Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 13 grudnia 2014

Rybożerca

Jedną z przypadłości z jaką się zmagam jest alergia pokarmowa. Do tego w pewnym momencie dołączył refluks żołądkowo-przełykowy, co dało iście ciekawy miks produktów, których mój organizm nie toleruje. Smak czekolady, kawy, truskawek, bitej śmietany, orzechów, miodu, maku, wołowiny czy też cytrusów jest mi praktycznie nieznany. Po pomidorach, kukurydzy oraz fasolce meksykańskiej też mam wysypkę. O litanii tajemniczych związków chemicznych, które nota bene czają się na każdym kroku już nie wspomnę. Do tego dochodzą wszelkie kwaśne, gorzkie i przesłodzone produkty, po których dochodzą problemy z refluksem. Oj, ciężka sprawa. Wielu pewnie słysząc że tego czy tamtego nie będę jeść powiedziałoby, że wybrzydzam. Jest chyba jednak różnica pomiędzy tym, że ktoś nie je danego produktu bo nie chce, a tym, że nie je, bo nie może? Dlatego ciśnienie mi rośnie, kiedy widzę jak ludzie, i to w sumie dorośli, nie jedzą tego czy tamtego, bo twierdzą, że nie lubią. A ja tak bym chciała poznawać nowe smaki... Na szczęście są produkty, które mogę jeść bez przeszkód. Śmieję się, że z głodu nie umrę, bo bez przeszkód mogę jeść kaszę, ryż, makaron, ziemniaki oraz pieczywo. Wbrew pozorom to już coś. Do tego dochodzą prawie wszystkie warzywa, jabłka, śliwki, gruszki, wieprzowina, drób, jaja, od czasu do czasu przetwory mleczne(mam skazę białkową) no i moje ukochane rybki. Ryby mogłabym jeść bez przerwy. Wszystko jedno w jakiej postaci - pieczone, smażone, gotowane, na parze, czy też w pastach i sałatkach. Po prostu je uwielbiam.

Dzisiaj zgodnie z planem byłam na wigilii scholowej. To taka nasza tradycja, która jednocześnie nas integruje. Wcześniej jednak poszłam do szkoły policealnej Żak na zajęcia z rachunkowości finansowej. Jakoś tak nie lubię opuszczać zajęć, a rano fizycznie czułam się o wiele lepiej niż dzień wcześniej, kiedy choroba uziemiła mnie nie tylko w domu, ale przede wszystkim w łóżku. Schody zaczęły się dopiero po wejściu do klasy, w której odbywały się zajęcia. Zmęczenie oraz nierówny oddech podczas marszu do miejsca zajęć objawiły się salwami gwałtownego kaszlu. W pewnym momencie zaczęła mnie aż boleć klatka piersiowa. Ale to już "pamiątka" po zapadnięciu płuca, które zdiagnozowano u mnie po urodzeniu. Z powodu wigilii zwolniłam się wcześniej z zajęć. Na szczęście dla mnie wyszłam prawie pod ich koniec, toteż chyba niewiele mnie ominęło. Po wyjściu z budynku podeszłam do delikatesów kupić jakieś ciastka(miała być sałatka, ale wczoraj byłam nie do życia) i poszłam na przystanek autobusowy. Mogłam oczywiście iść na plebanię na nogach, ale po pierwsze spóźniłabym się na wigilię(która była o godzinie 11:30 ha, ha, ha), a po drugie moje biedne płuca mogłyby tego nie wytrzymać. A tak oszczędziłam i czas i zdrowie. W kuchni akurat trwały ostatnie przygotowania, więc pomogłam troszkę w noszeniu specjałów. W końcu wszyscy byli przekonani, że Lolek i tak ich nie zje, bo nie może :D. Następnie usłyszeliśmy fragment Ewangelii według świętego Łukasza opowiadający o narodzeniu Syna Bożego i połamaliśmy się opłatkiem. Ponad 30 osób, w pewnym momencie zabrakło mi aż pomysłów na życzenia(maturzystom wypadało życzyć zdanej matury, szóstoklasistom dostania się do wymarzonego gimnazjum, a maluchom, albo co gorsza mamom? Ciężka sprawa). A potem można było JEŚĆ. Dzieciaki rzuciły się na ciasta i pierniki. Te specjały jednak nie dla mnie. Na szczęście ktoś przyniósł też kawałki mintaja. To było to - zjadłam aż 8 kawałków i jeszcze z chęcią zjadłabym więcej, gdyby nie to, że już wystygł. Do tego chleb i kompot z malin... I oczywiście kawałki opłatka, które podbierałam proboszczowi sprzed nosa. Były kolędy, śmiechy, a nawet drobniutki prezent dla każdego - malutki Jezus na sianku. Sympatyczny gest, prawda? Na koniec wspólne porządki, które też jednoczą grupę - dzisiaj specjalizowałam się w noszeniu plastikowych kubków z płynami co dla ludzi ze spastyką i atetozą jest nie lada wyczynem. Na szczęście nic mi się nie wylało, ani nawet nie zgniotłam żadnego kubka. Uważam to za osobisty sukces. Zresztą nie tylko ja tak twierdzę, bo mamy też były pod wrażeniem. Znają mnie tyle lat i wiedzą jakie mam problemy na polu zdrowotnym. Wniosek jest jeden - samodzielne mieszkanie mi służy. Nie mówię, że nie nauczyłabym się pewnych rzeczy, ale na pewno nie tak szybko. No i jeszcze usłyszałam, że ze względu na mój aktualny stan zdrowia mogę jutro nie pojawić się na Mszy świętej(wolałam się osobiście "zwolnić", bo o ile Pan Bóg jest w stanie wiele nam wybaczyć o tyle człowiek już nie). To były wspaniałe dwie godziny. Ostatnio trochę zaniedbałam scholę, jednak okazało się, że nie jestem dla nich obojętna. Jeszcze ten pyszny mintaj... niebo w gębie. Wiedzieli czym mnie podejść. Skrzydeł dodała mi też wymiana SMSowa:
XYZ - "Dziękuję za przygotowanie wigilii i przypominam o nabożeństwach roratnich"
Ja - "A czy jak ktoś będzie duchem na roratach to też się liczy?"
XYZ - "Oczywiście. Kuruj się"

No to się kuruję :). A popołudniu tak mnie zmorzyło po "Fervexie", że spałam dwie godziny. Jutro mam wolne, więc się trochę podleczę, a w poniedziałek ruszam od nowa z działaniem. To będzie pracowity tydzień, dlatego dobrze, abym odpoczęła przed nim.

P.S. Na wigilii padła pewna propozycja względem mnie, która ułatwiłaby mi odbycie praktyk, ale za wcześnie, aby o niej pisać. Zwłaszcza, że nie wiadomo, czy wypali. Trzymanie kciuków nie zaszkodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz