Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 23 lutego 2017

Raz, dwa, trzy, dziś czytany będziesz Ty!

Dzisiejszy post został zainspirowany innym postem mojej blogowej znajomej Kasi, o >>TYM<<. 
Pewnie niejeden z Was zauważył znaczek "+" przy niektórych linkach do innych blogów. Być może zastanawialiście się o co w tym chodzi. Nie, spokojnie, na nikim nie postawiłam przysłowiowego krzyżyka. Po prostu "+" przy blogu oznacza, że został on w całości przeze mnie przeczytany, a teraz mogę skupić się na współczesnych newsach.
Dziwicie się, dlaczego czytam całe blogi? Zawsze jak poznajemy nowe osoby staramy się jak najlepiej je poznać, dowiedzieć się czegoś o jej życiu, czy też pasjach. Przecież to takie oczywiste, prawda? Dlaczego więc z blogowymi znajomymi nie miałoby być inaczej? Blogi są pełne ciekawych informacji na temat prowadzących je osób. Można się od nich dowiedzieć, co dana osoba lubi robić, jeść, jakie filmy lubi, jakie ma zmartwienia, co ją danego dnia zdenerwowało, a co zaskoczyło. Dzięki blogom można stwierdzić, czy dana osoba jest roszczeniowo, czy przyjaźnie nastawiona do życia. Czy buduje swój światopogląd na własnych doświadczeniach, czy też na tym, czym karmią nas media. Poza tym blogi są jak książki - niektóre czyta się z przyjemnością, a innych czytanie wręcz boli. Ale ja i tak je czytam, bo przecież bloggerzy są różni. Pamiętam, jak czytałam cudze blogi jak jeszcze nie miałam swojego. I tak mi pozostało do dzisiaj.
A poniżej dowód na to, że naprawdę warto czytać cudze blogi od początku do końca. Jakiś czas temu Basia zapytała na swoim blogu o pewnego pana Józka. Tak się złożyło, że kojarzyłam nieco tą postać, ponieważ już w wakacje przewertowałam cały jej wspaniały i pełen radości życia blog. Nieśmiało odpowiedziałam, a wczoraj listonosz zostawił w mojej skrzynce paczkę z tak niezwykłą zawartością:
Anioł Miłości(chociaż ja w pierwszym momencie odczytałam "Anioł Michasiu"), tomik poezji, i coś dla ciała, czyli czekoladki. I jeszcze niezwykłe dedykacje... Basia naprawdę jest wyjątkową osobą. Co ciekawe, pamiętam jej post, w którym opisała projekt, w który zaangażowała jedną ze swoich uczennic, utalentowaną poetycko trzecioklasistki. Na blogu Basi została tylko przedstawiona próbka efektu końcowego. W niepozornym tomiku jest są za to wszystkie wiersze tych dwóch niezwykłych osób. Teraz czeka na przeczytanie. Tak jak obraz na powieszenie. Chociaż w sobotę mamy jechać z księżmi z naszej parafii do Wisły, wezmę sobie więc książeczkę do pociągu. O ile się nie pochoruję, bo wczoraj wieczorem chyba bolały mnie zatoki. Piszę "chyba", bo nigdy nie miałam tego typu problemów, więc mogę się mylić. 
Ja też mam coś dla Basi. Tylko muszę dokupić tusz...
Teraz też czytam jeden z Waszych blogów. Nie chcę zdradzać jaki, ale wiem, że bardzo ciekawy. Nie obawiajcie się - na każdego z Was przyjdzie pora. Tym bardziej, że wróciłam na zajęcia na uczelniach, co też ogranicza mnie czasowo. A przecież jeszcze na bieżąco czytam Wasze posty, staram się je komentować. No i realizowanie pasji i zainteresowań, powiedzmy pozainternetowych. Bo przecież nie tylko życiem w sieci człowiek żyje.

niedziela, 19 lutego 2017

Nikt nie jest nieśmiertelny

Co roku media donosiły o kolejnej rocznicy jej urodzin. Dwa tygodnie temu nie było inaczej. Chociaż w dowodzie osobistym miała wpisany 20 luty, to jednak tradycja i ona sama chciała, aby jej dniem przyjścia na świat był właśnie 6 luty. Dzięki temu wszystkie chyba stacje telewizyjne mówiły o kolejnych urodzinach legendy polskiego filmu. W reportażach pani Danuta Szaflarska przewijała się jako pełna wigoru i życia "babeczka". Widząc staruszkę w tak dobrej formie, mało kto mógł przypuszczać, że dwa tygodnie później odejdzie z tego świata.
102 lata, piękny wiek, prawda? Ludzie żyjący tak długo zdają się być nieśmiertelni. Przecież przekroczyli ten magiczny wiek, 100 lat. Ale przecież oni są zwykłymi ludźmi, tak jak ja i Ty. I oni też będą musieli kiedyś przekroczyć tą magiczną granicę życia i śmierci. Dla pani Danuty ten dzień nadszedł właśnie dzisiaj.
Pamiętam jak trzy lata temu do wieczności odeszła inna wybitna aktorka, Nina Andrycz. Miała 101 lat, dla mnie była prawdziwą rekordzistką, po Irenie Kwiatkowskiej, która zmarła w marcu 2011 roku, półtora roku przed setnymi urodzinami. Ale to jednak widok  pani Szaflarskiej napawał mnie błogim spokojem. Może to zasługa tego, że w młodości była łączniczką w Powstaniu Warszawskim? Tacy ludzie zawsze mi imponowali. A może to przez te zmarszczki, które nadawały staruszce uroku. Bo wiecie, paradoksalnie nawet zmarszczki potrafią być czasami piękne. W dodatku do końca urzekała mnie tą swoją skromnością, pomimo tych wszystkich ról, które zagrała. Zresztą przeczytajcie proszę cytat na zamieszczonym obrazku. Czyż nie jest piękny, mimo swojej prostoty, a za razem prawdziwy?
Teraz pani Danuta będzie cieszyć samego Boga, grając na jego niebiańskiej scenie.

A ja jutro wracam na uczelniane tory - w tym tygodniu na AWF, a za tydzień na Papieski. Jeju, to już ostatni semestr. Nawet nie wiem, kiedy poprzednie minęły. Ten czas tak szybko leci... Jeszcze tylko kilka miesięcy i obrona. Myślicie, że się nie boję? Boję się jak nie wiem co! Ale z drugiej strony, do odważnych świat należy!

sobota, 18 lutego 2017

Matematyka wcale nie musi być passe


Dzisiaj na Oratorium zajęcia wyglądały podobnie. Tylko w trochę łatwiejszej wersji, bo jednak do nas na zajęcia przychodzą trochę młodsze dzieci niż uczestnicy tego teleturnieju. Chociaż dzieciaki tak dobrze radziły sobie z tym zadaniem, że mam wrażenie iż z powyższymi działaniami też poradziliby sobie bez większych problemów. Kto by pomyślał, że jeden z moich ulubionych teleturniejów z dzieciństwa okaże się po latach wspaniałą inspiracją na ciekawe zajęcia z najmłodszymi? Pamiętam jak w 1996(a może 1997?) roku sobotnie wieczory należały do mnie. Najpierw od 18:00 był godzinny blok bajek na "Canale+", a potem... Potem podekscytowany zerówkowicz musiał mieć zmieniony kanał na TVP2, gdzie szły właśnie owe "Szalone liczby". Przez blisko półgodziny w mieszkaniu panowała niesamowita cisza, ja zaś starałam się wraz z dużo starszymi ode mnie "kolegami" rozwiązywać zadania. Rzecz jasna z marnym rezultatem, wszak dopiero poznawałam magiczny świat liczb. Myślicie, że zrażało mnie to, że moja odpowiedź różniła się od prawidłowych? Skąd, przecież dla mnie była to tylko zabawa. Z tym, że potem matematyka była moim ukochanym przedmiotem. Co z tego, że do dzisiaj nie potrafię posługiwać się takim cyrklem, czy też ekierką? Przecież matematyka nie kończy się, ani nie zaczyna, na geometrii. Jest przecież tyle innych działów, do których umiejętności geometryczne nie są niezbędne. A logiczne myślenie zawsze może się przydać.
Planuję jeszcze wprowadzić kilka ciekawych sposobów na polubienie matematyki. Oczywiście w formie zabawy, wszak Oratorium to nie szkoła. No i nie chodzi mi o "wyhodowanie" olimpijczyków, bo prędzej zrażę dzieciaki do tej dziedziny nauki. Ja tylko chcę, żeby nie mieli z nią problemów.
Myślicie, że moja ulubiona matematyczka byłaby ze mnie dumna? Dzisiaj znowu mi się śniła...

piątek, 17 lutego 2017

"Brzydal" - kot z pięknym wnętrzem

Rok temu na forum, na którym się udzielam, pewien użytkownik wrzucił tekst dotyczący pewnego odrażającego kota, który skrywał piękne wnętrze. Nie jestem wzruśna, bardzo ciężko doprowadzić mnie do łez. Ale tamto opowiadanie... tamto opowiadanie sprawiło, że nie przespałam pół nocy. Nazajutrz włączyłam komputer i w wyszukiwarkę wpisałam odpowiednią frazę. W odpowiedzi ujrzałam kilka podstron zawierających dwie bardzo podobne wersje tego tekstu. Dzisiaj, z okazji Światowego Dnia Kota, postanowiłam przedstawić Wam pierwszą z nich. Tylko ostrzegam - jest ono dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. Jeżeli takich nie posiadacie, to macie właściwie trzy wyjścia:
  1. Zamknąć tą stronę i poczekać na kolejny wpis;
  2. Przewinąć wpis do mojej puenty, znajdującej się na jego końca;
  3. Zaopatrzyć się w kilka paczek chusteczek higienicznych(jeżeli ja już płaczę, to musi coś być na rzeczy)
Decyzja należy do Ciebie!😂

Wszyscy ludzie bali się dotknąć tego kota, wtedy on go wziął na ręce i stało się coś niesamowitego
Wzruszająca historia mężczyzny, który spotkał na swojej drodze pewnego bezpańskiego kota.

"Każdy w naszym bloku wiedział kim był Brzydal. Brzydal był dachowcem mieszkającym w piwnicy.

Brzydal nade wszystko kochał trzy rzeczy: walczyć, wyjadać ze śmietnika oraz, że tak powiem, miłość. Połączenie tych trzech rzeczy oraz życia na ulicy wyryło swoje piętno na Brzydalu.

Po pierwsze miał tylko jedno oko, a tam gdzie powinno być drugie była dziura. Nie miał również jednego ucha po tej samej stronie. Jego lewa noga wyglądała jakby kiedyś doznała poważnego złamania i zrosła się pod nietypowym kątem przez co zawsze wyglądał jakby zaraz miał zawrócić. Jego ogon został zgubiony dawno temu, pozostawiając tylko mały kitek, który był w ciągłym ruchu. Brzydal był koloru szarego i miał pręgi na całym ciele oprócz blizn na głowie.

Za każdym razem, gdy ktoś widział Brzydala, natychmiast stwierdzał: "Co za brzydki kot!". Wszystkim dzieciom w okolicy rodzice zalecili, by nie zbliżały się do niego. Dorośli natomiast przeganiali go, gdy próbował przyjść do ich domu. Robili to albo rzucając w niego kamieniami albo polewając go wodą. Niektórzy nawet zatrzaskiwali mu łapy drzwiami.

Brzydal zawsze reagował w ten sam sposób. Gdy polewano go wodą stał i moknąc czekał, aż dadzą mu spokój. Gdy w niego czymś rzucano, on kładł się na ziemi i prosił o wybaczenie. Gdy zakradał się w pobliże dzieci zawsze miauczał okropnie i skakał na nie, prosząc o chociaż odrobinę uczucia. Jeśli ktoś by go podniósł, natychmiast zacząłby lizać koszulę, kolczyki lub cokolwiek, co mógłby znaleźć.

Pewnego dnia Brzydal postanowił obdarować miłością dwa husky, które mieszkały u sąsiada. Jednak psy nie odwzajemniły jego uczucia, a Brzydal mocno oberwał. Usłyszałem jego przeraźliwy krzyk i postanowiłem zobaczyć co się stało. Niestety gdy dotarłem na miejsce dotarło do mnie, że jego żywot dobiegał końca.

Brzydal leżał w mokrej plamie, jego tylnie łapy były okropnie wygięte, a z przodu zamiast futra była ogromna rana. Podniosłem go i chciałem zanieść do domu, słyszałem jego ziajanie i dyszenie. Widziałem że się męczy. Pomyślałem, że musi go strasznie boleć.

Poczułem coś mokrego na uchu. Brzydal zwijał się z bólu, jednak próbował polizać mnie po uchu. Przytuliłem go mocniej, a on musnął mnie łapką po twarzy, a następnie odwrócił swoje złotawe oko i popatrzył na mnie. Usłyszałem bardzo słaby odgłos mruczenia. Nawet w chwili największego bólu, ten brzydki, pokryty bliznami kot prosił tylko o odrobinę uczucia, być może współczucia.

W tym momencie Brzydal wydał mi się najpiękniejszym, najbardziej kochającym stworzeniem jakie kiedykolwiek widziałem. Nie próbował mnie ugryźć, podrapać, uciec ode mnie lub w jakikolwiek inny sposób walczyć. Patrzył na mnie, wierząc, że go uratuję..

Brzydal zmarł w moich ramionach, zanim doszedłem do domu. Siedziałem z nim jeszcze dłuższą chwilę, myśląc o tym, jak jego zdeformowane, usłane bliznami ciało tak bardzo zniekształciło moją opinię o tym, co naprawdę znaczy mieć czyste serce i kochać prawdziwie i bezgranicznie. Brzydal nauczył mnie więcej na temat dawania i współczucia niż tysiące książek, wykładów lub programów telewizyjnych razem wziętych. Za to zawsze będę mu wdzięczny. Miał masę blizn na zewnątrz, jednak to ja miałem bliznę wewnątrz, a to był moment w którym miałem to pokonać i iść dalej. Dać pełnie siebie tym, na których mi zależy.

Ludzie chcą być bogatsi, odnosić więcej sukcesów, pragną być lubianymi, pięknymi.. Jednak ja zawsze będę próbował być Brzydalem."

Myślicie, że naprawdę "umie" czytać?*
No i obiecana puenta. Nie od dzisiaj wiadomo, że w świadomości wielu ludzi, kot jest zwierzęciem fałszywym, leniwym, bezuczuciowym, brudnym i śmierdzącym. Często kopany przez wściekłych właścicieli, szarpany za ogon i futerko, ciągnięty za ogon, bo przecież głupie bydle i tak nic nie rozumie. Tymczasem ja od trzech lat mam takiego mruczka w swoim mieszkaniu. I mogę powiedzieć jedno - koty to wspaniałe, mądre i uczuciowe stworzenia. Nauczony bez wpadki załatwia się do kuwety, nie niszczy też mebli. Nie jest żadnym rasowcem, który wygrywałby wszystkie pokazy i konkursy. Jest zwyczajnym dachowcem uwielbiającym wygrzewanie się w cieple lipcowego słonka oraz obserwującym z ciekawością ptaki lecące po drugiej stronie szyby. Wie gdzie mieszka i jak otworzyć sobie drzwi(oczywiście kiedy nie są zamknięte na klucz, chociaż skłonna jestem uwierzyć w to, że i tą umiejętność Puśka potrafiłaby opanować😀). Kiedy sobie przypomnę rozpaczliwy ton głosu mojego znajomego jeszcze z czasów gimnazjum, który z nadzieją pyta mi się czy nie przygarnę kocięcia, od razu wiem, że była to dobra decyzja. Raz, ocaliłam maluchowi życie(rodzice J. chcieli się pozbyć maleństwa poprzez utopienie w rzece), dwa - wniósł tyle radości do mojego życie, co niejeden człowiek. To nie prawda, że koty nic nie rozumieją, że są głupie. One są niesamowicie mądre. Tylko my, pozornie inteligentni ludzie, nie do końca potrafimy to dostrzec. Pamiętajmy o tym, nie tylko w dniu święta naszych mruczków.

* Basiu, takiego czytelnika chyba jeszcze nie miałaś

wtorek, 14 lutego 2017

Boża Walentynka

Nie jesteś księciem z bajki,
ani szarmanckim rycerzem.
Nie dasz mi pierścienia z brylantem,
ani najdroższej kolii.
Ale wiem, że mnie kochasz.
Najbardziej, jak tylko można!
Goręcej niż potrafi człowiek!
Dłużej, niż najlepszy kochanek!
A ja?
Czymże mam Ci się Boże odwdzięczyć 
za Twą nieskazitelną miłość?

Powyższym wierszem witam Was w ten zimowy, walentynkowy poranek. Nie wiem jak jest u Was, ale u mnie mimo tego, że śnieg już stopniał, jest bardzo zimno. Na sznurkach na pranie siedzi skulona  para wróbli. Jak byłam jeszcze dzieckiem, wyobrażałam sobie, że zwierzęta żyją tak samo jak my - że w dziuplach lub gniazdach mają tak samo umeblowane mieszkania, że chodzą do pracy i szkoły, że oglądają telewizor. Zaś te, które widać na naszych parapetach są po prostu bezdomne. Oczywiście wiem, że tak nie jest, mimo wszystko czasami przyjemnie jest upersonifikować zwierzęta, nadając im cech ludzkich.

Powyższy wiersz został zainspirowany akcją na facebooku zatytułowaną "Walentynka dla Jezusa". Wciągnęła mnie do niego moja koleżanka z roku na Papieskim. Tak sobie pomyślałam, że tyle osób wyznaje sobie dzisiaj miłość, idzie na kolację, daje laurki. Ale czy ktoś odwdzięczy się za pokłady miłości, jakie wysyła do nas Bóg? Tyle samotnych osób będzie dzisiaj wzdychać, że to święto jest do bani, że to tylko udawanie miłości, że oni są w tym wszystkim najbardziej pokrzywdzeni. Tymczasem nie zdają sobie sprawy z tego, że Bóg darzy nas nieskazitelną i autentyczną miłością, zaś prawie 2000 lat temu otrzymaliśmy najpiękniejszą walentynkę, która przyćmiła wszystkie współczesne walentynki: ten wielki dar samego Boga - to Chrystus, Syn Jego. I cała ludzkość odnowiona i w nim wybawiona! Pamiętajmy o tym, kiedy z zazdrością będziemy spoglądać w stronę zakochanych par! 

Jeszcze na koniec taka mała prywata: pewien uroczy, ciężko chory chłopiec kończy dzisiaj trzeci rok życia. Wielu z nas ma konto na facebooku. Nie proszę o wiele, ale o wejście na poniższy profil i napisanie kilku słów życzeń -> https://www.facebook.com/Krzy%C5%9B-Zieli%C5%84ski-1456413144623564/. To tak niewiele, a za pewne ucieszy Krzysia bardziej, niż niejedna walentynka. Tym bardziej, że, jak widać to po zdjęciach, to słodziak nad słodziaki! A historię chłopca bliżej można poznać czytając jego fanpage oraz bloga -> http://coukrzysia.blogspot.com.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Dzień skupienia u sąsiadów i inne oratoryjne sprawy

Plakat made in Lolek
W naszej diecezji sosnowieckiej są dwie parafie, w których posługują księża salezjanie. Jedna jest u nas, a druga w Sosnowcu. Na co dzień nie utrzymujemy ze sobą kontaktów, ale na wczoraj zostaliśmy zaproszeni na dzień skupienia dla animatorów salezjańskich, które organizowali. Co nieci na ten temat możecie przeczytać tutaj -> http://www.wiadomosci24.pl/artykul/dzien_skupienia_dla_animatorow_salezjanskich_w_sosnowcu_359005.html. Przy okazji wyszło wiele spraw związanych z funkcjonowaniem naszego Oratorium i wyszło, że chcemy je pomalować(będzie jak ulał na 10 lecie funkcjonowania wspólnoty), odnowić, chcemy mieć "swoją" jedną Mszę w miesiącu, jakieś spotkania formacyjne i w ogóle planujemy zorganizowanie podobnego spotkania u nas. Coś też przeburkujemy o organizacji akademii na 2 kwietnia, ale to się zobaczy. W sumie to jesteśmy tak zdeterminowani, że w razie sprzeciwu gotowi jesteśmy przybić kartkę z naszymi postulatami do drzwi kościoła, tudzież Oratorium. A co, taki Luter mógł, to dlaczego my mielibyśmy być gorsi? Czemu mamy wiecznie drzeć koty ze scholą o salkę, skoro po wyremontowaniu piwnicy możemy mieć swoje własne pomieszczenia, jak w starych, dobrych czasach? Bo tak naprawdę wszystko jest do wykonania przy odrobinie silnej woli. No i chęci. Zastanawia mnie tylko jedno - kto z animatorów zostanie w Oratorium, kiedy ksiądz J. zostanie przeniesiony na inną placówkę. Bo ja już dzisiaj słyszę jęki, że to nie będzie to samo. Ok, ale jakby nie patrzeć, to już 3 kierownik Oratorium za mojej kadencji. I jakoś po żadnym nie powiedziałam: "Idę stąd, bo to nie jest ksiądz...". No, ale ja to ja.
Ostatnio zgłosiłam się do zrobienia plakatu informującego o zajęciach w naszym Oratorium. Oczywiście od razu pojawiły się ale co do tego pomysłu, ale w końcu udało mi się przekonać innych, że dam radę. Kombinowałam, myślałam, szkicowałam "na brudno" i w efekcie wyszło mi coś takiego, co widzicie po prawej stronie. Wysłałam projekt na konwersację grupową na facebook, ale na razie nie ma.

piątek, 10 lutego 2017

Całkiem inne poznawanie świata

Pamiętacie taki motyw z szkoły, kiedy przybywszy do jakiegoś muzeum otrzymywało się dużo za duże buty, musiano się uważnie słuchać przynudzającego przewodnika opowiadającego o mało ciekawiących Was rzeczach, a już broń boże czegoś dotykać, bo wtedy popełniało się niesamowity grzech śmiertelny. Wbrew pozorom nie było to znowu tak dawno temu - pamiętam jak w trzeciej klasie liceum(czyli gdzieś z 8 lat temu) byliśmy obejrzeć chałupę, w której miało miejsce okraszone sławą wesele, na którą miał być sam Stanisław Wyspiański. Domek wiekowy, toteż drewniana podłoga skrzypiała niemiłosiernie. Tak się akurat złożyło, że w mojej klasie był typowy wesołek, który specjalnie chodził tak, aby było jak najwięcej hałasu. Przy okazji był miłośnikiem białej broni, a że nad jednym z łóżek wisiała szabelka, to postanowił ją sobie obejrzeć z bliska... I w sumie na tym zakończyło się zwiedzanie chatynki, bo wylecieliśmy z niej z hukiem i wilczym biletem, zaś polonistka zapowiedziała nam, że już z nią nigdy nigdzie nie pojedziemy. I wiecie że nawet dotrzymała słowa? Na szczęście dla nas był to już finisz naszej edukacji, i w sumie niewiele straciliśmy.
Jak wiecie, albo i nie wiecie, bo np. dopiero trafiliście w moje skromne progi, we wrześniu ubiegłego roku zagnało mnie do Londynu. W planach przewidziane było zwiedzenie wielu londyńskich muzeów, takich jak np. British Muzeum, Muzeum Historii Naturalnej, czy też Muzeum Nauki i Techniki. Mając w pamięci zdarzenie sprzed lat trochę sceptycznie do tego wszystkiego podeszłam. No, ale skoro taki jest program, to z drugiej strony szkoda nie skorzystać.
Któż z nas nie słyszał podczas lekcji historii o słynnym kamieniu z Rosetty, który stanowił podstawę do odczytania pisma egipskiego? Albo o legendarnym Kodeksie Hammurabiego ze słynnym "oko za oko, ząb za ząb"(chociaż w oryginale brzmi to o wiele bardziej drastycznie)? A może chcielibyście zobaczyć zwłoki ludzkie, które dzięki odpowiedniemu procesowi balsamowania zachowały się po dzień dzisiejszy? No to zapraszam do British Muzeum, gdzie zobaczycie najważniejsze zabytki starożytności. Nawet ja, która z historią, zwłaszcza tą najdawniejszą, zawsze byłam na bakier(co prawda zawsze miałam 5 na świadectwach, ale nie oszukujmy się, że przez te kilka lat nie zdążyłyśmy się ze sobą zaprzyjaźnić), w niektórych miejscach musiałam przyznać wyższość tego, co było kilka tysięcy lat przed nami. British Muzeum to naprawdę doskonała pozycja dla miłośników starożytności.
Któż nie kojarzy słynnego szkieletu dinozaura, który ożywał podczas filmu "Noc w muzeum"? Po dzień dzisiejszy stoi dumnie w holu Muzeum Historii Naturalnej i cierpliwie pozuje do zdjęć z kolejnymi turystami. Zresztą, żeby tradycji stało się zadość...:
Ale przecież na szkielecie dinozaura, który zrobił karierę naukową, muzeum się nie kończy. Jest to bowiem fantastyczne połączenie wszystkiego, co można określić mianem "przyroda". Chcesz zobaczyć zwierzęta, również te wymarłe w naturalnych rozmiarach? Proszę Cię bardzo, wystarczy wejść do odpowiednio oznaczonego działu.
Mnie bardzo zaskoczyło, na plus, takie coś:
video 
Niezłe, prawda? Jednak muzeum nie opiera się tylko na florze. Można na przykład wjechać schodami ruchomymi do wnętrza Ziemi, poznając poszczególne jej warstwy:
Albo zbadać dogłębnie mechanizm wybuchu wulkanów. Albo przyjrzeć się wszystkim znanym skałom i minerałom jakie występują na ziemi. Dla mnie jednak prawdziwym hitem była symulacja trzęsienia ziemi za pomocą zwyczajnej platformy. Naprawdę, działa nie tylko na ludzką wyobraźnię, ale i na... błędnik!
Z premedytacją polecam to miejsce każdemu, ponieważ Muzeum Historii Naturalnej ma tak szeroką ofertę, że zarówno kilkulatek, jak i kilku dziesięciolatek znajdzie w nim coś dla siebie!
Kolejnym zwiedzonym przez nas brytyjskim muzeum było Muzeum Nauki i Techniki. No, tutaj przeżyłam małe rozczarowanie, bo oczekiwałam czegoś więcej. Aczkolwiek dział poświęcony kosmosowi był niczego sobie...
No i na koniec zostało mi przedstawić Wam Muzeum Viktorii i Alberta, czyli moda i kultury innych nacji... Podobało mi się podzielenie wszystkiego na działy. Dzięki temu można wybrać to, co człowieka naprawdę interesuje. Podobnie jak w przypadku Muzeum Historii Naturalnej(z którego najchętniej wcale bym nie wychodziła), fizycznie nie ma możliwości zwiedzenia go w ciągu kilku godzin. Co mnie najbardziej ciekawi? Judaizm, życie na Syberii, moją uwagę przykuły też meble z XVIII wieku. W sumie dosyć specyficzne mam zainteresowania...
A teraz małe podsumowanko - nikt u wejścia do muzeów nie kazał zakładać nam tych okropnych kapci, nikt nie nakazywał nam zwiedzania w określonej kolejności, nikt nie nadawał tempa. Można było zwiedzać co się chce, kiedy i w dowolnym tempie. Wiele eksponatów można dotknąć, obrócić, zobaczyć ze wszystkich stron. Jedynym ograniczeniem mógł być jedynie język. Przystosowanie do osób niepełnosprawnych też nie jest na najgorszym poziomie, w większości budynków są windy i podjazdy, chociaż do takiego wnętrza Ziemi osoba na wózku już nie wjedzie. Muzea w Londynie są darmowe(przynajmniej trzy ostatnie), można do nich wejść z ulicy. Trzeba jednak nastawić się na odstanie swojego, ponieważ często przebywają w nich dzieciaki w ramach zajęć lekcyjnych. Ale nie dziwię się, bo i ja bym chętnie zamieniła nudne podręczniki na lekcje w terenie... Tylko chyba wtedy minister edukacji ścigałby mnie za ten pomysł listem gończym.

środa, 8 lutego 2017

A może czas wrócić do formy?

Witam Was w przerwie pomiędzy kolejnymi zajęciami, a raczej zaliczeniami! Bardzo się cieszę z Waszej obecności, komentarzy, z kolejnej zawiązanej znajomości z jakimś ciekawym bloggerem, z każdego nowego obserwatora bloga. Zawsze przed napisaniem komentarza z zaproszeniem w moje skromne progi zastanawiam się, czy mój blog spodoba się danej osobie? Przecież ona pisze tak ciekawe zdania, wrzuca tak przepiękne zdjęcia, robi tak ciekawe rzeczy. A ja? Wszak wiodę zwyczajne życie. Chociaż ostatni komentarz napisany przez Basię(nie wiem czemu się dziwię, przecież ja też często myślę o ludziach, którzy prowadzą blogi) sprawił, że nabrałam przekonania co do tego, że codzienność osoby niepełnosprawnej również może budzić zainteresowanie w blogosferze. Wiem za razem, że moje jest trochę bardziej aktywne, niż mogłoby się wydawać. Miło mi też z tego powodu, że podobają Wam się moje wiersze - ja tam zawsze jestem krytyczna wobec siebie i uważam, że mogłyby być lepsze! Ale ja zawsze tak mam - nawet na konkursy wysyłam prace, z których nie do końca jestem zadowolona, a potem okazuje się, że komuś się one podobają. Przyznam się bez bicia, że długo zastanawiałam się, czy opublikować je tutaj. Ale teraz wiem, że to wcale nie był taki zły pomysł.
Ostatnio coraz częściej zastanawiać się, czy nie wrócić do tego, co kiedyś tak bardzo lubiłam, czyli do sportu. Przez blisko 14 lat moje życie toczyło się wokół trenowania lekkiej atletyki, przez jakieś 2 lata łączyłam je z treningami pływania. Najpierw po lekcjach w szkole, a potem po zajęciach na uczelni biegłam na bieżnię lub basen, gdzie odbywały się zajęcia. Z większymi lub mniejszymi sukcesami, ale jednak. Tak naprawdę nie chodzi w tym wszystkim o miejsca, medale, chociaż człowieka cieszyło, kiedy nie wracał z zawodów z pustymi rękami, ale o coś więcej. 
Wiadomo, że w naszym kraju na wiele rzeczy związanych ze zdrowiem trzeba czekać miesiącami. Na rehabilitację również. Ostatnio jak byłam zapisać się do poradni rehabilitacyjnej mieszczącej się przy szpitalu w lutym, tak dostałam termin na sierpień. Limity są nieubłagane, a potrzebujących niestety nie ubywa. Oczywiście pewnym rozwiązaniem byłaby prywatna rehabilitacja, trudno jednak o niej mówić, kiedy ma się dochody poniżej średniej krajowej. Subkonta w żadnej fundacji nie posiadam - zawsze tłumaczę się tym, że jest masa bardziej potrzebujących ode mnie osób. 
Nie od dzisiaj też wiadomo, że najlepszym lekarstwem na mózgowe porażenie dziecięce jest właśnie rehabilitacja, najlepiej stała, a nie odbywająca się średnio raz w miesiącu przez dwa tygodnie. Mam niby w domu rowerek rehabilitacyjny, ale ileż można pedałować w czterech ścianach własnego mieszkania? Dlatego myślę na poważnie o powrocie do sportu, co w jakimś stopniu zrekompensowałoby mi moje rehabilitacyjne braki. Co prawda to nie to samo, a jednak już coś! 
Półtora roku temu zrezygnowałam ze sportu ze względu na podjęcie drugiego kierunku studiów w odległym Krakowie. Naprawdę, plan zajęć miałam tak ułożony, że nie dałabym rady pogodzić tego wszystkiego. Teraz jestem na finiszu studiów, zarówno na AWFie, jak i na Uniwersytecie Papieskim. Są już wstępne plany na przyszły semestr. I muszę powiedzieć, że jeżeli nic się za bardzo nie pozmienia, to w poniedziałki i piątki spokojnie dam radę chodzić na treningi z lekkiej. Sprawdzałam już terminy na stronce klubu - są w te dni, oraz w środy, w godzinach od 18:00 do 20:00. Byłoby to wspaniałe zakończenie dnia.

A teraz mykam zobaczyć co tam u Was nowego. Trzymajcie się cieplutko!