Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 29 sierpnia 2014

Ach te staruszki... i nastolatki - czyli chamskość po polsku

Miałam dzisiaj ambitne plany. 
Po 1 - zanieść papiery do wypełnienia z programu "Aktywny samorząd" do szkół, w których będę się od października dokształcać
Po 2 - wyprosić jeszcze raz moje świadectwo ukończenia liceum z miejsca, w którym się aktualnie znajduje
Po 3 - pokazać owy dokument w szkole policealnej, w której będzie odbywać się kurs sekretarki, na który się zapisałam

Plany ambitne, ale niezbyt realne. A wszystko dlatego, że nikt nie nauczył mnie być chamskim. Od maja bodajże aby dostać się do Krakowa z mojego miasta nie trzeba już jechać do Katowic - została bowiem otwarta linia busów, które średnio co godzinę jadą do grodu Kraka. Co ważniejsze, nie potrzeba już ponad 2 godzin jazdy pociągiem, aby się tam dostać. Prywatny przewoźnik przewozi klientów w zaledwie 1:20. Kolosalna oszczędność czasu. Zaplanowałam więc jechać kursem o 9:45, aby o 11 być już na miejscu i zmierzać na uczelnię. Na przystanku byłam dwadzieścia minut przed czasem, nauczona, że zawsze lepiej poczekać, niż się spóźnić. Pod tablicą czekała może czwórka ludzi. Pomyślałam sobie, że spokojnie wszyscy się zmieścimy. O 9:35 podjechał bus tej samej firmy, który jednak jechać tylko do Olkusza. Za sobą usłyszałam trzy typowe "dziunie":
- My jedziemy przecież tylko do Olkusza.
- No, ale wsiadając do tego busa nie będziemy siedzieć!
- A no tak. To czekamy na następny, ten do Krakowa.
Jeszcze raz odwróciłam się za siebie, tłum narastał. "Niedobrze" pomyślałam sobie. I miałam rację - kiedy przyjechał następny bus wszyscy rzucili się na niego jak dzikie świnie. Owe trzy nastolatki to nawet o mało mnie nie stratowały, śmiejąc się jak zarzynane świnie na widok mojego upadku. A biegnąca za mną babcia rzuciła mi krótkie: "Uważaj jak chodzisz, łamago!". Tym sposobem zanim wstałam z chodnika(przy pomocy pewnego miłego pana) i udałam się do busa, wszystkie miejsca były zajęte i kierowca oznajmił, że nie ma więcej miejsc(aż miałam wyrzuty sumienia, że mężczyzna też nie wszedł do tego busa). Może i bym zdołała na niego zdążyć, gdyby nie inna staruszka, która też niegrzecznie mnie odepchnęła sycząc też coś przez ramię i wepchnęła się przede mnie na siłę. Następny kurs był dopiero za godzinę. Może gdybym była bardziej chamska i mocna w gębie, to weszłabym do tego busa. Ale jak to ktoś mi kiedyś powiedział - ja jestem tylko "cichym szaraczkiem dającym się wszystkim wbić w ziemię". W Krakowie byłam po 12, dziekanat był czynny do 13. Nie zdążyłam. Cały mój plan poszedł wniwecz. I 20 złotych wydane na bilety także.

W takich sytuacjach zastanawiam się, czy na pewno żyjemy w cywilizowanym mieście. I nie chodzi mi już o wpychanie się na chama do małego pojazdu, zwłaszcza wtedy, kiedy przychodzi się na ostatnią chwilę, ale o całokształt sytuacji. Jeszcze zrozumiałabym takie zachowanie na wsi, gdzie jeżdżą cztery kursy na dzień(prawda Aniu?), a stereotypy są na porządku dziennym. W mieście mamy lepszą komunikację, jak choćby ten kurs do Krakowa co godzinę. Tutaj jednak człowiek jest bardziej anonimowy, a coraz mniej osób wytyka cię palcami, ponieważ są zajęci własnymi sprawami. Ich znieczulica ujawnia się dopiero wtedy, kiedy nie mają żadnego zajęcia. Bo przecież ile można gapić się na przejeżdżające samochody, albo podpatrywać jak jest kto ubrany? Zawsze lepiej syknąć innemu tak, aby zrobiło mu się głupio - jednemu wytchnąć ubranie, a drugiemu kalectwo. Co prawda coraz mniej mnie to obchodzi, bo uważam, że człowiek przede wszystkim powinien patrzyć na siebie i na to, co on sam reprezentuje, a nie na innych, ale czasami po prostu coś mnie trafia.

No nic, spróbuję w poniedziałek, kiedy dziekanat jest czynny do 15. Mam jednak nadzieję załatwić całą sprawę o wiele szybciej i jeszcze skoczyć do szkoły załatwić to, co od lat zajmuje mi mój wolny czas - czyli wolontariat. I od razu chce mi się żyć.

2 komentarze:

  1. Oj masz racje Karola z tymi wiejskimi stereotypami. Mnie i mojego brata już dawno osądzili jako karę boską za grzechy rodziców. Tylko jaki bóg byłby taki zły, aby karać dzieci za poczynania rodziców? Przestałam już zwracać uwagę na takie gadanie i po prostu żyję tak, jakby go nie było. Tak jest zdecydowanie lepiej. I z tymi czterema kursami na dzień też jest szczerą prawdą. Zaczynam się bać, że ten poranny będzie tak zapakowany, że do niego nie wsiądę i nie zajadę tym samym do szkoły, bo sama wiesz jaka jest u mnie sytuacja, i że nie ma mnie kto nawet zawieść autem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację Aniu, grunt to nie zwracać uwagi na tego typu zaczepki. Lepiej żyć pełnią życia. I nie martw się na zapas, na pewno nie będzie tak źle w Twoich dojazdach do technikum. Powodzenia w nowej szkole.

      Usuń