Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 31 marca 2015

Z okazji nadchodzących świąt Wielkanocnych...

Krzyż to zawsze jest drzewo życia,
które miast liści ma w sobie gwoździe.
Wzniesiony na wzgórzu, wśród kosodrzewiny,
a innym razem stojący przy moście.
Krzyż to znak hańby, ale nie zawsze,
bo na nim Bóg sam oddał swe życie.
Niosąc na barkach drewnianą belkę,
wypełnił misję swą należycie.
W zapachu drewna, w sękatych wgłębieniach,
została schowana tajemnica.
Lecz zgadnąć może ją tylko człowiek,
co dotknął krzyża za swego życia.
Krzyż to jest droga, kręta, zawiła,
wiodąca po ścieżkach życia naszego.
Lecz pokonując wszelkie zakręty,
dojdziemy z nim do Życia Wiecznego.
Wzniesiony na grzechu łatwo się przewraca,
jakby pod naporem silnej wichury.
Lecz postawiony na czystym sumieniu,
swym majestatem pnie się do góry.
Krzyż to drabina, wiodąca do Boga,
wysoka bardzo, z wieloma szczeblami,
Której nie zrobi stolarz czy cieśla,
lecz my swoją wiarą i uczynkami.
Lolek, D.G. marzec 2015

Z okazji zbliżających się świąt Wielkiej Nocy pragnę złożyć wszystkim czytelnikom bloga aby Chrystus zmartwychwstał też w Waszych sercach i aby każdy z Was był tym pierwszym, który zobaczy zmartwychwstałego Pana. A niewierzącym życzę po prostu spokojnej i w miarę rodzinnej atmosfery.

poniedziałek, 30 marca 2015

Pokoloruj swój świat na niebiesko, czyli o Światowym Dniu Autyzmu

Wybiegam tym postem trochę naprzód, ale to wszystko dlatego, że w święta nie będę miała dostępu do komputera, a tym bardziej do internetu. Ale czuję, że muszę Wam o czymś ciekawym powiedzieć, a raczej napisać.

Czytając nie tak dawno bloga Dzielnego Franka od a do zet dowiedziałam się, że w czwartek, czyli 2 kwietnia, przypada Światowy Dzień Świadomości Autyzmu. Ciekawostką jest, że na znak solidarności z osobami zmagającymi się z tą chorobą w naszym życiu pojawiają się tego dnia niebieskie akcenty.

Jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie z Autyzmem? Pewnie, że jest to choroba na którą cierpią niektórzy ludzie. Błąd! Autyzm nie jest chorobą. Chorobę można wyleczyć. Autyzmu nie. Autyzm jest schorzeniem, które utrudnia dotkniętych nim ludzi prawidłowe funkcjonowanie w otaczającym ich świecie. Pojawia się nadwrażliwość na bodźce zewnętrzne, takie jak zapach, dźwięk, obraz. U wielu z nich pojawia się swoista nietolerancja pokarmu. Schorzenie wykrywane są za pomocą testów przeprowadzonych przez psychologów.

Osoby dotknięte autyzmem czasami są uciążliwe dla otoczenia - nie tylko dziwnie się zachowują, ale też krzyczą, czy też uciążliwie piszczą. Ale z drugiej strony wiele z nich jest ponadprzeciętnie uzdolnionych, wykazuje szerokie zdolności w dziedzinie matematyki, sztuki, muzyki. Umieją w momencie podać dzień tygodnia, jaki wypadnie w danej dacie, czy też zadziwić wszystkich swoją pamięcią.

Łagodniejszą odmianą autyzmu jest zespół Aspergera. Dotknięta nim osoba ma najczęściej kłopoty z odczytywaniem emocji u innych osób. Jednak funkcjonowanie w społeczeństwie jest nie mniej kłopotliwe niż osób z samym autyzmem. Doskonale ukazuje to książka autorstwa Daniela Tammeta "Urodziłem się pewnego błękitnego dnia. Pamiętniki nadzwyczajnego umysłu z zespołem Aspergera".

Osobiście z osobami z autyzmem miałam styczność od przedszkola, ponieważ do placówki, do której uczęszczałam przyjmowane były też takie osoby. Z czasem przyzwyczaiłam się do ich inności, którą zaczęłam traktować jako coś naturalnego i oczywistego.

Średnio na autyzm zapada jedno dziecko na 100. Wśród nich znaleźli się bohaterowie blogów, które odwiedzam: wspomniany już Francik, bracia Petelczyc, Wojtek, Julian zmaga się z zespołem Aspergera, a u małej Zosi wykryto spektrum autyzmu. Zachęcam do wejścia na ich strony, poczytaniu o codziennym życiu, problemach, sukcesach. Ze wszystkich podanych przeze mnie witryn można wyczytać, że ich codzienne życie nie jest wcale szare, a pełne barw. 

A w czwartek, na znak solidarności z osobami zmagającymi się z autyzmem i jego spektrum, miejmy w swoim ubiorze jakiś niebieski akcent.
Znalezione obrazy dla zapytania niebieska koszulka

niedziela, 29 marca 2015

To prawda że nuda naraża nas na robienie głupot

Na przykład dzisiaj siedząc na zajęciach z rachunkowości finansowej w administracji postanowiłam wyczyścić sobie klawiaturę mojego laptopa za pomocą długopisu. Dlaczego nie uważałam na zajęciach? Raz, mój drugi kierunek na policealnej to rachunkowość finansowa, więc raczej nic nowego nie wynoszę z tych zajęć. Dwa, żeby jeszcze prowadząca zajęcia jakoś to tłumaczyła. Ja rozumiem, że jeśli ktoś jest zatrudniony z ulicy, bo inny nauczyciel się pochorował, to może olewać sprawę, ale bez przesady. Już pierwszego dnia doprowadziła wszystkich do szewskiej pasji, pytając co najbardziej nam w życiu wyszło. Szczerze powiedziawszy mało rzeczy mi w nim wyszło. Inna sprawa to moja niska samoocena, co potwierdzili wszelcy przesłuchujący mnie psychologowie. Nie, to nie jest tak, że z każdą głupotą biegam do terapeuty, byłam u niego jedynie w celu uzyskania zaświadczenia potrzebnego do wydłużenia czasu sprawdzianu szóstoklasisty, egzaminu gimnazjalnego, aż w końcu matury. Za każdym razem pytali mnie o moje mocne strony. I za każdym razem słyszałam, że jestem zdolnym, acz z zaniżoną samooceną dzieckiem. A dwa tygodnie temu nacisnęła mi na odcisk wypuszczając z zajęć dużo później, niż ją o to prosiłam. Pewnie nie zależałoby mi na tym, gdybym tego dnia nie miała jechać na Misterium Męki Pańskiej do Krakowa. Zdążyłam, a nawet gdybym się spóźniła, to pewnie by poczekali. Ale nerwów najadłam się przy tym co niemiara. 
Wracając jednak do tematu postu - czyściłam sobie klawiaturę, wywołując radość na buźce siedzącej ze mną dziewczyny, aż tu nagle wyskoczył mi klawisz z literą "M". Fakt, był już urwany z powodu mojej atetozy, a z powodu braku czasu został prowizorycznie włożony w zatrzask, który też się urwał i został złożony po domowemu. Klawisz działał, ale ciągle wypadał. Zwłaszcza kiedy szybko pisałam notatki z wykładów. Aż dzisiaj nie dość, że czyszcząc klawiaturę z zalegającego w niej kurzu wyrwałam klawisz z zatrzaskiem, to jeszcze urwałam taki gumowy krążek, który naciska odpowiedni punkt na klawiaturze. Nie jestem informatykiem, nie umiem tego logicznie wyjaśnić. W każdym razie, aby napisać literkę "M" musiałam na wyczucie przyciskać blaszkę na klawiaturę.
Teraz już jest w porządku. Po powrocie do domu, który prowadził przez kościół i niedzielną Mszę świętą, postanowiłam naprawić zepsutą rzecz. Trochę to trwało, bo jednak problem z koordynacją ruchową raczej nie ułatwiał mi tej sytuacji. Ale w końcu udało mi się zarówno naprawić zatrzask, jak i włożyć wszystko na miejsce. Trochę martwiłam się, że gumka nie będzie dotykać odpowiednich punktów, na szczęście klawisz działa bez zarzutu. 
Dzisiaj były ostatnie zajęcia z panią T. I bardzo dobrze, bo nic z nich nie wyniosłam. Zresztą jak rozmawiałam z innymi to nie tylko ja. Jednak nie ma to jak zajęcia z panią O. P. w Żaku. Nie dość, że wspaniale tłumaczy, to jeszcze chce się jej słuchać. I pewnie dlatego jeszcze jako tako łapię o co chodzi w tych wszystkich kontach oraz samym księgowaniu.

Przypominam o trzymaniu kciuków za zdrowie BINASZKI :)

sobota, 28 marca 2015

Sny - zwierciadłem duszy

Śniła mi się dzisiaj. Nawet bardzo wyraźnie. Siedziała w jakiejś sali, trzymając podręczniki od matematyki w rękach. Coś sprawdzała. A ja cichutko zbliżałam się do niej nie wierząc, że wreszcie, po przeszło jedenastu latach ją widzę. Wtem ona odwróciła swoją twarz w moją stronę i przyjemnie uśmiechnęła się w moim kierunku. "Cześć gałganie" - szepnęła jak kiedyś. - "Jak ja cię dawno nie widziałam". Potem przytuliła mnie jak wtedy, gdy podczas lekcji wychowania fizycznego rozbijałam kolana na asfalcie, chociaż ja nigdy nie płakałam. Chwila ta trwała i trwała. Aż w końcu wszystko zniknęło, a ja znalazłam się w innej sali, gdzie następna nauczycielka tłumaczyła tabliczkę mnożenia w taki sposób, że nic nie rozumiałam. Jej głos stopniowo rozmywał się w powietrzu, aby w końcu ustąpić ostremu dźwiękowi budzika. Nastał dzień, który przywrócił rzeczywistość.

Cieszę się, że człowiek ma właściwość śnienia. Fakt, nie każdy sen jest miły, ja też miewam koszmary, zwłaszcza przed wizytami u lekarzy. Koszmary nawiedzają mnie bardzo często. Dlatego cieszę się niezmiernie, kiedy tak jak dzisiaj mam prawdziwie przyjemne sny. Ale to może dlatego, że ostatnio często zastanawiam się co się stało z tą kobietą. Taka to ludzka natura. Człowiek nie widzi kogoś ponad połowę swojego życia i nawet jakby chciał o nim zapomnieć, to nie może. Choćby ze względu na marzenia senne. 

Dzisiaj zrobiłam palmę wielkanocną. Sama. Doskonałe ćwiczenie manualne dla ludzi z mpd. A zwłaszcza takich, które mają dodatkowo atetozę. Wymaga skupienia, a za razem koordynacji ruchowej. Zdjęcia brak ze względu na brak aparatu. Najważniejsze, że jest. A od jutra odliczamy dni do świąt.

środa, 25 marca 2015

"Jest takie czekanie, które już jest spotkaniem..."

Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że całkiem nieświadomie przenoszę przyzwyczajenia z parafialnej scholi i oratorium na inne aspekty życiowe. Dzisiaj na przykład pisaliśmy kolokwium zaliczeniowe z kultury czasu wolnego. Tydzień temu umówiłam się z prowadzącym zajęcia, że skoro ma być opisówka, to ja ze względu na problemy z pisaniem wolałabym odpowiadać ustnie. Z wymową też mam kłopoty, ale z dwojga złego wolę tą opcję. Ksiądz profesor ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu zgodził się bez problemu. Dzisiaj jednak okazało się, że musi jechać na pogrzeb i chociaż cała grupa pisała pod okiem doktorantki, mnie kazał się zgłosić w przyszłym tygodniu. 
Mogłam wyjść z sali i jechać tramwajem do Dworca Głównego, prawda? Jednak słysząc przed zajęciami obawy moich kolegów i koleżanek z grupy przed pytaniami postanowiłam zostać. Nic przecież nie traciłam, bo planowo do domu miałam wrócić busem o 15:35, czyli za dwie godziny.
Siedziałam sobie spokojnie w pierwszej ławce. Dookoła mnie wszyscy pisali odpowiedzi na pytania raz po raz wzdychając. W takich chwilach modliłam się do Ducha Świętego, aby dał im łaskę wiedzy. To nigdy nie zaszkodzi, a zważając, że wszyscy na roku jesteśmy katolikami(przypominam, studiuję turystykę religijną na Papieskim Uniwersytecie Jana Pawła II).
W połowie testu dołączyła do nas I., którą bardzo lubię a za razem podziwiam. Taka trzepiotka, a za razem prawdziwa bratnia dusza. Siłą rzeczy kiedy pozostali kończyli pisać swoje kolokwia, ona w dalszym ciągu pisała swoje. Za nią też się modliłam, chociaż wiedziałam, że kto jak kto, ale ona akurat zda ten sprawdzian celująco. Sala powoli pustoszała. W końcu zostałyśmy same z doktorantką. I. skończyła pisać swój test i spojrzała na mnie zdumiona. No tak, kogo jak kogo, ale mnie nie spodziewała się zobaczyć.
Oczywiście razem wracałyśmy tramwajem pod Dworzec, co sprzyjało rozmowie. Dawno mi się tak dobrze nie rozmawiało. A I. potwierdziła moją tezę, że jest przesympatyczną dziewczyną, a do tego niezwykle skromną. Rozmawiałyśmy o przedmiotach, zaliczeniach, życiu. Mam wrażenie, że znamy się od lat, a to dopiero kilka miesięcy. No i mamy jedną cechę wspólną - obie śpiewamy w parafialnych chórach.

wtorek, 24 marca 2015

Czy latanie samolotem jest na pewno bezpieczne?

Tydzień temu usłyszeliśmy o zamachu terrorystycznym w Tunisie. Ledwie media otrząsnęły się z tego wydarzenia, a już pojawiło się kolejne - dzisiaj w Alpach rozbił się samolot lecący z Barcelony do niemieckiego Dusseldorfu z 150 osobami na pokładzie(144 pasażerów i 6 członków załogi). Katastrofy prawdopodobnie nikt nie przeżył, a szczątki rozbitej maszyny porozrzucane są na przestrzeni 2 kilometrów kwadratowych.
Jak na ironię losu w dniu wczorajszym czytałam artykuł w czasopiśmie "Świat wiedzy" z marca. Opowiadał on o działaniu mózgu pilota. Przy okazji podano dziesięć największych katastrof lotniczych w dziejach, z wyłączeniem ataków terrorystycznych. Przyczyna leżała bowiem w błędzie człowieka lub wadach maszyny.
  1. Marzec 1974 - osiem minut po wystartowaniu tureckiego samolotu McDonnell Douglas DC-10 z lotniska Paryż-Orly od Londynu eksplodują drzwi do ładowni. Siła ssąca katapultuje momentalnie 6 pasażerów na zewnątrz. Dochodzi też do przerwania kabli co spowodowało utratę przez pilotów kontroli nad sterami wysokości i kierunku, a także dwoma silnikami. Maszyna z szybkością 800 km/godzinę uderza w ziemię. Giną wszystkie 346 osoby znajdujące się na pokładzie.
  2. Marzec 1977 - nad lotniskiem na Teneryfie unosi się gęsta mgła. W takich warunkach do startu przygotowuje się Boeing 747 holenderskich linii lotniczych. Po chwili uderza w kołujący na pasie startowym Boeingiem 747 linii Pan Am. Katastrofę udaje się przeżyć zaledwie 61 osób znajdujących się w maszynie amerykańskiej, pozostałe 583 osoby znajdujące się na pokładzie obydwóch samolotów ginie na miejscu.
  3. Maj 1979 - w czasie konserwacji silników samolotu typu McDonnell Douglas DC-10 zostaje popełniony błąd przez mechaników. W skutek tego podczas startu następuje oderwanie jednego z silników, co przy okazji uszkadza jedno z skrzydeł samolotu. Maszyna przechyla się na lewą stronę, następnie leci prawie podwoziem do góry, aby następnie spaść. Giną 273 osoby - oprócz tych znajdujących się w samolocie, jeszcze dwójka na ziemi.
  4. Sierpień 1980 - podczas lotu saudyjskiego Lockheeda L-1011-200 w ładowni wybucha pożar. Pilot awaryjnie ląduje na najbliższym lotnisku, ale nie wyłączył od razu silników, co opóźniło akcję ratunkową. W dodatku ekipa ratunkowa działa opieszale i nieumiejętnie. Kiedy po jakimś czasie udaje się otworzyć drzwi, okazało się, że wszystkie 301 osoby znajdujące się we wnętrzu umiera wskutek uduszenia się dymem.
  5. Sierpień 1985 - w samolocie Japan Airlines zostają uszkodzone grodzie ciśnieniowe. Podczas lotu ciśnienie w kabinie nagle spada, a także zawodzą wszystkie przewody hydrauliczne. Pilot utrzymuje maszynę w pionie przez około 20 minut, po czym samolot uderza na wysokości 1500 m n. p. m. w górę. Z 524 osób znajdujących się na pokładzie ratuje się tylko 4.
  6. Lipiec 1991 - podczas startowania w samolocie Douglas DC-8-61 zapalają się dwie opony, co zostaje niezauważone przez pilotów. Opony zostają schowane w podwoziu. Rozprzestrzeniający się ogień dociera do kabiny i niszczy podłogę. Wskutek tego część pasażerów wypada z maszyny. Dodatkowo zostają przerwane ważne przewody hydrauliczne. Piloci szybko tracą kontrolę nad pojazdem, który rozbija się w Arabii Saudyjskiej. Ginie 261 osób.
  7. Kwiecień 1994 - podczas podchodzenia do lądowania na jednym z japońskich lotnisk zostaje popełniony tragiczny błąd: pierwszy oficer na pokładzie samolotu China Airlines przez pomyłkę włącza tryb odejścia na drugi krąg(przerwanie lądowania). Piloci jednak próbują kontynuować manewr i kierują nos samolotu w dół. Autopilot reaguje na to podniesieniem dzioba w górę wraz ze zwiększeniem prędkości. Kilka takich prób kończy się przeciągnięciem - maszyna traci siłę nośną, spada i rozbija się. Z 271 osób siódemka uchodzi z życiem.
  8. Listopad 1996 - kurs saudyjskiego Bueinga 747 przecina się w przestrzeni powietrznej Indii wraz z kazachskim Ił-76. Kontroler lotów nakazuje pilotom lecieć na różnych wysokościach. Niestety, Ił-76 leci za nisko i na wysokości około 4300 metrów zderza się z Boeingiem, ucinając mu lewe skrzydło. Po chwili oba samoloty uderzają w ziemię - giną wszyscy pasażerowie i członkowie załóg, w sumie 349 osób.
  9. Listopad 2001 - podczas przelotu nad Nowym Jorkiem airbusem wstrząsają silne turbulencje. W desperacji drugi pilot próbuje wrócić na kurs oraz ustabilizować maszynę. Jednak jego starania przynoszą zupełnie odwrotny skutek - ster kierunku jest tak bardzo przeciążony, aż się łamie. Odpadają także silniki. Airbus rozbija się w dzielnicy Queens. W katastrofie ginie 260 osób znajdujących się w samolocie oraz 5 na ziemi.
  10. Luty 2003 - Irański samolot sportowy typu Ił-76MD z siłą uderza w zbocze góry. Ginie 18-osobowa załoga oraz 257 żołnierzy jednostki specjalnej. Jako przyczynę katastrofy podaje się silne wiatry oraz gęstą mgłę.

niedziela, 22 marca 2015

Binaszka, nie daj się!

Ten post dedykuję pewnemu dziesięcioletniemu zuchowi z województwa mazowieckiego. Osobiście nie znam ani jego, ani mamy, jednak historia Gabrysia utkwiła w moim sercu. Na jego bloga weszłam przez przypadek rok temu i jakoś mnie wciągnął. Ze strony głównej patrzał na mnie wesoły cherubinek z włoskami jak u lalusi. Jednym tchem przeczytałam wszystkie wpisy, jakie przez dwa lata robiła jego mama. I pokochałam ich całym sercem. Szczególnie chłopca, zdrobniale zwanego... Binaszką :). Maluch zmaga się z agenezją ciała modzelowatego, niedorozwojem nerwów wzrokowych, padaczką. Ale walczy. Walczy jak nie jeden dorosły. W dodatku jest wielkim fanem zespołu "Dżem" i jego muzyki. Wszak muzyka to jego żywioł.
źródło: http://dzieciom.pl/zdjecia/3829.jpg
Niedawno chłopiec obchodził swoje dziesiąte urodziny, na które dostał dość nietypowy prezent. Gabryś wylądował w szpitalu. Operacja brzuszka, łzy i niepewność rodziców. Kilka dni później pojawiły się komplikacje, lekarze zdecydowali o reoperacji, po której przyplątało się zapalenie płuc. Binaszka jest coraz słabszy, ale walczy. Jego rodzice nie proszą o wiele. Jedynie o modlitwę w intencji synka. To nigdy nie zaszkodzi, a może pomóc, choćby psychicznie. A jeżeli jesteś niewierzący to poślij malcowi pozytywne fluidy, pomyśl o nim przez chwilę. Może Binaszka podświadomie będzie czuł, że nie jest sam.
A tą piosenkę dedykuję wszystkim tym, którzy modlitwą, czy choćby myślą wesprą rodzinę:

P.S. Dzisiaj na nabożeństwie Gorzkich Żali udało mi się ułożyć taką modlitwę:
"Dobry Boże, Ty jeden wiesz, jakimi nas prowadzić drogami w życiu, abyśmy doszli do bram zbawienia. Ja wiem, że nigdzie nie będzie mi tak dobrze, jak w Twoim Królestwie, do którego zmierzamy. Ja wiem, że kochasz dzieci i chcesz mieć przy sobie ich jak najwięcej. Pozwól jednak, aby Gabryś został w swoim ziemskim ciele. Ty wiesz, jak Matka Boża płakała po śmierci Twojego, a za razem swojego Syna na krzyżu. Nie pozwól, aby rodzice Gabrysia przeżywali taką samą rozpacz. Ulżyj mu Boże w cierpieniach i daj siłę do dalszej walki. Lecz nie nasza, a Twoja o Panie niech wola się stanie. Amen"

sobota, 21 marca 2015

Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty

Leżę sobie w łóżku i klikam w poszczególne klawisze na klawiaturze. Miała być relacja z diecezjalnej Drogi Krzyżowej z Olkusza do położonej pod Krakowem Czernej, w której miałam uczestniczyć. Co prawda trasa liczyła 25 kilometrów, jednak osobiście odbierałam to jako zmierzenie się człowieka samego ze sobą i ze swoimi słabościami. I pewnie bym poszła, gdybym kilka godzin wcześniej nie umierała z powodu bóli brzucha. Tym razem wolałam nie ryzykować i ograniczyłam się do parafialnego nabożeństwa, przygotowanego w przepiękny sposób przez osoby przygotowujące się do sakramentu bierzmowania. Wreszcie jakaś Droga Krzyżowa skończyła się w przeciągu 30 minut. Da się? Da się. Poszczególne stacje Drogi Krzyżowej przedstawiały ludzkie upadki i wzloty dzisiejszej młodzieży. Choroby, ucieczki z domów, używki, prostytucja - każdy z nas ma w swoim życiu stacje Drogi Krzyżowej. Ważne jest, abyśmy z godnością wytrzymali całe nasze życie.
Wczoraj w naszym kraju można było zaobserwować ciekawe zjawisko, jakim jest częściowe zaćmienie słońca. Ostatni raz miało ono miejsce 4 stycznia 2011 roku. Pamiętam, że szłam wtedy na AWF, i chyba miałam coś zaliczać. Nagle zrobiło się ciemniej, a jakiś mężczyzna dał mi specjalne okulary, abym mogła sobie też zobaczyć. O wczorajszym dowiedziałam się z radia eM. W sumie zrobiło się jakoś ciemniej na dworze, chociaż na niebie nie było ani jednej chmurki. Wyszłam przed klatkę, jednak od patrzenia bez ochrony szczypały oczy. Nie mogłam znaleźć też moich okularów przeciwsłonecznych. W sumie to będę musiała je zlokalizować, bo lada chwila zacznie się bum pyłkowy. Widowisko mnie ominęło, na szczęście na stronach internetowych można znaleźć sporo zdjęć przedstawiających to zdarzenie.
Nawet moje kocię zrobiło się wczoraj przed południem niespokojne i dało się wygłaskać. To widowiskowe wydarzenie zwiastowało nam pierwszy dzień wiosny, który przypadł w dzisiejszym dniu. Chociaż tak naprawdę pogodę wiosenną mamy od kilku dni. A jak można przywitać wiosnę? Jak to jak - w szkole. Najpierw na angielskim, a następnie działalności gospodarczej w branży ekonomicznej. Na tych ostatnich zajęciach szczerze pisząc przysypiałam(zaczęłam cieszyć się, że jednak nie poszłam na tą Drogę Krzyżową). Doszło do tego, że po powrocie do domu położyłam się na chwilkę do łóżka. Wstałam po godzinie, odgrzałam i zjadłam zupę kapuśniakową na słodko i poszłam na spacer dotlenić szare komórki. Następnie wzięłam się za czytanie książki o świętych, którą powinnam już dawno zrecenzować. I nawet ją skończyłam czytać. A jednak spacer czasami bywa pomocny.
Ciężki czeka mnie tydzień - mam cztery kolokwia, w tym jedno zaliczeniowe. Chciałabym tak jak dzisiaj wychodzić na spacer, jednak w parafii zaczynają mi się rekolekcje. Pocieszam się tym, że za półtora tygodnia mam przerwę świąteczną i sobie odpocznę, nabiorę sił. A wcześniej Niedziela Palmowa i Diecezjalne Dni Młodzieży. Mam nadzieję, że nie będzie tragedii z pyleniem, bo bardzo chciałabym w nich uczestniczyć. Zwłaszcza, że odbywają się tuż za progiem. A i program mają bardzo ciekawy...
A już zupełnie na koniec wrzucam piosenkę, którą od rana sobie nucę:

czwartek, 19 marca 2015

Terroryzm czai się wszędzie

Od wczoraj kraj żyje wiadomościami, jakie dopływają do nas zza Morza Śródziemnego, czyli z stolicy Tunezji, Tunisu, gdzie w jednym z muzeów miał miejsce atak terrorystyczny, który dotknął także nasz kraj. Wkrótce po wydarzeniu okazało się bowiem, że w środku budynku znajdowała się grupa polskich turystów przebywających w tym śródziemnomorskim kraju na wakacjach. Trudno się temu dziwić - Muzeum Narodowe Bardau(Bardo) szczyci się na przykład kolekcją rzymskich mozaik zwiezionych z całej Tunezji. Toteż znajduje się w planie niemal każdej wycieczki jadącej do tego islamskiego, aczkolwiek raczej spokojnego i przyjaznego turystom kraju. 
Co do samego zdarzenia jest mnóstwo nieścisłości i sprzeczności. Prawdą jest, że niemal od razu mówiono się, że wśród ofiar znajdują się Polacy. Inna sprawa to nieścisłość ilości ofiar naszej narodowości - w pewnym momencie osiągała ona liczbę 7, a nad Polską zawisło widmo żałoby narodowej. Na szczęście, chociaż wiadomo, że nie do końca z tym szczęściem, rankiem pojawiła się informacja o dwóch ofiarach śmiertelnych. Różnica kolosalna - aż 5 żyć. Nie wiadomo co się dzieje z jednym naszym rodakiem, należy mieć jednak nadzieję, że podobnie jak inny zaginiony, odnalazł się. 
Do zdarzenia doszło w wczesnych godzinach popołudniowych. Grupa uzbrojonych terrorystów wtargnęła do gmachu muzeum. Wcześniej jednak otworzyła ogień do turystów wychodzących z autokarów, które stały na parkingu pod budynkiem. 
W zamachu terrorystycznym zginęli nie tylko Polacy - wśród ofiar wymienia się również obywateli Tunezji, Włoch, Japonii, Australii, Kolumbii, Hiszpanii, Francji, Belgii oraz Wielkiej Brytanii. Wiadomo też, że głównym celem terroryści nie byli turyści, ale Parlament Tunezyjski. I to tam najpierw otwarto ogień. Następnie terroryści podbiegli pod muzeum. Około 15:00 tunezyjska policja rozpoczęła szturm na obiekt, w wyniku którego zginęli oprawcy oraz jeden z funkcjonariuszy policji. Zakładnicy zostali uwolnieni.
Co do polskiej wycieczki, wiadomo, że zorganizowana była przez znane biuro podróży "Itaka"(czemu mnie to nie dziwi) i że liczyła 36 osób. Nieoficjalnie mówi się też, że był to ostatni dzień ich wycieczki, która w dniu dzisiejszym miała już wrócić do kraju...
Biura podróży zawiesiły wycieczki do Tunezji do odwołania. Natomiast po przebywających w tym kraju na wakacjach Polaków będą wysyłane kolejne samoloty. Nie dotyczy to osób pracujących na stałe w Tunezji.
Zamachu dokonało samozwańcze państwo islamskie.
W takich chwilach jeszcze bardziej zastanawiam się nad sensem życia i nad logiką działania terrorystów. Chociaż podejrzewam, że wielu z nich ma tak bardzo "wyprany" umysł, że nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co robi, wręcz zabijają w imię Allacha. Rozumiem, walka o własne państwo, wszak my też walczyliśmy o niepodległą Polskę. Ale czy koniecznie trzeba iść po "trupach do celu"? I to jak widać w dosłownym tego słowa znaczeniu. 
Inna sprawa - nigdy i nigdzie nie jesteśmy bezpieczni. Poczynając od uprowadzeniu samolotów 11 września, po szturm na teatr w Moskwie, szkołę podstawową w Biesłanie, zamach na metro w Madrycie oraz w Londynie, zamachy w norweskim Oslo oraz na wyspie Utoya, w końcu wczorajsza tragedia w Tunisie. Czy ci wszyscy ludzie, którzy w nich zginęli, mieli świadomość, że ostatni raz wstają z łóżka, jedzą śniadanie, wychodzą z mieszkania? Czy pomyśleli o tym, że zostaną zakładnikami, a następnie pozbawieni życia z rąk innych ludzi? Czy i my czasami zastanawiamy się, co byśmy zrobili, gdybyśmy tylko znaleźli się na ich miejscu?
Życie bywa nieprzewidywalne. Dzisiaj jesteśmy, jutro możemy stać się ofiarami terroryzmu nawet w osiedlowym warzywniaku. Nie wiemy co nam przyniesie dzień. Ale nie możemy też popadać w skrajność i całe dnie spędzać w domu. Wychodźmy z mieszkania, wyjeżdżajmy za granicę, korzystajmy z życia, bo prawdopodobnie mamy je tylko jedno. Uważajmy jednak na siebie. Tego nigdy za wiele.

poniedziałek, 16 marca 2015

O innym ujęciu przedstawienia Misterium Męki Pańskiej

Jak już wcześniej pisałam, w dniu wczorajszym wraz z grupą parafian oraz jednym z wikarych pracujących w naszym kościele pojechałam do Krakowa, m.in. po to aby obejrzeć Misterium Męki Pańskiej wystawionej w Wyższym Salezjańskim Seminarium Duchowym. Warto tutaj zaznaczyć, że wielu księży salezjanów pełniących w naszej parafii na przestrzeni lat wyszło właśnie z tej placówki.
Zbiórka miała miejsce przed kościołem o godzinie 12:15, a kwadrans później wyjechaliśmy w drogę. Co prawda zdążenie pod kościół wymagało ode mnie kilka łez w stosunku dla wykładowcy prowadzącego zajęcia w szkole policealnej(szczegóły zachowam dla siebie, ale czasami brak mi słów dla niektórych nauczycieli) oraz pokonanie jakiś 3 kilometrów na nogach w tempie mniej niż 20 minut(co przy przeziębieniu oraz czterokończynowym porażeniu mózgowym jest nie lada wyczynem), ale nie wsiadłam do autokaru na samym końcu. Ostatni pojawił się bowiem… wikary. Uznajmy, że przerosło go rozpięcie guzików u sutanny, ha, ha, ha. Jednak dawno nie zdenerwowałam się tak jak wczoraj, usiłując zdążyć na autokar.
W autokarze zostałam wyrzucona nie dość, że na sam koniec, to jeszcze na środkowe siedzenie. Podobno wszedł w życie przepis, że może na nim siedzieć osoba, która ukończyła 18 rok życia. Dzieciaki ze scholi bardzo się ucieszyły. Potem tylko odhaczenie się na liście, poczekanie na spóźnialskiego, odmówienie modlitwy i mogliśmy ruszać w drogę. Codziennie jeżdżę podobną trasą, więc droga podejrzanie mi się skróciła. Co lepsze, nagle pojawiły się jakieś dziwne sugestie, że wszelkie pytania z nią związane można kierować do mnie… Cóż, niewiele osób wie, że studiuję na Uniwersytecie Papieskim, ale może niektórzy mają przecieki.
Przed 14 dojechaliśmy pod budynek seminarium. Chwilkę poczekaliśmy aż zakupione zostaną bilety na spektakl i przeszliśmy do baraku, w jakim mieści się scena teatralna. Akurat nam się udało i nasza grupa dostała miejscówki w pierwszych trzech rzędach. Maluchy siedzące w rzędzie zerowym miały niezłą uciechę – mogły sobie zaglądać pod kurtynę. Takich to łobuzów przyjmują do scholi i jako ministrantów hi, hi, hi. Ja zaś siedziałam w pierwszym rzędzie. Miałam numer 14, jednak po drodze rozmawiałam z jednym małżeństwem i jakoś tak wyszło, że zamieniłam się z mężczyzną rozdzielając go tym samym z żoną. Ups, mam nadzieję, że nie spowoduję ewentualnego rozwodu tej sympatycznej pary.
Co do samego przedstawienia to mam mieszane uczucia. Spektakl rozpoczął się sceną z wesela w Kanie Galilejskiej, na którym bawił się też Pan Jezus z matką. W tle na scenie widać było kapelę, która gra na żywo weselną muzykę. To odpowiedni moment na powołanie osób, które będą przez kolejne trzy lata towarzyszyć Mesjaszowi w jego nauczaniu. Mijają trzy lata, zbliża się żydowskie święto Paschy. Ci sami małżonkowie przeżywają kryzys małżeński. Mimo wszystko wybierają się jednak wedle tradycji do Jerozolimy, gdzie przyjęci są przez krewnego. Wuj mówi im, że widział w mieście Jezusa, a jednocześnie słyszał, że mają go pojmać żołnierze Poncjusza Piłata. Kobieta postanawia go znaleźć. Tymczasem w innym domu Jezus wraz z uczniami spożywa ostatnią wieczerzę, podczas której zapowiada czekającą go mękę. Kiedy wraz z Piotrem, Jakubem i Janem udaje się do Ogrodu Oliwnego, Judasz Iskaliota idzie wydać go kapłanom. Następuje pojmanie Syna Bożego i zaprowadzenie go do pałacu Piłata. Tutaj następuje osąd zarówno arcykapłanów, jak i Heroda, Piłata, aż w końcu całego ludu. Następuje przejście do sceny konania Jezusa na krzyżu a następnie ściągnięcie ciała z niego. Jezus zmartwychwstaje, ale wuj w to nie wierzy. Co więcej, kiedy Zbawiciel ukazuje się jego oczom, sądzi, że wypił za dużo wina i ma przywidzenia. Spektakl kończy się sceną pogodzenia skłóconych małżonków, z którymi zmartwychwstały Jezus dzieli się chlebem.
Tegoroczne Misterium Męki Pańskiej obfitowało w dźwięk. Przez cały czas na scenie był „weselny” zespół, który w wyśmienity sposób swoją grą nadawał klimat akcji dziejącej się na scenie. Szczególnie uwydatniało się to podczas scen z rozterkami Judasza oraz… Maryją, która okazała się prawdziwą kobietą z krwi i kości. Wzruszająca jest scena, kiedy w noc pojmania Syna Bożego przywołuje historię Abrahama, który miał złożyć ofiarę z syna Izaaka. A to wszystko na tle łagodnej muzyki. Ponadto motyw muzyczny wkrada się też w ciekawy sposób do pojedynczych postaci – u Heroda jest to służący grający na gitarce, jednak najciekawszy instrument miał arcykapłan Kajfasz – ramę z zawieszonymi dzwonkami, w które uderzał wymieniając imiona proroków. Dodatkowo można było usłyszeć fragmenty pasyjnych pieśni oraz „Gorzkich żali” w zupełnie nowej, nieco rockowej aranżacji. Zachwyciło mnie zagranie fragmentu pieśni „Ogrodzie Oliwny” tylko na perkusji. Jak dotąd byłam przekonana, że instrument służy głównie do nadawaniu rytmu piosenkom, a tutaj takie miłe zaskoczenie. Jak już wcześniej wspomniałam zachwyciła mnie rola Judasza i Matki Bożej. Jednak do końca nie zrozumiałam koncepcji reżysera dotyczącej ról małżonków z Kany oraz ich wuja. Były takie, hm… za wesołe. Momentami cała widownia wybuchała śmiechem. A ja pojmuję przedstawienie jako przeżycie duchowe będące moim prywatnym dopełnieniem okresu Wielkiego Postu. Małą przesadą było dla mnie również umieszczenie w scenariuszu fragmentu kolędy "Gdy śliczna Panna". To nie ten okres. I przez to też miałam mętlik w głowie. Jednak nie żałuję, że pojechałam na Misterium. Czasami trzeba się bowiem ukulturalnić. Zwłaszcza, kiedy ma to miejsce raz na rok.




















sobota, 14 marca 2015

Niechciana tradycja

Od wielu lat moja parafia jeździ w okresie Wielkiego Postu do Krakowa, gdzie na scenie salezjańskiej rozgrywane jest Misterium Męki Pańskiej. Właściwie zapoczątkowała to nasza schola i przeszło to na inne grupy. Tydzień temu na spektaklu był drugi parafialny zespół, dzisiaj członkowie Akcji Katolickiej, jutro jedziemy my, czyli schola. Oczywiście nie są to wyjazdy zamknięte dla tych grup i zawsze jadą z nami osoby niezrzeszone, czyli zwykli parafianie. Osobiście na Misterium byłam już 5 razy i za każdym z nich wyszłam z niego z innymi przemyśleniami. Bo pomimo tego, że przedstawienie opowiada stricte o ostatnich godzinach życia Pana Jezusa, za każdym razem ujęte są one w inny sposób. W sumie mądrze przemyślane - komu chciałoby się każdemu roku jeździć na to samo? A tak za każdym razem czeka nas innowacyjna niespodzianka. Niestety, z wyjazdem na Misterium wiąże się moja prywatna tradycja, niekoniecznie pozytywna. Otóż od kilku dni chodzę przeziębiona. Jak zwykle chyba o tej porze. Smarkam, kaszlę i w ogóle. Mam nadzieję, że jutro nie pojadę jutro na przedstawienie z gorączką, jak kilka lat temu. Tym bardziej, że wszystko idealnie się układało - w szkole policealnej zajęcia kończę o 12:10, o 12:30 wyjeżdżamy spod kościoła. Czyli nie straciłabym dniówki w szkole. W te 20 minut spokojnie dolecę pod bramę. Nie wiem jeszcze co zrobię z laptopem, bo bez niego mało zrobię w szkole, a nie uśmiecha mi się latać z nim po Krakowie. Chociaż z drugiej strony na co dzień nic innego nie robię, więc co mi zależy ha, ha, ha! Dodatkowo wracając z Drogi Krzyżowej rozmawiałam wczoraj z M., która tydzień temu była na Misterium i bardzo chwaliła tegoroczną fabułę. Więc mój apetyt na obejrzenie spektaklu jeszcze bardziej wzrósł. A w poniedziałek zaczynam zajęcia na PACIE o 15, więc sobie odeśpię powrót o godzinie 21 do domu. Żeby jeszcze to przeziębienie mi przeszło...

A wczoraj przepisywałam notatki z przedmiotu "Kraków - miasto turystyki pielgrzymkowej". Bu ha ha, bardzo na temat. Nota bene mogłabym oprowadzić ich po mieście i poopowiadać o nim, czyli wykorzystać wiedzę w praktyce... To chyba nie jest jeszcze to miejsce i jeszcze nie ten czas. Chociaż w przyszłości, kto wie?

poniedziałek, 9 marca 2015

Czy dyrektorzy placówek oświatowych są ludźmi z naszej planety?

Człowiek czyta sobie blogi, czyta i mimowolnie kibicuje ich bohaterom. Szczególnie tym najmłodszym, dopiero wchodzącym w tajniki tego zawiłego świata. Dlatego nie rozumiem, dlaczego nie rozumiane są problemy dzieci niepełnosprawnych, szczególnie przez urzędników państwowych, bo tak chyba mogę nazwać dyrektorów CKE.

Już wyjaśniam o co chodzi. Jest taki dzielny czternastolatek o imieniu Antoś. Antek od urodzenia choruje na SMA(rdzeniowy zanik mięśni). Nie chodzi, oddycha za pomocą respiratora, jest karmiony przez sondę dożołądkową. A jednocześnie jest bardzo inteligentnym chłopcem, od czwartej klasy zawsze ma świadectwo z czerwonym paskiem. Od zerówki objęty jest nauczaniem indywidualnym, ale nie spowodowało to sytuacji, że odstaje z programem nauczania od rówieśników.

W tym roku, jak każdy szóstoklasista, Antek powinien przystąpić do sprawdzianu szóstoklasisty. Co jednak się dzieje z uczniem, który co prawda ma niesamowitą wiedzę, ale jego kondycja fizyczna umożliwia mu nawet sprawne obrócenie kartki na drugą stronę. Przypominam, że w tym roku zmienia się zupełnie formuła egzaminu i dzieciaki nie piszą jednego arkusza, ale dwa - jeden z języka polskiego i matematyki i trwa 80 minut, drugi z języka nowożytnego i on trwa 45 minut. Sprawdziany są w jednym dniu, oddzielone przerwą.

Jeżeli podliczyć czas potrzebny na napisanie sprawdzianu, wychodzi półtorej godziny i 5 minut. Uczniowie z niepełnosprawnością mają przywilej wydłużenia poszczególnych części o połowę(m.in. ja korzystałam z tego przepisu, kiedy sama przystępowałam do egzaminów na koniec poszczególnych etapów nauki). Czyli wychodzi razem prawie dwie i pół godziny. Dużo? Może. Ale nie dla chłopca, którego pismo zarówno ręczne, jak i z pomocą komputera jest utrudnione, a przede wszystkim spowolnione przez chorobę. Tak naprawdę w najlepszym wypadku Antoni będzie w stanie korzystać z urządzenia najwyżej półtorej godziny. Myślicie, że to wystarczy do wypełnienia dwóch arkuszy? Żeby była jasność, dyktowanie też raczej nie wchodzi w grę z powodu wady wymowy. 

Rodzice Antka zaczęli się więc starać o zwolnienie chłopca z egzaminu z powodów zdrowotnych. Niestety, okazało się, że niepełnosprawność ruchowa, choćby największa, nie jest ku tego podstawą. Co lepsze, zaburzenia mowy nie zostały uznane za formę niepełnosprawności, chociaż są bezpośrednio związane z chorobę, z którą zmaga się Antek. Ale jakby do tego dodać np. upośledzenie, to już jest jakiś powód. Rozumiecie paradoks sytuacji? Chłopiec przykuty do łóżka z ogromnym problemem z mówieniem został wrzucony do tej samej kategorii co jego rówieśnik z niedowładem nóg. 

Ostatnio mama Antka próbowała interweniować bezpośrednio u dyrektora OKE w Poznaniu. Co usłyszała w odpowiedzi: że przepisy nie przewidują, aby zwolnić jej syna ze sprawdzianu. Czyli zgodnie z prawem uczeń powinien 1 kwietnia wstawić się na kilka godzin do szkoły, aby napisać ten przeklęty sprawdzian. Ciekawa jestem tylko, czy pani dyrektor przewidziała konieczność odsysania Antka przez mamę co jakiś czas(przepisy mówią, że osób trzecich nie może być na sali).

Jest jednak sposób na ominięcie przepisów - kiedy uczeń jest chory i nie może wstawić się w pierwszym terminie, zostaje mu dodatkowy(w tym roku jest to 1 czerwiec - idealny prezent na Dzień Dziecka). Ale w tym terminie może też być chory. W takim przypadku uznaje się, że uczeń został z niego zwolniony. Jest też inna opcja - wstawienie się na sprawdzian i oddanie pustej kartki. Zawsze to jakiś sposób. Ale czy na pewno dobry dla ambitnego ucznia?

Sytuacja ta poruszyła mnie do reszty. Automatycznie przypomniała mi się taka, jaka zaistniała ponad dziesięć lat temu w mojej szkole: była sobie dziewczyna, córka jednej z nauczycielek, która nie mówiła, miała kłopot z pisaniem ręcznym, ale za do w miarę dobrze radziła sobie z pisaniem na komputerze i był chłopiec, który nie mówił, nie pisał ręcznie, nie był w stanie pisać nawet na komputerze, a w dodatku miał lekkie upośledzenie umysłowe, ale jego mama nie pracowała w oświacie. Rodzice obydwojga uczniów starali się o zwolnienie z sprawdzianu. Dziewczynie się udało, chociaż była sprawniejsza, chłopiec musiał podejść do egzaminu. Miał nauczyciela wspomagającego - przy pytaniach zamkniętych kiwał głową na odpowiedzi, przy otwartych albo pokazywał odpowiednie cyfry i symbole matematyczne, albo pokazywał odpowiednie symbole Blissa. Paranoja? Może, ale nie dla polskich urzędników, którzy dzielą uczniów na równych i równiejszych.

sobota, 7 marca 2015

Numerki, numerki i jeszcze raz numerki

Poszłam wczoraj do szpitala miejskiego w celu umówienia wizyty u lekarza neurologa. We wrześniu tego roku kończy mi się ważność orzeczenia o niepełnosprawności i kolejny już raz będę stawała na komisji w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, aby je przedłużyć. Bo o dostaniu zaświadczenia na stałe nie śmiem nawet marzyć. Jednak aby otrzymać powyższe orzeczenie powinno się posiadać jakąś dokumentację. A że moim głównym schorzeniem jest MPD, wypadałoby raz na jakiś czas pokazać się neurologowi. 
Tak się składa, że na razie piątki mam wolne, więc postanowiłam załatwić tą sprawę. A przy okazji podjechać do szpitala wojewódzkiego w celu załatwienia pozostałych badań. 
Najpierw musiałam podejść jednak do lekarza rodzinnego, w celu zdobycia skierowania do neurologa(bo pozostałe już mam). Tutaj nie było problemów - godzina czekania i załatwienie karteczki w ciągu niecałych 5 minut. Na szczęście rodzinny jest również pediatrą i zna mnie oraz mój specyficzny przypadek.
Z przychodni poszłam na nogach do szpitala. W sumie zajęło mi to niewiele ponad 20 minut(a szpital oddalony jest od niej o jakieś 2 kilometry). Jak na osobę mającą kłopoty z chodzeniem uznaję to za dobry wynik. Treningi lekkoatletyczne robią swoje. Nie dość, że poprawiają samopoczucie, to jeszcze wydolność oraz wytrzymałość organizmu. Żałuję tylko, że tak rzadko na nie uczęszczam. Ale co zrobić.
W szpitalu wzięłam sobie przepisowy numerek(co przy atetozie i dotykowym ekranie komputera jest niemałym wyzwaniem) i udałam się do odpowiedniej kartoteki. Do okienka były tylko dwie osoby. "Super" - przeszło mi przez myśl. Miałam nadzieję, że w miarę szybko się uwinę i podjadę jeszcze do szpitala Wojewódzkiego umówić gastro oraz kolanoskopię. Nagle do okienka zupełnie bez kolejni podszedł starszy pan(bo on jest rencistą i nie może czekać - ja też jestem i jakoś mogę czekać) i przez dziesięć minut toczyła się dyskusja o operację zaćmy wzroku, której nie wykonują w naszym szpitalu. Potem został wyczytany numerek przede mną - nadal miałam nadzieję. Ale po tej kobiecie przyszła inna, bez numerka, niby na chwilę, a tak naprawdę zakładała sobie kartę. Potem jacyś ludzie wyszli z gabinetu i od razu podeszli do kartoteki ustalić termin. Czyli zajęli kolejkę. Jeszcze gdyby tylko ustalili ten termin to jakoś bym to przetrawiła, ale oni wręcz awanturowali się, że to termin nie ten, to lekarz nie ten, to mąż miał być pierwszy a nie żona. Teraz wiem skąd się biorą scenariusze do seriali typu "Dlaczego ja". No nic, zaraz po staruszkach pojawił się młody chłopak(bez numerku, a jakże), tylko zapytać o poradnię gastrologiczną, której u nas nie ma. A zaraz po nim ustawiła się kolejka ludzi. W dodatku paniom w okienku wcale nie spieszyło się z obsługą pacjentów. Ale do pytania jedna drugą o kawę to i owszem. A potem jedna z nich zniknęła na kwadrans parzyć napój. Tego było już za wiele. Te karteczki z numerkami wydawane przez automat w końcu po coś są, a takie wpychanie się ludzi tylko blokuje system ich odczytu. Lolek się wkurzył. Mnie osobiście bardzo trudno jest wyprowadzić z równowagi, więc tutaj owacje na stojąco dla tych wszystkich osób. Jak nie wystartowałam do okienka(numerek nie został jeszcze wyczytany), aż nikt się nie odważył zaprotestować. W sumie wizytę ustaliłam w ciągu kilku chwil. Na 19 maja, godzina 8 rano. Wspaniale. Co prawda nie do mojego neurologa, ale to nie szkodzi. Mam nadzieję, że i tak otrzymam stosowne zaświadczenie.
Do wojewódzkiego już nie pojechałam - było dobrze po 12. Trudno, pojadę za tydzień. Co prawda nie wiem na kiedy ustalę termin badań, ale mam nadzieję, że nie będzie tak źle. Podjechałam za to pod Urząd Skarbowy po druczki rozliczenia dochodowego. Tutaj na szczęście wszystko szybko poszło - wszystkie druczki są wyłożone na specjalnych półeczkach i można sobie je samemu brać. Chociaż do kas są już numerki. Mam nadzieję, że chociaż tutaj nie ma takiej samowolki.
W drodze powrotnej do domu podeszłam do "Reala", który przemienią lada chwila na "Auchan". Trochę szkoda, bo w hipermarkecie są sprzedawane produkty firmy "TIP", które są stosunkowo tanie. Zawsze można coś przyoszczędzić. Ponieważ na dzisiaj miałam zaplanowane pranie, kupiłam proszek i płyn. A dodatkowo papu dla kociaka i kilka rzeczy do lodówki, bo z deczka zaczęła świecić pustkami. Czasami mam ochotę wprowadzić numerki do kas, bo tutaj też ludzie potrafią wcisnąć się przed ciebie, nawet kiedy masz już wyłożone wszystkie produktu na taśmę. I to niekoniecznie wtedy, kiedy mają jeden czy też dwa produkty. Z "Reala" mam do domu niewiele ponad kilometr, więc przy okazji miałam małą siłownię. 
Byłam zmęczona i głodna, podarowałam więc sobie trening lekkoatletyczny. Po powrocie do mieszkania nakarmiłam swojego sierściuszka i zaczęłam zastanawiać się nad jakimś obiadem. Piątek, więc mięsko odpada. Co prawda nie jem codziennie mięsa, ale już wiedziałam czego nie brać pod uwagę. Na szczęście w "Realu" kupiłam paczkę paluszków rybnych typu "Frosta". Włączyłam mój przenośny piekarnik i włożyłam do niego rybki położone na folii aluminiowej. Można też przyrządzić je na oleju i patelni, ja jednak wolę z piekarnika. 
Szybko zjadłam obiad i wzięłam sobie małą broszurkę zatytułowaną "Rachunek sumienia". Wczoraj wypadł pierwszy piątek miesiąca, podczas którego zgodnie z rodzinną tradycją przystąpiłam do spowiedzi świętej. Jednak aby tego dokonać, musiałam przypomnieć sobie popełnione w minionym miesiącu grzechy. Moja książeczka do nabożeństwa nie posiada pytań potrzebnych do dokonania rachunku. Kiedy kilka lat temu zapytałam się księdza będącym opiekunem młodzieży jak prawidłowo powinnam go robić, po kilku dniach dostałam ową broszurkę. Jest świetna! Doskonale opracowuje każde Przykazanie Boże, Kościelne, Prawdy Wiary. W dodatku można ją wszędzie zabrać.
Poszłam do kościoła, a tu żadnego księdza nie ma w konfesjonale, chociaż kolejka do niego nie mała. A to numer. Całą Mszę świętą okupowałam miejsce, bojąc się, że jakaś babcia wciśnie się przed szereg. Czasami mam wrażenie, że i tutaj przydałaby się machina wydająca numerki. Na szczęście po niej pojawił się ksiądz, który dziarskim krokiem zmierzał do konfesjonału. Dzięki swojemu uporowi byłam pierwsza. Potem zostałam jeszcze na nabożeństwie Drogi Krzyżowej, które zdawało się nie mieć końca. A może po prostu ja już byłam tak zmęczona, że wszystko dłużyło mi się w nieskończoność?
Do domu wróciłam po 20. Już w drzwiach witała mnie Pusia. Zdjęłam buty, włączyłam grzejnik do prądu i dałam kociakowi pasztet. Jak to dobrze, że przynajmniej zwierzęta nie mają postu hi, hi, hi. Sama zaś zagotowałam sobie mleka. Włączyłam też sobie telewizor. Akurat szedł pierwszy odcinek serialu "Talianka" z Joanną Moro w roli głównej. Jej też wywinęli niezły numer - Włoszka pojechała z mężem do jego ojczyzny, Rosji, tam okazało się, że jego pierwsza żona i syn żyją, toteż Giulietta postanawia wrócić do Włoch. Niestety, okazuje się, że nie może ze sobą wziąć swojej córki, która jest obywatelką Rosji. Czy serial powtórzy sukces "Anny German" nie wiem. W każdym razie zapowiada się ciekawie.
W czasie oglądania serialu jadłam bułkę z ciepłym mlekiem i głaskałam kota. Potem 20 minut na angielski, wyczyszczenie kuwety kociej, szybki prysznic i padłam zmęczona do łóżka. Dokończyłam jeszcze czytanie książki Giana Franco Svidercoschi;ego - "List do przyjaciela Żyda" opowiadającej o przyjaźni Karola Wojtyły oraz Jerzego Klugera.
Trochę się powzruszałam, ale wzruszenie też jest czasami potrzebne. Ale były też momenty śmiechu - jakie ci chłopcy robili czasami numery. Odłożyłam przeczytaną książkę na stolik nocny, zgasiłam lampkę i poszłam spać. To był bardzo emocjonujący dzień, pełen niespodziewanych numerów.

środa, 4 marca 2015

Trudno nie robić nic

W ramach studiów na których się znajduję mamy taki przedmiot, który nazywa się "Kultura czasu wolnego". Śmiać mi się chciało, kiedy zobaczyłam siatkę godzin, ponieważ podczas studiów magisterskich z turystyki i rekreacji miałam podobny przedmiot, który nazywał się "Socjologia czasu wolnego". Ba! nawet moja praca magisterska była na temat sposobów spędzania wolnego czasu przez młodzież. I chociaż jest to przedmiot typowo dla osób zajmujących się organizacją różnych form wypoczynku dla innych osób w wolnym czasie (w moim przypadku teoretycznie powinna to być organizacja pielgrzymek, praktycznie wiadomo jak jest na rynku pracy), to osobiście uważam, że taki przedmiot powinien być na każdym kierunku studiów. Dlaczego? Czas wolny nie jest pojęciem względnym, dotyczy każdego z nas. Człowiek to nie maszyna - jest tak skonstruowany, że nie da rady ani fizycznie, ani psychicznie pracować nom stop. Musi mieć czas na odpoczynek, inaczej się wykończy. W naszej kulturze zazwyczaj dniami wolnymi jest sobota i niedziela, a także dni świąteczne. Większość ludzi ma także, przynajmniej w teorii, 8 godzinny czas pracy i wychodzi z pracy w godzinach popołudniowych. W domu wiadomo, trzeba coś zjeść, zrobić zakupy, posprzątać, może iść do dentysty, fryzjera. Ale oprócz tego znajdzie się jeszcze chwila na wytchnienie, nabranie oddechu. Pozostaje więc pytanie co zrobić, aby jak najefektywniej wykorzystać ten czas. Czy spędzić go na klikaniu w linki w Internecie, czy może iść na spacer, do kina, leżeć na łóżku i mędrkować, spotkać się ze znajomymi. Osobiście myślę, że dużo zależy od naszych preferencji. Ktoś lubi iść do kina, ktoś inny do baru. Ok. Wszystko(no, może prawie wszystko) jest dla ludzi. Ważne jest, aby w spędzaniu wolnego czasu znaleźć złoty środek. Może znaleźć sobie jakieś zainteresowania, hobby? Bo bardzo dużo z nas po prostu marnotrawi ten czas, i potem zamiast być wypoczętym jest jeszcze bardziej zmęczona.

Według mnie problem z organizacją swojego czasu wolnego dotyczy osób, którzy mają go aż nadto - najczęściej są to osoby bezrobotne, niepełnosprawne oraz na rencie i emeryturze. Zazwyczaj mają cały dzień wolny. A ileż można oglądać telewizję albo spacerować po parku. Dlatego do prawidłowego i zdrowego wykorzystania wolnego czasu potrzebny jest też czas wypełniony obowiązkami.

Dzisiaj na zajęciach opracowywaliśmy nasz budżet czasowy. Wniosek wysuwa się jeden - trudno nie robić nic. Nawet w czasie pozornie wolnym chodzimy na spacery, uczymy się języków obcych, leżymy w łóżku i słuchamy radia, czy też oglądamy telewizję. Zastanawiać powinno jednak, czy jeżeli ktoś ogląda telewizor przez powiedzmy 6 godzin, czyli cały swój czas wolny, to czy nie przesadza? 

poniedziałek, 2 marca 2015

O Kacperku

Jest w moim mieście pewien młodzieniec noszący jedno z moich ulubionych imion - Kacperek. Od pewnego czasu o Kacperku stało się głośno - u tego zaledwie 10 miesięcznego dziecka mieszkającego w sąsiedniej parafii zaledwie 2,5 miesiąca po urodzeniu wykryto siatkówczaka - złośliwy nowotwór oka. Leczenie chłopca w Centrum Zdrowia Dziecka nie dało pożądanych efektów. Wręcz przeciwnie, lekarze zajmujący się dzieckiem oznajmili, że może po amputacji oka jest szansa na uratowanie życia maluszka. Rodzice chłopca dowiedzieli się jednak, że podobne przypadki są też leczone za granicą, m.in. w Stanach Zjednoczonych. Niestety to kosztuje, a budżet rodziny jest już obciążony bieżącymi wydatkami wynikającymi z leczenia w kraju. W wielu miejscach w naszym rejonie pojawiły się więc puszki z prośbą o pomoc. Przez jedną niedzielę zbierano pod kościołami w naszym mieście datki na leczenie malca, oczywiście za zgodą biskupa. Jakiś czas temu był bieg charytatywny nad miejskim jeziorem(aż żal mi było, że z powodu moich bóli brzucha nie mogłam wystartować :( *), gdzie dzięki hojności uczestników uzbierano trochę grosza. Pewnie byłoby jeszcze więcej, gdyby impreza była bardziej rozgłoszona. W busie relacji Kraków - Sosnowiec wisi zaś apel.
Wiem, że pieniądze na operację udało się uzbierać, teraz prowadzona jest zbiórka na dalsze leczenie chłopca, bo wiadomo, że na operacji usunięcia nowotworu się nie skończy. Wczoraj chodzono w sprawie wsparcia po klasach w szkole policealnej z puszką. Wrzuciłam 5 złotych. Dla mnie to nic, pewnie wydałabym je na jakieś głupstwa. Ale dla Kacperka jest to już pięć złotych mniej do opłacenia kosztownej terapii. Zresztą mam taką fantastyczną grupę, gdzie każdy wrzucił coś od siebie do tej puszki. Z jednej strony nic, bo dla nas to tylko 1, 2, 5 złotych, a może się okazać, że bez tych drobniaków nie byłoby możliwe wymienienie złotówek na dolary.

Trochę przypomina mi to zeszłoroczną akcję na katowickim AWFie, gdzie był zorganizowany bieg oraz zawody pływackie, a cały z nich dochód przeznaczony był na leczenie synka jednego z pracowników uczelni, też Kacperka. Wtedy brałam udział zarówno w biegu, jak i w pływaniu, znowu wspomagając chłopca kilkoma złotymi. Czasami mam wrażenie, że mało, ale gdy się tak uzbiera grosz do grosza, a potem słyszy się o efektach leczenia, to nadchodzi refleksja, czy te przysłowiowe 5 groszy nie pomogły w uzyskaniu tego efektu.

* Chociaż po przejrzeniu zdjęć z biegu śmiem twierdzić, że może to dobrze, że nie wystartowałam w biegu. Trener był...