Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 29 września 2014

Komisja w ZUSie i o paradoksach w orzecznictwie o niepełnosprawności

Z powodu mojej niepełnosprawności po ukończeniu 18 roku życia nabyłam prawo do pobierania renty socjalnej, czyli tej najniższej. Co prawda jest to tylko niecałe 600 złotych, jednak da się z tego wyżyć. Wiem, że z powodu mojej niepełnosprawności ciężko mi będzie znaleźć pracę. I to nie chodzi o wykształcenie, ale o nastawienie pracodawcy do pewnych spraw. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że im bardziej złożone schorzenie, tym trudniej. Dlatego dla mnie nawet to 600 złotych jest na wagę złota - przynajmniej mam na bieżące opłaty oraz lekarstwa. Na szczęście niewiele jem, a i wiele słodyczy wypada z mojego menu, więc śmieję się, że mam na czym "oszczędzać". Ostatni raz byłam na komisji ZUSowskiej w 2010 roku, i wtedy przyznali mi to świadczenie na cztery lata. W tym roku musiałam kolejny raz wstawić się na komisję. Jeszcze na początku września, czyli w dniu złożenia wniosku wraz z dokumentacją, uprosiłam panią w urzędzie, żeby komisja nie była w dniach 23-26(bo 27 i 28 to sobota i niedziela) września, ponieważ nie ma mnie wtedy nawet w kraju. Urzędniczka zrobiła wielkie oczy, bo "taki maluszek ledwo sięgające brodą za ladę" przyszedł do nich umówić wizytę. Owszem, nie wyglądam na moje 24 lata, bo jestem dość niska i szczupła(44 kilo wagi przy 154 wzrostu), ale metryka nie kłamie. W końcu kilka dni przed wyjazdem dostałam zawiadomienie, że komisję mam... 29 września o 8:00 rano. 
Wstałam więc sobie z samego rana(Urząd jest w innym mieście) i udałam się na autobus. A potem sobie pokluczyłam między uliczkami. Co prawda byłam tam już dwa razy, jednak niezbyt znam sąsiednie miasta(ba, ja nawet nie znam dobrze mojego miasta), abym mogła się swobodnie po nich przemieszczać. Na szczęście na miejsce dotarłam na czas. W rejestracji ponownie pojawiły się spojrzenia mówiące: jaka mała, a taka dzielna(ciekawe co by powiedzieli, gdyby wiedzieli, że zamierzam przez następne 3 lata dojeżdżać codziennie na uczelnię w Krakowie?). U samego orzecznika wszystko poszło łatwo i sprawnie. Co prawda był zdziwiony, że przybyłam sama, jednak szybko zajął się przeglądaniem dokumentacji. Najbardziej wystraszyłam się, kiedy zapytał mnie o dowód osobisty - wczoraj dość późno wróciłam z Węgier i rano byłam nieco zakręcona, przez co zupełnie zapomniałam o zabraniu dokumentów. Na szczęście okazało się, że jest on potrzebny tylko w przypadku zwrotu pieniędzy za bilety. Przewóz w jedną i w drugą stronę wyniósł mnie 5 złotych - nie bądźmy więc zbyt skąpi. Potem lekarz przejrzał dokumentację medyczną(której zebrała się cała teka), zadał mi kilka pytań, po czym przedłużył mi prawo do przedłużenia świadczenia do 2019 roku.
Dla wielu osób byłoby to karygodne, jednak po tym, co dowiedziałam się na wycieczce od znajomych, to już chyba nic mnie nie zaskoczy. Jeszcze do tego czasu miałam nadzieję, że w przyszłym roku dostanę orzeczenie o niepełnosprawności na stałe. Nie liczę na stopień znaczny, chociaż przy sprężonej niepełnosprawności pewnie by mi się należało, wystarczyłby mi tylko papierek na stałe. Jednak z tego co usłyszałam od innych, to w moim mieście przepisy pozwalają na przedłużenie orzeczenia najwyżej na... 5 lat. Szczerze powiedziawszy to chciałabym, aby chociaż jedna z moich chorób minęła mi za ten czas. Jeżeli nie MPD, to może chociaż alergia? Albo refluks? Chociaż ja to nic - co mają powiedzieć rodzice dzieci, które są typowymi "roślinkami", przez dziesiątki lat wegetującymi w czterech ścianach własnego domu. Czyżby nasi miejscy urzędnicy myśleli, że przez te maksymalnie pięć lat nastąpiło ich cudowne ozdrowienie? Dziwne, bo zawsze myślałam, że przepisy co do przyznawania niepełnosprawności są jednolite dla całego kraju, ale jak widać, myliłam się.

1 komentarz:

  1. Lolek, nawet mnie nie strasz. Ja na komisję w sprawie orzeczenia o niepełnosprawności mam co prawda stanąć dopiero na początku przyszłego roku, ale i tak boję się, że odbiorą mi grupę, bo jestem zbyt zdrowa. Ech, czy oni sądzą, że my faktycznie wyzdrowiejemy?
    Pozdrawiam
    P.S. Twój blog z recenzjami sprawił, że wypożyczyłam sobie książkę "Papierowe miasta" Greena. Mam nadzieję, że się nie zanudzę czytając ją w łóżku.

    OdpowiedzUsuń