Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 26 października 2014

A na koniec wycieczki - słodkie miasteczko Szentendre

W niedzielę, 28 września prosto z Budapesztu pojechaliśmy zwiedzać ostatni punkt naszej wycieczki - niewielkie miasteczko Szentendre. Głównym celem udania się do niego było zwiedzenie muzeum marcepanu. Nigdy jeszcze nie byłam w muzeum poświęconym słodyczom, więc moja ciekawość była podwójna. Najpierw jednak musieliśmy przejść ok kilometra z parkingu, na którym stał nasz autokar do kamieniczki, w której umiejscowione było muzeum. Miejscowość urzekła mnie swoją prostotą oraz harmonią. Nawet muzeum zbytnio nie rzucało się w oczy. Miało jednak jeden szkopuł - schody, których większość osób na wózku nie mogło pokonać. Musieli więc zostać na dole. Szkoda, bo naprawdę było czym cieszyć oczy:
Wejście do muzeum
Chociaż te kaktusy wyglądają, jakby były z wosku, to tak naprawdę są one ze słodkiego marcepana
Stoi na stacji marcepanowa lokomotywa...
Orkiestra gra
Po zwiedzaniu muzeum mogliśmy zrobić smakowite zakupy w przylegającym do niego sklepiku. Marcepanowe kocie łapki w czekoladzie czekają na święta, żeby je skonsumować, a marcepanowa masa okazała się na zajęciach tak samo plastyczna jak plastelina. I do tego można było zjeść ulepione motylki, kwiatuszki i inne stworki. Grunt to mieć pomysł na zajęcia z dzieciakami. Po zwiedzeniu muzeum mieliśmy dwie godzinki czasu dla siebie. A że jestem typem Jasia-wędrowniczka, przemierzyłam miasteczko wzdłuż i wszerz. Jakież było moje zdziwienie, kiedy nieopodal poczty(gdzie zresztą wrzuciłam kartki dla krewnych i znajomych) zobaczyłam kościółek, a pod nim pomnik... papieża Jana Pawła II. Żałuję, że skończyła mi się klisza w analogówce, a pan M. z rodziną nie dotarł w tamten rejon, bo obraz warty utrwalenia. Kolejny raz nie wiedziałam co kupić, ale zobaczyłam takie malutkie serwetki, jak na tym zdjęciu:
Widać je po prawej stronie na tle tych białych chyba obrusów
Postanowiłam kupić jedną, tym bardziej, że podczas świąt Wielkanocnych w te wgłębienia można włożyć jajka, jabłka czy też kawałki pieczywa. Dodatkowo nabyłam przyprawy w prześlicznych i co ważne - mocnych woreczkach. U nas jeszcze nie spotkałam się z czymś takim. Do autokaru wracałam brzegiem Dunaju, nad którym spędzały beztrosko czas rodziny z dziećmi oraz nastolatkowie. Zupełnie jak u nas. Aż żal mi było wsiadać do autokaru, który późnym wieczorem zawiózł nas do domu. Ale coś się musi zacząć, tak samo jak musi się skończyć. Taka po prostu jest kolej rzeczy. Pozostają jednak wspomnienia, które musimy jak najdłużej pielęgnować.

2 komentarze: