Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

środa, 25 marca 2015

"Jest takie czekanie, które już jest spotkaniem..."

Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że całkiem nieświadomie przenoszę przyzwyczajenia z parafialnej scholi i oratorium na inne aspekty życiowe. Dzisiaj na przykład pisaliśmy kolokwium zaliczeniowe z kultury czasu wolnego. Tydzień temu umówiłam się z prowadzącym zajęcia, że skoro ma być opisówka, to ja ze względu na problemy z pisaniem wolałabym odpowiadać ustnie. Z wymową też mam kłopoty, ale z dwojga złego wolę tą opcję. Ksiądz profesor ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu zgodził się bez problemu. Dzisiaj jednak okazało się, że musi jechać na pogrzeb i chociaż cała grupa pisała pod okiem doktorantki, mnie kazał się zgłosić w przyszłym tygodniu. 
Mogłam wyjść z sali i jechać tramwajem do Dworca Głównego, prawda? Jednak słysząc przed zajęciami obawy moich kolegów i koleżanek z grupy przed pytaniami postanowiłam zostać. Nic przecież nie traciłam, bo planowo do domu miałam wrócić busem o 15:35, czyli za dwie godziny.
Siedziałam sobie spokojnie w pierwszej ławce. Dookoła mnie wszyscy pisali odpowiedzi na pytania raz po raz wzdychając. W takich chwilach modliłam się do Ducha Świętego, aby dał im łaskę wiedzy. To nigdy nie zaszkodzi, a zważając, że wszyscy na roku jesteśmy katolikami(przypominam, studiuję turystykę religijną na Papieskim Uniwersytecie Jana Pawła II).
W połowie testu dołączyła do nas I., którą bardzo lubię a za razem podziwiam. Taka trzepiotka, a za razem prawdziwa bratnia dusza. Siłą rzeczy kiedy pozostali kończyli pisać swoje kolokwia, ona w dalszym ciągu pisała swoje. Za nią też się modliłam, chociaż wiedziałam, że kto jak kto, ale ona akurat zda ten sprawdzian celująco. Sala powoli pustoszała. W końcu zostałyśmy same z doktorantką. I. skończyła pisać swój test i spojrzała na mnie zdumiona. No tak, kogo jak kogo, ale mnie nie spodziewała się zobaczyć.
Oczywiście razem wracałyśmy tramwajem pod Dworzec, co sprzyjało rozmowie. Dawno mi się tak dobrze nie rozmawiało. A I. potwierdziła moją tezę, że jest przesympatyczną dziewczyną, a do tego niezwykle skromną. Rozmawiałyśmy o przedmiotach, zaliczeniach, życiu. Mam wrażenie, że znamy się od lat, a to dopiero kilka miesięcy. No i mamy jedną cechę wspólną - obie śpiewamy w parafialnych chórach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz