Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 28 listopada 2014

Przeprogramowanie

Przez ostatnie pięć lat moje życie toczyło się dość monotonnym rytmem - od poniedziałku do piątku zajęcia na uczelni, połączone z wolontariatem i treningami sportowymi. Dojazdy do Katowic trwały niecałą godzinę, same zajęcia różnie trwały, ale też można było jakoś się dostosować. Po tygodniu następowały dwa dni regeneracji. W soboty próba scholi parafialnej, a potem zajęcia z dzieciakami w Oratorium, w niedzielę Msza święta i chwila dla siebie. Łatwo się żyło, przyjemnie. Istna sielenka. Ale czy życie polega na samych przyjemnościach? Chyba nie. Po w sumie bardzo dobrym zdaniu egzaminu licencjackiego z zarządzania postanowiłam iść dalej. Od początku celowałam w Kraków, moi rodzice byli jednak sceptycznie do tego nastawieni. Tym bardziej, że i tak pojawiła się perspektywa samodzielnego mieszkania, co w przypadku osób niepełnosprawnych nie jest taką oczywistością. Tutaj pragnę podziękować rodzicom za zaufanie, jakim mnie obdarzyli. Siłą rzeczy złożyłam papiery na AWF w Katowicach. Życie jednak potoczyło mi się jak się potoczyło. A że Lolek nie lubi nic nie robić, postanowił zapisać się na trzy kierunki - dwa w szkole policealnej, jeden na studiach dziennych. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie mam czasu na nudę i robienie głupot. A przy okazji musiałam całkiem przeorganizować mój plan tygodnia. I to w każdym tego słowa znaczeniu - od zmiany pór kładzenia się do łóżka i wstawania z niego, po kombinowanie na którą niedzielną Mszę świętą pójść, żeby było najlepiej. W środy i piątki zrywam się z łóżka już o 4:30, aby niecałą godzinę później iść na przystanek do centrum, skąd odjeżdża bus do Krakowa. Jeden na godzinę, muszę więc być punktualnie, bo inaczej spóźnię się na zajęcia. Musiałam zrezygnować z pewnych rzeczy i przyjemności kosztem czegoś innego. Ale mnie to nie przeszkadza. Nie warto bowiem zbytnio przywiązywać się do jednostajnego trybu dnia, bo szybko wpadnie się w monotonię i znużenie. Jestem czasami zmęczona, ale za razem szczęśliwa.

Korzystając z luźniejszych piątków - mam dzisiaj zajęcia tylko z architektury i sztuki sakralnej i kończę je już o 9:30 - poświęcam je na porządki. Kurze z grubsza ścieram każdego dnia, jednak z powodu mojej alergii to nie wystarcza. Pranie przez te 7 dni też potrafi urosnąć do monumentalnych rozmiarów. No i gotowanie. W piątek zazwyczaj gotuję sobie jedzenie na najbliższych 2 - 3 dni. Nie jest to nic specjalnego, ani wykwintnego - jakaś zapiekanka, pierogi, kopytka, czasami gołąbki bez kapusty, kotlety z tuńczyka, od wielkiego dzwonu schabowe. Inna sprawa, że moje menu jest dosyć ograniczone z powodu mojej alergii pokarmowej. Szaleć więc zbytnio nie mogę. Potem jem jakieś proste i szybkie potrawy typu makaron z serem, jajko sadzone, naleśniki. W Krakowie odkryłam dosyć tanią knajpkę z smacznymi plackami ziemniaczanymi. Akurat to jest jedna z moich ulubionych potraw i w dodatku nic mi po niej nie jest. Kiedy nie mam czasu czekać na placki(zwykle od złożenia zamówienia do jego realizacji mija około 10 minut), a zmierzam już na dworzec autobusowy, wstępuję do baru szybkiej obsługi, gdzie serwuje się dania z ryb. Kolejna zmiana w moim życiu, bo jeszcze niedawno nie można mnie było namówić na tego typu jedzenie. Co prawda w dalszym ciągu hamburgery są dla mnie passe, ale na dorsza już dam się skusić. Inną sprawą jest fakt, że rybki to ja zawsze kochałam jeść, a te w tamtym sklepie nie są zbytnio wysmażone(mam chorą nerkę, której nie chcę obciążać). Czasami mam na coś ochotę, ale zdaję sobie sprawę, że z wielu powodów nie mogę czegoś zjeść. A tak mi się marzy omlet z wiśniami... Albo zapiekanka z bułki... Tosty... Chociaż myślę, czy sobie jutro z rana nie wrzucić kromek do opiekacza. Jak wstanę o 6 to zdążę. Gorzej jak nie zdążę... Bo jutro mam 12 godzin rachunkowości finansowej. Uf... to kolejny etap mojego przeprogramowania. A pojutrze siedem godzin rachunkowości i pięć działalności gospodarczej w branży ekonomicznej. Tak więc nie mam czasu ani na nudę, ani na porządne wyspanie się. Nie przeszkadza mi to jednak. No cóż, może po prostu dojrzałam do pewnych rzeczy...

6 komentarzy:

  1. Lolek, ja i tak Cię podziwiam za to Twoje zorganizowanie. Nie wiem czy ja bym tak potrafiła

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, Ty też jesteś przecież zorganizowana. Nie wiem czy w wieku niecałych 16 lat chciałoby mi się dojeżdżać kilkadziesiąt minut do szkoły, zwłaszcza gdybym mieszkała na wsi

      Usuń
  2. Jakoś tak ten czas biegnie, i wszystko się nie tak układa, że szkoda słów. Ale Ty sobie bardzo dobrze radzisz!! Kiedy zobaczyłam dziś Twój komentarz u mnie, nie potrafiłam dojść do tego, kto to Karolina 90, ale gdzieś Cię kojarzyłam, a teraz już wiem, że Ty to właśnie Lolek! Fajnie, że piszesz, ja też wracam!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem witaj w moich skromnych progach

      Usuń
  3. Jesteś prawdziwą superwomen! Jakim cudem Twoja doba ma też 24 godziny? A może jednak jakoś ją rozciągasz?
    Super, że są jeszcze Młodzi, którym się tyle chce. Brawo!!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja doba jak każda inna ma tylko 24 godziny, za to odpowiednie zagospodarowanie ich pozwala na wykorzystanie tego czasu nie tylko w 100%, ale przede wszystkim mądrze. Chociaż czasami żałuję, że nie trwa ona dłużej, bo czasami po prostu chciałabym sobie dłużej pospać. Ale niestety, nie można mieć wszystkiego.

      Usuń