Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

środa, 21 stycznia 2015

"Ucieczka"

Zerwałam się dzisiaj wcześniej z uczelni. Dlaczego? Sama nie wiem. W kość dała mi dzisiejsza "zerówka" z etyki oraz zaliczenie z historii i archeologii biblijnej. Fakt, samam sobie winna, ponieważ wczoraj za późno wzięłam się do nauki. Co prawda obydwa były w formie ustnej dla całej grupy, jednak stres i zmęczenie zrobiły swoje. Wskutek czego pomyliłam epoki w której żył Immanuel Kant(cofnęłam go do średniowiecza), a w historii poplątał mi się Jom Kippur(Święto Pojednania) z Świętem Losów. Na szczęście zapunktowałam odpowiedzią gdzie w mieście Żydzi rozkładają namioty podczas Święta Namiotów - na balkonach i w ogrodach(to było banalne). Nie będę jednak narzekać, zarówno z etyki jak i z historii dostałam 4, co w mojej sytuacji wydaje mi się świetną oceną. Stać mnie na więcej? Może, ale przypominam, że niecałe trzy godziny w ciągu dnia mam wyjęte z życiorysu przez dojazdy. Czekam na wiosnę, kiedy dni będą dłuższe i będę mogła czytać sobie książki podczas jazdy. Teraz to niemożliwe - w busie są pogaszone światła, więc i tak nic bym nie przeczytała.

Po historii i archeologii biblijnej miałam mieć jeszcze historię kościoła, jednak stwierdziłam, że jak raz nie pojawię się na zajęciach, to nic się nie stanie. Tym bardziej, że zmęczenie brało górę. Postanowiłam więc iść na dworzec autobusowy. Po dotarciu do mojego miejsca zamieszkania nie wróciłam od razu do mieszkania, ale poszłam jeszcze do kościoła na nowennę. Dzisiaj przygotowała ją parafialna schola, do której ja też przynależę. Dawno nie byłam na tym pięknym nabożeństwie, głównie ze względu na mój napięty plan zajęć. Ale dzisiaj postanowiłam przyjść. Powitano mnie raczej serdecznie, wszak ostatnio jestem w niej gościem(co nie oznacza, że nie wypełniam Trzeciego Przykazania Bożego - wypełniam, tylko że najczęściej w innym miejscu i czasie). Zaproponowano mi nawet, żebym poszła w procesji z darami i zaniosła wodę. Tutaj odmówiłam, bo jednak przy moich trzęsących się łapkach kościół mógłby zamienić się w krainę wodą płynącą ha, ha, ha. Zanim jednak usłyszałam, że znowu stwarzam problem, poprosiłam co niektóre osoby, aby wygooglowały sobie słowo atetoza i się wyedukowali(oczywiście w łagodniejszej wersji). Na szczęście obyło się bez zbędnych komentarzy. Trudno mi jest się przyzwyczaić do nowego organisty, który śpiewa nieco inaczej niż nasz poczciwy pan W. Mam nadzieję, że pan W. szybko wróci do zdrowia i formy, bo dzisiaj szczególnie było słychać, jak posypaliśmy się w kilku punktach Mszy świętej*. Wkurza mnie też pseudoprezeska scholi, która nic nie robi w sferze organizacyjnej. Wybaczcie, ale według mnie prezesowanie nie polega tylko na odhaczaniu na liście obecności kto jest, a kogo nie ma. Nie potrafi załatwić nic. Gdyby nie nasz nowy wikary(nota bene dwa lata starszy ode mnie), to pewnie nawet nie pojechalibyśmy do Krakowa. Co do wycieczki mam pewien plan, ale szerzej muszę o nim pogadać, kiedy ksiądz będzie u mnie na kolędzie. A to już niedługo - w tą sobotę. Muszę się wcześniej urwać z policealki, bo w przeciwnym razie ksiądz pocałuje klamkę, a ja będę musiała zrobić szturm na kancelarię parafialną.

* A może to ja rozproszyłam całą grupę swoją obecnością? hi, hi, hi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz