Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 2 sierpnia 2014

O przygotowaniu sobie posiłku

Dostałam ostatnio sporą reklamówkę zielonej fasolki szparagowej. To jedna z niewielu rzeczy które mogę jeść i jeść bez zbędnych ograniczeń. Najpierw musiałam jednak poobcinać końcówki z jednej i z drugiej strony. Posługiwania się nożem w podstawowym zakresie opanowałam jeszcze mieszkając z rodzicami. Dzięki temu potrafię nie tylko posmarować chleb masłem, ale i np. obrać ziemniaki bez ucięcia sobie palców. Co prawda jednoczesne posługiwanie się nożem i widelcem wychodzi poza zakres moich umiejętności, ale w domu najczęściej nie kroję sobie kotleta, a w towarzystwie zawsze znajdzie się jakaś "dobra dusza", która mi pomoże. Zresztą najczęściej spotykam się ze znajomymi z Domu Młodzieżowego, toteż nie mam wobec nich żadnych skrępowań. Oni znają mnie, ja znam ich. Przez tych kilka lat stali się dla mnie drugą rodziną. Tak więc przełożyłam fasolkę do drewnianej miski i poszłam z moją pracą do pokoju. Bądź co bądź moja kuchnia jest nieco klaustrofobiczna, a i w pokoju mogłam sobie usiąść na wersalce i powoli obierać poszczególne strączki. Obcięte "dupki" lądowały w reklamówce, a fasolka we wspomnianej misce. Cała praca zajęła mi... 1,5 godziny. Można by powiedzieć: "Ale długo". Owszem, dla osoby bez problemów z panowaniem nad swoimi ruchami długo, ale dla mnie w sam raz. Zresztą trochę ze mnie jest gapa, bo z początku zamiast wysypać sobie całą fasolkę na stół, ja brałam ją z miski, do której trafiała po pozbyciu się końcówek. W końcu zaczęłam się w tym gubić i stwierdziłam, że lepiej mi będzie oddzielić gotowe strączki od nieobciętych. Praca poszła mi o wiele szybciej. Człowiek jednak uczy się na błędach. Następnym razem powinno pójść mi szybciej. Potem wystarczyło wrzucić wszystkie obrane strączki do wody, a na patelni usmażyć mąkę. Posiłek smakował mi jak nigdy dotąd. Ale pewnie dlatego, że został przeze mnie samodzielnie przygotowany :)

1 komentarz:

  1. Gratulacje :)
    Ja ostatnio łuskałam z mamą bober. Też całkiem nieźle mi szło :)

    OdpowiedzUsuń