Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 29 sierpnia 2014

Ach te staruszki... i nastolatki - czyli chamskość po polsku

Miałam dzisiaj ambitne plany. 
Po 1 - zanieść papiery do wypełnienia z programu "Aktywny samorząd" do szkół, w których będę się od października dokształcać
Po 2 - wyprosić jeszcze raz moje świadectwo ukończenia liceum z miejsca, w którym się aktualnie znajduje
Po 3 - pokazać owy dokument w szkole policealnej, w której będzie odbywać się kurs sekretarki, na który się zapisałam

Plany ambitne, ale niezbyt realne. A wszystko dlatego, że nikt nie nauczył mnie być chamskim. Od maja bodajże aby dostać się do Krakowa z mojego miasta nie trzeba już jechać do Katowic - została bowiem otwarta linia busów, które średnio co godzinę jadą do grodu Kraka. Co ważniejsze, nie potrzeba już ponad 2 godzin jazdy pociągiem, aby się tam dostać. Prywatny przewoźnik przewozi klientów w zaledwie 1:20. Kolosalna oszczędność czasu. Zaplanowałam więc jechać kursem o 9:45, aby o 11 być już na miejscu i zmierzać na uczelnię. Na przystanku byłam dwadzieścia minut przed czasem, nauczona, że zawsze lepiej poczekać, niż się spóźnić. Pod tablicą czekała może czwórka ludzi. Pomyślałam sobie, że spokojnie wszyscy się zmieścimy. O 9:35 podjechał bus tej samej firmy, który jednak jechać tylko do Olkusza. Za sobą usłyszałam trzy typowe "dziunie":
- My jedziemy przecież tylko do Olkusza.
- No, ale wsiadając do tego busa nie będziemy siedzieć!
- A no tak. To czekamy na następny, ten do Krakowa.
Jeszcze raz odwróciłam się za siebie, tłum narastał. "Niedobrze" pomyślałam sobie. I miałam rację - kiedy przyjechał następny bus wszyscy rzucili się na niego jak dzikie świnie. Owe trzy nastolatki to nawet o mało mnie nie stratowały, śmiejąc się jak zarzynane świnie na widok mojego upadku. A biegnąca za mną babcia rzuciła mi krótkie: "Uważaj jak chodzisz, łamago!". Tym sposobem zanim wstałam z chodnika(przy pomocy pewnego miłego pana) i udałam się do busa, wszystkie miejsca były zajęte i kierowca oznajmił, że nie ma więcej miejsc(aż miałam wyrzuty sumienia, że mężczyzna też nie wszedł do tego busa). Może i bym zdołała na niego zdążyć, gdyby nie inna staruszka, która też niegrzecznie mnie odepchnęła sycząc też coś przez ramię i wepchnęła się przede mnie na siłę. Następny kurs był dopiero za godzinę. Może gdybym była bardziej chamska i mocna w gębie, to weszłabym do tego busa. Ale jak to ktoś mi kiedyś powiedział - ja jestem tylko "cichym szaraczkiem dającym się wszystkim wbić w ziemię". W Krakowie byłam po 12, dziekanat był czynny do 13. Nie zdążyłam. Cały mój plan poszedł wniwecz. I 20 złotych wydane na bilety także.

W takich sytuacjach zastanawiam się, czy na pewno żyjemy w cywilizowanym mieście. I nie chodzi mi już o wpychanie się na chama do małego pojazdu, zwłaszcza wtedy, kiedy przychodzi się na ostatnią chwilę, ale o całokształt sytuacji. Jeszcze zrozumiałabym takie zachowanie na wsi, gdzie jeżdżą cztery kursy na dzień(prawda Aniu?), a stereotypy są na porządku dziennym. W mieście mamy lepszą komunikację, jak choćby ten kurs do Krakowa co godzinę. Tutaj jednak człowiek jest bardziej anonimowy, a coraz mniej osób wytyka cię palcami, ponieważ są zajęci własnymi sprawami. Ich znieczulica ujawnia się dopiero wtedy, kiedy nie mają żadnego zajęcia. Bo przecież ile można gapić się na przejeżdżające samochody, albo podpatrywać jak jest kto ubrany? Zawsze lepiej syknąć innemu tak, aby zrobiło mu się głupio - jednemu wytchnąć ubranie, a drugiemu kalectwo. Co prawda coraz mniej mnie to obchodzi, bo uważam, że człowiek przede wszystkim powinien patrzyć na siebie i na to, co on sam reprezentuje, a nie na innych, ale czasami po prostu coś mnie trafia.

No nic, spróbuję w poniedziałek, kiedy dziekanat jest czynny do 15. Mam jednak nadzieję załatwić całą sprawę o wiele szybciej i jeszcze skoczyć do szkoły załatwić to, co od lat zajmuje mi mój wolny czas - czyli wolontariat. I od razu chce mi się żyć.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Kto ma lepiej - niepełnosprawny od urodzenia, czy też ten, który stał się nim później?

Takie pytanie kołuje się w mojej głowie od jakiś dwóch lat, czyli od czasu, kiedy zarejestrowałam się na forum ofon.net*. Do tego czasu miałam co prawda kontakt zarówno z osobami niepełnosprawnymi od urodzenia, jak i z tymi, którzy niepełnosprawność nabyli z biegiem lat, jednak w realnym świecie nie spotkałam się z "licytacją", kto z nas jest bardziej poszkodowany. Na forum jest inaczej, internet daje tą możliwość "wypłakania się" i wyrzuceniu z siebie całej emanującej w nas złości, która gromadziła się nieraz przez kilka lat. Czytam sobie niektóre wypowiedzi, czytam i stwierdzam, że większość z nas chce udowodnić, że jest najbardziej poszkodowany, bo urodził się z niepełnosprawnością/nabył ją w późniejszym okresie. 
Osobiście jestem niepełnosprawna od urodzenia, nie wiem jak wygląda życie osoby chociaż trochę sprawniejszej ode mnie. Chociaż podglądam ich życie na co dzień, to nie potrafię wyobrazić siebie z rękami, które nie drżą, albo nie potykającą się na ulicy. Czy mam z tego powodu lepiej? Zapewne z jakiejś strony tak. Nie wiem jakby wyglądało moje życie w innej rzeczywistości, nie mam punktu odniesienia, więc nie jest mi niczego żal. A na pewno już nie tego, co utraciłam. Dlatego łatwiej było mi zaakceptować całą sytuację. Chociaż ja jej nie musiałam akceptować - schorzenie zawsze było częścią mnie, z którą dosyć szybko się zżyłam. Szkoda, że inni w podobnej do mnie sytuacji wolą pluć jadem na prawo i lewo.
Ci, którzy nabyli z czasem swoją niepełnosprawność są w tym pozornym komforcie, że poznali smak pełnosprawnego życia. Byli zdrowi, szczęśliwi, mieli masę przyjaciół, ambitnych planów na przyszłość. I nagle wypadek, choroba, które wywróciły ich świat do góry nogami. Pozostaje im pytanie - dlaczego to mnie spotkało? Dlaczego w jednej chwili świat mi się zawalił? Rozpamiętują poprzednie życie, które zazwyczaj było lepsze. Dlatego jestem w stanie zrozumieć ich gorycz w niektórych wypowiedziach. Ale przynajmniej mieli możliwość je poznać. W przeciwieństwie do tych, którzy mają niepełnosprawność wrodzoną.
Nie mnie oceniać, która grupa ma gorzej. Niekiedy wręcz chciałabym być jak upośledzone umysłowo dziecko, które naturalnie przyjmuje świat, w którym przyszło im żyć. One zazwyczaj nie zadają sobie pytania "dlaczego". Osobiście myślę, że zarówno jedna, jak i druga sytuacja ma swoje plusy i minusy. Ważne jest, żebyśmy nie rezygnowali ze swojego życia i przeżyli je najpełniej, jak tylko umiemy. Żebyśmy skupili się na naszych plusach, zaletach, a nie na ułomności. Bo niepełnosprawności w większości przypadków nie da się wyleczyć, wymazać ze swojego życia. Ona staje się częścią każdego, który ją posiada. Nie oczekuję, że wszyscy forumowicze, i nie tylko, pogodzą się ze swoim stanem, ale mam nadzieję, że chociaż zmienią swoje nastawienie do życia. A przy okazji innych ludzi.
I jeszcze na koniec tych moich przemyśleń daję demotywator, który daje nie tylko do myślenia, ale i motywuje do działania. Przynajmniej mnie.
* Ogólnopolskie forum osób niepełnosprawnych.

sobota, 23 sierpnia 2014

Jestem, i nawet żyję... I ogólnie jest ok:)

Rano wróciłam z tygodniowego obozu sportowego zorganizowanego przez klub sportowy do którego należę w Hucisku. Miejscowość znajduje się tak blisko miejscowości, w której na co dzień mieszkam, że bez problemu mogłam dojechać trzy dni później na miejsce pociągiem, który nawet jeździ przez moje miasto. Postanowiłam jechać jakimś rannym kursem, żeby nie tracić dnia. Podeszłam więc do budki, w której zazwyczaj sprzedaje się bilety na podróż i mówię sympatycznej kasjerce, że chcę kupić bilet do Zawiercia. W odpowiedzi usłyszałam, że bilet muszę sobie zakupić u konduktora, bo coś tam. Poszłam więc na peron w oczekiwaniu na pociąg, którego miejscem docelowym był Hel. Chwilę poczekałam, bo jednak za bardzo się pospieszyłam, aż w reszcie nadjechała lokomotywa. Wykorzystałam ten czas na napisanie trenerce SMSa, że jadę. Wsiadłam przepisowo do pierwszego wagonu(który zresztą był chyba zarezerwowany) w nadziei, że zastanę tam konduktora. Oczywiście się przeliczyłam. Ale za to zaczęła mi dzwonić komórka - trenerka chciała znać szczegóły mojego przyjazdu. Powoli szłam do innego wagonu z jednym plecakiem na plecach, drugim w ręce, w której zresztą trzymałam telefon przy uchu. Ulokowałam się w pierwszym lepszym przedziale, bo jakoś nie uśmiechało mi się gonienie z ekwipunkiem po całym pociągu w poszukiwaniu konduktora. Przez niespełna pół godziny nie doczekałam go się - trudno, strata PKP, które zubożało o kilka złotych. Na dworcu w Zawierciu poszłam do drzwi wyjściowych na peron, które okazały się zamknięte. Musiałam działać, zanim pociąg ruszył w dalszą drogę. Poszłam do pierwszego lepszego przedziału i nie zważając na swoją wadę wymowy, poprosiłam siedzącego w nim mężczyznę o pomoc. Efekt natychmiastowy. Trochę się bałam, że pomiędzy schodkami wagonu, a peronem będzie spora odległość do pokonania, ale na szczęście nie miałam racji. Przed dworcem czekał już na mnie mąż trenerki, który zawiózł mnie na miejsce obozu, które znałam z poprzedniego roku. Tam okazało się, że będę sama w pokoju, ponieważ moja współlokatorka nie zdała matury z matematyki i musiała się uczyć do poprawki. Zaraz po wejściu do pokoju po pierwsze okazało się, że nie ma w nim światła(i tylko światła), a po drugie że zaraz jedziemy na basen do Łaz. Tak więc nie zdążyłam się nawet wypakować, ale za to zdążyłam wymieszać ciastka ze strojem kąpielowym. Basen był jednym z lepszych, na którym miałam okazję być.
Na obiekcie byliśmy jeszcze dwa razy. Jak dla mnie zdecydowanie za mało. Uwielbiam wodę i nawet myślę czy by nie wrócić do pływania. W Chorzowie boję się pokazać po roku nieobecności, zresztą zajęcia mam tak samo, jak z lekkiej. Tychy mają za późno zajęcia ze względu na dojazd komunikacją miejską, która po 21 jest trochę skomplikowana. Zresztą od października będzie mi nie po drodze. Zostaje jeszcze Oświęcim, gdzie też może być ograniczony dojazd - aż 3 autobusami. Szkoda, że u nas nie planują otworzyć kolejnej sekcji...
Kilka razy byliśmy w szkole we Włodowicach, gdzie była profesjonalna sala gimnastyczna oraz słynny "Orlik". Grom zespołowym nie było końca - koszykówka, piłka nożna, kometka, indianka, ringo. Raz nawet obejrzeliśmy mecz goalballa. 
Rytm obozu wyznaczały poranne rozruchy, sprawdzanie czystości w pokojach, posiłki. Dużą popularnością cieszył się "Rummikub", karciane gry oraz "Monopol". Żałowaliśmy, że nikt nie pomyślał o "Scrablach". To znaczy ja pomyślałam, ale nie miałam ich jak wziąć.
Wieczorem graliśmy w "Policjantów i złodziei" oraz kalambury filmowe. Muszę się pochwalić, że tak się schowałam w krzaki, że nikt mnie nie mógł znaleźć(wraz z kolegą zdobyliśmy aż 2 punkty dla drużyny), a w kalamburach też odgadłam sporo tytułów. Dzięki temu nasza drużyna wygrała całą rozgrywkę, a nagrodą były... tabliczki czekolady.
Myślałam, że trochę lepiej mi pójdzie czytanie "Szmaragdowej tablicy". Przez 6 dni przeczytałam zaledwie połowę z 645 stron. Jak dla mnie słaby wynik. Ale za to ani razu nie włączyłam telewizora. I wreszcie się wyspałam, bo żadna puchata kulka po mnie nie brykała o 4 rano. Jako rekompensatę tej straty miałam niezamykające się okno i zimno w pokoju.
Ogólnie było nieźle, chociaż chwilowo miałam wrażenie, że kadra nie ma pomysłu na zajęcia dla swoich podopiecznych. I nie pomogły nawet książki, które im podrzuciłam:
A może po prostu to ja wyrosłam z zabaw dla dzieci. Za rok pewnie też pojadę. Ale prawdopodobnie w innej roli niż kolonisty...

piątek, 15 sierpnia 2014

Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni...

Oj, wyjechała spora ekipa członków klubu sportowego do którego uczęszczam. Bo od wielu lat trenuję lekką atletykę oraz pływanie. Z różnymi efektami, ale od pewnego czasu mam przekonanie, że warto wyjść do ludzi, niż siedzieć i kisić się w domu. A trenowanie w klubie sportowym właśnie mi to daje. Ale nie tylko. Uprawiane sportu, nawet amatorskie, kształtuje charakter, uczy dyscypliny, poprawia wytrzymałość i wydolność całego organizmu. W przypadku osób niepełnosprawnych jest też doskonałą okazją do dodatkowej rehabilitacji oraz uwierzenia we własne możliwości. Każdy może znaleźć własną motywację do uprawiania przez siebie danej dyscypliny sportowej. 
Na obóz, tym razem do położonego w powiecie zawierciańskim Huciska, pojechali zawodnicy takich sekcji sportowych jak lekka atletyka, pływania, tenisa stołowego oraz goalballa*. Kiedyś jeździli też ciężarowcy oraz narciarze. Żałuję, że nie jeżdżą wszystkie sekcje, ponieważ moglibyśmy poznać także takie dyscypliny sportowe jak np. boccia, czy też siatkówkę na siedząco. Ale dobrze, że chociaż dla tych czterech dyscyplin przewidziano odpoczynek. 
Ja dołączę do wesołej ferajny dopiero jutro. Dzięki temu, że miejscowość jest dosyć blisko położona, mogę samodzielnie dojechać do niej pociągiem, który jedzie nawet z mojego miasta. Dzięki temu nie muszę jechać do Katowic. Ku mojemu zaskoczeniu po zamknięciu budynku dworca stanęła budka, w której sprzedawane są bilety kolejowe. Dobrze, że wczoraj przeszłam się i sprawdziłam - przynajmniej nie muszę szukać konduktora po przedziałach. W Zawierciu sobie chyba poradzę. W końcu muszę sobie radzić w życiu pomimo ograniczeń. Po powrocie napiszę jak mi poszło. A dlaczego nie pojechałam w środę? Z powodów rodzinno-kościelnych musiałam zrezygnować z pierwszych trzech dni obozu. I tym sposobem zamiast dziesięciu dni wypoczynku połączonego z intensywnymi treningami, ja będę miała tylko 7. Nie narzekam, zważając na to, że to mój jedyny wyjazd w tym roku, wyłączając wycieczkę do Pragi i Wiednia, zaplanowaną na koniec września. Mimo wszystko marzy mi się jednak wyjazd na turnus rehabilitacyjny. W tym roku byłam o krok od wyjazdu. Ale ambicja wzięła górę - nie chciałam z tego powodu przenosić na wrzesień egzaminów na uczelni. Nauka zawsze była dla mnie priorytetem. A zaraz po niej uprawianie sportu. O paraolimpiadzie co prawda nie marzę, ale czy udział w wysokiej randze zawodach musi być najważniejszy? Czasami dużo bardziej cieszy satysfakcja z poprawionego wyniku. 
Kończę już, bo muszę jeszcze się spakować i zrobić porządek w mieszkanku. W końcu wracam do niego dopiero za tydzień.
A na koniec trochę wspomnień z poprzednich lat:

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

"Przyjechało ruchome kino, świat się kręci w szalonym tańcu"

Chciałam iść na ten film. Nawet nie wiecie jak bardzo. Recenzje umieszczone w sieci na temat filmu "Chce się żyć" brzmiały bardzo zachęcająco. Temat też był dla mnie bardzo bliski - sama zmagam się z czterokończynowym dziecięcym porażeniem mózgowym, a symbole Blissa były pierwszą metodą porozumiewania się Lolka-przedszkolaczka ze światem zewnętrznym. Jak to się stało, że nie wybrałam się, kiedy leciał w kinach? Sama nie wiem. Gdzieś słyszałam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a każde zdarzenie poprzedza seria połączonych ze sobą zdarzeń. Tak pewnie było i tym razem. Chęć zobaczenia filmu była jednak silniejsza. Tym bardziej, że w zeszłym miesiącu przeczytałam książkę pod tym samym tytułem. Znalazłam co prawda ekranizację na portalu cda.pl, jednak brak możliwości podłączenia głośników do laptopa skutkowało tym, że zaprzestałam oglądania po kilku minutach. Nie, to nie było to. 
Moje małe pragnienie spełniło się dosyć nieoczekiwanie. Od jakiś czterech lat w moim mieście prowadzona jest akcja zapobiegająca uzależnieniom. W ramach akcji jedną z wakacyjnych atrakcji jest kino plenerowe za miejską halą sportową. W każdą sobotę o godzinie 21:00 wyświetlane są wybrane filmy. Przyznam, że już dawno o nim słyszałam, ale nigdy jeszcze nie skorzystałam z tego typu atrakcji. Ale patrząc na tegoroczny repertuar nie mogłam nie skorzystać z okazji.
W sobotę wyszłam z domu o 20. Akurat Park Hallera mam po drugiej stronie ulicy, więc nie musiałam iść za wcześnie. Ale i nie chciałam czekać do ostatniej chwili, ponieważ nie do końca wiedziałam, gdzie będzie ta projekcja. Kilka dni wcześniej, kiedy szłam na pocztę, zahaczyłam o plac przed halą, ale nic ciekawego nie zobaczyłam. Na szczęście w sobotę już z daleka widziałam wielki ekran, a przed nim poustawiane ławeczki oraz leżaki, co ucieszyło mnie niezwykle - z pośpiechu nie wzięłam nawet koca, na którym mogłabym usiąść.
Samo kino przypominało mi to, o którym czytałam w książkach o II wojnie światowej. Duży ekran wśród drzew, na którym puszczano filmy z projektora ustawionego na tyłach. Pałac Kultury Zagłębia zadbał o nagłośnienie, użyczając głośników. Udało mi się usadowić w jednej z pierwszych ławek, co nie było trudne, zważając na moje rozmiary, które kwalifikują mnie raczej do wieku gimnazjalnego, niż do studenckiego. Ale ma to i swoje dobre strony - mogę dłużej poczuć się młodo.
O samej projekcji napiszę bliżej na moim drugim blogu, poświęconym filmom i książkom(http://recenzje-lolka.blog.pl/). Na szybko napiszę tyle, że dawno się tak nie uśmiałam, ani nie wzruszyłam. Kolejny raz "zakochałam się" w nastoletnim Kamilu Tkaczu, wcielającym się w rolę małego Mateusza, głównego bohatera filmu. Uważam go za odkrycie dekady i mam nadzieję, że jego talent aktorski nie zostanie zaprzepaszczony.
A przede wszystkim w Mateuszu zobaczyłam wielu moich znajomych - inteligentne osoby zamknięte we własnych ciałach. Czy można im odmówić radości życia? I dlaczego tak rzadko podejmowane są próby komunikowania się z nimi za pomocą symboli Blissa? Brakuje specjalnie przeszkolonych ku temu osób? Czy może chęci? Warto tutaj podkreślić, że historia Mateusza wzorowana jest na życiu Przemka Chrzanowskiego, który po latach "milczenia" zaczął komunikować się ze światem za właśnie pomocą symboli Blissa.
Chyba zakupię sobie ten film do własnego użytku. Bo po skończeniu projekcji naprawdę chciało mi się żyć!

sobota, 9 sierpnia 2014

Czy nałóg może być pożyteczny?

Mam jeden taki poważny nałóg, z którego nie mogę się uwolnić - to czytanie książek. Nie ważne, jaka jest ich tematyka, ważne żeby pod ręką mieć co do poczytania. Zaczęło się to już w podstawówce, kiedy hurtowo wypożyczałam książki ze szkolnej biblioteki, bo wszystkie jakie były w domu już przeczytałam. To były inne czasy. O Internecie nie wiedziało się właściwie nic, a dodatkową wiedzę czerpało się właśnie z pozycji popularnonaukowych, ewentualnie teleturniejów. Czasami niespodziewanie błyskało się dodatkową wiedzą przed nauczycielami. Nasza szkolna biblioteka była nieco uboga w pozycję, ale to mi nie przeszkadzało. W liceum moja pasja nagle ucichła, wiadomo, nowa szkoła, nowe obowiązki, nauki było sporo, a czasu wolnego dosłownie brak. Czytanie ograniczałam do lektur szkolnych, ewentualnie jakiś historycznych i geograficznych pozycji, a w trzeciej klasie książek potrzebnych mi do mojej prezentacji maturalnej dotyczącej holokaustu. Wszystko zmieniło się po zdaniu matury, kiedy miałam multum wolnego czasu i brak pomysłów, jak go wykorzystać. Granie na komputerze mnie nie pociągało, zresztą moje logiczne gry znałam na pamięć, serwowanie po Internecie ograniczyłam do niezbędnego minimum. Za to zaczęłam sięgać po kolejne pozycje z mojej domowej biblioteczki. I zostało mi to do dzisiaj. Czytam w każdej wolnej chwili i właściwie wszędzie. W autobusie, na ławce w parku, w łóżku przed snem. Od grudnia 2012 roku zarejestrowana jestem na portalu lubimyczytać.pl, gdzie nie tylko dodaję przeczytane przeze mnie książki, ale i dzielę się z innymi swoimi opiniami na ich temat. Biorę też udział w organizowanych przez nich konkursach i czasami udaje mi się coś wygrać. To jeden ze sposobów poszerzania przeze mnie moich książkowych zbiorów. Drugim było zapisanie się do stowarzyszenia Sztukater.pl, z którego otrzymuję co miesiąc kilka egzemplarzy książek do recenzji. Procedura przyjęcia polegała na wysłaniu do stowarzyszenia kilku przykładowych recenzji, na podstawie których zarząd decydował, czy dana osoba nadaje się do współpracy, czy też nie. Bardzo cieszę się, że w ten sposób mogę pomóc ludziom w wyborze odpowiednich lektur. Założyłam też blog, w którym dzielę się opiniami na temat przeczytanych książek z innymi - http://recenzje-lolka.blog.pl/. Czasami dostaję jakąś książkę od znajomych, czasami kupię w antykwariacie, albo na allegro. Często wypożyczam interesujące mnie pozycję z biblioteki. Mam swoich ulubionych autorów, a nawet cykle, ale podzielę się nimi innym razem.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Każde dziecko trzeba wychować

Mam kociaka. Małego. Pewnego razu zagadał do mnie kolega, z którym od przedszkola do końca gimnazjum chodziłam do klasy, i zapytał się, czy nie chciałabym małego przyjaciela. A że mieszkać samotnie jest smutno, postanowiłam go(który to po miesiącu okazał się nią) przygarnąć. W zasadzie jedyne czym ryzykowałam to wystąpieniem u mnie objawów alergii. Dzień po Dniu Dziecka mała puchata kuleczka pojawiła się w moim mieszkaniu. Ponieważ to była spontaniczna decyzja, nie miałam ani dla niego kuwety, ani nawet legowiska. Z potrzeby musiał mu wystarczyć pojemnik po krakersach wypełniony żwirkiem oraz zwinięte koce. Chociaż bestia mała wolała spać ze mną. Szybko zaprzyjaźniliśmy się, a ja zorientowałam się, że to samiczka. Ponieważ kiedy przyniosłam ją do mieszkania wyglądała jak puszek nazwałam ją Pusią. Kupiłam też coś takiego, aby miał gdzie spać i po czym drapać.:
Nasz drapak ma jeszcze dodatkową drapaczkę zakończoną myszką na sprężynie oraz takim czymś w kształcie litery "C", po czym maluch wspina się na to górne legowisko, ale zdarza się, że śpi tam w upalne dni
A że to jeszcze kociak, to trzeba go wychowywać, więc wprowadziłam pewne zasady:
  1. nie drapiemy właścicieli
  2. nie drapiemy mebli
  3. załatwiamy się do kuwety
  4. nie chodzimy po szafkach, stołach itp.
  5. nie gryziemy
  6. nie mymlamy
  7. nie łazimy po zewnętrznych parapetach
  8. śpimy w swoich łóżkach
Punkty 2 i 3 szybko udało mi się wyeliminować. Punkty 1, 3, 4 i 5 leżą i kwiczą. Punkt 1 jeszcze mogę podarować, bo czasami faktycznie mogę go za mocno przytrzymać. Ale pozostałe to tragedia. Godzina 23 w nocy - leżę w łóżku i czuję jej ząbki na moim ciele. Ok, to mogę zrozumieć. Ale tego, że pięć godzin później to samo się powtarza to już nie. Zresztą gryzie nie tylko mnie, ale nawet... książki. Chodzenie po szafkach w kuchni i stole to moja kolejna zmora. Wiadomo, jak gdzieś wyjdzie, to musi wszystko miąchać. I tym sposobem ostatnio stłukła mi cukiernicę oraz kilka razy wywróciła kubek z gorącą herbatą. Do zlewu wypełnionego wodą też wlazła. Ale podobno w dzieciństwie też byłam ciekawska, więc widać dzieciaki tak mają. Mymlanie to kolejna rzecz, która doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nie wiem, może ją to uspokaja, ale mnie coś bierze, kiedy widzę, a co gorsza czuję, mokrą plamę na przodzie mojej bluzki. Upatrzyła sobie moją lewą stronę i tam liże i liże. Najczęściej nie mogę nawet czytać wtedy książki, bo po prostu mi przeszkadza. No i wreszcie dochodzimy do chodzenia po zewnętrznych parapetach. Trzecie piętro, pod parapetem chodnik. I moja wyobraźnia przedstawiająca Pusię szybującą w dół. A mleko przelało się kiedy o 23 w nocy skakała z parapetu na moje łóżko i na odwrót. Powiedziałam "dosyć" i od tego czasu śpimy przy zamkniętych oknach. Punktu 8 nie umiem określić - Pusia zasypia w nocy na swoim legowisku, ale budzi się też obok mnie. Więc sukces mamy tylko połowiczny.
W wychowaniu kociaka staram się być stanowcza. Kiedy coś spsoci mówię zdecydowanie "Nie wolno". Staram się jej nie bić, a raczej się z nią bawić. Ale Pusia też sama wie, co jej wolno, a czego nie. Kiedy na przykład chwyci mnie swoimi ząbkami za rękę odbiega z wzrokiem winowajcy. A wzrok ma taki, że nie sposób się na nią długo gniewać. Zresztą sami zobaczcie.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

"Odchowali cię syneczku, odkarmili bochnem twaróg"...

Na początek mała anegdotka życiowa:
Działo się to wtedy, kiedy Lolek był w pierwszej, albo drugiej klasie gimnazjum. Mieliśmy taką polonistkę, o której mówi się "bez kija nie podchodź". Na jej lekcjach nikt nie odzywał się nie pytany, ogólnie słychać było tylko brzęczenie much. Na jednej z lekcji omawialiśmy "Elegię o chłopcu polskim" Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Nauczycielka poprosiła mojego kolegę aby napisał na tablicy wers "Odchowali cię syneczku, odkarmili bochnem trwóg". D. napisał wszystko na tablicy, a my mimowolnie wybuchnęliśmy śmiechem. D. spojrzał na polonistkę, ale ona też, o dziwo, pękała ze śmiechu. Biedak poci się, wpatruje w tablicę, aż w końcu odkrywa swój błąd - zamiast słowa "trwóg", on napisał "twaróg". W końcu i on sam się roześmiał i poprawił słowo. A my sprawiliśmy, że w salce humanistycznej ktoś usłyszał śmiech uczniów.

Nigdy jakoś nie lubiłam poezji. Jednak Krzysztof Kamil Baczyński może czuć się zaszczycony wejściem do wąskiego grona moich ulubionych poetów. Jego twórczościom zaczęłam się tak naprawdę interesować dopiero w trzeciej klasie liceum, kiedy przygotowałam prezentacje na język polski, wzorowaną na tej maturalnej, która przedstawiała twórczość poetycką w okresie II wojny światowej. Na początku temat mi nie podchodził, ale kiedy sięgnęłam po tomik z jego wierszami i wczytałam się w ich treść, poczułam sympatię do tego młodego poety.
W jego wierszach jest pełno wojennych obrazów, a także takiego szczerego bólu po sytuacji politycznej kraju. Musimy wiedzieć, że jego największa aktywność literacka przypadła w okresie wojennym, toteż trudno w jego wierszach odnaleźć fragmenty nie związane z wojną. Podobało mi się to w jego twórczości. Poza tym wstąpił do Szarych Szeregów. Zginął siedemdziesiąt lat temu, 4 sierpnia 1944 roku, w wieku zaledwie 23 lat. Zostawił świeżo poślubioną żonę Basię, która przeżyła swojego małżonka o 27 dni. Prawdopodobnie spodziewała się dziecka.

sobota, 2 sierpnia 2014

O przygotowaniu sobie posiłku

Dostałam ostatnio sporą reklamówkę zielonej fasolki szparagowej. To jedna z niewielu rzeczy które mogę jeść i jeść bez zbędnych ograniczeń. Najpierw musiałam jednak poobcinać końcówki z jednej i z drugiej strony. Posługiwania się nożem w podstawowym zakresie opanowałam jeszcze mieszkając z rodzicami. Dzięki temu potrafię nie tylko posmarować chleb masłem, ale i np. obrać ziemniaki bez ucięcia sobie palców. Co prawda jednoczesne posługiwanie się nożem i widelcem wychodzi poza zakres moich umiejętności, ale w domu najczęściej nie kroję sobie kotleta, a w towarzystwie zawsze znajdzie się jakaś "dobra dusza", która mi pomoże. Zresztą najczęściej spotykam się ze znajomymi z Domu Młodzieżowego, toteż nie mam wobec nich żadnych skrępowań. Oni znają mnie, ja znam ich. Przez tych kilka lat stali się dla mnie drugą rodziną. Tak więc przełożyłam fasolkę do drewnianej miski i poszłam z moją pracą do pokoju. Bądź co bądź moja kuchnia jest nieco klaustrofobiczna, a i w pokoju mogłam sobie usiąść na wersalce i powoli obierać poszczególne strączki. Obcięte "dupki" lądowały w reklamówce, a fasolka we wspomnianej misce. Cała praca zajęła mi... 1,5 godziny. Można by powiedzieć: "Ale długo". Owszem, dla osoby bez problemów z panowaniem nad swoimi ruchami długo, ale dla mnie w sam raz. Zresztą trochę ze mnie jest gapa, bo z początku zamiast wysypać sobie całą fasolkę na stół, ja brałam ją z miski, do której trafiała po pozbyciu się końcówek. W końcu zaczęłam się w tym gubić i stwierdziłam, że lepiej mi będzie oddzielić gotowe strączki od nieobciętych. Praca poszła mi o wiele szybciej. Człowiek jednak uczy się na błędach. Następnym razem powinno pójść mi szybciej. Potem wystarczyło wrzucić wszystkie obrane strączki do wody, a na patelni usmażyć mąkę. Posiłek smakował mi jak nigdy dotąd. Ale pewnie dlatego, że został przeze mnie samodzielnie przygotowany :)

piątek, 1 sierpnia 2014

Niech pamięć o tym dniu będzie trwała

W mojej książce do języka polskiego do trzeciej klasy na jednej ze stron znajdowało się zdjęcie pomnika Małego Powstańca.
Chłopiec niewiele starszy ode mnie z karabinem w ręku i hełmem na głowie. Na zaledwie 9-cio letnim dziecku zrobił on ogromne wrażenie. Moja wiedza na temat II wojny światowej w tamtych czasach była elementarna. A o powstaniu wcale nie słyszałam. Jednak ten obrazek niesamowicie silnie wbił mi się w pamięć. Siedem lat później miałam okazję zobaczyć go na własne oczy. Moja wiedza była już znacznie szersza, głównie za sprawą koncertu patriotycznego, który wystawiliśmy w szkole z okazji 65 rocznicy wybuchu II wojny światowej oraz 60 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Pamiętam, że potem występowaliśmy w jeszcze jakiejś szkole. Poza tym zarówno na lekcjach historii w szkole podstawowej, jak i w gimnazjum dosyć dokładnie omówione, a w liceum osobiście przeprowadziłam lekcję na ten temat. Poszło mi całkiem nieźle(6 wylądowała bezapelacyjnie w mojej rubryce), ale żałuję że nie było wtedy jeszcze tej gry:
Sądzę, że w ciekawy sposób wzbogaciła by przekazane przeze mnie informacje. Zamiast tego były piosenki powstańcze, fragmenty dzienników, a także zdjęcia przedstawiające te szczególne dni.
A teraz trochę faktów:
Po niespełna pięciu latach ciągłych walk z okupantem umęczona Armia Krajowa postanowiła wystąpić zbrojnie przeciwko Niemcom. Akcję nazwano "Burzą", a za jej początek wybrano 1 sierpnia 1944 roku. Chociaż wszyscy sądzili, że cały zryw będzie trwał kilka dni, Powstanie upadło dopiero dwa miesiące później - 3 października.
Chociaż oficjalnie Powstanie wybuchło o godzinie 17:00(słynna "godzina W"), pierwsze walki toczyły się kilka godzin wcześniej. W akcje, oprócz żołnierzy Armii Krajowej, włączyli się też zwykli mieszkańcy miasta, w tym prężnie działający harcerze. Nie każdy stanął do walki z bronią. Według danych miał ją zaledwie co czwarty powstaniec. Anglicy co prawda zrzucali z nieba paczki z bronią i żywnością, jednak nigdy nie trafiły one do samych walczących. Bardzo mało prawdopodobne, aby słynny "Mały Powstaniec" też ją posiadał. Najmłodsi bowiem byli mieli zadanie nie mniej niebezpieczne niż ci, którzy walczyli z bronią w rękach - zatrudnieni byli jako listonosze Harcerskiej Poczty Polowej i nierzadko ginęli przenosząc meldunki. Pomimo dzielnych walk Powstańców stolica została dosłownie zrównana z ziemią, a zginęło ok. 200 tys osób. Wśród zabitych były też dzieci i młodzież. Wielu z nich nie udało się odnaleźć...
Ale Powstanie to nie tylko walka i śmierć, to też codzienne życie. Warszawiacy wbrew pozorom wiedli "normalne" życie - zakochiwali się, brali potajemne śluby, rodziły się dzieci. Aby podnieść się na duchu śpiewali patriotyczne pieśni. Wiele z nich znanych jest też współcześnie. Dzieci chodziły na tajne nauczanie. I tylko od czasu do czasu zabrakło wśród nich jakiegoś kolegi lub koleżanki. Czy mogli przypuszczać, że już ich więcej nie zobaczą?
Dzisiaj mija 70 lat od rozpoczęcia nierównych walk z wrogiem. Coraz mniej świadków tych dni żyje jeszcze na tym świecie. Kilka dni temu zobaczyłam w telewizji wzruszające pożegnanie Powstańca. Ubrany w reprezentacyjny mundur, drżącym głosem oznajmiał, że czas przekazać inicjatywę młodemu pokoleniu. Dzisiaj zaś przedstawiono historię małżonków, którzy pobrali się w czasie Powstania. Tak, tak, ich małżeństwo trwa aż 70 lat. Trudno w to uwierzyć zważając na panującą epidemię rozwodów. 
Historycy sprzeczają się, co do słuszności tego zrywu. Wielu z nich sądzi, że podobnie jak powstanie w getcie żydowskim, skazany był na klęskę. Ja się jednak z tym nie zgodzę - Warszawiacy pokazali swój upór w dążeniu do oswobodzeniu stolicy z rąk wroga. Że były ofiary? Która wojna nie pociąga za sobą ofiar. Sami Niemcy nie mogli wyjść ze zdumienia, że Polacy tak dzielnie się bronią. Bez wątpienia był to jeden z najważniejszych zrywów w historii naszego kraju. I tylko najbardziej żal tych dzieciaczków, które oddały życie za wolność swojego kraju. A ten wiersz zawsze będzie powodował u mnie dreszcz wzruszenia:
Chłopcze... chłopczyku, ile miałeś lat,
Kiedy z harcerza stałeś się żołnierzem?
Czyś na Starówce, czy na Woli padł,
Szarych Szeregów szary bohaterze?
Widzę cię – biegniesz, podtrzymują hełm,
Pod którym niknie śmiesznie mała głowa...
Słyszę, jak w biegu wołasz jednym tchem:
„Meldunek mam, meldunek z Mokotowa!”
Łączniku, głowę zakrywasz, lecz pierś
Odsłaniasz – serce niosąc jak na dłoni,
A nad Warszawą dymów bura sierść
Mieni się w kłębach, dopada cię, goni.
Oddałeś Polsce swe dwanaście lat,
Tobie historia dodała wieki –
Cień dawnych powstań na murach się kładł,
Gdyś krył się w gruzach, pełzał przez zasieki...
Żołnierzu, nadal łącznikiem nam bądź,
Meldunki składaj nadal, choć bez słowa –
Aby pamięcią przeszłość z jutrem spiąć,
Sercem rytm podać „Marszu Mokotowa”
 Tadeusz Szyma; "Najmłodszym żołnierzom"
A Mały Powstaniec stoi dzielnie na mojej półce - oczywiście w formie figurki zakupionej na wycieczce.