Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 28 listopada 2014

Przeprogramowanie

Przez ostatnie pięć lat moje życie toczyło się dość monotonnym rytmem - od poniedziałku do piątku zajęcia na uczelni, połączone z wolontariatem i treningami sportowymi. Dojazdy do Katowic trwały niecałą godzinę, same zajęcia różnie trwały, ale też można było jakoś się dostosować. Po tygodniu następowały dwa dni regeneracji. W soboty próba scholi parafialnej, a potem zajęcia z dzieciakami w Oratorium, w niedzielę Msza święta i chwila dla siebie. Łatwo się żyło, przyjemnie. Istna sielenka. Ale czy życie polega na samych przyjemnościach? Chyba nie. Po w sumie bardzo dobrym zdaniu egzaminu licencjackiego z zarządzania postanowiłam iść dalej. Od początku celowałam w Kraków, moi rodzice byli jednak sceptycznie do tego nastawieni. Tym bardziej, że i tak pojawiła się perspektywa samodzielnego mieszkania, co w przypadku osób niepełnosprawnych nie jest taką oczywistością. Tutaj pragnę podziękować rodzicom za zaufanie, jakim mnie obdarzyli. Siłą rzeczy złożyłam papiery na AWF w Katowicach. Życie jednak potoczyło mi się jak się potoczyło. A że Lolek nie lubi nic nie robić, postanowił zapisać się na trzy kierunki - dwa w szkole policealnej, jeden na studiach dziennych. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie mam czasu na nudę i robienie głupot. A przy okazji musiałam całkiem przeorganizować mój plan tygodnia. I to w każdym tego słowa znaczeniu - od zmiany pór kładzenia się do łóżka i wstawania z niego, po kombinowanie na którą niedzielną Mszę świętą pójść, żeby było najlepiej. W środy i piątki zrywam się z łóżka już o 4:30, aby niecałą godzinę później iść na przystanek do centrum, skąd odjeżdża bus do Krakowa. Jeden na godzinę, muszę więc być punktualnie, bo inaczej spóźnię się na zajęcia. Musiałam zrezygnować z pewnych rzeczy i przyjemności kosztem czegoś innego. Ale mnie to nie przeszkadza. Nie warto bowiem zbytnio przywiązywać się do jednostajnego trybu dnia, bo szybko wpadnie się w monotonię i znużenie. Jestem czasami zmęczona, ale za razem szczęśliwa.

Korzystając z luźniejszych piątków - mam dzisiaj zajęcia tylko z architektury i sztuki sakralnej i kończę je już o 9:30 - poświęcam je na porządki. Kurze z grubsza ścieram każdego dnia, jednak z powodu mojej alergii to nie wystarcza. Pranie przez te 7 dni też potrafi urosnąć do monumentalnych rozmiarów. No i gotowanie. W piątek zazwyczaj gotuję sobie jedzenie na najbliższych 2 - 3 dni. Nie jest to nic specjalnego, ani wykwintnego - jakaś zapiekanka, pierogi, kopytka, czasami gołąbki bez kapusty, kotlety z tuńczyka, od wielkiego dzwonu schabowe. Inna sprawa, że moje menu jest dosyć ograniczone z powodu mojej alergii pokarmowej. Szaleć więc zbytnio nie mogę. Potem jem jakieś proste i szybkie potrawy typu makaron z serem, jajko sadzone, naleśniki. W Krakowie odkryłam dosyć tanią knajpkę z smacznymi plackami ziemniaczanymi. Akurat to jest jedna z moich ulubionych potraw i w dodatku nic mi po niej nie jest. Kiedy nie mam czasu czekać na placki(zwykle od złożenia zamówienia do jego realizacji mija około 10 minut), a zmierzam już na dworzec autobusowy, wstępuję do baru szybkiej obsługi, gdzie serwuje się dania z ryb. Kolejna zmiana w moim życiu, bo jeszcze niedawno nie można mnie było namówić na tego typu jedzenie. Co prawda w dalszym ciągu hamburgery są dla mnie passe, ale na dorsza już dam się skusić. Inną sprawą jest fakt, że rybki to ja zawsze kochałam jeść, a te w tamtym sklepie nie są zbytnio wysmażone(mam chorą nerkę, której nie chcę obciążać). Czasami mam na coś ochotę, ale zdaję sobie sprawę, że z wielu powodów nie mogę czegoś zjeść. A tak mi się marzy omlet z wiśniami... Albo zapiekanka z bułki... Tosty... Chociaż myślę, czy sobie jutro z rana nie wrzucić kromek do opiekacza. Jak wstanę o 6 to zdążę. Gorzej jak nie zdążę... Bo jutro mam 12 godzin rachunkowości finansowej. Uf... to kolejny etap mojego przeprogramowania. A pojutrze siedem godzin rachunkowości i pięć działalności gospodarczej w branży ekonomicznej. Tak więc nie mam czasu ani na nudę, ani na porządne wyspanie się. Nie przeszkadza mi to jednak. No cóż, może po prostu dojrzałam do pewnych rzeczy...

wtorek, 25 listopada 2014

W raju języków obcych

Od kilku dni odczuwam typowe chroniczne zmęczenie organizmu. Chyba narzuciłam sobie zbyt duże tempo zapisując się na trzy uczelnie, w tym jednej w oddalonym o blisko 80 kilometrów Krakowie, a do tego działaniem w wolontariatach. Na uczelniach zaczynają się powoli kolokwia i sprawdziany, staram się być na bieżąco ze wszystkim co się dzieje na zajęciach. Chociaż wczoraj odpuściłam sobie zajęcia z geografii, kosztem przygotowania do dzisiejszego kolokwium z języka niemieckiego. Na szczęście geografia to mój konik, wszak zdawałam ją na poziomie rozszerzonym na maturze. Egzaminu z tego przedmiotu więc się nie boję. Większą obawę miałam co do niemieckiego. Pytania mnie zaskoczyły. Nie to że były trudne, ale trochę inne niż przez całą moją dotychczasową edukację. Mam jednak nadzieję, że udało mi się uzbierać te 50% wymagane na zaliczenie. Zupełnie inne zaskoczenie spotkało mnie od strony wykładowcy, który w pełni zrozumiał moją specyficzną sytuację(czyli to, że nie jestem w stanie pisać kolokwium ręcznie) i sam zadbał o to, abym na tych kilkudziesięciu minutach mogła napisać wszystko na uczelnianym laptopie, tak, abym nie musiała z moim gonić przez rynek główny na uczelnię. Doskonały dowód na to jak wiele w naszym wykształceniu zależy od podejścia nauczyciela prowadzącego do niepełnosprawnych uczniów. I to nie tylko na studiach, ale przede wszystkim na niższych etapach kształcenia. Poza tym dowiedziałam się, że u tej wykładowczyni można bez problemu poprawiać niezaliczone kolokwia. Na poprzednich studiach na języku angielskim(który był obowiązkowy) u mojego wykładowcy pisało się kolokwium z danej partii materiały tylko raz bez możliwości poprawy oceny niedostatecznej, nie ważne czy do zaliczenia zabrakło studentowi 10, czy też 1 punktu. Trochę nie fair, ale są wykładowcy i pseudowykładowcy. Szczerze powiedziawszy, to po przygodzie na AWFie, gdzie wykładowca języka obcego unieważniał mi prace, tylko dlatego, że przypadkowo nacisnęłam klawisz wywołujący menu start(swoją drogą ciekawe czy jej się to nie zdarza, ale pewnie myślała, że mam gdzieś ściągę), czuję się, jakbym trafiła do językowego raju, gdzie rozumieją, co do nich szprecham. Pani K., moja aktualna nauczycielka niemieckiego, to anioł w ludzkiej skórze. Zawsze pyta się, czy nadążam z notowaniem na komputerze w sali komputerowej, podsyła mi różne materiały, żartuje z nami. To ten tym nauczyciela, na którego zajęcia chce się chodzić, toteż frekwencja jest bardzo wysoka. A jednocześnie naprawdę uczy i pomaga w zdobywaniu wiedzy. Takiej wykładowczyni życzę każdemu studentowi!

poniedziałek, 24 listopada 2014

Uczymy się słówek niemieckich, czyli niecodzienne wykorzystanie PowerPointa

Jutro mam pierwsze kolokwium z języka niemieckiego. Słówka + gramatyka + odmiana czasowników. Gramatyka - spoczko, wystarczy zapamiętać, że w stopniu wyższym przymiotników dodajemy końcówkę "er", a w najwyższym "ste". Nie licząc oczywiście stopniowania nieregularnego, ale to też się da wyuczyć na pamięć. Gorzej z odmianą czasowników, których jest 90. Wiele osób robi tak, że pisze sobie podstawową formę, a potem dopisuje drugą i trzecią(czyli czas przeszły). Ale co zrobić, kiedy pisanie nie wchodzi w rachubę? Myślałam, myślałam i wymyślałam :). Znalazłam w sumie banalne rozwiązanie, ale jakże pomocne dla osób mających kłopot z pisaniem. 

Każdy z nas zna program PowerPoint służący do tworzenia prezentacji multimedialnych, wiele z nas już nie raz go używało. Dlaczego nie miałby być pomocny w nauce słówek z języka obcego? 

Mój pomysł obróciłam w czyn. Najpierw wyjęłam kartkę z zapisanymi słówkami. Potem zaczęłam kolejno wpisywać je do poszczególnych slajdów w myśl zasady jeden slajd - jedna odmiana czasownika. Wybrałam sobie rozmieszczenie "Slajd tytułowy" i w tytule wpisałam formę podstawową każdego czasownika, a w podtytule jego tłumaczenie, drugą oraz trzecią formę. Na koniec musiałam tylko odpowiednio ustawić przejścia slajdów, czyli to co mam w podtytule pojawia się dopiero po kliknięciu myszką, albo naciśnięciu klawisza w klawiaturze. Tym sposobem po zobaczeniu podstawowej formy danego czasownika mogę najpierw powiedzieć jego tłumaczenie i dwie pozostałe, a następnie sprawdzić poprawną odpowiedź. 

Co do sukcesu wypowiem się jutro, ale mi osobiście słówka weszły do głowy o wiele szybciej, niżbym miała je sobie powtarzać na sucho z kartki.

niedziela, 23 listopada 2014

"To już jest koniec..."

Z małym żalem obejrzałam dzisiaj ostatni odcinek serialu "Czas honoru" opowiadającego o losach czwórki przyjaciół w czasach II wojny światowej. Janek, Władek, Michał oraz Bronek zostali wyszkoleni w Anglii na grupę cichociemnych, której zadaniem jest walka z wrogiem. Na początku historii towarzyszył im jeszcze ojciec Michała i Władka, major Czesław Konarski. Po jego śmierci cała czwórka musiała sobie radzić już sama. Nakręcono 7 serii serialu, które puszczano w okresie od września do listopada bądź grudnia, w latach 2008 - 2014. Pierwsze cztery sezony toczyły się w okresie II wojny światowej, sezon 5 i 6 opowiadał o losach bohaterów bezpośrednio po jej zakończeniu, zaś w sezonie ostatnim, 7, cofnęliśmy się do czasów II wojny światowej, a konkretniej do Powstania Warszawskiego. Zresztą została ona nakręcona z powodu okrągłej rocznicy jego wybuchu, a więc znalazły się pieniądze na jej emisję. Jeżeli miałabym wybrać najlepszy sezon, nie potrafiłabym wskazać tego jednego ulubionego. Każdy miał w sobie to coś, każdy miał sceny, które wbijały się widzom w pamięć. Czym ujmował ten w sumie niełatwy serial? Może tym, że oprócz walk Polskiego Ruchu Oporu pokazywał również codzienne życie narodu w tamtych chwilach. Przewijały się na nim i obrazy z getta warszawskiego, i z Pawiaka, byliśmy świadkami narodzin, ślubów, śmierci, łapanek. Przeżywaliśmy zauroczenia bohaterów oraz rozczarowania. Serial traktowałam jako uzupełnienie tego, czego się nauczyłam na lekcjach historii. Akurat tak się złożyło, że emisja pierwszego sezonu przypadła na pierwszy semestr klasy trzeciej liceum, czyli czas, kiedy omawia się materiał związany z wybuchem II wojny światowej. Bardzo podobały mi się też motywy muzyczne z serialu:

Kocham te kawałki po prostu.
Jarosław Sokół, jeden z twórców scenariusza serialu, napisał nawet książki na podstawie poszczególnych serii. Na razie przeczytałam wszystkie trzy, jakie dotychczas wyszły i mam nadzieję, że na nich się nie skończy. Tym bardziej że zostały opisane dopiero cztery serie(1, 2, 3 i 7), więc jeszcze powinny wyjść co najmniej 3 :).

Czy jest mi żal, że serial się już skończył? Trochę tak, bo polubiłam fikcyjne postacie, które się w nim pojawiły. Ale z drugiej strony uważam, że bez sensu byłoby na siłę ciągnąć jego akcję do czasów współczesnych. No bo o czym mieliby opowiadać? O walce z komunizmem? Zresztą na koniec szóstej serii Władek, Michał i Bronek zostali uśmierceni w wyniku jednej z toczonych walk(Janek zginął serię wcześniej), więc i tak nie mieliby jak pociągnąć akcji.

czwartek, 20 listopada 2014

Kto bardziej korzysta z dialogu - ja, czy moi znajomi

Ostatnio nastąpił pewien przełom w moim życiu. Jak dotąd miałam pewien kłopot z zawieraniem znajomości z osobami pełnosprawnymi. Owszem, zazwyczaj uczestniczyłam w rozmowach z innymi, ale częściej jako słuchacz, niż ich uczestnik. Coraz częściej jednak potrafię włączyć się do rozmowy wtrącając swoje trzy grosze, lub wyrazić swoje zdanie na dany temat. I to nie tylko podczas zajęć lekcyjnych, ale i w zwykłych pogadankach pomiędzy nimi. Wczoraj włączyłam się nawet do gry słownej z moimi koleżankami i nie miały większych problemów ze zrozumieniem tego, co mówię. Tak samo podczas wczorajszej prezentacji z form pielgrzymowania na temat Volto Santo. 25 minut gadania, w tym kilka pytań odnośnie co i jak. Niejeden z nas by się wściekł, że ktoś go nie rozumie. Ale ja się cieszę - bo to nie tylko znak, że mnie słuchają, ale i okazywanie równości wobec innych studentów. A przy okazji oni sami uczą się słuchania i rozumienia osób z wadą wymowy. Dzięki temu czuję się częścią wspólnoty uczelnianej, której bądź co bądź jestem. Bo czy w życiu osób niepełnosprawnych ruchowo chodzi o to, aby traktować ją ulgowo w każdej sytuacji? Nie! Osobiście głupio bym się czuła, gdybym odpowiadała z mniejszej partii materiału niż moi znajomi. Co ja mówię głupio - czułabym, że najzwyczajniej w świecie ich oszukuję. I tak samo jest z rozmową. Czy wada wymowy musi mnie w tym ograniczać? Niekoniecznie. Wystarczy dobra wola nie tylko moich znajomych, ale przede wszystkim moja! Co z tego, że będę wstydziła się mojej mowy? Tak przecież nie zjednam sobie osób. Oni muszą przecież patrzeć na mnie przez pryzmat tego co potrafię, a nie moich ograniczeń. Bo jednak jestem osoba stadna, która lubi przebywać w towarzystwie. Mam nadzieję, że nie popełnię już błędów z przeszłości i inni nie będą we mnie widzieć nietowarzyską osobę. Oczywiście nie ze wszystkimi jestem w super kontaktach, ale chyba nie można być w takich samych stosunkach ze wszystkimi. To by było za nudne.

wtorek, 18 listopada 2014

Wcześniak

Siedzę sobie przy komputerze, robię prezentację na jutrzejsze zajęcia z form pielgrzymowania. Trochę to męcząc, zwłaszcza kiedy twoja osobista dłoń nie chce cię słuchać i kursor myszki jedzie w zupełnie innym kierunku niż sobie zamierzyłeś. Co więcej, dokładnie nie wiesz co się dzieje z twoim partnerem, ponieważ od dwóch dni nie ma go w szkole. Zachorował? Zabalował? Internet mu wysiadł, bo zero odpowiedzi na twoje meile? Kurczaczek, a jak przyjdzie mi wygłosić jutro referat indywidualnie? Co prawda inni z mojej grupy w 90% mnie rozumieją, ale na zajęciach są też osoby nie z mojej grupy. Co zrobię jeżeli one mnie nie zrozumieją? W takich chwilach nachodzi mnie jeszcze jedno pytanie - co by było, gdybym urodziła się po przepisowych 9 miesiącach? Czy ominęłoby mnie dziecięce porażenie mózgowe? Czy też miałabym wadę wymowy? Co z moimi nerkami, pęcherzem moczowym, refluksem, wreszcie alergią? Nie, nie jestem Duchem Świętym i nie odpowiem sobie na te pytania. Co więcej, na obecnym etapie rozwoju medycyny nawet ona nie wie co by było, gdyby... Skupmy się więc na faktach. W książeczce zdrowia dziecka mam napisane m.in. że urodziłam się gdzieś około 30 tygodnia ciąży. Prawdopodobnie owinięta pępowiną i zachłyśnięta zielonymi wodami. Waga urodzeniowa - 720 gram, długość ciała - 48 cm. Zalecenie - inkubator i respirator, bo nie umiałam sama oddychać, a w dodatku sonda dożołądkowa, bo coś musiałam jeść, a z ssaniem było cieniuteńko. Aha i jeszcze operacja wstawienia zastawki, bo dopatrzyli się oznak wodogłowia. Z czasem ujawniały się mniej lub bardziej ciekawe choroby. Tym sposobem doszła też rurka do pęcherza moczowego. Podejrzewam, że wyglądałam jak przybysz z innej planety, ale nie mogę tego stwierdzić, bo nie mam żadnego zdjęcia z tamtego okresu. Może to i dobrze, bo kosmici z reguły mają nieciekawy wygląd. I tak przez kilka miesięcy moim domkiem stał się inkubator na oddziale intensywnej terapii dziecięcej. Wiosną ktoś wpadł na pomysł aby mnie rozintubować. Wtedy okazało się, że mam alergię wziewną, a następnie pokarmową. Nie ma to jak szpitalny mikroklimat automatycznie pompowany do płuc oraz papu podawane strzykawką ha, ha, ha. Jakoś muszę sobie to wszystko tłumaczyć. Zresztą statystyczny wcześniak ma ze wszystkim trudniej, więc cóż w tym było dziwnego, że ma kłopot w jedzeniu, a w wieku dwóch lat nie umie nawet unieść się na wyprostowanych ramionach. Kiedyś się przecież tego nauczy. Dopiero niecałe cztery lata po moich narodzinach jakiś lekarz skojarzył fakty i odkrył co mi jest - wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na mózgowe porażenie dziecięce. Więc będzie głupie i niesamodzielne, a rehabilitacja zapobiegnie jedynie bolesnym przykurczom, które i tak opanowały to potworne ciało. A zresztą i tak to coś długo nie pożyje, nie z tymi schorzeniami...

Minęło ponad dwadzieścia lat. Lolek żyje i ma się dobrze. Chodzi na własnych nogach, studiuje, samodzielnie mieszka, żyje prawie jak inni. Ale piętno przedwczesnego przyjścia na świat, a raczej jego skutki ciągną się za nim nieustannie. I niestety nic się na to nie poradzi. Na większość schorzeń nie ma niestety skutecznych lekarstw.

niedziela, 16 listopada 2014

Skleroza nie boli, tylko trzeba się nachodzić

Oj, poznałam dzisiaj sens tego porzekadła jak nigdy. Miałam dzisiaj kolejne zajęcia w Szkole Policealnej Żak, co wiąże się z zabraniem ze sobą laptopa w celu zrobienia sobie notatek. Teoretycznie mogłabym je zrobić ręcznie, ale na pewno nie zdążyłabym nic napisać, a to co bym napisała, pewnie nie zostałoby przeze mnie rozszyfrowane. No i pewnie nie wytrzymałabym z bólem napiętych mięśni w lewym nadgarstku. Nie tak łatwo zapomnieć czasy podstawówki i gimnazjum, kiedy musiałam polegać na tym sposobie notowania. Czasy się zmieniły - Lolek jest w posiadaniu laptopa, z którego korzysta nom stop. Mój przyjaciel ma już swoje lata, służy mi wszak od pierwszej klasy liceum, ale jeszcze nigdy się na nim nie zawiodłam. Do plecaka spakowałam go dzisiaj rano, bardziej z lenistwa, niż innych powódek. Zasunęłam zamek, zarzuciłam plecak na plecy i o 7:00 ruszyłam w drogę. Dzisiaj zajęcia odbywało się w centrum szkoleniowym znajdującym się na drodze, którą przeszłam setki razy chodząc do podstawówki oraz gimnazjum. Kawałek to było, może z dwa kilometry, ale ja wolałam chodzić na nogach, niż jeździć komunikacją miejską. Znowu powspominałam sobie stare, dobre czasy. Niestety, adres siedziby nic mi nie mówił, zresztą nie tylko mnie, ale i mieszkańcom tych okolic, na szczęście szła też koleżanka z grupy, więc nie było najgorzej. Tym bardziej, że wymieniłyśmy między sobą kilka zdań. K. nie miała kłopotów ze zrozumieniem mojej mowy, więc znowu nabrałam pewności siebie. W sali rozpakowałam komputer i okazało się, że nie wzięłam ze sobą kabla zasilającego. No to klops, bo bateria starcza mi góra na dwie godziny, a w szkole siedziałam dzisiaj do 18. Jednak już po pierwszym bloku lekcyjnym zwolniłam się u nauczycielki i udałam się do domu. Ku mojemu zaskoczeniu nie było z tym żadnych kłopotów. Ma się ten dar przekonywania hi, hi, hi! Do domu gnałam jak szalona, chcąc jak najmniej stracić czasu. Na szczęście pamięta się jeszcze kilka skrótów w parku. Zaraz po wejściu do domu rzucił się na mnie mój sierściuch. Ha, stęskniła się gadzina za panią, choć od jej wyjścia minęły zaledwie trzy godziny. Podrapałam Pusię za uszkiem i weszłam do pokoju. Zgodnie z moimi oczekiwaniami kabel był podpięty do gniazdka. Wyciągnęłam wtyczkę, wrzuciłam zasilacz do plecaka i robiąc kociakowi pa-pa wyszłam z mieszkania. Na zajęcia wróciłam po niecałej godzinie. Dużo to i mało. Jednak pośpiech czułam wieczorem w łydkach. Gorący prysznic zniwelował jednak nieprzyjemne uczucie. Cieszę się jednak z jeszcze jednej rzeczy, zupełnie prozaicznej - biegnąc udało mi się nie zaliczyć spotkania trzeciego stopnia z ziemią, co w moim przypadku jest normalną sprawą. No cóż, porażenia mózgowego nie da się całkowicie wyleczyć, ale można z nim żyć w zgodzie i harmonii. A na przyszłość postaram się bardziej zwracać uwagę na to, co chowam do plecaka. Bo ucząc się na miejscu mogłam jeszcze wrócić się po kabel, ale gdyby taka sytuacja przydarzyła mi się w Krakowie, to ciężko by było zdobyć zasilacz...

piątek, 14 listopada 2014

Prosić o pomoc też trzeba umieć, bo to żaden wstyd

Na początku dziękuję za komentarze pod ostatnim postem. Trochę wróciłam po ich przeczytaniu do równowagi. Niby wiem, że jego właścicielka ma prawo na nim pisać co chce, a jednak wkurza mnie, że co niektórzy nie umieją wytłumaczyć niektórych spraw za pomocą meili, tylko muszą się posługiwać innymi blogami. Ale tak to już jest, że zdanie niektórych musi być najważniejsze. Tym bardziej, że ja nie miałam wcale odpowiadać na zaczepki Z., więc awantura zapewne by nie wybuchła. Tym sposobem zastanawiam się, czy w ogóle warto pomagać innym, zwłaszcza na drodze internetowej. Do sprawy jednak nie będę wracać, bo jakoś nie potrafię być mściwa, ani wywlekać brudów na zewnątrz.

Wracając do pomocy wczoraj przekonałam się o jej znaczeniu, co umocniło mnie w przekonaniu, że czasami trzeba schować dumę do kieszeni i poprosić o nią innych. Jak już pisałam, wczoraj miałam grupowe szkolenie biblioteczne. Jako że nie znam Krakowa, a zupełnie nie miałam pojęcia gdzie jest główna siedziba biblioteki uczelnianej(na stronce było podanych kilka adresów), postanowiłam udać się po poradę do informacji turystycznej. Spokojnie wytłumaczyłam pracownicy o co mi chodzi. Przesympatyczna pani nie dość, że sprawdziła mi na internecie ulicę(Bobrzyńskiego), to jeszcze linię tramwajową, która tam jeździ. Na przystanku zaczęłam się zastanawiać, jaki powinnam kupić bilet(miejski, czy aglomeracyjny), bo zapomniałam o to zapytać. Podeszłam więc do starszej pani, która poinformowała mnie, że potrzebuję aglomeracyjnego. Serdecznie podziękowałam i wsiadłam do odpowiedniego tramwaju. Niestety, nie na każdym przystanku lektor mówił jego nazwę, a nie sprawdziłam na którym z kolei mam wysiąść, więc najzwyczajniej w świecie sięgałam po informację innych pasażerów(a raczej nauczycielek jadących z pierwszakami na wycieczkę). Gdyby nie oni na pewno nie wysiadłabym na odpowiednim przystanku. A ponieważ znowu nie wiedziałam gdzie iść, ponownie zapytałam o drogę zupełnie przypadkowego przychodnia, który jak gdyby nigdy nic zaprowadził mnie na miejsce. A przy okazji trochę ze mną porozmawiał na temat studiów. Takiej pomocy w życiu się nie spodziewałam. Na miejscu siedząca koło mnie koleżanka na moją prośbę przytrzymała mi listę obecności, a potem inna wypełniła za mnie zgłoszenie do biblioteki - ja tylko podawałam jej dane. Po szkoleniu miałam chwilę, więc podeszłam do jadłodajni i zamówiłam sobie placek ziemniaczany z sosem czosnkowym - pycha. Wcześniej jednak musiałam donieść go na papierowej tacce do stolika, a że to jest w moim przypadku awykonalne, poprosiłam o pomoc pierwszą lepszą panią, która nie dość, że spełniła moją prośbę, to jeszcze sama z siebie pokroiła mi moją porcję na drobniejsze kawałki. Miłe zaskoczenie. Tak samo miłe, jak chęć niesienia pomocy przez przypadkowe osoby. Żadna nie powiedziała mi nie, żadna nie wywinęła się brakiem czasu, czy też niezrozumieniem tego, co mówię. Takie sytuacje uczą mnie dystansu do samej siebie oraz do mojego schorzenia, pokory, a zarazem umiejętności proszenia o pomoc innych. Zwłaszcza, że teraz tyle się mówi o ludzkim egoizmie, nie dostrzegając tych, którzy spieszą nam z pomocą.

Przypomina mi się tutaj pewna rozmowa z niezwykłą osobą, która gościła w moim życiu zaledwie przez 10 miesięcy, ale wniosła do niego więcej, niż niektórzy, którzy są w nim całe życie. Usłyszałam od niej mądrą radę: "Nie możesz Lolku wstydzić się czy też bać prosić o pomoc innych. Jesteś nadzwyczaj samodzielny, jak na swoje schorzenie i wiek, jednak w pewnych przypadkach będziesz jej potrzebować. Na swojej drodze znajdziesz zarówno osoby z chęcią spieszących ci z pomocą, jak i takich, którzy odburkną ci, że nie mogą. Nie zrażaj się nimi, nie warto z ich powodu przestać prosić o pomoc. Zresztą ty jesteś tak sympatyczną osobą, że z pewnością tych pierwszych znajdziesz o wiele więcej, niż tych którzy nie będą chcieli ci pomóc".

Z perspektywy tych 14 lat, które upłynęły od usłyszenia tychże słów muszę przyznać, że to prawda. Więcej ludzi mi pomaga w razie pomocy, niż jej odmawia. Wystarczy tylko przełamać wewnętrzny opór i wśród otaczających nas osób znaleźć tą, która wydaje nam się najbardziej pomocna. A jeżeli nasze przypuszczenia okażą się nietrafione, szukajmy dalej. Bo w końcu znajdziemy tą, która bez wahania udzieli nam pomocy. Wiem, że wymówką nie jest też ewentualna wada wymowy, bo przecież jak nasz słuchacz będzie chciał, to zawsze nas zrozumie. 

środa, 12 listopada 2014

Indeksy w dłoń, bo na szkolenie biblioteczne czas i czuję się oszukana

Byłam dzisiaj w dziekanacie po indeks. Zaraz po wejściu przeżyłam szok - nie zdążyłam się jeszcze przedstawić(bądź co bądź nie będę wymagała, aby panie tam pracujące znały wszystkich z imienia i nazwiska, a już na pewno nie na pierwszym roku, bądź co bądź taką masochistką nie jestem) powiedziałam tylko z czym przychodzę i co widzę? Sympatyczna kobieta sama z siebie podchodzi do szafki i wyciąga z niej piękny, zielony indeks. Mój indeks. Miła niespodzianka, bo tego się nie spodziewałam. A może po prostu wpadam w oko nie tylko płci przeciwnej. Wiecie co najbardziej lubię w nowych indeksach? Tą bijącą od nich świeżość, te czyste rubryczki, w których jeszcze nikt nic nie zapisał. Tą świadomość, że zaczynam wszystko od nowa. To najbardziej lubię. A jutro nadejdzie długo oczekiwana przeze mnie chwila. Nie od dzisiaj wiadomo, że gdyby Lolek tylko mógł, nie wychodziłby z biblioteki. Zaczęło się w szkole podstawowej i zostało mi do dzisiaj. Ostatnio mam co prawda mało czasu na moją pasję i nie czytam kilkaset stron dziennie, jednak każdego dnia staram się przeczytać co nieco. Na pewno mój wynik byłby lepszy, gdyby w busie którym jeżdżę do Krakowa było prawdziwe światło, a nie mierna jarzeniówka. Ale na to już wpływu nie mam. Wracając do jutrzejszego dnia - mamy szkolenie biblioteczne w Bibliotece Uczelnianej. Biblioteka znajduje się na ulicy Bobrzyńskiego, jakieś 7 kilometrów od Franciszkańskiej(według cioci Google Maps). Na szczęście jeździ tam tramwaj, ale myślę że i w razie konieczności byłabym tam w stanie iść na nogach. Z laptopem na plecach miałabym niezły trening. Jutro pierwszy raz będę jechała w tamtą stronę komunikacją miejską, wydaje mi się jednak, że dam sobie radę :). A może już uda mi się coś ciekawego wypatrzeć?

Dzisiaj wchodząc na jednego z blogów poczułam się niesprawiedliwie potraktowana. Wczoraj jego autorka (z tym samym schorzeniem co ja) napisała, że od paru dni wszystko leci jej z rąk. Na to inna użytkowniczka stwierdziła, że to wina dni przed cyklem miesięcznym. Założę się, że nie wzięła pod uwagę tego, że problemy K. mogą wynikać z jej podstawowego problemu, jakim jest atetoza i spastyka, no bo po co? Przecież jest się geniuszem w każdej dziedzinie. A przynajmniej ma się taką postawę. Zwróciłam jej na to uwagę w moim komentarzu, a autorce wpisu podałam moje sugestie co do jej stanu. Wczoraj odpisała mi że wszystko jest ok. Dzisiaj natomiast Z. tradycyjnie zaczęła "bić pianę", nie miałam jej nawet jak odpisać, bo cały czas byłam na uczelni. No i co przeczytałam w odpowiedzi od autorki bloga? "Dziewczyny, nie kłóćcie się". Czy ja się z Z. kłóciłam? Dla mnie kłótnia to jest wymiana zdań między dwoma osobami, a skoro ja nie odpisałam jej ponownie na jej "mądrości życiowe" to chyba to nie była wymiana zdań. Czuję się oszukana i niepotrzebna, bo przecież zawsze Z. musi mieć rację. Wszyscy oprócz Z. są przewrażliwieni, tylko ona jest wzorem cnót. Swego czasu Z. też była czytelniczką mojego bloga, jednak po jednym poście strzeliła focha i już się tutaj nie pokazuje. A mi jakoś nie jest żal - może nie mam komentarzy pod każdą notatką, ale też jestem wolnym, szczęśliwym człowiekiem, któremu nikt nic na siłę nie wciska! Mam nadzieję, że inni też kiedyś przejrzą na oczy.

P.S. Naprawdę myślicie po postach, że jestem przewrażliwiona na swoim punkcie?

wtorek, 11 listopada 2014

Kiedyś musiało to nastąpić, czyli film, który doprowadził Lolka do łez

W dniu wczorajszym na "Polsacie" leciał film produkcji Stevena Spielberga - "Czas wojny". Do jego obejrzenia zachęciła mnie mini-recenzja w "Kropce TV": "Anglia, 1914 rok. Ubogi farmer kupuje pięknego, gniadego źrebaka. Jego syn Albert(Jeremy Irvine) zaprzyjaźnia się ze zwierzęciem. Mimo to ojciec sprzedaje konia armii. Wędruje on przez wojenne piekło. Albert zaciąga się do wojska, by go odnaleźć". Te sześć zdań wystarczyło, abym zarezerwowała sobie zajęcie na poniedziałkowy, listopadowy wieczór. Film jakże na czasie, wszak dzisiaj świętowaliśmy odzyskanie przez nasz kraj niepodległości. Na początku filmu jednym okiem patrzałam na telewizor, a drugim na ekran monitora(jak łatwo zauważyć, pisałam wtedy notatkę). Z czasem jednak coraz częściej mój wzrok wędrował na telewizor. Matko, jak ja to wszystko przeżywałam, zwłaszcza tą morderczą wędrówkę uroczego konia w deszczu nie tylko wody, ale i pocisków. Ja, która nigdy nie daję się ponieść emocją nagle zaczęłam ryczeć jak bóbr. Nie pamiętam kiedy ostatnio jakiś film tak mną wstrząsnął. Kiedy inni płakali w kinie oglądając "Titanic" ja odbierałam tą tragedię jako zwykłą grę aktorską na tle pięknej widokówki. Nawet moje ukochane biografie papieża i innych świętych oglądałam bez urojenia ani jednej łzy. A tutaj proszę - film o wojennej tułaczce konia przeżyłam bardziej niż jakikolwiek inny. Tyle razy Joey był na skraju śmierci, tyle ran odniósł, a jednak przeżył to całe piekło, a także odnalazł się ze swoim panem. Spielberg po raz kolejny potwierdził swój talent, kunszt oraz profesjonalizm. Zresztą nie bez powodu zaliczam go do swoich ulubionych reżyserów. Przy serii Indiana Jones zawsze pękam że śmiechu. "Monachium" przybliżyło mi tragedię, jaka rozegrała się na letniej olimpiadzie w 1972 roku. "A.I. Sztuczna inteligencja" przenosi mnie w magiczny czas za kilkaset lat, kiedy roboty będą w każdej rodzinie. "Lista Schindlera", typowy obraz holocaustu, ale też pokazanie, że nie wszyscy Niemcy byli źli(pomijam fakt, że książka pod tym samym tytułem zalicza się do moich ulubionych). Film "Czas wojny" mogę polecić każdemu, bo naprawdę budzi nadzieję na lepsze jutro, a zarazem autentycznie wzrusza widza.

Jedna z moich ulubionych scen
Teraz tylko muszę przeczytać książkę, na podstawie której został on nakręcony. Inaczej "będę chora" :).

poniedziałek, 10 listopada 2014

Sprzątanie mieszkania oraz działów na OFONie,

Z okazji jutrzejszego Dnia Niepodległości, w dniu dzisiejszym ogłoszono godziny rektorskie dla całej społeczności akademickiej. Nie będę ukrywać, że ucieszyła mnie ta wiadomość, i to nie dlatego, że nie lubię geografii(bo wręcz ją uwielbiam), ale z powodu małego bałaganiku w mieszkaniu, który ostatnio stał się standardem. Ale jak tu mówić o większym sprzątaniu, kiedy od poniedziałku do niedzieli siedzi się w szkolnej ławie? Ze zmywaniem naczyń i podłogi(jestem uczulona na kurz i roztocza), a także sprzątaniem kuwety Pusi jestem na bieżąco, ale reszta czynności porządkowych czekało na "lepszy czas". Ten lepszy czas nadszedł właśnie dzisiaj. Pralka szła na okrągło, pościel zmieniona, lodówka też została odmrożona. Pranie suszyło się dosłownie wszędzie - nawet powieszone na wieszaku zawdzianym o lampę. Śmiesznie wyglądało, kiedy Puśka próbowała do niego doskoczyć. W międzyczasie skoczyłam do sklepu, bo w lodówce zostało tylko światło. Ja jak ja - poradzę sobie, ale mam w mieszkaniu przecież małą gadzinkę, która nie zrobi sobie kanapki. Nie samym powietrzem się żyje. Jedyne co mi się nie udało to ułożyć książek na półkach, ale tym się nie przejmuję. Jeszcze się o nie nie zabijam, więc jest dobrze. Do fryzjera też nie poszłam, zabrakło na to czasu. Co prawda moje kudły już wchodzą mi do buzi/oczu/nosa/uszu(wybierzcie co chcecie, każda odpowiedź jest dobra), do czwartku muszę jednak jakoś wytrzymać. Miałam zabrać się za czytanie kolejnej książki recenzenckiej, skończyło się na czytaniu bloga Ewy(http://swiatpewnejewy.blogspot.com/). O Ewie opowiem jednak innym razem. Poduczyłam się też trochę angielskiego zgodnie z opracowaną przeze mnie metodą - 30 minut dziennie, codziennie. Co prawda kurs przewiduje 20 minut, to ja jednak doliczam 10 z powodu moich kłopotów z pisaniem. A swoją drogą to, że piszę na laptopie stwarza pewien dylemat w szkołach policealnych - od tego roku weszła ustawa, że każdy słuchacz ma poświadczyć obecność na zajęciach własnoręcznym podpisem na specjalnych listach. Na szczęście nauczyciele pozwalają mi na zrobienie parafek w maciupeńkich lubrykach, zamiast podpisać się własnym nazwiskiem. W nauce pomaga mi ten kurs:

Kupiłam go na allergro za 102 zł, kiedy jego cena rynkowa wynosiła 299 zł. Ale opłacało się, tym bardziej, że kilka lat temu sama przerobiłam materiał z pierwszej części kursu, otrzymanej kiedyś w prezencie od znajomych:

Wieczorem natomiast zabrałam się za porządkowanie działów na Ogólnopolskim Forum Osób Niepełnosprawnych. Ku mojemu zaskoczeniu wiosną zostałam wybrana na Przyjaciela Forum. Nie mogłam w to uwierzyć. Ktoś docenił moją pracę, ktoś na mnie głosował, komuś pomogłam swoimi radami. Jakiś czas później zgłosiłam chęć bycia moderatorem trzech działów. Wiąże się to z koniecznością utrzymywania w nich porządku. Więc korzystając z wolnej chwili połączyłam kilka tematów, inne przeniosłam do kosza lub archiwum. Nie jest to ciężka praca, wymaga jednak zaangażowania. Oczywiście nie wszystko zrobiłam tak jak należy, ale część planu wykonałam. 

sobota, 8 listopada 2014

Pierwszy dzień w Żaku i miła niespodzianka

Dzisiaj byłam pierwszy dzień na zajęciach w szkole policealnej Żak. Jeden zjazd, nie licząc organizacyjnego już był, dwa tygodnie temu. Jak już pisałam, jednocześnie robię technika rachunkowości w Żaku i technika administracyjnego w Progresie. Niestety, Żak nie ma stałego miejsca nauczania, więc zjazdy nie mają ściśle określonej reguły. I czasami zjazdy obu szkół po prostu mi się pokrywają. A że są prowadzone w dwóch różnych budynkach, to ciężko mi w ciągu kilku minut przebiec ten dwukilometrowy odcinek z laptopem na plecach. Jak będziemy mieli zajęcia w drugim budynku, będzie mi łatwiej, bo jest on o wiele bliżej placówki Progresu. W każdym razie dzisiejszy debiut w Żaku uważam za udany. Rano poszłam do Miejskiego Centrum Szkolenia Zawodowego, które wypożycza nam sale. Gdzie są zajęcia wiedziałam z planu zajęć zamieszczonemu na stronie internetowej szkoły. Ale nie wiedziałam w której sali. Z planu powieszonego na tablicy korkowej w budynku dowiedziałam się, że cały dzień mieliśmy być w jakiejś salce zewnętrznej. Oczywiście nie miałam pojęcia gdzie to jest. Koło mnie stała dziewczyna, która też zastanawiała się co to za sala. Nieśmiało zapytałam się jej, czy nie jest czasem z pierwszego roku rachunkowości. Potwierdziła. Jakoś raźniej mi się zrobiła. Był jeszcze jeden kolega z naszego kierunku, który poszedł poszukać portiera. Po chwili zostaliśmy zaprowadzeni do pomieszczenia na wzór klasy szkolnej, do którego faktycznie wchodziło się prosto z ulicy. Ponieważ mieliśmy jeszcze trochę czasu do zajęć, siłą rzeczy wywiązał się między nami dialog. M. okazała się przesympatyczną osobą, która podobnie jak ja, nie ukończyła jeszcze studiów. A że chce zdobywać wiedzę(jak ja), postanowiła zapisać się właśnie do Żaka. Przez cały dzień siedziałyśmy w jednej ławce, raz ona zerkała do moich notatek, innym razem ja do jej. Jak ładowałam sobie komputer i nie mogłam ich używać korzystałam z jej zeszytu. M. sama z siebie napisała mi na kartce adres grupowego meila wraz z hasłem dostępu, a nawet wzięła ode mnie mój i obiecała, że prześle mi zaległe notatki. Pozwoliła mi też spisać tematy prac kontrolnych. Nie ma kłopotów ze zrozumieniem tego co mówię, a to nadaje mi też pewności siebie. 
Następne nasze spotkanie dopiero w przyszłą niedzielę(na szczęście w Progresie mam wolne). Sześć godzin rachunkowości finansowej i tyle samo działalności gospodarczej w branży ekonomicznej. Dużo, ale jak już pisałam, mamy stosunkowo mało zjazdów, a jakoś musimy wyrobić te 175 godzin zajęć lekcyjnych. Na szczęście często skracają nam godziny, bo jak tutaj przez 12 godzin robić zadania z rachunkowości? Każdy by zwariował. Co do samego przedmiotu to dla mnie nic nowego - miałam go już na studiach z zarządzania i nawet pisałam z niego egzamin, więc łapię na razie wszystko, co tłumaczy nauczycielka. Uzgodniłam z nią, że egzamin będę zaliczać na laptopie. W ogóle podeszła do mnie bardzo profesjonalnie - od tego roku weszło rozporządzenie, w którym wycofano sprawdzanie jawne obecności, a każdy słuchacz ma złożyć podpis w tylu lubrykach na karcie obecności, na ilu godzinach zamierza się być. A że Lolkowi trudno jest dwanaście razy nakreślić nazwisko w malutkiej kracince, pozwolono mu tylko złożyć parafkę. Kolejny dowód na to, że jak się tylko chce, to można odpowiednio dostosować pewne przepisy i rozporządzenia pod osoby niepełnosprawne. No, ale trzeba tego chcieć.

A jutro czekają mnie zajęcia z technika administracji w Progresie. Referat z wykonywania pracy biurowej na temat środowiska pracy biurowej napisany, wydrukowany i włożony w koszulkę. Jutro zostanie przeczytany przez samą dyrektorkę oddziału, z którą mamy zajęcia(kolejny dowód na to, że jak się chce, to się potrafi i zajmowane stanowisko nie ma tu nic do rzeczy). Materiał powtórzony, jedyne co mnie martwi to to, że nie byłam dzisiaj na angielskim, a jutro też go mamy. Mam jednak nadzieję, że nie zrobi nam żadnego sprawdzianu.

piątek, 7 listopada 2014

Niecodzienne popołudnie

Przedstawiam Wam dzisiaj jedną z moich najbliższych przyjaciółek, M. M. poznałam dosyć późno, bo dopiero w gimnazjum. Przyszła do nas w drugim półroczu mojej pierwszej, a jej drugiej klasy(pisałam już może wcześniej, że klasy w mojej podstawówce, a później gimnazjum były łączone?). W sumie to na początku została przydzielona do klasy specjalnej, jednak jeszcze tego samego dnia okazało się, że to pomyłka i przeniesiono ją do nas. Jakie było moje pierwsze wrażenie? Dosyć specyficzne - zajmowaliśmy najmniejszą salę, gdzie były 4 ławki na kilkanaście osób i w każdej siedziało po 4-5 uczniów(gdzie standard mówi o 2), więc uznałam, że po prostu będziemy mieli jeszcze mniej miejsca. Sama M. była zagubiona, nieśmiała i małomówna. Trzymała się od nas na dystans, kiedy my ganialiśmy po obcisłym korytarzu w granatowych mundurkach i koszulach z kołnierzykami. Usadzono ją w ławce z drugoklasistami, aby mogła z nimi się zintegrować. Na lekcjach była spokojna i chociaż zapewne wiedziała więcej niż my(była przecież z masowej szkoły), to jednak wolała siedzieć cicho. Jedynie na w-fie nie wykonywała większości ćwiczeń twierdząc, że nie da rady. Nie była też przypisana do żadnej sekcji sportowej. Jak to się stało, że się zaprzyjaźniłyśmy? Otóż pod koniec roku szkolnego 2003/2004 pojechałyśmy na doroczną Zieloną Szkołę, która była nie tylko dla trzecioklasistów, ale wszystkich uczniów. Na początku mieszkałyśmy osobno, jednak po kilku dniach zakwaterowano nas razem(we szczegóły nie będę wnikać). Wraz z nami mieszkała jeszcze taka A., którą też bardzo lubię. Tak się złożyło, że w niedzielę do M. przyjechali rodzice i wzięli naszą trójkę na spacer. A potem podczas remontu klasy zapoznali się z moimi. Ja tymczasem bez problemu dogadywałam się z M. i razem robiłyśmy różne rzeczy na przerwach. Niestety, musiałyśmy się  rozstać na dwumiesięczną, wakacyjną przerwę. Ale że jeszcze w sumie byłam dzieckiem, to te dwa miesiące spędziłam na zabawach z rodzinką. Z drugiej strony cieszyłam się we wrześniu, że wracam do szkoły, bo wreszcie będę mogła zobaczyć się z M. Ku naszej radości przydzielono nam też większą salę, dzięki czemu mogłyśmy siedzieć razem w ławce. A już na początku roku zaprosiłam M. na moje urodziny, które przypadały na koniec września. M. zgodziła się bez namysłu. I chociaż u mnie jest dużo skromniej niż u niej, to jednak doskonale bawiłyśmy się tego dnia. Okazało się bowiem, że obydwie tak samo lubimy słuchać piosenek zespołu "Ivan i delfin". Od tego czasu regularnie do siebie przychodziłyśmy, nawet kilka razy pojechałam z nią do jej babci i nie zmieniło się to nawet wtedy, kiedy M. zmieniła szkołę. Co więcej, podczas naszego spotkania na moje 15 urodziny namówiłam ją, aby przyjęła sakrament bierzmowania w naszej świątyni(nie zrobiła tego w swojej). W dwójkę zawsze raźniej jest przebrnąć przez pewne rzeczy. Zwłaszcza, kiedy wychowuje się w niepraktykującej rodzinie. Nasze spotkania trwają do dzisiaj, a ostatnio dołączyła do nich też A. Jedno z nich miało miejsce dzisiejszego dnia. McDonald, łażenie po sklepach, zastanawianie się, czy w danej kreacji będzie nam do twarzy. Normalne życie kobiet, prawda? Bo kto powiedział, że niepełnosprawni mają siedzieć zamknięci w czterech ścianach? Lubię takie wypady, zwłaszcza, że nie zdarzają się one codziennie. Pozwalają mi wyrwać się z codziennej bieganiny, zmartwień i obowiązków. Dziewczyny opowiadają takie historie, że czasami brzuch mnie boli ze śmiechu, tak jak dzisiaj. M., A., dziękuję Wam, że wyrwałyście mnie dzisiaj z czterech ścian, w których zawalona byłam prasowaniem, że pozwoliłyście mi na chwilę zapomnieć o codzienności, wsparłyście dobrym słowem. Mam nadzieję, że takich spotkań będzie jeszcze wiele w naszym życiu.
Z M. na Zielonej Szkole w 2005 roku

środa, 5 listopada 2014

Zrozumienie człowieka nie zależy od wyrazistości jego wymowy, ale od słuchającej go osoby

Jeszcze w szkole podstawowej obserwując otaczający mnie świat, postawiłam(nawet o tym nie wiedząc) następującą hipotezę: "Zrozumienie człowieka nie zależy od wyrazistości jego wymowy, ale od słuchającej go osoby". W dniu wczorajszym znalazła ona doskonałe odzwierciedlenie. A ja kolejny raz poczułam, jakbym na katowickim AWFie dostała obuchem w twarz od anglistki. 

Na pierwszych zajęciach z języka niemieckiego germanistka zapowiedziała, że chce nas lepiej poznać i zaproponowała, aby każdy z nas zrobił o sobie prezentację, które będziemy przedstawiać na kolejnych zajęciach. Zgłosiłam się do wygłoszenia jej 4 listopada uznając, że później mogę mieć nawał pracy. Zresztą staram się niczego nie odkładać na ostatnią chwilę. Długo zastanawiałam się, jak mogę zaprezentować swoją osobę, w końcu uznałam, że opowiem o jednej z moich pasji, czyli o sporcie. Nie mam niestety zbyt dużej ilości zdjęć z zawodów, dlatego pomysł z prezentacją multimedialną spalił na panewce, na szczęście mam kilka medali, w tym z Mistrzostw Polski, którymi mogłam się pochwalić. Jeszcze w październiku napisałam sobie wzór tego, co chciałam powiedzieć. Przy niektórych słowach, na przykład die Wettbewerben (zawody), der Hochschulsportverein(uniwersytecki klub sportowy), czy też die Nationalmannschaft(kadra narodowa) zaczynało mi szybciej serce bić i pojawiała się myśl - jak ja to wypowiem. Co prawda na maturze ustnej dzieliłam sobie dłuższe wyrazy na sylaby, ale przecież nauczyciel nauczycielowi nierówny. Tym bardziej, że znowu mogłam usłyszeć od lingwistki, że nie rozumie co do niej mówię. Tydzień temu nie było mnie na zajęciach(zrezygnowałam z nich na poczet uczestnictwa w pogrzebie rodziny Kmiecików, więcej można przeczytać w artykule mojego autorstwa na portalu wiadomości24 - http://www.wiadomosci24.pl/artykul/pozegnanie_rodziny_dziennikarzy_oraz_ich_synka_w_katowicach_316253.html) więc de facto miała powód, aby jakoś mnie przytemperować. Stało się jednak coś zupełnie odwrotnego. Jeszcze przed zajęciami wspierałyśmy się z moją imienniczką z kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna, która też tego dnia miała prezentację o sobie. Od niej dowiedziałam się, że tydzień temu nie było jakiegoś specjalnie wysokiego poziomu. Ja jednak wolałam być ostrożna, zwłaszcza po przygodzie z panią R. Byłam druga w kolejności, więc na szczęście miałam czas, aby opanować towarzyszące mi nerwy. W końcu musiałam wyjść na środek i się zaprezentować. Na początku miałam typowy szczękościsk, na szczęście z każdą chwilą nachodziło przyjemne odprężenie. Ostatnie zdania mówiłam całkiem na luzie. Tak jak wcześniej pisałam, za tematykę wzięłam sobie uprawianie sportu(w opcji tzw. "b" była to schola, natomiast opcja "c" dotyczyła oratorium i wolontariatu, ale one odpadły ze względu na jeszcze bardziej skomplikowane słownictwo). Na zakończenie pokazałam pozostałym z gromadzone medale, które oglądali z uznaniem. Germanistka za to była pozytywnie zdziwiona, a zarazem zaskoczona tym, że ktoś z powodzeniem dzieli tak różne pasje, jak sport i teologia(ciekawe co by powiedziała na wynik mojej rozszerzonej matury z matmy, to by było prawdziwe zdziwienie). Osobiście uważam, że jak ktoś chce, to wszystko może pogodzić. Jeszcze tylko padło pytanie co dokładnie trenuję(jak na złość wyleciało mi słowo określające skok w dal), na ile biegam, a na koniec życzenia, abym spełniła swoje marzenia i dostała się do kadry. Nauczycielka oraz pozostali wszystko zrozumieli, chociaż dopiero oswajają się z moja specyficzną wymową. W tym semestrze mamy jednak retorykę i emisję głosu, więc myślę, że trochę poprawię swoją artykulację.

Hej, ostatnio naprawdę zaczynam wierzyć w siebie. W sobotę opinia szefowej scholi, wczoraj ten niemiecki, w dodatku bez problemu dogaduję się z grupą. Gdybym jeszcze tylko zrobiła to magisterium z turystyki i rekreacji... Ale ja je zdam, choćby na końcu świata. Grunt to determinacja.
A tutaj jedno z niewielu moich zdjęć z zawodów - Spała, luty 2010 i 3 miejsce w skoku w dal(skoczyłabym chociaż centymetr dalej i miałabym srebro)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Grunt to się nie denerwować

Ostatnio za dobrze mi się w życiu układało. Zwłaszcza na studiach. Wbiłam się w pewien rytm i nawet pobudki o 4:30 rano były dla mnie do przejścia. Dzisiaj uszczęśliwiona odebrałam mój bilet miesięczny do Krakowa i z powrotem. Mój banan zniknął jednak z ust, kiedy zobaczyłam karteczkę informującą, że od 15 listopada zostają zawieszone niektóre kursy tej linii. No i niestety, wśród nich znalazł się kurs o 5:45(do Krakowa) oraz o 18:35 z Krakowa. Chyba się załamię. Rano jadąc następnym kursem o 6:45 nie mam szans zdążyć na czas na uczelnię na zajęcia rozpoczynające się o 8(próbowałam, nie da się, na dworcu jestem po 8, a zanim dojdę na Franciszkańską mija kolejne 25 minut). Wieczorem co prawda ostatniego kursu o 19:35 nie odwołali, ale jadąc tym busem jestem w domu o 21. Więc też za bardzo nic się nie da zrobić. Klops. Pozostaje problem, którego nie mam pojęcia jak rozwiązać. Co prawda na 8 mam tylko dwa razy, zresztą o tej 21 też bym wracała tylko przez 2 dni, jednak nic mnie to nie zbawia. Najwyżej będę kombinować z dostaniem się z Katowic. Albo się zajadę, albo nie. Ale mam nadzieję, że jakoś dotrwam do następnego roku, kiedy wszystkie kursy wrócą do normy. Nie wiem tylko, czy nie będę musiała dojeżdżać wtedy do Sosnowca, ale z tym już dam sobie radę.

Denerwuje mnie też brak sali na uczelni, w której moglibyśmy mieć geografię. Mamy co prawda jedną przydzieloną, ale nie spełnia ona wymagań prowadzących. Więc przez pół godziny chodzimy w poszukiwaniu odpowiedniej sali. A potem musimy kończyć półtora godziny wcześniej, bo już wchodzi do niej inna grupa. Można i tak, ale straconego czasu nic nam nie wróci. A że z geografii mamy egzamin końcowy, to w domu mam o wiele więcej pracy.

Ostatnio rozwalił mi się plecak. Wytrzymał niecałe 2 lata. Muszę sobie kupić nowy. Tylko nie wiem za co.

Z pozytywnych rzeczy to pluję sobie w brodę, że na AWF nie nosiłam laptopa, tylko nagrywałam wszystko na dyktafon. Teraz noszę komputer i zauważam ile zaoszczędzam czasu. W domu uzupełniam tylko to, czego nie zapisałam. A także rozszyfrowuję swoje własne skróty, które niejednokrotnie wywołują uśmiech na twarzy innych(np. po co pisać chrzest święty, skoro można prościej H2O?). Grunt, że ja wiem o co chodzi. Przynajmniej do czasu wieczornego zasiąścia przed laptopem i napisania pełnych nazw.

Zapisałam się na przyszły rok na turnus rehabilitacyjny organizowany przez jedno z miejskich stowarzyszeń. Chociaż koszt nie jest duży(niecałe 1400 zł), to będę starała się o dofinansowanie z MOPSu. W sumie nigdy nie wnioskowałam o nie, i nawet nie wiem co i jak. Ale dam radę złożyć wszystkie papiery. Zresztą o Aktywny Samorząd też wszystko sama załatwiłam. Ale nawet jak mi nie dadzą pozytywnej decyzji, to ja i tak sama sobie za to zapłacę. Choćbym miała stać w deszczu z ulotkami. Albo sprzątać w biurach. Muszę dawać sobie radę, inaczej skończę w DOSie. Tak sobie myślę kiedy ostatni raz byłam na tego typu wyjeździe. Chyba w lipcu 2001 roku. Czyli ponad 10 lat temu. 

niedziela, 2 listopada 2014

"Ładnie się życie układało"

W tytule pozwoliłam sobie zacytować słowa prezesa stacji TVN - Kamila Durczoka podczas przemówienia pożegnalnego Dariusza, Brygidy i Remigiusza Kmiecików, którzy zginęli w zawalonej kamienicy 23 października br. Dlaczego? Bo doskonale oddaje to, o czym chcę dzisiaj napisać. Chociaż przed wypadkiem miałam w pomyśle inny tytuł tej notatki. Zachowam go jednak dla siebie i może wykorzystam w przyszłym roku? Dzień zaduszny to dzień, w którym powinniśmy szczególnie wspominać osoby, które od nas odeszły. Jak już pisałam, w mojej rodzinie to 2 listopada odwiedza się groby i zapala znicze. To również idealny dzień, aby wspomnieć znane osobistości, które odeszły od nas w ciągu ostatnich 12 lat. "Ładnie się życie układało" im wszystkim. Byli znani, lubiani, ale byli też ludźmi, z krwi i kości, którzy musieli umrzeć tak samo, jak się urodzili.
Gerald Cieślik: 29 kwiecień 1927 - 3 listopad 2013, piłkarz polskiej reprezentacji
Marianna Popiełuszko: 7 listopad 1920 - 19 listopad 2013, matka błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki
Paul Walker: 12 wrzesień 1973 - 30 listopad 2013, amerykański aktor
Nelson Mandela: 18 lipca 1918 - 5 grudnia 2013; prezydent RPA; laureat Pokojowej Nagrody Nobla
Lucyna Grobicka: 1963 - 6 grudzień 2013, pogodynka
Józef Kowalski: 2 luty 1900 - 7 grudzień 2013, ostatni żyjący weteran wojny polsko-bolszewickiej
Michaił Kałasznikow: 10 listopad 1919 - 23 grudzień 2013; twórca broni strzeleckiej
Wojciech Kilar: 17 lipiec 1932 - 29 grudzień 2013; kompozytor muzyczny
Andrzej Turski: 25 styczeń 1943 - 31 grudzień 2014, dziennikarz telewizyjny
Eusebio: 25 styczeń 1942 - 5 styczeń 2014, portugalski piłkarz
Zbigniew Messner: 13 marca 1929 - 10 styczeń 2014, polski ekonomista, premier PRL w latach 1985 - 1988
Ariel Szaron: 28 luty 1928 - 11 styczeń 2014, premier Izraela
Nina Andrycz: 11 listopad 1912 - 31 styczeń 2014, polska aktorka
Tadeusz Mosz: 25 styczeń 1954 - 4 luty 2014, polski dziennikarz, publicysta ekonomiczny
Shirley Temple: 23 kwiecień 1928 - 10 luty 2014, amerykańska aktorka dziecięca, laureatka Oskara w wieku 6 lat
Zbigniew Romaszewski: 2 styczeń 1940 - 13 luty 2014, działacz opozycji w okresie PRLu, współtwórca "Solidarności"
Tadeusz Chyła: 30 październik 1933 - 23 luty 1914, piosenkarz i kompozytor
Marek Galiński: 1 sierpień 1974 - 17 marzec 2014 - polski kolarz górski
Katarzyna Markiewicz: 17 kwiecień 1976 - 23 marzec 2014, uczestniczka programu The Voice of Poland
Mickey Rooney: 23 wrzesień 1920 - 6 kwiecień 2014, amerykański aktor, zdobywca dwóch Oskarów
Rafał Sznajder: 13 październik 1972 - 13 kwiecień 2014, polski szermierz i szablista
Gabriel Garcia Marquez: 6 marzec 1927 - 17 kwiecień 2014, kolumbijski powieściopisarz, laureat Nagrody Nobla
ks. Jan Kracik: 11 listopad 1941 - 24 kwiecień 2014, historyk Kościoła, pracownik Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie
Tadeusz Różewicz: 9 październik 1921 - 24 kwiecień 2014, polski poeta, dramaturg
Mieczysław Wilczek: 25 styczeń 1932 - 30 kwietnia 2014, polski przedsiębiorca, minister przemysłu PRL
Henryk Górski: 9 luty 1949 - 19 maj 2014, polski polityk, senator RP
Zbigniew Pietrzykowski: 4 październik 1934 - 19 maj 2014, polski bokser
Wojciech Jaruzelski: 6 lipiec 1923 - 25 maj 2014, polski polityk i dowódca wojskowy, prezydent PRL I RP
Elżbieta Fijałkowska: 21 kwiecień 1953 - 7 czerwiec 2014, polska alpinistka i taterniczka
Małgorzata Braunek: 30 stycznia 1947 - 23 czerwiec 2014, polska aktorka
Janusz Kondratowicz: 20 lipiec 1940 - 2 lipiec 2014, polski poeta, autor wielu znanych piosenek
Szymon Szurmiej: 18 czerwiec 1923 - 16 lipiec 2014, polski aktor, reżyser, działacz żydowski
Robin Williams: 21 lipiec 1951 - 11 sierpień 2014, amerykański aktor
Graham Joyce: 22 październik 1954 - 9 wrzesień 2014, brytyjski pisarz scence - fiction
Hanna Szymanderska: 1944 - 21 wrzesień 2014, publicystka, autorka wielu książek kulinarnych
Grzegorz Komendarek: 13 grudzień 1965 - 21 wrzesień 2014, kucharz, aktor niezawodowy
Jan Werner: 25 lipiec 1946 - 21 wrzesień 2014, polski lekkoatleta
Anna Przybylska: 26 grudzień 1978 - 5 październik 2014, polska aktorka
Igor Mitoraj: 26 marzec 1944 - 6 październik 2014, polski rzeźbiarz
Dariusz Kmiecik: 28 listopad 1980 - 23 październik 2014, dziennikarz
Brygida Frosztęga-Kmiecik: 25 styczeń 1981 - 23 październik 2014, dziennikarka
Remigiusz Kmiecik: 2012 - 23 październik 2014, syn dziennikarzy

Pokój duszy wszystkim wymienionym oraz niewymienionym, a także wszystkim zmarłym z naszych rodzin.

sobota, 1 listopada 2014

Wszyscy święci balują w niebie i zdanie, na które czekałam 8 lat:)

Z czym kojarzy nam się dzisiejsze święto. Ze smutkiem, zadumą? Mnie kojarzy się z czymś innym - ze szczęściem tych, którzy są już po drugiej stronie życia, którzy narodzili się prawdziwie, dla Boga. Bo tak naprawdę rodzimy się w chwili śmierci. I to od nas zależy, czy zaraz po przekroczeniu bramy dzielącej życie doczesne od życia wiecznego od razu będziemy cieszyć się tą opcją, czy może będziemy musieli poczekać z tym do końca świata w czyśćcu. Dzisiejsze święto jest tych, którzy po śmierci poszli od razu do nieba - czyli w terminologii teologicznej po prostu świętych. Każdy katolik potrafi wymienić przynajmniej kilka świętych, ale nie oznacza to, że tylko ci oficjalnie wzniesieni na ołtarze mają prawo nosić ten przydomek. Niebo bowiem roi się od anonimowych świętych. Wśród nich mogą być nasze babcie, dziadkowie, może sąsiedzi. Wszyscy ci, którzy żyli w zgodzie z Panem Bogiem i z samym sobą. Dzisiaj jest ich niezwykle radosne święto. Nawet w mojej rodzinie nie chodziło się 1 listopada na groby zmarłych - ich święto jest wszak następnego dnia. Za to modlono się za wstawiennictwem naszych patronów. I tak mi zostało do dzisiaj.
Z pewną obawą poszłam dzisiaj do parafialnego kościoła. A raczej na górę do scholi, w której dotąd śpiewałam. Zasada jest taka, że jeżeli ktoś długo nie przychodzi, to wylatuje. Ja ostatnio byłam 5 października, czyli miesiąc temu. Do kościoła chodzę co niedzielę, ale ostatnio bardziej pasuje mi ostatnia Msza święta w sąsiedniej parafii - jest o 18, kiedy nasza jest godzinę wcześniej. O nabożeństwie w ciągu tygodnia przemilczę. Co prawda jestem niejako usprawiedliwiona z powodu studiów w Krakowie(o których większość nie wie i jest święcie przekonana, że Lolek studiuje gdzieś w Katowicach) oraz dwóch szkół policealnych, jednak i tak czułam się jak intruz. Tym bardziej, że zaraz po przekroczeniu progu naszej salki zostało nam zakomunikowane, że scholowa diwa, pani K., dzisiaj nie śpiewa. Ponieważ ona podobnie do mnie, więcej nie chodzi niż chodzi, postanowiłam kulturalnie się zapytać, czy ja mogę dzisiaj śpiewać. I co uzyskałam w odpowiedzi? - Lolek, gdyby pani K. śpiewała chociaż w 1/10 tak jak Ty, to uwierz mi, stała by z resztą w scholi. 
Szok. Przez 8 lat czułam się jak wyrzutek społeczeństwa, a tutaj taki komplement. Czyli nie jestem im tak obojętna jak myślałam. A może po prostu człowieka najbardziej docenia się wtedy, kiedy go nagle zabraknie? W każdym razie i dało się  postawić mnie z innymi na schodkach, i nawet pozwolono mi zanieść dary do ołtarza. Powoli zaczynam dostrzegać radość mojego marnego życia. Powoli wszystko zaczyna mi się układać. Oby ta chwila trwała jak najdłużej.