Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

środa, 31 grudnia 2014

2014 rok - jego blaski i cienie

Kolejny rok dobiegł końca. Jutro obudzimy się(albo i nie) już w kolejnym, 2015. Kolejny rok przybędzie w naszej metryczce. Przyznam się szczerze, że ten rok zleciał mi niesamowicie szybko. W ogóle mam wrażenie, że życie po przekroczeniu 18 roku życia biegnie jak szalone. Oby tylko nie roztrzaskało się o jakiś mur i nie zostało bezpowrotnie zatracone. A niestety, w codziennym pośpiechu bardzo często uciekają nam najistotniejsze rzeczy.

Często na koniec roku zastanawiam się, co można w nim zaliczyć co porażek, a co do sukcesów. Największą moją porażką zdecydowanie okazało się nie zaliczenie języka angielskiego, a w konsekwencji nie dopuszczenie mnie do obrony pracy magisterskiej. Mh... Potem dowiedziałam się od koleżanki, że uczelnia całkowicie zlikwidowała Studium Języków Obcych, o czym dziekan "zapomniał" mnie poinformować we wrześniu. Na razie więc odkładam decyzję o zmianie tytułu lic. na mgr, tym bardziej, że coraz częściej odnoszę wrażenie, że kolejne tytuły sprzyjają popadaniu w przeświadczenie, że jesteśmy najlepsi na świecie. Rozstałam się też z K. z którym chodziłam od roku - kolejny raz utwierdził mnie w przekonaniu, że mężczyźni to w większości niedojrzałe gatunki ludzkie. W listopadzie do cieni mojego życia mogę dodać zmianę kursowania busów do Krakowa. Do tego dochodzą jeszcze kłótnie z kilkoma mniej lub bardziej ważnymi osobami...

Na szczęście sukcesów miałam o wiele więcej. Na pewno zaliczę do nich większe zaangażowanie w życie mojej parafii - czytanie modlitwy wiernych, niesienie darów w procesji, raz nawet miałam pierwsze czytanie. W lutym debiutowałam jako główny wychowawca grupy na półkoloniach. Zaangażowałam się także w przygotowanie festynu rodzinnego. Bardzo się cieszę z kolejnego wyjazdu za granicę. Tym razem celem naszej grupy był Wiedeń, Kromeriż oraz Budapeszt. Taki wyjazd to nie tylko okazja do poznania nowych miejsc, ale i nawiązania znajomości.
Dzień po powrocie z zagranicy stanęłam na komisji rentowskiej i przyznali mi to świadczenie do 2019. Nie będę pisać jak ważny jest stały dochód dla osoby mieszkającej samotnie i samotnie opłacającej wszelkie świadczenia. Cieszę się, że ten rok obył się bez dłuższej hospitalizacji, że moje sfatygowane nerki jeszcze radzą sobie z oczyszczania krwi z toksyn. Zastawka w głowie też działa mi bez zarzutu, więc chyba jeszcze trochę pożyję. Zdecydowałam się na poszerzanie swoich kwalifikacji. Bez wahania złożyłam papiery do dwóch szkół policalnych w moim mieście. Jednak za największy sukces w tym roku uważam podjęcie studiów na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. 
Dlaczego? Podejrzewam, że nie każdemu chciałoby się codziennie dojeżdżać w jedną stronę na uczelnię. A mnie się chce. Często pytają mnie skąd ja biorę siły na to wszystko? Nie wiem. Może z wiary? A może ktoś tam na górze bardzo się za mną wstawia? W każdym razie póki mam zapał i energię, póty będę kontynuować moją  edukację.

Było też jedno wydarzenie w roku, które nadało mu szczególny wymiar i napełniło mnie nadzieją - to kanonizacja dwóch papieży: Jana XXIII oraz Jana Pawła II w Niedzielę Miłosierdzia Bożego. I chociaż sama nie brałam udziału w obchodach tego wydarzenia w Watykanie, to jednak z zapartym tchem śledziłam wszystko na szklanym ekranie telewizora.
Co przyniesie rok 2015 pozostaje dla mnie zagadką. Ja tylko bym chciała dokończyć w końcu moje studia magisterskie, tylko nie koniecznie w Katowicach. I żeby moje zdrowie utrzymało się na obecnym poziomie.

Na koniec pragnę podziękować wszystkim, którzy czytają moje wypociny. W ciągu pół roku licznik odnotował prawie 5 500 odwiedzin(stan na godzinę 14:40). Sporo, zważając na to, że szczególnie nie rozreklamowałam mojej stronki. Dziękuje wszystkim komentującym to co piszę, a szczególnie Ani, cyni, mamie braci Petelczyc, Innej Mamie, Chachulce1990 oraz Ewie(co prawda dałaś mi tylko jeden komentarz, ale jakże podnoszący na duchu). Mam nadzieję, że w przyszłym roku spotkamy się w tym samym gronie.

wtorek, 30 grudnia 2014

Co można zrobić dzięki innym ludziom?

Bardzo dużo rzeczy:
- zagrać w "Eurobiznes"
- pierwszy raz w życiu spróbować kartaczy, po których nic mi nie jest
- wypić herbatę w dobrym towarzystwie
- obejrzeć zdjęcia z pięknych czasów gimnazjalnych i powspominać je sobie trochę
- wzruszyć się oglądając na VOD odcinek "Ojca Mateusza" pt. "Święta rodzina"
- odwiedzić kilku znajomych na facebooku(którego zresztą się nie posiada)
- wygłaskać cudzego psa i kota
- a także poplotkować, poplotkować i jeszcze raz poplotkować

Bo przecież to takie normalne dla dwudziestokilkulatek, prawda?

A poniżej wrzucam mój ukochany motyw z "Ojca Mateusza". Nie da się nie wzruszyć.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Uciekający czas

Ostatnio mam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce. Tłumaczę to sobie nadmiarem obowiązków. Ale czy to powinno być usprawiedliwieniem mojego lenistwa? Nie sądzę. Ostatnio najchętniej nie wychodziłabym z mieszkania. Dzisiaj musiałam jednak się zebrać, aby podjechać do biblioteki w Katowicach, bo system zaczął mi naliczać karę za nie zwrócenie książki w terminie. A swoją drogą byłam pewna, że przedłużyłam termin jej oddania. Pewnie znowu czegoś nie nacisnęłam, bo odbywało się to w systemie on-line. W każdym razie dwie cenne godziny zostały wyjęte z mojego dnia.

Wczorajszy dzień był do niczego - tak bolał mnie brzuch, że nie mogłam funkcjonować. Na Wigilii zbytnio nie szalałam z jedzeniem, ponieważ znam swoje ograniczenia w kwestiach żywieniowych. Zastanawiam się, czy brzuch może boleć z nerwów. Wszak poprzedni rok był raczej dla mnie stresujący - nieciekawa sytuacja rodzinna, skreślenie z listy studentów tydzień przed zakończeniem studiów(to chyba najbardziej się na mnie odbiło) od października ciągnięcie trzech kierunków studiów i kombinowanie jak je pogodzić. 

W dodatku od tej soboty zaczynają mi się egzaminy i zaliczenia. Muszę się sprężyć, aby jak najwięcej przedmiotów, a najlepiej wszystkie, zaliczyć w pierwszym terminie. Dzięki temu będę miała chociaż tydzień wolnego(w "Żaku" ostatni egzamin mam 7 lutego, natomiast na uczelnię w Krakowie wracam już 16 lutego, zresztą zajęcia w "Progresie" też zaczynam w lutym). Siedzę więc przed wydrukowanymi notatkami pod kocem w łóżku i przyswajam sobie materiał. Ale im dłużej się uczę, tym większe mam wrażenie, że tego materiału jest za dużo na moją biedną głowę i że nie zdążę ze wszystkim. I przeraża mnie to, że mam coraz mniej czasu. Tak bym chciała, aby ten tydzień już minął. Byłabym z dwoma przedmiotami do przodu. Tym bardziej, że materiał pomału zaczyna mi się mieszać. Zwłaszcza z przedmiotów prawniczych. Ale z drugiej strony mam motywację do nauki w postaci chęci pomocy w organizacji kolejnych półkolonii w naszej parafii. Pomagam od lata 2011 roku, a w zeszłym roku awansowałam na głównego wychowawcę grupy. Oczywiście wcześniej musiałam zaliczyć kurs wychowawcy, na którym znowu robiono mi kłopoty. Na szczęście w końcowym bilansie w kuratorium oświaty nie widziano problemów aby osobie takiej jak ja dać papierek potwierdzający kwalifikacje. Nie wiem tylko kto w tym roku organizuje stacjonarny wypoczynek dla najmłodszych. Ale może dadzą mi jakoś znak. 

A jutro znowu czeka mnie spotkanie z moimi koleżankami z gimnazjum. Przez to moje zabieganie i brak czasu nie mam nawet kiedy się z nimi spotkać. Ciekawe co u nich słychać.

sobota, 27 grudnia 2014

Szachownica

Dwa tygodnie - dużo to i mało. Kiedy tydzień temu siedziałam na ostatnich zajęciach z rachunkowości w szkole policealnej zastanawiałam się jak mądrze wykorzystać ten czas. Już wtedy wiedziałam jedno - nie mogę zbytnio zarywać nocy. Zważając na mój skomplikowany tryb życia, a raczej tempo jakie sobie narzuciłam składając papiery na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie, postanowiłam postawić przede wszystkim na wypoczynek. Od jakiś dwóch tygodni zmagam się z przeziębieniem połączonym z bólem brzucha, które muszę w końcu wyleczyć. A poza tym zaplanowałam sobie nie zarywanie nocy. To nie przelewki wstawać o godzinie 4, aby dotrzeć na tą 8 na miejsce. Na krakowskim dworcu autobusowym jestem co prawda godzinę wcześniej, ale muszę jeszcze dojść na uczelnię. Zachodzę w głowę jak to się stało, że z dworca na Franciszkańską nic nie jedzie. No nic. W każdym razie mój rekord na tej trasie: to 10 minut. Z laptopem na plecach. I zapierającym dech w piersiach kaszlem. Ale żeby nie było, że się lenię, to też pomału przygotowuję się do egzaminów zaliczeniowych w szkołach policealnych oraz zerówek na Uniwersytecie. Już za tydzień mam egzamin z podstaw prawa cywilnego oraz podstaw przedsiębiorczości. Materiału, szczególnie z tego pierwszego jest trochę. Ale dam sobie radę. Studia na poziomie licencjackim ukończyłam, w przyszłym roku ponownie będę startować na studiach magisterskich, tym razem na krakowskim AWFie. Do tego w Katowicach nie mam siły, poszedł zdecydowanie w ilość, a nie w jakość. Dojazdy są wykańczające, fakt, ale za to jaka będzie potem satysfakcja. A żebym wszystko sobie mogła pogodzić, pod choinką znalazłam organizatorek, o którym marzyłam od dawna. Czasami najpraktyczniejsze prezenty są najtańsze. A swoją drogą musiałam być w tym roku bardzo grzeczna, bo po raz pierwszy od kilku lat znalazłam coś pod choinką. Ale takie niespodziewane prezenty chyba najbardziej cieszą obdarowywanych. 

piątek, 26 grudnia 2014

Kiedy raj zamienia się w piekło...

Każdy z nas marzy o wyjeździe w ciepłe kraje, poopalanie się na plaży, kąpiel w morzu. Ludzie, którzy zginęli dziesięć lat temu po przejściu potężnej fali tsunami w rejonie wysp Indonezyjskich też pewnie o tym marzyli. Ci, którzy mieszkali na nich na stałe pewnie cieszyli się, że będą mieli niezłą szansę na zarobek. Co prawda w tamtych regionach chrześcijaństwo wyznaje stosunkowo niewielka liczba mieszkańców, jednak większość wypoczywających na bajecznych plażach przyleciała na wyspy, aby w przyjemny sposób spędzić zarówno okres świąteczny, jak i zbliżający się Nowy Rok. Wyobrażacie sobie patrzeć na kolorowe fajerwerki w otoczeniu palm? To musiałby być cudowny widok. Pewnie ludzie wybierający się w tamtym czasie na wypoczynek na wyspy też tak myśleli. I do swoich walizek oprócz sprzętów do nurkowania zabrali też sztuczne ognie. Bo przecież nie mieli pewności, że dostaną je na miejscu. Czy spodziewali się wtedy, że wielu z nich w tym raju na ziemi straci życie? Pewnie nie.

Był drugi dzień świąt, kiedy świat dowiedział się o potężnej fali tsunami, która przetoczyła się przez Indonezję, Sri Lankę, Indie, Tajlandię, Malediwy, Somalię, Birmę oraz Malezję. Telewizja pokazywała przerażające obrazy przedstawiające ogrom zniszczeń, jakich dokonał potężny żywioł. Przez kilka kolejnych dni dochodziły do nas informacje o zastraszającej liczbie ofiar, które utonęły pod wodą - zarówno wczasowiczów, jak i mieszkańców miast zalanych przez wodę. Straszliwy żywioł nie wybierał - ginęli bogaci właściciele zagranicznych firm oraz biedni rybacy w przybrzeżnych portach. Zwierzęta kilka dni wcześniej instynktownie uciekły w głąb lądu. Ludzie nie mają jednak tak rozbudowanej intuicji i nawet kiedy morze cofnęło się aż po horyzont, nie wszyscy wzięli to za zły omen. Statystyka jest straszna - zginęło ponad 200000 osób, tożsamości wielu z nich do dzisiaj nie udało się ustalić. Byli chowani w zbiorowych mogiłach, najczęściej w pośpiechu z obawy przed wybuchem epidemii. 

Bardzo często zastanawiałam się w tamtym czasie co by było, gdybym znalazła się wtedy w epicentrum wydarzeń. Żyję co prawda w Polsce, ale równie dobrze mogłam urodzić się w którymś z krajów nawiedzonych przez falę. Albo pojechać z rodzicami tam na wakacje. Czy też zginęłabym jak niejeden mój rówieśnik? Czy może udałoby mi się przetrwać?

I na koniec jeszcze teledysk, który promował akcję pomocy ofiarom tamtego zdarzenia.

środa, 24 grudnia 2014

Wszyscy, wszystkim ślą życzenia

SMSowo, za pomocą kartek pocztowych, komunikatorów internetowych, portali społecznościowych. rozmów telefonicznych oraz przypadkowych i mniej przypadkowych spotkań. Dlatego też i ja chciałabym złożyć życzenia świąteczne moim czytelnikom. Nie będę się siliła w tym roku na oryginalność. Wybaczcie, od kilku tygodni zmagam się z przeziębieniem, a jeszcze dzisiaj w ramach wolontariatu siedziałam całe przedpołudnie z dzieciakami na szkolnej świetlicy. Wcześniej jednak wstąpiłam na ostatnie roraty, na których była 4 najwytrwalszych dzieci(wyłączając ministrantów, którzy mieli  rano swój dyżur). A tak w ogóle to dziękuję pani Kopacz za "prezent" na święta. Na szczęście o wieczerzę wigilijną nie muszę się martwić - spożyję ją w domu rodzinnym. A porządki miałam robione na bieżąco, więc raczej sobie z tym poradziłam w godzinę. Choinkę też już ubrałam - mam nadzieję, że mój mały kociak nie będzie zbytnio ciekawy. Teraz akurat śpi sobie w pudle po drzewku. Tak też można ha, ha, ha. Planuję też pójść na pasterkę o północy, jak zresztą co roku. Schola co prawda ma swój dyżur na pasterce dla młodych małżeństw o 22:00, ja jednak nie wyobrażam sobie pasterki o innej porze niż 24. Wracając do życzeń posłużę się wierszem, który ktoś kiedyś powiedział na szkolnych jasełkach, a który krąży po Internecie:
Wesołych Świąt!
Bez zmartwień,
Z barszczem, z grzybami, z karpiem,
Z gościem, co niesie szczęście!
Czeka nań przecież miejsce.
Wesołych Świąt!
A w Święta,
Niech się snuje kolęda.
I gałązki świerkowe
Niech Wam pachną na zdrowie.
Wesołych Świąt!
A z Gwiazdką! -
Pod świeczek łuną jasną
Życzcie sobie - najwięcej:
Zwykłego, ludzkiego szczęścia

wtorek, 23 grudnia 2014

Syropek, którego nie da się pić

Poprosiłam tatę o w niedzielę zakup jakiegoś syropu na mój kaszel, który miałam odebrać po powrocie z wieczornej Mszy świętej połączonej z rekolekcjami adwentowymi. Oczywiście tata zna całą litanię substancji, po których mogę mieć objawy alergiczne, skonsultował je z farmaceutą(przynajmniej chcę w to wierzyć) i kupił syrop o smaku imbiru i miodu. Zestawienie trochę dla mnie za ostre, bo po pierwszym wypiciu zrobił mi się odruch wymiotny, ale z każdą następną dawką jest coraz lepiej. Jednak nie chciałam dzisiaj napisać o mojej reakcji na jego smak, chociaż pasowała by do tematu notatki, ale o niepozornej na pierwszy rzut oka zakrętce od buteleczki. Producent wymyślił sobie zabezpieczenie przed dziećmi polegające na tym, że aby otworzyć medykament, trzeba docisnąć zakrętkę do dołu i dopiero wtedy trzeba kręcić. W przeciwnym razie gwint jedynie przeskakuje. Jak się szybko okazało zakrętka jest idealnym zabezpieczeniem nie tylko przed małymi dziećmi, ale i osobami z obniżoną sprawnością rąk, na przykład takich jak ja. Od niedzieli, czyli przez okres w którym piję syrop, udało mi się go samodzielnie otworzyć może z trzy razy. A wedle ulotki powinno się go zażywać co cztery godziny. Niby wszystko robię prawidłowo, a jednak siła w moich dłoniach nie zawsze jest wystarczająco duża, aby zrobić tak prozaiczną czynność. Na szczęście w mieszkaniu obok mieszka sympatyczna osiemnastolatka, której aktualnie pomagam przygotować się do matury z matematyki. Kilka razy poprosiłam ją o pomoc i nigdy mi nie odmówiła. Jak to dobrze mieć życzliwe osoby, które bezinteresownie spieszą z pomocą innym. A dzisiaj na rynku spotkałam się z panią E., która była opiekunką mojej grupy, kiedy byłam w 3 klasie szkoły podstawowej. Czyli 16 lat temu. Ostatni raz widziałyśmy się w czerwcu 2006 roku, kiedy kończyłam gimnazjum. I po tych wszystkich latach mnie rozpoznała :). Zrobiło mi się niezmiernie miło, ponieważ bardzo ją lubiłam. Chwilę pogadałyśmy, wymieniliśmy się życzeniami świątecznymi. Ech, szkoda że tak rzadko spotykam niezwykłe osoby z mojego pierwszego etapu szkoły. Tak bym chciała jeszcze kiedyś spotkać panią B., która nie tylko odkryła we mnie smykałkę do matematyki, ale i pielęgnowała go. Czy mi się to uda? Nie mam pojęcia.

Mak zmielony, uszka ulepione(myślałam, że szlak mnie w pewnej chwili trafi, kiedy zlepiałam maciupeńkie pieżożynki). Jutro tylko trzeba rano iść na ostatnie roraty, potem ubrać choinkę i trzy dni świąt będzie można zacząć.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wyludnienie dzieci

Poszłam dzisiaj do kościoła na nabożeństwo roratnie. Przyznam się bez bicia, że w tym roku byłam na roratach zaledwie kilka razy, jako "usprawiedliwienie" mam jednak fakt, że studiuję 80 kilometrów od miejsca zamieszkania i  trochę ciężko jest mi dotrzeć do mojej parafii na godzinę 17, zwłaszcza kiedy kończę o godzinie 18. Pomyśleć, że podczas studiów w Katowicach opuściłam zaledwie kilka dni, a w latach poprzednich byłam na wszystkich. No cóż, widać mój czas już przeminął. Chociaż w kościele czuję się jak w domu. I nawet przeziębienie mnie nie zawsze zatrzyma w domu. Cieszę się, że udało mi się uczestniczyć w parafialnych rekolekcjach. Bo co z tego, że mieszkanie będzie wysprzątane na błysk, skoro moje serce będzie takie sobie?

Już dawno zauważyłam, że skończyły się czasy, kiedy w mojej parafii brakowało w ławkach miejsca dla dzieci, które przybyły na takie, czy inne nabożeństwo. Kiedyś nie było tematycznych rorat, nagród dla najwytrwalszych(chociaż ja kilka razy coś przytargałam do mieszkania), loteryjek a kontrolni naklejało się na zwykłe kartki z bloku. Ale nie było też komputerów i innych cudów techniki, a raczej złodziei czasu. Bo tłumaczenie, że dzieci mają teraz tyyyle zadawane do mnie nie trafiają. Też byłam dzieckiem, też chodziłam do szkoły, a odrabianie lekcji z powodu problemów z pisaniem zajmowało mi dłużej, niż moim rówieśnikom. A mimo to znajdowałam tą godzinę na uczestnictwo w roratach. 

Dzisiaj na nabożeństwie było zaledwie 30 dzieci. Rozumiem, że wszystkie robiły porządki w domach, pieką ciasta itp. Rozczarowała mnie tutaj postawa scholi. Jak miała swoją część rorat do oprawienia, to pękała w szwach. Aktualnie za oprawę muzyczną dba parafialny zespół, dziewcząt ze scholi nie ma. Oczywiście nie o wszystkich piszę, ale o większości. A tematyka rorat w tym roku obraca się wokół św. Teresy z Avila. Nie będę tutaj dzisiaj zamieszczać biografii tej mało znanej hiszpańskiej świętej. Zainteresowanych odsyłam do strony internetowej -> http://www.brewiarz.pl/czytelnia/swieci/10-15a.php3. W każdym razie gdybym dzisiaj była dzieckiem, to chyba nie opuściłabym żadnego spotkania. Tym bardziej, że zamiast nudnych kazań głoszonych na siłę przez kapłanów dzieciaki mają okazję w przystępny dla nich sposób poznać historię świętej. Jest ruch, pytania, interakcja. Nie sposób się nudzić. Do tego losowanie nagród po Mszy świętej, gdzie można zawsze coś zrobić, a pierwszy wylosowany numerek zabiera dodatkowo na cały dzień figurkę Matki Boskiej do domu. Więc dlaczego dzieci brak?
Ale podobno w centrach handlowych jest od groma ludzi, więc może tam się podziali nasi milusińscy?

niedziela, 21 grudnia 2014

Nareszcie wolne

Uwaga, uwaga, w dniu dzisiejszym miałam ostatnie zajęcia w tym roku kalendarzowym w szkołach policealnych. Następne odbędą się dopiero 3 stycznia. Ponadto na uczelnię wracam 7 stycznia. Co to oznacza w praktyce? DWA TYGODNIE wolnego. Bez pobudek o 4 rano w dni powszednie oraz 6 rano w prawie każdy weekend. Od półtorej tygodnia kaszlę jak w ostatnim stadium gruźlicy, a trudno się wyleczyć, kiedy trzeba codziennie do szkoły iść. Teraz mam dwa tygodnie, aby kaszlowi powiedzieć bye-bye. Wreszcie wyleżę go. Nie będzie to jednak wolne od nauki - pierwszy egzamin z podstaw prawa cywilnego mam 3, 4 piszę sprawdzian z podstaw przedsiębiorczości, po którym już wystawią nam ocenę. Czeka mnie też sprawdzian z działalności gospodarczej w branży administracyjnej. Muszę napisać pracę kontrolną z rachunkowości finansowej oraz uzupełnić notatki z rachunkowości(te konta mnie wykończą od strony technicznej, bo samo księgowanie jakoś wchodzi mi do głowy) i turystyki religijnej(przynajmniej te z geografii oraz historii kościoła, chociaż inne też by się przydało, bo niektóre są na zasadzie luźnych spostrzeżeń). Trochę tego jest, ale jak to już napisałam, mam trochę na to czasu. No i jeszcze planuję nadrobić zaległości czytelnicze. Aktualnie przetrawiam "Blaszany bębenek", który jest napisany dość topornym językiem. A teraz uzupełniam kronikę parafialną, bo na tym polu też mam spore zaległości. Skończyły się parafialne rekolekcje, jest co pisać, zwłaszcza, że wspomnienia nauk nie są jeszcze zatarte przez ząb czasu.

sobota, 20 grudnia 2014

Jak pozbyć się wyrzutów sumienia, czyli trochę posmęcę przed świętami

Często zastanawiam się, jak to nasze życie jest ułożone, że niektóry z nas tracą bliskich tuż przed świętami Bożego Narodzenia lub Wielkanocy. Rok temu przed Bożym Narodzeniem odszedł do wieczności ojciec naszego proboszcza. Umarł dosłownie na rękach swojej żony we wspomnienie świętej Barbara. Co prawda są pewne kontrowersje co do samego faktu jej istnienia, jednak tradycyjnie jest uważana za patronkę dobrej śmierci. Mówi się, że mężczyzna umierał pogodzony ze światem oraz wszystkimi dookoła, więc może jest w tym nutka prawdy. Trochę żałuję, że nie byłam na pogrzebie, ale nikt mi nie powiedział, że jest planowana delegacja wiernych z naszej parafii, a przy okazji pojedzie ona wynajętym busem (bo osobiście byłam pewna, że ktoś pojedzie, chociażby panie z Akcji Katolickiej, ale obstawiałam podróż własnymi samochodami). Kiedy we wrześniu do wieczności odeszła jego żona, pojechałam w delegacji bez zmrużenia oka. W końcu jakieś przedstawicielstwo scholi musiało być, prawda? Akurat informacja o śmierci i wyjeździe została podana 13 września, w dniu kiedy schola przygotowywała nabożeństwo fatimskie, byłam więc doskonale powiadomiona co i jak.

W środę dostałam wiadomość o śmierci matki opiekuna duchowego scholi, księdza F. Trochę się zdziwiłam, bo osoba pisząca SMSa powinna w tym czasie być w kościele na roratach. Potem wyjaśniło się, że owszem była, ale w innej parafii. Ale miło, że o mnie pamięta pomimo tego, że częściej mnie nie ma niż jestem. W SMSie powiadomiono mnie też, że pogrzeb ma się odbyć dzisiaj i że tradycyjnie można zapisywać się w zakrystii. Chciało by się jechać, zwłaszcza że ksiądz F. zawsze nie dość że akceptował mnie ze wszystkimi moimi niedoskonałościami, to jeszcze stara się mnie maksymalnie zaangażować w życie parafii. Już nawet czytałam kiedyś czytanie podczas Mszy świętej. A swoją drogą to hardcor dawać coś do publicznego przeczytania osobie takiej jak ja. Zresztą sami posłuchajcie mojej mowy(tylko wcześniej radzę zatrzymać odtwarzanie muzyki, żeby nic na siebie nie nachodziło)
video
Hardcor? A może wiara w to, że uda mi się tego dokonać? W każdym razie ktoś się nie bał tego. Chciałoby się jechać, ale nie pozwoliły zajęcia w szkołach policealnych. Zwłaszcza, że na techniku administracji miałam aż 3 sprawdziany. Ale poszłam tylko na dwa, bo rano miałam jeszcze zajęcia w Żaku. A raczej ich nie miałam, bo babka(?) nie przyszła. Na prawo cywilne nie poszłam, bo i tak nie umiałam(było w tym czasie co wynagrodzenia i podatki). Umówiłam się jednak, że jutro go zaliczę. O ile dotrę z rachunkowości. Z podstaw administracji za to nawet nie zdążyłam zapytać o możliwość pisania na komputerze - sama mi to zaproponowała, a potem poprosiła o zgranie na pendrive. Miła niespodzianka. Z tego przedmiotu nie liczą się oceny cząstkowe, tylko z egzaminu, więc się nie martwię. Z okazji świąt skrócono nam nawet zajęcia i mogłam bez przeszkód zdążyć na wieczorną Mszę świętą połączoną z nauką rekolekcyjną. Bo tylko tak mogłam połączyć się z żałobnikami...

piątek, 19 grudnia 2014

Coraz bliżej święta

Nowy wystrój bloga powoli ma wprowadzić moich czytelników w nastrój zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Nie jest on idealny, chciałam aby bombka była obok tytułu bloga, a nie za nim(tylko nie mam pojęcia jak to zrobić), ba nawet tło jest odgapione(wybacz Ivuś, ale w zaproponowanej gamie tekstur tylko to było w jakimś stopniu bożonarodzeniowe) ale mnie osobiście się podoba. Najbardziej jestem zadowolona z ścieżki dźwiękowej. Na wielu blogach na blogspocie spotkałam się z tym, jednak nie miałam bladego pojęcia jak to zrobić. Na szczęście wujek google dosyć dokładnie wytłumaczył co i jak. A że już dawno okryto, że ludzkość najczęściej uczy się na zasadzie prób i błędów, to wszystko sama powolutku wykonałam. Następnym razem pójdzie mi lepiej.

Tak jak już wczoraj napisałam, wczorajsze popołudnie i wieczór spędziłam na uczelnianym opłatku. Pierwszy raz w życiu przeżyłam coś takiego. Najpierw uroczysta Msza święta w krakowskim kościele św. Marka. Nigdy wcześniej nie byłam w tej świątyni, toteż nawet nie wiedziałam gdzie on jest(chociaż codziennie go mijam ha, ha, ha). Na szczęście mam cudownych kolegów i koleżanki, które służą mi pomocą nie tylko podczas zdobywania notatek, ale i kiedy muszę gdzieś dojść w nieznanym mi szerzej mieście. Bo przecież Kraków to nie tylko rynek główny i Wawel. No i droga z dworca autobusowo-kolejowego na PAT. Ech, muszę kiedyś jechać do niego ot tak, nie w celach naukowych. Tak więc zgodnie z obietnicą J. i D. czekały na mnie pod Galerią Krakowską i razem poszliśmy do świątyni.
Kościół św. Marka - źródło: www.wikipedia.pl
Po nabożeństwie przeszliśmy w korowodzie na ulicę Benedyktyńską, na której znajduje się jeden z budynków Uniwersytetu. Marsz był w wolnym tempie, toteż bez problemu nadążałam za wszystkimi. Zresztą mój wydział nadawał tempa idąc na przodzie, więc nie mam co narzekać. Po przybyciu na miejsce wszyscy zaangażowani w jasełka poszli do jednej z sal, aby się przebrać. Przy dźwiękach kolędy "Wśród nocnej ciszy" weszliśmy na scenę. Trzy tygodnie prób zaowocowały występem bez ani jednej wpadki. Ufff, bo zawsze przeżywam wszelkiego rodzaju występy publiczne. Zwłaszcza przed samym kardynałem Dziwiszem, który zaszczycił nas swoją obecnością. A potem wszyscy wszystkim składali sobie życzenia. Dobrze, że zadbano o zapas opłatków, bo to nie sztuka połamać się z pół tysiącem osób. Żałuję, że nie mam cyfrowego aparatu, bo scena była magiczna. Tak samo jak wieczerza wigilijna. Wyobrażacie sobie ponad 500 osób przy jednym stole. Bo do wczorajszego wieczoru przewyższało to moją wyobraźnię. Na szczęście korytarze mamy dosyć długie i szerokie. I jeszcze te wspólne śpiewanie kolęd. Do pamięci przejdzie barszcz czerwony z uszkami, który nalała mi koleżanka(szkoda mi było białego obrusu, bo przy mojej atetozie to raczej zawartość połowy chochelki znalazłaby się na nim), a także dziekan naszego wydziału mówiący z dumą o nas "Moi studenci". Tak, jego, jego.

Noc w bursie minęła mi spokojnie. To nie prawda, że w akademikach są tylko imprezy. A może to ja trafiłam na spokojniejszy okres? W każdym razie rano byłam naprawdę wypoczęta. Ostatnim przedmiotem w tym roku szkolnym była architektura i sztuka sakralna. Przyszło nas zaledwie 8 - sama elita. Ale większość pewnie pojechała już do domów. Na zajęciach tradycyjnie luzik. Zaczęliśmy mówić o sztuce z okresu przełomu średniowiecza i renesansu. Zbliża się kolokwium zaliczeniowa, a ja nie mam dosyć dokładnych notatek z tego przedmiotu. Przez moje roztargnienie zapomniałam wypożyczyć na święta jednej książki z biblioteki uczelnianej, a w katowickiej ktoś nie zwrócił tego egzemplarza. Trudno, po przerwie podskoczę, bo nie chce mi się specjalnie jechać do Krakowa. Zwłaszcza, że planuję odebrać inną pozycję, a dostępna ona będzie dopiero po Nowym Roku. Na szczęście wykładowca nie powiedział, że to kolokwium będzie na pierwszych zajęciach, więc może zdążę się przygotować. Po zajęciach rozmawiałam  z kobietą o moich kłopotach z ręcznym pisaniem i mam obiecaną wersję na penraivie. Zostałam oczywiście poproszona o uczciwość i nie przygotowanie żadnych ściąg, ja jednak uważam takie zachowanie za niegodne studenta i w ogóle ucznia. Jeszcze tylko weekend i dwa tygodnie wolnego.

A dookoła widać świąteczne motywy. W moim mieszkaniu jak dotąd jedynym świątecznym motywem jest wieniec adwentowy, gdzie w każdą niedzielę zapalana jest kolejna świeca. Na inne motywy przyjdzie jeszcze czas. Zwłaszcza, że czuję już przesyt wszelkimi lampkami i łańcuchami. W galeriach handlowych ledwie minął Dzień Wszystkich Świętych, pojawiły się lampki. Od początku grudnia na Rynku w Krakowie jest jarmark bożonarodzeniowy, drugi pod Galerią. Kilka dni temu kupiłam i wysłałam kartki pocztowe dla znajomych. Kiedyś sama je wykonywałam, teraz nie mam już na to czasu. Na szczęście w kioskach jest szeroki wybór. Co prawda bazgrzę jak kura pazurem, ale jeszcze nigdy kartki pocztowe nie zabłądziły po drodze. A jaka to radość dostać taką kartkę, w którą ktoś włożył wysiłek. W mojej parafii zaczynają się rekolekcje, będą trwały do niedzieli. Po powrocie z nich muszę wziąć się za porządek w mieszkaniu. Muszę o nie dbać, bo nikt za mnie tego nie zrobi. Nie jest co prawda zapuszczone, ale odświeżyć je wypadałoby. Szkoda, że jutro i pojutrze muszę iść do szkoły. Dam sobie jednak ze wszystkim radę. Któż jak nie ja.

czwartek, 18 grudnia 2014

Wolne - niewolne

Ogłosili dzisiaj godziny rektorskie na uczelni. Teoretycznie, bo w praktyce mój wydział, teologiczny, przygotowuje jasełka dla pracowników i pracowników uczelni. Dla mnie to nowość - przez pięć lat studiowania na AWFie czasami nawet nie było okazji do ludzkiego złożenia sobie życzeń świątecznych. A tutaj proszę - uroczysta Msza święta w kościele świętego Marka, potem opłatek, wigilia na kilkaset osób i wspólne kolędowanie. Prawie jak za starych, gimnazjalnych czasów. I co najważniejsze, wszyscy są zaangażowani w przedsięwzięcie. Nawet mnie przypadła rola - osiołka. Śmiejcie się, albo i nie, ale to bardzo ważna rola - ponieważ będę cały czas na środku sceny, będę podpowiadać tekst tym, którzy go zapomną. Czyli przypadło mi być w udziale suflerem. Nie pierwszy raz. A swoją drogą dziwiło mnie jedno - nie jestem w stanie samodzielnie napisać ręcznie dłuższego tekstu, za to pamięć zawsze miałam dosyć dobrą. W pewnym momencie zaczęto mnie nawet nazywać świadkiem diabła - bo pamiętałam nawet najbardziej szczegółowe rzeczy łącznie z tym, w co kto kiedy był ubrany. No, ale wróćmy do tematu. Kto przygotował scenariusz? Nie mam pojęcia. Ale dawno się tak nie uśmiałam podczas prób. Z drugiej strony mój kierunek jest jednak elitarny, tworzy go niecałe 20 osób, toteż łączą nas nieco mocniejsze więzi niż z kierunkami, na których jest kilkadziesiąt, a nawet i kilkaset studentów. Co prawda ci z ogólnej teologii są tacy... hm... dziwni(ciekawe co oni myślą sobie o nas, studentach turystyki religijnej), ale miejmy nadzieję, że jakoś wspólnymi siłami damy radę wszystkiemu podołać. A po jasełkach czeka nas jeszcze opłatek i wieczerza. No i kolędy. Wczoraj jeszcze dopracowywaliśmy pokaz slajdów z ich tekstami. Na wypadek gdyby ktoś zapomniał hi, hi, hi. Czasami trzeba iść z duchem czasu. Denerwuje mnie tylko fakt, że w normalnych warunkach kończyłabym dzisiaj zajęcia o 18. Wigilia pewnie przeciągnie się do 20. A ja ostatni bus mam o 19:35 :/. Kiszka. A raczej powstał dylemat - zrywać się z uroczystości czy zostać? I rozwiązanie - zostać! Załatwiłam już sobie nocleg w bursie akademickiej z moją koleżanką z roku. Dzięki temu nie czeka mnie pobudka o 4 rano, żeby zdążyć na 8 na zajęcia. W życiu trzeba sobie jakoś radzić.

wtorek, 16 grudnia 2014

Powtórka z Biesłanu?

Kiedy dziesięć lat temu czeczeńscy terroryści opanowali szkołę podstawową w pierwszy dzień września w położonym w Osetii Północnej Biesłanie, cały świat wstrzymał oddech. Wszyscy byli zgodnego zdania - to nie moralne wciągać do walki niczemu winne dzieci. Przez trzy dni wszyscy żyliśmy w niepokoju co się dzieje w tej niewielkim miasteczku. Bo to nie prawda, że słabiej przeżywa się to, co dzieje się setki, a nawet tysiące kilometrów od nas. Czasami przeżywa się je równie silnie, jakbyśmy byli tam na miejscu. A może to tylko moje odczucie, bo zawsze przejmowałam się aktami terroru dziejącymi się na świecie? W każdym razie pamiętam jak zacisnęłam powieki kiedy usłyszałam, że w szturmie podczas odbijania zakładników z rąk terrorystów zginęło ponad 400 osób, w tym dzieci. Niektóre z nich miały zaledwie 2 lata - przyszły wraz ze swoim starszym rodzeństwem oraz rodzicami na rozpoczęcie roku szkolnego. Pokazywali żołnierzy wynoszących krwawiących ludzi z budynku, dzieci łapczywie pijące wodę mineralną w podawanych im butelkach. I to co najstraszniejsze - cały rząd czarnych worków z tymi, którym nie udało się wyjść cało z masakry - dzieci, ich rodziców, dziadków i nauczycieli. Pamiętam z telewizji pogrzeb jednego chłopczyka - w dniu jego urodzin. I ten przejmujący szloch ludzi zgromadzonych na cmentarzu. Pamiętam strach najmłodszych uczniów, kiedy musieli znowu przekroczyć próg innej szkoły - bo przecież ich życie toczyło się dalej i powinni odebrać jakąś edukację. Z niektórymi z nich rodzice siedzieli w ławkach w strachu, że powtórzy się scenariusz z 1 września.
Mija dziesięć lat i trzy miesiące. Świat powoli zapomniał o tym co się stało w Biesłanie. Zapomniał też niejako o możliwości zaatakowania najmłodszych jego obywateli. Bo przecież któż mógłby strzelać do niewinnych dzieci. Dzisiaj jednak scenariusz się powtórzył. Do jednej z pakistańskich szkół wkraczają terroryści i strzelają do uczniów, jeden z nich dodatkowo detonuje przytwierdzony do siebie detonator bombowy. Szkołą wstrząsa eksplozja. Przerażeni uczniowie próbują zamknąć się w klasach, jednak bezwzględni oprawcy wyłamują drzwi karabinami, fundując jednocześnie dzieciom prawdziwą rzeźnię. Talibowie mają oszczędzić najmłodszych, jednak szybko okazuje się, że wśród ofiar jest nawet dwuletnie dziecko. Około 14:30 wojska rozpoczynają szturm na szkołę mający na celu odbicie zakładników. Znowu strzały, od których tym razem giną zamachowcy. Poza tym wśród ofiar znalazło się co najmniej 132 niczemu winnych dzieci, które najczęściej ginęły od ran zadanych im w głowy, klatkę piersiową oraz o detonacji bomby przez zamachowca-samobójcę. 
No i znowu w mojej głowie zaczęło kotłować się pytanie: a co się stanie, jeżeli ktoś kiedyś napadnie na jakąś polską szkołę? Czy też będziemy świadkami tragedii takich jak dziesięć lat temu w Biesłanie albo dzisiaj w pakistańskim Peszawarze? Czy może rząd wyda takie decyzje, aby jeżeli nie obyłoby się bez ofiar, to aby było ich najmniej. Najlepiej byłoby oczywiście gdyby nasz kraj ominęła taka sytuacja, ale wydaje mi się, że mimo wszystko powinniśmy mieć jakiś awaryjny plan na taką sytuację.

niedziela, 14 grudnia 2014

Kac moralny

Ta niedziela jest jedną z niewielu, podczas których nie poszłam do szkoły policealnej, bo nie miałam zajęć. Ostatnia taka sytuacja była w listopadzie. A wolny dzień w niedzielę oznacza dla mnie wizytę w kościele. Kiedy mam zajęcia również do niego uczęszczam, bo nie wyobrażam sobie niedzieli bez Mszy świętej, jednak zazwyczaj zmuszona jestem chodzić do bazyliki o której pisałam >>tutaj<<. Niespecjalnie jednak lubię w niej przebywać - męczy mnie jej podniosłość, uszy bolą od dźwięków organ, a ksiądz mówi kazania od niechcenia. Jakoś wolę moją parafię, która może nie jest taka podniosła, ale za to ma swój urok. No i jeszcze dochodzi do tego śpiewanie w mojej ukochanej scholii. Tak jak już pisałam ostatnio ją zaniedbałam. Co prawda zostałam z tego "rozgrzeszona", bo przecież nauka jest najważniejsza, jednak ten brak stabilizacji ciągle mi dokucza. Dzisiaj miałam zaplanowane nie tylko pojawienie się w moim kościele o godzinie 11:00, ale też zasilenie szeregów śpiewaków(mam nadzieję, że mój strój jeszcze wisi, bo ostatni raz używałam go podczas obchodów Dnia Świętej Cecylii. Przeziębienie zrobiło jednak swoje i zamiast śpiewać z innymi w czasie nabożeństwa, leżałam sobie w piżamie i swetrze polarowym w łóżku. I chociaż wczoraj wszyscy podczas Wigilii kazali mi się jak najszybciej wyleczyć i nawet dzisiaj nie wychodzić z mieszkania(no, chyba że wyzdrowieję, ale zważając na mój kaszel, było to raczej mało prawdopodobne), to jednak czuję małego kaca moralnego. Bo przecież powinnam wypełnić trzecie Przykazanie Boże, zwłaszcza że natrafiła się ku temu doskonała okazja. Wiem, że zdrowie jest ważniejsze, jednak normy wpojone w rodzinnym domu owocują nadmiernie często w moim samodzielnym życiu. 
Na szczęście trochę mi się polepszyło, nawet kaszel mi zelżał. To dobrze, bo ten tydzień mam nadzwyczaj pracowity - dwie Wigilie, codzienne zajęcia na uczelni, wypada pomału zabrać się za porządki, w weekend jeszcze mam zjazd w obydwóch szkołach policealnych... Uff... trochę tego jest. A żeby to ogarnąć muszę być w miarę zdrowa. Inaczej się wykończę.
Dnia chyba jednak nie zmarnowałam - przeczytałam dwie książki(tzn. dokończyłam czytać jedną, a druga tak mnie wciągnęła, że pochłonęłam całą), napisałam zaległą recenzję do sztukatera, uzupełniłam wpisy w kronice parafialne, uporządkowałam notatki z zajęć(nie wszystkie rzecz jasna, ale zawsze będzie mniej roboty w czasie świąt). Przeraża mnie trochę zbliżająca się sesja, bo to nie będą egzaminy w jednej uczelni, ale w trzech(bo jeszcze dochodzą szkoły policealne). Trochę się boję, że najdą na siebie, ale wtedy już jakoś będę kombinować, aby je pogodzić. Zresztą przeżyłam już tak jakby jedne studia(a że ich nie ukończyłam to inna sprawa), przeżyję i tym razem. 

sobota, 13 grudnia 2014

Rybożerca

Jedną z przypadłości z jaką się zmagam jest alergia pokarmowa. Do tego w pewnym momencie dołączył refluks żołądkowo-przełykowy, co dało iście ciekawy miks produktów, których mój organizm nie toleruje. Smak czekolady, kawy, truskawek, bitej śmietany, orzechów, miodu, maku, wołowiny czy też cytrusów jest mi praktycznie nieznany. Po pomidorach, kukurydzy oraz fasolce meksykańskiej też mam wysypkę. O litanii tajemniczych związków chemicznych, które nota bene czają się na każdym kroku już nie wspomnę. Do tego dochodzą wszelkie kwaśne, gorzkie i przesłodzone produkty, po których dochodzą problemy z refluksem. Oj, ciężka sprawa. Wielu pewnie słysząc że tego czy tamtego nie będę jeść powiedziałoby, że wybrzydzam. Jest chyba jednak różnica pomiędzy tym, że ktoś nie je danego produktu bo nie chce, a tym, że nie je, bo nie może? Dlatego ciśnienie mi rośnie, kiedy widzę jak ludzie, i to w sumie dorośli, nie jedzą tego czy tamtego, bo twierdzą, że nie lubią. A ja tak bym chciała poznawać nowe smaki... Na szczęście są produkty, które mogę jeść bez przeszkód. Śmieję się, że z głodu nie umrę, bo bez przeszkód mogę jeść kaszę, ryż, makaron, ziemniaki oraz pieczywo. Wbrew pozorom to już coś. Do tego dochodzą prawie wszystkie warzywa, jabłka, śliwki, gruszki, wieprzowina, drób, jaja, od czasu do czasu przetwory mleczne(mam skazę białkową) no i moje ukochane rybki. Ryby mogłabym jeść bez przerwy. Wszystko jedno w jakiej postaci - pieczone, smażone, gotowane, na parze, czy też w pastach i sałatkach. Po prostu je uwielbiam.

Dzisiaj zgodnie z planem byłam na wigilii scholowej. To taka nasza tradycja, która jednocześnie nas integruje. Wcześniej jednak poszłam do szkoły policealnej Żak na zajęcia z rachunkowości finansowej. Jakoś tak nie lubię opuszczać zajęć, a rano fizycznie czułam się o wiele lepiej niż dzień wcześniej, kiedy choroba uziemiła mnie nie tylko w domu, ale przede wszystkim w łóżku. Schody zaczęły się dopiero po wejściu do klasy, w której odbywały się zajęcia. Zmęczenie oraz nierówny oddech podczas marszu do miejsca zajęć objawiły się salwami gwałtownego kaszlu. W pewnym momencie zaczęła mnie aż boleć klatka piersiowa. Ale to już "pamiątka" po zapadnięciu płuca, które zdiagnozowano u mnie po urodzeniu. Z powodu wigilii zwolniłam się wcześniej z zajęć. Na szczęście dla mnie wyszłam prawie pod ich koniec, toteż chyba niewiele mnie ominęło. Po wyjściu z budynku podeszłam do delikatesów kupić jakieś ciastka(miała być sałatka, ale wczoraj byłam nie do życia) i poszłam na przystanek autobusowy. Mogłam oczywiście iść na plebanię na nogach, ale po pierwsze spóźniłabym się na wigilię(która była o godzinie 11:30 ha, ha, ha), a po drugie moje biedne płuca mogłyby tego nie wytrzymać. A tak oszczędziłam i czas i zdrowie. W kuchni akurat trwały ostatnie przygotowania, więc pomogłam troszkę w noszeniu specjałów. W końcu wszyscy byli przekonani, że Lolek i tak ich nie zje, bo nie może :D. Następnie usłyszeliśmy fragment Ewangelii według świętego Łukasza opowiadający o narodzeniu Syna Bożego i połamaliśmy się opłatkiem. Ponad 30 osób, w pewnym momencie zabrakło mi aż pomysłów na życzenia(maturzystom wypadało życzyć zdanej matury, szóstoklasistom dostania się do wymarzonego gimnazjum, a maluchom, albo co gorsza mamom? Ciężka sprawa). A potem można było JEŚĆ. Dzieciaki rzuciły się na ciasta i pierniki. Te specjały jednak nie dla mnie. Na szczęście ktoś przyniósł też kawałki mintaja. To było to - zjadłam aż 8 kawałków i jeszcze z chęcią zjadłabym więcej, gdyby nie to, że już wystygł. Do tego chleb i kompot z malin... I oczywiście kawałki opłatka, które podbierałam proboszczowi sprzed nosa. Były kolędy, śmiechy, a nawet drobniutki prezent dla każdego - malutki Jezus na sianku. Sympatyczny gest, prawda? Na koniec wspólne porządki, które też jednoczą grupę - dzisiaj specjalizowałam się w noszeniu plastikowych kubków z płynami co dla ludzi ze spastyką i atetozą jest nie lada wyczynem. Na szczęście nic mi się nie wylało, ani nawet nie zgniotłam żadnego kubka. Uważam to za osobisty sukces. Zresztą nie tylko ja tak twierdzę, bo mamy też były pod wrażeniem. Znają mnie tyle lat i wiedzą jakie mam problemy na polu zdrowotnym. Wniosek jest jeden - samodzielne mieszkanie mi służy. Nie mówię, że nie nauczyłabym się pewnych rzeczy, ale na pewno nie tak szybko. No i jeszcze usłyszałam, że ze względu na mój aktualny stan zdrowia mogę jutro nie pojawić się na Mszy świętej(wolałam się osobiście "zwolnić", bo o ile Pan Bóg jest w stanie wiele nam wybaczyć o tyle człowiek już nie). To były wspaniałe dwie godziny. Ostatnio trochę zaniedbałam scholę, jednak okazało się, że nie jestem dla nich obojętna. Jeszcze ten pyszny mintaj... niebo w gębie. Wiedzieli czym mnie podejść. Skrzydeł dodała mi też wymiana SMSowa:
XYZ - "Dziękuję za przygotowanie wigilii i przypominam o nabożeństwach roratnich"
Ja - "A czy jak ktoś będzie duchem na roratach to też się liczy?"
XYZ - "Oczywiście. Kuruj się"

No to się kuruję :). A popołudniu tak mnie zmorzyło po "Fervexie", że spałam dwie godziny. Jutro mam wolne, więc się trochę podleczę, a w poniedziałek ruszam od nowa z działaniem. To będzie pracowity tydzień, dlatego dobrze, abym odpoczęła przed nim.

P.S. Na wigilii padła pewna propozycja względem mnie, która ułatwiłaby mi odbycie praktyk, ale za wcześnie, aby o niej pisać. Zwłaszcza, że nie wiadomo, czy wypali. Trzymanie kciuków nie zaszkodzi.

piątek, 12 grudnia 2014

Była sobie raz infekcja

Chodziło za mną coś od poniedziałku. Chodziło, chodziło i mnie dopadło. Zaczęło się od drobnego kaszelku w poniedziałek, a skończyło pobytem w łóżku w dniu dzisiejszym. Chociaż już wczoraj moje cherlanie raz po raz przerywało wykład z turystyki religijnej i pielgrzymowania. Dojechałam jakoś do domu, weszłam do mieszkania i rzuciłam się na łóżko z zamiarem wstania w dniu dzisiejszym o godzinie 4:30 i pojechania pierwszym busem do Krakowa. Chociaż nie, wcześniej zadzwoniłam w sprawie jutrzejszej wigilii scholowej. Oczywiście nic konkretnego się nie dowiedziałam, ale usłyszałam, że mam się kurować. Niestety, w moim mieszkaniu ze świecą szukać czegoś na przeziębienie, na szczęście "Calcium"(które jest de facto dobrym środkiem antyalergicznym) zawsze się znajdzie. Wypiłam więc szklankę i poszłam spać, bo przecież dzisiaj miałam w planach jechać na uczelnię. Zamiar zamiarem, a rzeczywistość rzeczywistością. Budzę się rano i klops - nie mam siły wstać. Szybko uznałam, że w takim stanie nie dam rady ani pojechać na uczelnię, ani tym bardziej brać udziału w zajęciach i po prostu poszłam dalej spać ha, ha, ha. Zresztą wiele dzisiaj nie straciłam - jedyne zajęcia jakie przewidywał uczelniany plan zajęć to architektura i sztuka sakralna. Luzik, ten jeden wykład jakoś nadrobić. Obudziłam się o 9 i powlokłam do kuchni. Temperatura w moim mieszkaniu nie sprzyja chorowaniu, toteż zaraz po zjedzeniu śniadania na nowo wypiłam Calcium i wskoczyłam do łóżka z moim małym kociakiem. Tak naprawdę jest on moim jedynym pocieszycielem. Włączyłam sobie youtube i w końcu obejrzałam film, na który od dawna miałam ochotę - "Biegnąc po cud", znany też pod nazwą "Święty Ralph". Jest to starszy brat naszego rodzimego "Wszystko będzie dobrze", tylko ze szczęśliwym zakończeniem. Polecam, bo te 1,5 godziny poświęcone na jego obejrzenie na pewno nie będzie stracone. Od siebie dodam, że dawno się tak nie uśmiałam. Pełen film dostępny jest pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=GT7G0zKIsT4. W południe poszłam sobie do apteki po jakieś lekarstwa, bo przeziębienie raczej samo by mi nie przeszło. A na pewno nie do jutra. Kupiłam więc sobie "Fervex", aerozol do nosa(po kroplach leci mi krew) oraz tabletki na kaszel. Za wszystko zapłaciłam niewiele ponad 30 złotych. Bywało gorzej, zwłaszcza patrząc na koszty moich stałych leków. Po powrocie do domu znowu położyłam się do łóżka, wcześniej nakarmiając Pusię(gadzina sama nie weźmie sobie obiadu). Trochę popatrzyłam na telewizor, trochę poczytałam książkę. Mam nadzieję, że jutro będzie na tyle dobrze, że pójdę nie tylko na zajęcia do szkoły policealnej, ale i na wigilię wspólnotową.

Kurcze, miałam zupełnie inne plany na ten dzień - po powrocie z zajęć planowałam wziąć się za sprzątanie mieszkania, wszak samo się nie posprząta(pomimo swojej niepełnosprawności mieszkam od dwóch lat sama - nie wiem czy pisałam), potem przygotować coś na jutrzejszą wigilię. Życie napisało mi jednak inny scenariusz. A może po prostu chciało, abym wreszcie sobie odpoczęła? Sama tego nie wiem...

środa, 10 grudnia 2014

Pierwsza ocena w indeksie

Dzisiaj miałam pierwszy wpis zaliczeniowy. Z metodyki i ochrony własności intelektualnej. Tak jak pisałam w jednym z wcześniejszych postów, napisałam referat na temat bazyliki znajdującej się w moim mieście. Trochę się obawiałam, ponieważ dosyć późno wysłałam profesorce plik, w dodatku bez zdjęć. Zaliczyć wiedziałam, że zaliczyłam, ale nie miałam pojęcia na ile. Tym bardziej, że nie byłam na kilku zajęciach. Co prawda wytłumaczyłam jej moją skomplikowaną sytuację dojazdową, iż mam jeden bus na godzinę, który w dodatku jedzie 80 minut, co prawda powiedziała mi, że nie ma sprawy, ponieważ po 5 latach studiowania pewnie wiem jak się pisze pracę licencjacką, ale niepewność została. 

Na początku zajęć poinformowała wszystkich jak mamy wypełnić indeks. Trochę się przestraszyłam, bo wszystko wypisałam w domu w porządku alfabetycznym(taki nawyk z AWFu), a tutaj słyszę, że przedmiot ma być pod wpisem zaliczeniowym ze szkolenia bibliotecznego. No to zonk - pieczątka jest wbita na pierwszej stronie arkusza ocen, czyli 12, a ja wpisałam metodykę na 14. Zapytałam się więc, czy ten przedmiot koniecznie musi być na pierwszej stronie. Na szczęście okazało się, że nie(ach ta moja nadgorliwość!). Potem pozostali mieli uzupełnić górę strony o swoje imię, nazwisko, rok, semestr, i rok akademicki. A następnie podchodziliśmy z indeksem do katedry, na której znajduje się pulpit nauczycielski. Wykładowca miała bowiem nasze karty ocen, na które każdy nauczyciel musi oprócz indeksu nanieść końcową ocenę. Jak dla mnie to nowość, bo na AWFie nie było takiej papierkowej roboty. Ku naszemu zdumieniu, w kolejności odwrotnie alfabetycznej. Mnie to jednak pasowało - bliżej mi z nazwiskiem ku końcowi nic początkowi, więc miałam to szybciej z głowy. Do prac osób przede mną miała większe lub mniejsze "ale". Podsłuchałam, że wysłała im plik zwrotny z zaznaczanymi błędami. Jak na złość nie mogłam sobie przypomnieć, czy do mojej odpowiedzi meilowej dołączyła także załącznik. Zanim jednak sobie przypomniałam, zostałam wywołana do katedry. Z niepokojem spojrzałam na moją kartę ocen, a tam spod pióra pani profesor wychodzi piękna 5. 

Uff, czyli wszystko dobrze się skończyło. I w miarę pomyślnie. Metodyka należy bowiem do tych przedmiotów, które raczej powinny działać in plus na średnią końcową. Tak naprawdę jest to moja pierwsza ocena, więc traktuję ją jako dobry znak. Tym bardziej, że na licencjacie z zarządzania moją pierwszą oceną też była 5, i to z trochę trudnego przedmiotu, jakim była historia gospodarcza. Coraz częściej mam wrażenie, że podjęte przeze mnie wyzwanie było strzałem w 10.

A teraz idę spać, bo męczy mnie kaszel. Na szczęście jutro mam tylko jedne zajęcia, w dodatku po południu, więc wreszcie się wyśpię.

wtorek, 9 grudnia 2014

My gawarit par russkij

To znaczy prawie rozmawiamy, bo dzisiaj co prawda byłam pierwszy raz na języku rosyjskim(od października), ale cała grupa pisała kolokwium ze słówek. Czyli po otrzymaniu przez wykładowczynię karteczki ze skierowaniem na drugi język obcy, usłyszałam, że dzisiaj mogę sobie iść. I nie tylko dzisiaj ominęła mnie kartkówka, ale w ogóle nie będę ich pisać. Bo przedmiot jest fakultetywny, czyli bez oceniania. Fajnie co? Chociaż zakres dzisiejszego materiału obejmował tylko rodzinę. Dałabym radę, chyba. Rosyjski znam dosyć dobrze, ale jam niepiśmienny człek, który miał już przygotowane przemówienie dotyczące proponowanej formy zdawania materiału(ustnie, bo nie wyobrażam sobie pisać wszystkiego na polskiej klawiaturze). Najbardziej mnie rozbawiła książka, która nas obowiązuje:
No cóż, od czasów szkoły średniej, poprzez studia na AWFie obracam się wokół tych podręczników. Właściwie znam je już na pamięć i raczej już nic nowego z nich nie wycisnę. Ale widać jestem skazana na serię "Nowyje wstrieczi" hi, hi, hi.

A po rosyjskim mieliśmy niemiecki, podczas którego prowadziliśmy aktywną rozmowę na temat wychowywania dzieci. Wykładowczyni wiedziała, że prawdopodobnie nikt jej nie zacznie, dlatego przyniosła ze sobą jeżyka - maskotkę o imieniu Hans, która szybowała sobie pomiędzy ławkami. Od razu przypomniało mi się jak w podstawówce zadawaliśmy pytania po niemiecku i odpowiadaliśmy na nie rzucając do siebie myszkę o imieniu Felix. Kto by pomyślał, że na studiach pojawi się podobna zabawa? Ale tutaj plus dla prowadzącego zajęcia, który potrafi pomysłowo zaktywować grupę do pracy. Czy nie pisałam już, że trafiłam na anioła chodzącego na ziemi? A może to dzięki uczelni, na jaką aktualnie uczęszczam. W końcu PAT to nie byle co, ale jakąś tam renomę posiada. Mam tylko nadzieję, że nie zleci ani z jakości nauczania, ani z podejścia nauczycieli do swoich obowiązków.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Dzieci nie powinny umierać

Weszłam dzisiaj na stronkę marzycielskiej poczty, aby zobaczyć jedną rzecz, przeglądam profile i co widzę? Coś co zupełnie odebrało mi dech w piersiach - czarno-biały profil małej Aluni. Szok, niedowierzanie? Historię Ali znałam dosyć dobrze - toczyła się w sąsiednim mieście. Czasami zajrzałam na jej stronę, często o niej myślałam, czasami wieczorem się za nią modliłam. Wiem, że neuroblastoma, zwłaszcza IV stopnia, to cholernie skomplikowana choroba, która w prawie wszystkich przypadkach zachorowalności prowadzi do śmierci pacjenta(nie spotkałam się jeszcze z sytuacją całkowitego wyleczenia, aczkolwiek nie mówię, że nie ma takich przypadków), dlatego nie modliłam się bezpośrednio o zdrowie dla małej, ale o jak najdłuższy czas na tym świecie. Nigdy nie oczekiwałam od Boga niemożliwego, chociaż osobiście wierzę w cuda. Ale wierzę także w lekarzy i postęp medycyny. Coraz częściej mówi się o nowatorskich metodach leczenia, o nowych terapiach. Z bloga prowadzonego przez mamę Alicji wiedziałam, że dziewczynka poddawana jest leczeniu za granicą, że są już pewne efekty. Niestety, choroba okazała się silniejsza i podstępniejsza. Rano na blogu pojawiła się informacja, że dziewczynka jest w krytycznym stanie, a jednocześnie prośba o duchowe wsparcie dla jej rodziców - Rafała i Kasi. Padła też propozycja zjednoczenia się w modlitwie za zdrowie Ali o 12 w południe. Godzinę i czterdzieści minut później serce Alusi zatrzymało się na zawszę. Ala zmarła pogrążając w smutku i żałobie nie tylko najbliższych, ale też tych, którzy jej kibicowali. A może to sama Matka Boża wybrała sobie ten dzień - wszak dzisiaj w kalendarzu katolickim wypada święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.

I pomyśleć, że miesiąc temu minął rok od śmierci małego Filipka... Dzisiaj w Niebie pojawił się nowy Aniołek - Alicja
Spoczywaj w pokoju dzielna księżniczko

niedziela, 7 grudnia 2014

Co ze mną nie tak?

Ostatnio coraz częściej sobie myślę, że moja osobowość jest trochę skomplikowana. Pisałam sobie dzisiaj pracę zaliczeniową z metodyki i ochrony własności intelektualnej. Tutaj kolejny ukłon w stronę wykładowcy, że poszedł mi na rękę i pozwolił nie chodzić na zajęcia zważając na ich dosyć późną godzinę. W zamian musiałam jednak oddać jej referat na temat miejsca pielgrzymkowego, które warto odwiedzić wraz z przypisami. Tak, żeby wiedziała, że wiem jak to się robi. Postanowiłam, że mój referat będzie dotyczył bazyliki pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Anielskiej znajdującej się w moim mieście. Materiał miałam, bo oprócz stron internetowych mam jeszcze książkę autorstwa Czesława Ryszki o budowniczym świątyni - księdzu prałacie Grzegorzu Augustyniku:
oraz przedstawiającą zarys Dąbrowy Górniczej w dawnych czasach:
Chociaż z "Ukłonów z Dąbrowy" mało można wynieść, bo to jednak jest zbiór pocztówek, to książka Czesława Ryszki bardzo obrazowo przedstawia sylwetkę Grzegorza Augustynika, jak i historię miejskiego sanktuarium. Przeczytałam sobie fragment opowiadający o konsekracji kościoła w 1912 roku i wybuchnęłam płaczem. Jak ci ludzie się cieszyli, jak wiwatowali na cześć przybyłego z Kielc biskupa. Drogą, którą obecnie jeżdżą samochody przeszedł kolorowy korowód. Na granicy miejscowości wykonano bramę w której stał przedstawiciel kopalni "Paryż" i witał dostojnego gościa chlebem i solą. Odświętnie ubrane dzieci wręczały mu kwiaty. A na drugi dzień odbyła się uroczysta konsekracja bazyliki połączona z święceniami kapłańskimi brata księdza Augustynika - Piotra. Po tym odświętny obiad w miejskim domu ludowym, przy okazji został on poświęcony, a następnie bierzmowanie kilkutysięcznej rzeszy wiernych. Wyobrażacie sobie czekać kilka godzin na udzielenie sakramentu? Bo ja nie! A oni czekali. Wieczorem natomiast odbyły się występy artystyczne dzieci z miejskich ochronek.

Nie wiem dlaczego rozczulił mnie ten rozdział. Może dlatego, że pokazywał szczerą reakcję ludzi i ich radość z uczestnictwa w uroczystości? Zresztą kiedy czytałam książkę o Maksymilianie Marii Kolbe sceny śmierci zarówno duchownego jak i Rudolfa Hossa przyjęłam obojętnie, za to nie wytrzymałam przy fragmencie opowiadającym o beatyfikacji Kolbego, a zwłaszcza o idącym w procesji z darami Franciszku Gajowniczku. Dlatego coraz częściej myślę, że coś jest ze mną nie tak. A może po prostu jestem wrażliwa inaczej?

sobota, 6 grudnia 2014

Pomysł oraz o tym, że warto wierzyć w ludzką solidarność

Kiedy robiłam mojego jelonka na jednej z ławek w miejskim centrum handlowym(bo tam paradoksalnie jest cieplej niż w mojej kawalerce). Jeszcze przed wyjściem z mieszkania przygotowałam sobie piórka w ten sposób, że poodcinałam puch od reszty i zapakowałam go w pudełko po szklanej figurce misia, żeby się nie pogniótł. Chociaż miałam go sporo, na wszelki wypadek wzięłam jeszcze resztę piórek, które zostały w paczce. I nożyczki, bo czymś musiałam je poodcinać. Poza tym w plecaku wylądował specyficznie pachnący klej Wikol i pędzel. Rozłożyłam sobie wszystko na ławce i powoli nakładałam klej na korpus jelonka, a następnie nakładałam na to puch. Co prawda dopiero wczoraj wymyśliłam jak mogłam to zrobić, aby nie odstawały te twarde elementy, a przynajmniej nie rzucały się tak w oczy, ale mówi się trudno. Na drugi raz będę wiedziała jak to próbować zrobić. W pewnym momencie otoczył mnie wianuszek osób. W pierwszej chwili się speszyłam. Moje dłonie raczej przypominają powykręcane gałęzie niż ludzkie ciało, a to może jednak przyciągać czyiś wzrok. Szybko jednak zauważyłam, że widownia bardziej niż moimi palcami zainteresowana jest tym, co one tworzą. Pochłonięci zakupami ludzie uśmiechali się na ten widok, podchodzili bliżej, pytali się co to będzie, ile ja to już robię, niektórzy nawet gotowi byli kupić moje niedoskonałe dzieło. Nie dałam tego po sobie poznać, ale byłam pozytywnie zaskoczona. Uwierzyłam, że czasami czyjaś niedoskonałość nie musi oznaczać porażki. Wręcz przeciwnie. Co prawda jelonek tym razem nie był na sprzedaż, ale zainteresowanie nim zwyczajnych, nieznających mnie osób(bo żadnej z nich nie kojarzyłam) sprawiło, że zakiełkowała we mnie pewna myśl - a gdyby tak zrobić kilka takich jelonków i wystawić je na sprzedaż? Jest przecież tyle osób, którym przydałaby się ta złotówka... Ja się mogę obejść bez wielu rzeczy, ale jak komuś obok brakuje na chleb to trochę jest mi smutno. Ewentualnie moje jelonki mogłabym przesłać chorującym dzieciom. Może wywołałyby uśmiech na ich twarzach taki sam, jak na twarzy osoby, która dostała pierwowzór. Muszę jeszcze tylko zanieść dzwoneczek na tasiemce, bo przez sklerozę zapomniałam wziąć ze sobą igły z nitką...

A dzisiaj po powrocie z zajęć w szkole policealnej wzruszyłam się do łez. Kiedy moje koleżanki opowiadały o modnych torebkach i ubraniach jakie dostały/kupiły sobie z tej okazji, ja myślałam o zbliżającej się zimie. A raczej o węglu, który wypadałoby zakupić. Już teraz ciężko mi jest rano wyjść z ciepłego łóżka, a co dopiero będzie, kiedy śnieg spadnie. Dlatego nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy pod drzwiami zobaczyłam worek z węglem. Ktoś kiedyś na czyimś blogu napisał, że należy wierzyć tylko w Boga, bo tylko on nas nie zawodzi. A ja coraz częściej myślę, że warto jest wierzyć też ludzi, bo tutaj, w życiu doczesnym to z nimi mamy ten fizyczny kontakt.

czwartek, 4 grudnia 2014

Słodko - gorzki wpis

Dzisiaj miałam trochę zaganiany dzień. Z samego rana podeszłam do MOPSu w sprawie umowy o dofinansowanie do studiów. Ostatni raz o takie coś ubiegałam się dwa lata temu z PFRONowskiego programu STUDENT II. W 2013 roku projekt przejęły samorządy terytorialne i przekształciły go w MODUŁ II. Postanowiłam zawalczyć o dofinansowanie, głównie ze względów na koszty miesięcznych biletów(to jest 165 złotych - zniżka studencka). Tydzień temu przyszło mi pismo, żebym przyszła podpisać umowę. Umówiłam się na wtorek. Dobrze, że przed podpisaniem umowy zaczęłam ją czytać, bo okazało się, że urzędniczki nie mogły rozczytać mojego adresu(bo wniosek samodzielnie wypełniłam) i postanowiły spisać go z orzeczenia o niepełnosprawności. Problem polegał na tym, że w orzeczeniu mam wpisany adres rodziców, ja natomiast od dwóch lat mam samodzielne mieszkanie i to w nim jestem zameldowana. Wobec tego panie musiały zmienić całą umowę i na nowo ją wydrukować. Umówiłyśmy się więc, że przyjdę dzisiaj, bo i tak mam na popołudniu. Dzisiaj na szczęście wszystko było jak należy, umowa w dwóch egzemplarzach. I tu kolejne zaskoczenie - kiedyś musiałam podpisywać każdą karteczkę z osobna, dzisiaj złożyłam podpis tylko w trzech miejscach. Mnie to było nawet na rękę. Bądź co bądź pisanie ręczne nie jest moją mocną stroną ha, ha, ha. Z MOPSu pojechałam po odbiór zamówionych na allegro piórek do Będzina. Po co miałam płacić za przelew, skoro zależało mi na czasie. Barbórka jest przecież dzisiaj, a mój jelonek był jeszcze w stanie surowym. Trochę się nachodziłam, trochę połaziłam po krzakach w dosłownym tego słowa znaczeniu, kilka razy oczywiście minęłam sklep, ale w końcu trafiłam. Przy okazji udało mi się dostać dzwoneczki, chociaż nie dzwonią znowu jakoś specjalnie głośno. Dwie torebeczki z piórkami(po 150 sztuk w każdej) oraz 10 dzwoneczków kosztowały mnie... niecałe 8 złotych. Po prostu interes życia. Po zakupach wróciłam do domu, po drodze zahaczając o kiosk, w którym nabyłam złoty brokat na różki oraz nożyczki. Do mieszkania weszłam tylko na chwilę - do spakowanego plecaka wrzuciłam jeszcze rzeczy potrzebne do wykonania jelonka(a trochę tego było) i ruszyłam w długą. Jelonka dokańczałam w galerii handlowej(temu poświęcę osobny post), a także na wykładach(ale o tym ciii). Punkt 18:35 wsiadam do busa mającego mnie zawieść do mojego miasta. Wcześniej jednak wpadam dosłownie na kilka chwil do empiku - prezent jest, ale bez pudełka. Było ono o tyle ważne, że prezent należał raczej do kruchych. Po włożeniu go do środka ucierpiały tylko różki z gałązek(ekologowie chybaby posiwieli, gdyby zobaczyli co robię), ale je dokleiłam w busie na wikol, tak samo jak pomalowane na czarno oczka z koralików. Zapach w pojeździe był nieziemski, nikt jednak nie dostał głupawki. Jedyne czego nie zrobiłam to nie doczepiłam dzwoneczka, ale to wszystko dlatego, że igła z nawleczoną nawet nitką została w pokoiku na stoliku. Aż się dziwię, że mój sierściuch jej nie zeżarł(jeden koralik skonsumował). Jeszcze tylko zostało mi dostarczenie prezentu. Co prawda 20 to taka sobie pora na odwiedziny, na szczęście są mieszkania, w których jest się mile widzianym w każdej chwili. I nawet mój jelonek się spodobał, chociaż taki nieidealny. Czasami warto jest się poświęcić, przynajmniej dla uśmiechu drugiej osoby.
Wchodząc natomiast na Ogólnopolskie Forum Osób Niepełnosprawnych przeczytałam, że zmarł jeden z jego użytkowników Leszek kryjący się pod nickiem Yobu. Szok, niedowierzanie? Taki sympatyczny człowiek, który nigdy nikomu nie wadził. Nie znałam osobiście Leszka, polubiłam go jednak za mądrość życiową, otwartość, dystans do siebie, a także obiektywność. Są takie osoby, które cenimy za postawę jaką sobą reprezentują. A Leszka nie dało się nie lubić. Zresztą w tym samym czasie otrzymaliśmy rangę Przyjaciela Forum, a to o czymś świadczy. Ojeju, był i go nie ma. A ja w dalszym ciągu nie mogę zrozumieć co i jak się stało. 

wtorek, 2 grudnia 2014

Jelonek

Zobaczyła sobie Karolinka takiego Jelonka na jednym z blogów:
źródło: http://aniainspiruje.blogspot.com/ 
Zobaczyła i zapragnęła zrobić sobie podobnego. Przeczytała więc "instrukcje" wykonania, przekalkulowała sobie kilka rzeczy w głowie i wzięła się do roboty. Wykonanie takiego cuda nie jest ani zbyt kosztowne, ani kłopotliwe. W zasadzie wnętrze to oklejone taśmą klejącą odpowiednio umodelowane gazety. Jako baza mogą służyć takie specjalne styropianowe jajeczka, które można nabyć w sklepach. Ja jednak ich nie miałam, w Empiku były tylko styropianowe bombki, a z allegro pewnie szłoby z tydzień, dlatego wszystko zrobiłam z mocno zgniecionych gazet. Trochę się martwiłam, bo brzuszek był bardzo okrągły, a jelonek jednak powinien leżeć, udało mi się jednak go ubić. Aby wszystko się trzymało, musiałam okleić to taśmą. Chociaż autorka proponowała zwyczajną taśmę, ja zdecydowałam się na taką taśmę, na której można coś napisać. Dzięki temu mogłam dodatkowo okleić powstałą konstrukcję białą bibułą. Wcześniej jednak dołączyłam za pomocą taśmy kopytka, ogonek i uszka, także uformowane z gazet i umocnionych taśmą. Na konstrukcję za pomocą "Vikolu" naklejałam kolejne warstwy bibuły. Kiedy klej już wysechł, stworzył twardą oraz trwałą warstwę. Dzisiaj dokleiłam jelonkowi oczka z koralików oraz namalowałam mu nosek i uszka. Zostało mi tylko doklejenie futerka(z piórek, które muszę kupić), zrobienie różek oraz przymocowanie dzwoneczka. W oryginale poroże wykonane jest również z papieru owiniętego taśmą, a dodatkowo owija je również sreberko z czekolady. Ja sobie jednak wymyśliłam, że zrobię je z gałązek spryskanych złotą farbą. Mam małe kłopoty ze zdobyciem piórek i dzwoneczka. Teoretycznie mogłabym je zamówić na allegro, ale zależy mi na czasie. Jelonek ma być bowiem prezentem. Myślicie że trafionym?

P.S. Jutro postaram się wrzucić moje dzieło na bloga. Może Wam się spodoba...

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Posiadane tytuły, a mądrość życiowa

Czytam sobie czasami komentarze pod niektórymi notatkami na zaprzyjaźnionych blogach. Czytam, czytam i czasami zastanawiam się nad niektórymi osobami, jakie je zamieszczają. Bo odnoszę wrażenie, że niektórzy je piszą tylko po to, aby zaistnieć w blogosferze. Najczęściej uważają się za specjalistów od wszystkiego. Dają dobre rady, nie do końca znając osobę, która napisała dany post. Osobiście zanim zacznę komentować jakiegoś bloga, najpierw czytam poprzednie zapiski, nie ważne, czy są prowadzone od kilku miesięcy, czy też kilku lat. Po co? Chociażby po to, aby ją chociaż trochę poznać, wiedzieć jakie ma mocne i słabe strony. Nie wszyscy co prawda o tym piszą, ale w większości zapisków da się to wywnioskować. Dlatego nie mogę pojąć, dlaczego ktoś znając teoretycznie naszą chorobę szuka rozwiązania gdzieś indziej. Tym bardziej, że od kogoś, kto uzyskał tytuł magistra można oczekiwać czytania ze zrozumieniem oraz wysuwanie wniosków. Nie, nie oczekuję aby poszedł na takie czy inne studia. Oczekuję tylko aby co nieco wiedział o tych, których zapiski komentuje. Bo można posiadać tytuł magistra/doktora/docenta, a tak naprawdę niewiele wiedzieć o życiu. I na odwrót, znam wiele osób które zakończyło swoją edukację na poziomie podstawówki, a swoją mądrością życiową mogą zagiąć niejednego magistra. To trochę tak jak z powiedzeniem cudze chwalicie, swego nie znacie - zachwycamy się podwójną Wigilią na Wschodzie, a nie wiemy o tym, że i u nas, we wschodnich partiach kraju też są odbywane takie praktyki. Bo tam można spotkać najwięcej małżeństw katolicko - prawosławnych. I taką wiedzę miała osoba kończąca studia wiedza o kulturze :/. No cóż, jak widać przeczytane książki i odwiedzone zagraniczne kraje to nie wszystko. Tak samo denerwuje mnie, jak ktoś wszędzie wtyka wątek teologiczny. Jestem wierząca, owszem, ale nóż mi się otwiera w kieszeni kiedy czytam komentarze typu: ludziom nie należy ufać, ja ufam tylko Bogu bo na nim się nie zawiodłam. Hmm, nie wątpię że należy ufać Bogu, ale mimo wszystko żyjemy w sferze cielesnej i większość z nas potrzebuje towarzystwa, kogoś z kim by mógł iść na kawę, do kina, albo po prostu pogadać ze sobą. Gdyby nie szczere relacje międzyludzkie, nie byłoby rodzin, a gatunek ludzki przetrwałby tylko dzięki propagowaniu gwałtów, ewentualnie praktykowaniu sztucznego zapłodnienia in-vitro. Niestety, jak się zwróci takiej osobie uwagę, to jest wielka obraza majestatu. Dlatego wyznaję zasadę - nie wdawaj się w dyskusję z "mądrzejszymi" od siebie, bo wejdziesz w środek słownej wojny. A tak naprawdę mądrzejszy nie powinien bić piany. Ja rozumiem, że nie każdym w życiu wszystko się poukładało, ale nikt nie ma prawa narzucać innym swojego toku myślenia. A z moich obserwacji wynika, że im ktoś jest bardziej wykształcony, tym coraz bardziej zanika w nim zdolność myślenia życiowymi kategoriami, a nasila się naukowa dedukcja. Dlatego coraz częściej zastanawiam się, czy na pewno chcę uzyskać tytuł magistra. Bo jeżeli mam przez to zjeść wszystkie rozumy, to chyba podziękuję sobie.

piątek, 28 listopada 2014

Przeprogramowanie

Przez ostatnie pięć lat moje życie toczyło się dość monotonnym rytmem - od poniedziałku do piątku zajęcia na uczelni, połączone z wolontariatem i treningami sportowymi. Dojazdy do Katowic trwały niecałą godzinę, same zajęcia różnie trwały, ale też można było jakoś się dostosować. Po tygodniu następowały dwa dni regeneracji. W soboty próba scholi parafialnej, a potem zajęcia z dzieciakami w Oratorium, w niedzielę Msza święta i chwila dla siebie. Łatwo się żyło, przyjemnie. Istna sielenka. Ale czy życie polega na samych przyjemnościach? Chyba nie. Po w sumie bardzo dobrym zdaniu egzaminu licencjackiego z zarządzania postanowiłam iść dalej. Od początku celowałam w Kraków, moi rodzice byli jednak sceptycznie do tego nastawieni. Tym bardziej, że i tak pojawiła się perspektywa samodzielnego mieszkania, co w przypadku osób niepełnosprawnych nie jest taką oczywistością. Tutaj pragnę podziękować rodzicom za zaufanie, jakim mnie obdarzyli. Siłą rzeczy złożyłam papiery na AWF w Katowicach. Życie jednak potoczyło mi się jak się potoczyło. A że Lolek nie lubi nic nie robić, postanowił zapisać się na trzy kierunki - dwa w szkole policealnej, jeden na studiach dziennych. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie mam czasu na nudę i robienie głupot. A przy okazji musiałam całkiem przeorganizować mój plan tygodnia. I to w każdym tego słowa znaczeniu - od zmiany pór kładzenia się do łóżka i wstawania z niego, po kombinowanie na którą niedzielną Mszę świętą pójść, żeby było najlepiej. W środy i piątki zrywam się z łóżka już o 4:30, aby niecałą godzinę później iść na przystanek do centrum, skąd odjeżdża bus do Krakowa. Jeden na godzinę, muszę więc być punktualnie, bo inaczej spóźnię się na zajęcia. Musiałam zrezygnować z pewnych rzeczy i przyjemności kosztem czegoś innego. Ale mnie to nie przeszkadza. Nie warto bowiem zbytnio przywiązywać się do jednostajnego trybu dnia, bo szybko wpadnie się w monotonię i znużenie. Jestem czasami zmęczona, ale za razem szczęśliwa.

Korzystając z luźniejszych piątków - mam dzisiaj zajęcia tylko z architektury i sztuki sakralnej i kończę je już o 9:30 - poświęcam je na porządki. Kurze z grubsza ścieram każdego dnia, jednak z powodu mojej alergii to nie wystarcza. Pranie przez te 7 dni też potrafi urosnąć do monumentalnych rozmiarów. No i gotowanie. W piątek zazwyczaj gotuję sobie jedzenie na najbliższych 2 - 3 dni. Nie jest to nic specjalnego, ani wykwintnego - jakaś zapiekanka, pierogi, kopytka, czasami gołąbki bez kapusty, kotlety z tuńczyka, od wielkiego dzwonu schabowe. Inna sprawa, że moje menu jest dosyć ograniczone z powodu mojej alergii pokarmowej. Szaleć więc zbytnio nie mogę. Potem jem jakieś proste i szybkie potrawy typu makaron z serem, jajko sadzone, naleśniki. W Krakowie odkryłam dosyć tanią knajpkę z smacznymi plackami ziemniaczanymi. Akurat to jest jedna z moich ulubionych potraw i w dodatku nic mi po niej nie jest. Kiedy nie mam czasu czekać na placki(zwykle od złożenia zamówienia do jego realizacji mija około 10 minut), a zmierzam już na dworzec autobusowy, wstępuję do baru szybkiej obsługi, gdzie serwuje się dania z ryb. Kolejna zmiana w moim życiu, bo jeszcze niedawno nie można mnie było namówić na tego typu jedzenie. Co prawda w dalszym ciągu hamburgery są dla mnie passe, ale na dorsza już dam się skusić. Inną sprawą jest fakt, że rybki to ja zawsze kochałam jeść, a te w tamtym sklepie nie są zbytnio wysmażone(mam chorą nerkę, której nie chcę obciążać). Czasami mam na coś ochotę, ale zdaję sobie sprawę, że z wielu powodów nie mogę czegoś zjeść. A tak mi się marzy omlet z wiśniami... Albo zapiekanka z bułki... Tosty... Chociaż myślę, czy sobie jutro z rana nie wrzucić kromek do opiekacza. Jak wstanę o 6 to zdążę. Gorzej jak nie zdążę... Bo jutro mam 12 godzin rachunkowości finansowej. Uf... to kolejny etap mojego przeprogramowania. A pojutrze siedem godzin rachunkowości i pięć działalności gospodarczej w branży ekonomicznej. Tak więc nie mam czasu ani na nudę, ani na porządne wyspanie się. Nie przeszkadza mi to jednak. No cóż, może po prostu dojrzałam do pewnych rzeczy...

wtorek, 25 listopada 2014

W raju języków obcych

Od kilku dni odczuwam typowe chroniczne zmęczenie organizmu. Chyba narzuciłam sobie zbyt duże tempo zapisując się na trzy uczelnie, w tym jednej w oddalonym o blisko 80 kilometrów Krakowie, a do tego działaniem w wolontariatach. Na uczelniach zaczynają się powoli kolokwia i sprawdziany, staram się być na bieżąco ze wszystkim co się dzieje na zajęciach. Chociaż wczoraj odpuściłam sobie zajęcia z geografii, kosztem przygotowania do dzisiejszego kolokwium z języka niemieckiego. Na szczęście geografia to mój konik, wszak zdawałam ją na poziomie rozszerzonym na maturze. Egzaminu z tego przedmiotu więc się nie boję. Większą obawę miałam co do niemieckiego. Pytania mnie zaskoczyły. Nie to że były trudne, ale trochę inne niż przez całą moją dotychczasową edukację. Mam jednak nadzieję, że udało mi się uzbierać te 50% wymagane na zaliczenie. Zupełnie inne zaskoczenie spotkało mnie od strony wykładowcy, który w pełni zrozumiał moją specyficzną sytuację(czyli to, że nie jestem w stanie pisać kolokwium ręcznie) i sam zadbał o to, abym na tych kilkudziesięciu minutach mogła napisać wszystko na uczelnianym laptopie, tak, abym nie musiała z moim gonić przez rynek główny na uczelnię. Doskonały dowód na to jak wiele w naszym wykształceniu zależy od podejścia nauczyciela prowadzącego do niepełnosprawnych uczniów. I to nie tylko na studiach, ale przede wszystkim na niższych etapach kształcenia. Poza tym dowiedziałam się, że u tej wykładowczyni można bez problemu poprawiać niezaliczone kolokwia. Na poprzednich studiach na języku angielskim(który był obowiązkowy) u mojego wykładowcy pisało się kolokwium z danej partii materiały tylko raz bez możliwości poprawy oceny niedostatecznej, nie ważne czy do zaliczenia zabrakło studentowi 10, czy też 1 punktu. Trochę nie fair, ale są wykładowcy i pseudowykładowcy. Szczerze powiedziawszy, to po przygodzie na AWFie, gdzie wykładowca języka obcego unieważniał mi prace, tylko dlatego, że przypadkowo nacisnęłam klawisz wywołujący menu start(swoją drogą ciekawe czy jej się to nie zdarza, ale pewnie myślała, że mam gdzieś ściągę), czuję się, jakbym trafiła do językowego raju, gdzie rozumieją, co do nich szprecham. Pani K., moja aktualna nauczycielka niemieckiego, to anioł w ludzkiej skórze. Zawsze pyta się, czy nadążam z notowaniem na komputerze w sali komputerowej, podsyła mi różne materiały, żartuje z nami. To ten tym nauczyciela, na którego zajęcia chce się chodzić, toteż frekwencja jest bardzo wysoka. A jednocześnie naprawdę uczy i pomaga w zdobywaniu wiedzy. Takiej wykładowczyni życzę każdemu studentowi!

poniedziałek, 24 listopada 2014

Uczymy się słówek niemieckich, czyli niecodzienne wykorzystanie PowerPointa

Jutro mam pierwsze kolokwium z języka niemieckiego. Słówka + gramatyka + odmiana czasowników. Gramatyka - spoczko, wystarczy zapamiętać, że w stopniu wyższym przymiotników dodajemy końcówkę "er", a w najwyższym "ste". Nie licząc oczywiście stopniowania nieregularnego, ale to też się da wyuczyć na pamięć. Gorzej z odmianą czasowników, których jest 90. Wiele osób robi tak, że pisze sobie podstawową formę, a potem dopisuje drugą i trzecią(czyli czas przeszły). Ale co zrobić, kiedy pisanie nie wchodzi w rachubę? Myślałam, myślałam i wymyślałam :). Znalazłam w sumie banalne rozwiązanie, ale jakże pomocne dla osób mających kłopot z pisaniem. 

Każdy z nas zna program PowerPoint służący do tworzenia prezentacji multimedialnych, wiele z nas już nie raz go używało. Dlaczego nie miałby być pomocny w nauce słówek z języka obcego? 

Mój pomysł obróciłam w czyn. Najpierw wyjęłam kartkę z zapisanymi słówkami. Potem zaczęłam kolejno wpisywać je do poszczególnych slajdów w myśl zasady jeden slajd - jedna odmiana czasownika. Wybrałam sobie rozmieszczenie "Slajd tytułowy" i w tytule wpisałam formę podstawową każdego czasownika, a w podtytule jego tłumaczenie, drugą oraz trzecią formę. Na koniec musiałam tylko odpowiednio ustawić przejścia slajdów, czyli to co mam w podtytule pojawia się dopiero po kliknięciu myszką, albo naciśnięciu klawisza w klawiaturze. Tym sposobem po zobaczeniu podstawowej formy danego czasownika mogę najpierw powiedzieć jego tłumaczenie i dwie pozostałe, a następnie sprawdzić poprawną odpowiedź. 

Co do sukcesu wypowiem się jutro, ale mi osobiście słówka weszły do głowy o wiele szybciej, niżbym miała je sobie powtarzać na sucho z kartki.

niedziela, 23 listopada 2014

"To już jest koniec..."

Z małym żalem obejrzałam dzisiaj ostatni odcinek serialu "Czas honoru" opowiadającego o losach czwórki przyjaciół w czasach II wojny światowej. Janek, Władek, Michał oraz Bronek zostali wyszkoleni w Anglii na grupę cichociemnych, której zadaniem jest walka z wrogiem. Na początku historii towarzyszył im jeszcze ojciec Michała i Władka, major Czesław Konarski. Po jego śmierci cała czwórka musiała sobie radzić już sama. Nakręcono 7 serii serialu, które puszczano w okresie od września do listopada bądź grudnia, w latach 2008 - 2014. Pierwsze cztery sezony toczyły się w okresie II wojny światowej, sezon 5 i 6 opowiadał o losach bohaterów bezpośrednio po jej zakończeniu, zaś w sezonie ostatnim, 7, cofnęliśmy się do czasów II wojny światowej, a konkretniej do Powstania Warszawskiego. Zresztą została ona nakręcona z powodu okrągłej rocznicy jego wybuchu, a więc znalazły się pieniądze na jej emisję. Jeżeli miałabym wybrać najlepszy sezon, nie potrafiłabym wskazać tego jednego ulubionego. Każdy miał w sobie to coś, każdy miał sceny, które wbijały się widzom w pamięć. Czym ujmował ten w sumie niełatwy serial? Może tym, że oprócz walk Polskiego Ruchu Oporu pokazywał również codzienne życie narodu w tamtych chwilach. Przewijały się na nim i obrazy z getta warszawskiego, i z Pawiaka, byliśmy świadkami narodzin, ślubów, śmierci, łapanek. Przeżywaliśmy zauroczenia bohaterów oraz rozczarowania. Serial traktowałam jako uzupełnienie tego, czego się nauczyłam na lekcjach historii. Akurat tak się złożyło, że emisja pierwszego sezonu przypadła na pierwszy semestr klasy trzeciej liceum, czyli czas, kiedy omawia się materiał związany z wybuchem II wojny światowej. Bardzo podobały mi się też motywy muzyczne z serialu:

Kocham te kawałki po prostu.
Jarosław Sokół, jeden z twórców scenariusza serialu, napisał nawet książki na podstawie poszczególnych serii. Na razie przeczytałam wszystkie trzy, jakie dotychczas wyszły i mam nadzieję, że na nich się nie skończy. Tym bardziej że zostały opisane dopiero cztery serie(1, 2, 3 i 7), więc jeszcze powinny wyjść co najmniej 3 :).

Czy jest mi żal, że serial się już skończył? Trochę tak, bo polubiłam fikcyjne postacie, które się w nim pojawiły. Ale z drugiej strony uważam, że bez sensu byłoby na siłę ciągnąć jego akcję do czasów współczesnych. No bo o czym mieliby opowiadać? O walce z komunizmem? Zresztą na koniec szóstej serii Władek, Michał i Bronek zostali uśmierceni w wyniku jednej z toczonych walk(Janek zginął serię wcześniej), więc i tak nie mieliby jak pociągnąć akcji.

czwartek, 20 listopada 2014

Kto bardziej korzysta z dialogu - ja, czy moi znajomi

Ostatnio nastąpił pewien przełom w moim życiu. Jak dotąd miałam pewien kłopot z zawieraniem znajomości z osobami pełnosprawnymi. Owszem, zazwyczaj uczestniczyłam w rozmowach z innymi, ale częściej jako słuchacz, niż ich uczestnik. Coraz częściej jednak potrafię włączyć się do rozmowy wtrącając swoje trzy grosze, lub wyrazić swoje zdanie na dany temat. I to nie tylko podczas zajęć lekcyjnych, ale i w zwykłych pogadankach pomiędzy nimi. Wczoraj włączyłam się nawet do gry słownej z moimi koleżankami i nie miały większych problemów ze zrozumieniem tego, co mówię. Tak samo podczas wczorajszej prezentacji z form pielgrzymowania na temat Volto Santo. 25 minut gadania, w tym kilka pytań odnośnie co i jak. Niejeden z nas by się wściekł, że ktoś go nie rozumie. Ale ja się cieszę - bo to nie tylko znak, że mnie słuchają, ale i okazywanie równości wobec innych studentów. A przy okazji oni sami uczą się słuchania i rozumienia osób z wadą wymowy. Dzięki temu czuję się częścią wspólnoty uczelnianej, której bądź co bądź jestem. Bo czy w życiu osób niepełnosprawnych ruchowo chodzi o to, aby traktować ją ulgowo w każdej sytuacji? Nie! Osobiście głupio bym się czuła, gdybym odpowiadała z mniejszej partii materiału niż moi znajomi. Co ja mówię głupio - czułabym, że najzwyczajniej w świecie ich oszukuję. I tak samo jest z rozmową. Czy wada wymowy musi mnie w tym ograniczać? Niekoniecznie. Wystarczy dobra wola nie tylko moich znajomych, ale przede wszystkim moja! Co z tego, że będę wstydziła się mojej mowy? Tak przecież nie zjednam sobie osób. Oni muszą przecież patrzeć na mnie przez pryzmat tego co potrafię, a nie moich ograniczeń. Bo jednak jestem osoba stadna, która lubi przebywać w towarzystwie. Mam nadzieję, że nie popełnię już błędów z przeszłości i inni nie będą we mnie widzieć nietowarzyską osobę. Oczywiście nie ze wszystkimi jestem w super kontaktach, ale chyba nie można być w takich samych stosunkach ze wszystkimi. To by było za nudne.

wtorek, 18 listopada 2014

Wcześniak

Siedzę sobie przy komputerze, robię prezentację na jutrzejsze zajęcia z form pielgrzymowania. Trochę to męcząc, zwłaszcza kiedy twoja osobista dłoń nie chce cię słuchać i kursor myszki jedzie w zupełnie innym kierunku niż sobie zamierzyłeś. Co więcej, dokładnie nie wiesz co się dzieje z twoim partnerem, ponieważ od dwóch dni nie ma go w szkole. Zachorował? Zabalował? Internet mu wysiadł, bo zero odpowiedzi na twoje meile? Kurczaczek, a jak przyjdzie mi wygłosić jutro referat indywidualnie? Co prawda inni z mojej grupy w 90% mnie rozumieją, ale na zajęciach są też osoby nie z mojej grupy. Co zrobię jeżeli one mnie nie zrozumieją? W takich chwilach nachodzi mnie jeszcze jedno pytanie - co by było, gdybym urodziła się po przepisowych 9 miesiącach? Czy ominęłoby mnie dziecięce porażenie mózgowe? Czy też miałabym wadę wymowy? Co z moimi nerkami, pęcherzem moczowym, refluksem, wreszcie alergią? Nie, nie jestem Duchem Świętym i nie odpowiem sobie na te pytania. Co więcej, na obecnym etapie rozwoju medycyny nawet ona nie wie co by było, gdyby... Skupmy się więc na faktach. W książeczce zdrowia dziecka mam napisane m.in. że urodziłam się gdzieś około 30 tygodnia ciąży. Prawdopodobnie owinięta pępowiną i zachłyśnięta zielonymi wodami. Waga urodzeniowa - 720 gram, długość ciała - 48 cm. Zalecenie - inkubator i respirator, bo nie umiałam sama oddychać, a w dodatku sonda dożołądkowa, bo coś musiałam jeść, a z ssaniem było cieniuteńko. Aha i jeszcze operacja wstawienia zastawki, bo dopatrzyli się oznak wodogłowia. Z czasem ujawniały się mniej lub bardziej ciekawe choroby. Tym sposobem doszła też rurka do pęcherza moczowego. Podejrzewam, że wyglądałam jak przybysz z innej planety, ale nie mogę tego stwierdzić, bo nie mam żadnego zdjęcia z tamtego okresu. Może to i dobrze, bo kosmici z reguły mają nieciekawy wygląd. I tak przez kilka miesięcy moim domkiem stał się inkubator na oddziale intensywnej terapii dziecięcej. Wiosną ktoś wpadł na pomysł aby mnie rozintubować. Wtedy okazało się, że mam alergię wziewną, a następnie pokarmową. Nie ma to jak szpitalny mikroklimat automatycznie pompowany do płuc oraz papu podawane strzykawką ha, ha, ha. Jakoś muszę sobie to wszystko tłumaczyć. Zresztą statystyczny wcześniak ma ze wszystkim trudniej, więc cóż w tym było dziwnego, że ma kłopot w jedzeniu, a w wieku dwóch lat nie umie nawet unieść się na wyprostowanych ramionach. Kiedyś się przecież tego nauczy. Dopiero niecałe cztery lata po moich narodzinach jakiś lekarz skojarzył fakty i odkrył co mi jest - wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na mózgowe porażenie dziecięce. Więc będzie głupie i niesamodzielne, a rehabilitacja zapobiegnie jedynie bolesnym przykurczom, które i tak opanowały to potworne ciało. A zresztą i tak to coś długo nie pożyje, nie z tymi schorzeniami...

Minęło ponad dwadzieścia lat. Lolek żyje i ma się dobrze. Chodzi na własnych nogach, studiuje, samodzielnie mieszka, żyje prawie jak inni. Ale piętno przedwczesnego przyjścia na świat, a raczej jego skutki ciągną się za nim nieustannie. I niestety nic się na to nie poradzi. Na większość schorzeń nie ma niestety skutecznych lekarstw.

niedziela, 16 listopada 2014

Skleroza nie boli, tylko trzeba się nachodzić

Oj, poznałam dzisiaj sens tego porzekadła jak nigdy. Miałam dzisiaj kolejne zajęcia w Szkole Policealnej Żak, co wiąże się z zabraniem ze sobą laptopa w celu zrobienia sobie notatek. Teoretycznie mogłabym je zrobić ręcznie, ale na pewno nie zdążyłabym nic napisać, a to co bym napisała, pewnie nie zostałoby przeze mnie rozszyfrowane. No i pewnie nie wytrzymałabym z bólem napiętych mięśni w lewym nadgarstku. Nie tak łatwo zapomnieć czasy podstawówki i gimnazjum, kiedy musiałam polegać na tym sposobie notowania. Czasy się zmieniły - Lolek jest w posiadaniu laptopa, z którego korzysta nom stop. Mój przyjaciel ma już swoje lata, służy mi wszak od pierwszej klasy liceum, ale jeszcze nigdy się na nim nie zawiodłam. Do plecaka spakowałam go dzisiaj rano, bardziej z lenistwa, niż innych powódek. Zasunęłam zamek, zarzuciłam plecak na plecy i o 7:00 ruszyłam w drogę. Dzisiaj zajęcia odbywało się w centrum szkoleniowym znajdującym się na drodze, którą przeszłam setki razy chodząc do podstawówki oraz gimnazjum. Kawałek to było, może z dwa kilometry, ale ja wolałam chodzić na nogach, niż jeździć komunikacją miejską. Znowu powspominałam sobie stare, dobre czasy. Niestety, adres siedziby nic mi nie mówił, zresztą nie tylko mnie, ale i mieszkańcom tych okolic, na szczęście szła też koleżanka z grupy, więc nie było najgorzej. Tym bardziej, że wymieniłyśmy między sobą kilka zdań. K. nie miała kłopotów ze zrozumieniem mojej mowy, więc znowu nabrałam pewności siebie. W sali rozpakowałam komputer i okazało się, że nie wzięłam ze sobą kabla zasilającego. No to klops, bo bateria starcza mi góra na dwie godziny, a w szkole siedziałam dzisiaj do 18. Jednak już po pierwszym bloku lekcyjnym zwolniłam się u nauczycielki i udałam się do domu. Ku mojemu zaskoczeniu nie było z tym żadnych kłopotów. Ma się ten dar przekonywania hi, hi, hi! Do domu gnałam jak szalona, chcąc jak najmniej stracić czasu. Na szczęście pamięta się jeszcze kilka skrótów w parku. Zaraz po wejściu do domu rzucił się na mnie mój sierściuch. Ha, stęskniła się gadzina za panią, choć od jej wyjścia minęły zaledwie trzy godziny. Podrapałam Pusię za uszkiem i weszłam do pokoju. Zgodnie z moimi oczekiwaniami kabel był podpięty do gniazdka. Wyciągnęłam wtyczkę, wrzuciłam zasilacz do plecaka i robiąc kociakowi pa-pa wyszłam z mieszkania. Na zajęcia wróciłam po niecałej godzinie. Dużo to i mało. Jednak pośpiech czułam wieczorem w łydkach. Gorący prysznic zniwelował jednak nieprzyjemne uczucie. Cieszę się jednak z jeszcze jednej rzeczy, zupełnie prozaicznej - biegnąc udało mi się nie zaliczyć spotkania trzeciego stopnia z ziemią, co w moim przypadku jest normalną sprawą. No cóż, porażenia mózgowego nie da się całkowicie wyleczyć, ale można z nim żyć w zgodzie i harmonii. A na przyszłość postaram się bardziej zwracać uwagę na to, co chowam do plecaka. Bo ucząc się na miejscu mogłam jeszcze wrócić się po kabel, ale gdyby taka sytuacja przydarzyła mi się w Krakowie, to ciężko by było zdobyć zasilacz...