Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 16 września 2014

Co po nas zostanie?

Rodzice wpoili mi zasadę chodzenia na  pogrzeb ludzi, których szanowaliśmy. Nie muszą to być członkowie naszych rodzin, ważne, aby były to osoby, które odcisnęły ślad na naszych duszach. Pierwszy raz byłam na pogrzebie w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Widok spokojnej twarzy nieboszczki w trumnie zrobił na mnie wrażenie. Od tego czasu rodzice zabierali mnie na tego typu uroczystości, abym oswajała się z tym, co nieuniknione, czyli ze śmiercią. Już w pierwszych klasach szkoły podstawowej wiedziałam, że nikogo ona nie ominie, a jednocześnie wierzyłam, że nie jest ona taka straszna. To tylko przejście z jednego stanu w drugi. Oprócz pożegnań rodziny, byłam także na pogrzebie kolegów z klasy, sąsiadów, znajomych, a nawet pierwszego biskupa sosnowieckiego, Adama Śmigielskiego. Ten ostatni zrobił na mnie ogromne wrażenie - asysta składająca się z kilkaset księży, listy i przemówienia. Ksiądz biskup potrafił pięknie żyć, toteż wiele osób szczerze go żałowało.

Na podobnym pogrzebie byłam dzisiejszego dnia. Kilka dni temu do wieczności odeszła mama naszego obecnego księdza proboszcza. Nie była stara, za kilka dni skończyłaby 70 lat(nota bene uśmiechnęłam się słysząc, że urodziła się tego samego dnia co ja - 26 września. Tylko rocznik się nie zgadza). Ale ciężko chorowała. Przez ostatnie dni bardzo się męczyła. Mimo to umierała spokojnie, pojednana z Najwyższym, trzymając za rękę ukochaną córkę, która specjalnie dla niej przyjechała z klasztoru na Ukrainie. 

Kiedy usłyszałam o możliwości udania się na pogrzeb z parafialną pielgrzymką, nie wahałam się ani chwili. Nie było ważne, że podróż będzie trwała w jedną stronę 5 godzin(pogrzeb był w województwie dolnośląskim, ja mieszkam w śląskim), ani niewygody w trakcie jej trwania. Czasami musimy się poświęcić, aby wziąć udział w czymś niezwykłym. A pogrzeb księdza G. właśnie taki był.

Dawno nie byłam na równie wzruszającym pogrzebie. Podczas kazania, na którym przedstawiono życiorys zmarłej nie było osoby, która nie uroniłaby łzy. Bo przecież nie codziennie się zdarza, aby matka przeznaczyła swoje dzieci na stan duchowy - córka została zakonnicą, syn księdzem. Poza tym ludzie z reguły żyją dla siebie, nawet kiedy robimy coś dla innych oczekujemy za to pochwały, zauważenia. Mama proboszcza była niezwykle skromną osobą - spontanicznie przytulała każdego, przynosiła ciasto dla księży oraz rogaliki dla członków Straży Honorowej. Co ważne, nie oczekiwała niczego w zamian, często nawet nie czekała na zwykłe "dziękuję". Nie doczekała się własnych wnuków, jednak z powodu prowadzenia przez syna Domu Dziecka, miała masę "adoptowanych". Może nie przytulała ich wszystkich, ale na pewno się za nich modliła, a to niekiedy więcej znaczy, niż zwyczajny gest. Kiedy jej syn został skierowany na naszą parafię, a ona dowiedziała się o naszym "Oratorium" też otoczyła nas kręgiem modlitwy i duchowego wsparcia, ale nie tylko. Jej ostatnią wolą wobec delegacji z naszej parafii było to, aby nie kupować jej kwiatów, lecz przeznaczyć te pieniądze na dożywianie dzieci, którymi się zajmujemy. Wśród wszechobecnego egoizmu i znieczulicy społecznej ten gest jest na wagę złota. 

Tak sobie podczas kazania pomyślałam, że całe nasze życie jest niczym budowa pomnika, a postawa jaką reprezentujemy jest niczym surowiec, z jakiego jest on wykonywany. Jeżeli nasze uczynki i myśli są złe, to ten pomnik szybko runie i zostaną z niego tylko gruzy. Jeżeli jednak będziemy przejawiać pozytywne cechy charakteru, nie wywyższać się ponad innych, a także z pokorą znosić to, co przynosi nam życie, nasz pomnik będzie trwały i długowieczny. Ten pomnik to oczywiście wspomnienia po nas, które będą przechowywać osoby, które osobiście nas znały i które będą przekazywać potomnym. Bo na cóż się zdadzą nasze piękne domy i wygodne meble, które zostaną po naszej śmierci, kiedy życie będzie bezwartościowe? To trochę tak, jak w wierszu Horacego:
Wybudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu
strzelający nad ogrom królewskich piramid
nie naruszą go deszcze gryzące nie zburzy
oszalały Akwilon oszczędzi go nawet
łańcuch lat niezliczonych i mijanie wieków
Nie wszystek umrę wiem że uniknie pogrzebu
cząstka nie byle jaka i rosnący w sławę
potąd będę wciąż młody pokąd na Kapitol
ma wstępować z milczącą westalką pontifeks
I niech mówią że stamtąd gdzie Aufidus huczy 
z tego kraju gdzie gruntom brak wody gdzie Daunus
rządził ludem rubasznym ja z nizin wyrosły
pierwszy doprowadziłem nurt eolskiej pieśni 
do Italów przebiwszy najpewniejszą drogę
Bądź dumna z moich zasług i delfickim laurem
Melpomeno łaskawie opleć moje włosy 

I niech to będzie najlepsze podsumowanie dzisiejszego dnia.

2 komentarze:

  1. No i kolejny raz nie mogę się z Tobą nie zgodzić, nawet jeżelibym chciała. Też często zastanawiam się, co stanie się z nami po śmierci i tak sobie myślę, że faktycznie o wiele ważniejsze są wspomnienia po nas zachowane przez naszych znajomych, niż wszelkie dobra materialne. Warto więc budować swój pomnik z pozytywnych wspomnień. A ten wiersz Homera traktuję jako prześladowanie za to, że nie nauczyłam się go na pamięć w gimnazjum :).

    Pozdrawiam i dziękuję za komentarz u mnie

    OdpowiedzUsuń
  2. Hm, po co ma po nas cokolwiek zostawać? Uważam, że człowiek jest "nieśmiertelny" dopóty dopóki żyje w pamięci innych ludzi, ale te nasza kulturowa cecha, aby dzielić trupy na lepsze lub gorsze nie przemawia do mnie. Tak zupełne esencjonalnie, i ten kogo wspominają i ten kogo zapomniano, nic już nie czuje.

    OdpowiedzUsuń