizny przy najbliższym wybrzeżu. Wydał rozkaz zwiększenia prędkości, ale to tylko spowodowało jeszcze większy przechył. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji kazał wyłączyć silniki i nadać przez radio wezwanie pomocy. Równocześnie wydał rozkaz przygotowania szalup ratunkowych i zasygnalizowania syreną "generalnego alarmu". Niestety, zanim to nastąpiło, dwie łodzie opuściło statek, mimo chodzących silników. Zostały one wciągnięte przez wystające ponad powierzchnię wody śruby i zmiażdżone wraz z przebywającymi w nich pasażerami. Warto tutaj zaznaczyć, że były to jedyne śmiertelne ofiary katastrofy. Dalsza akcja ratunkowa przebiegała sprawnie. Jako ostatnia z kobiet statek opuściła przełożona pielęgniarek. Następnie rozpoczęto ewakuację mężczyzn. Wchodzili do szalup po pięćdziesięciu, zaczynając od skautów i młodszych oficerów. Co prawda w pewnym momencie wśród palaczy wybuchła panika, oficerom szybko jednak udało się przywrócić porządek. W niektórych szalupach brakowało mężczyzn, przez co pielęgniarki same musiały dać sobie radę z ciężkimi wiosłami.
O 9:07, blisko 55 minut po wybuchu, tysięczna liczba rozbitków po raz ostatni widziała wspaniały szpital morski. Jego rufa uniosła się pod kątem 60°, kominy runęły do wody, a z kadłuba uniósł się czarny dym. Chwilę później wybuchły kotły i "Britannic" na zawsze pogrążył się w wodach Morza Egejskiego.
Pomoc rozbitkom nadeszła bardzo szybko - pierwszy na miejsce tragedii dopłynął pomocniczy krążownik HMS "Heroic", a chwilę później grecki kuter rybacki. Podczas gdy kuter zaczął zabierać na pokład rozbitków, na miejscu pojawiły się kontrtorperdowcy HMS "Scourgo" i "Foxhound". Dzięki temu przed wieczorem wszyscy zostali przetransportowani na pokłady brytyjskich i francuskich statków.
Zmiany i ulepszenia w konstrukcji statku nie przyczyniły się do jego ocalenia. „Britannic” zatonął w niespełna godzinę po wybuchu, podczas gdy „Titanic” utrzymał się na powierzchni 2,5 godziny. Jednak dzięki zwiększeniu liczby szalup ratunkowych, wszyscy rozbitkowie zostali uratowani. W mniej niż godzinę na morze spuszczono 35 szalup, natomiast w czasie ewakuacji pasażerów „Titanica” przez dwie i pół godziny na morze spuszczono ich zaledwie 18. Mimo że ofiar śmiertelnych było tylko 30 nie ulega wątpliwości, że gdyby do eksplozji doszło w nocy, kiedy większość pasażerów spala w kabinach, ofiar byłoby znacznie więcej. Gdyby zaś „Britannic” miał na pokładzie 3 tysiące rannych, jak w czasie poprzedniego rejsu, niewątpliwie doszłoby do kolejnej tragedii.