Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 7 marca 2015

Numerki, numerki i jeszcze raz numerki

Poszłam wczoraj do szpitala miejskiego w celu umówienia wizyty u lekarza neurologa. We wrześniu tego roku kończy mi się ważność orzeczenia o niepełnosprawności i kolejny już raz będę stawała na komisji w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, aby je przedłużyć. Bo o dostaniu zaświadczenia na stałe nie śmiem nawet marzyć. Jednak aby otrzymać powyższe orzeczenie powinno się posiadać jakąś dokumentację. A że moim głównym schorzeniem jest MPD, wypadałoby raz na jakiś czas pokazać się neurologowi. 
Tak się składa, że na razie piątki mam wolne, więc postanowiłam załatwić tą sprawę. A przy okazji podjechać do szpitala wojewódzkiego w celu załatwienia pozostałych badań. 
Najpierw musiałam podejść jednak do lekarza rodzinnego, w celu zdobycia skierowania do neurologa(bo pozostałe już mam). Tutaj nie było problemów - godzina czekania i załatwienie karteczki w ciągu niecałych 5 minut. Na szczęście rodzinny jest również pediatrą i zna mnie oraz mój specyficzny przypadek.
Z przychodni poszłam na nogach do szpitala. W sumie zajęło mi to niewiele ponad 20 minut(a szpital oddalony jest od niej o jakieś 2 kilometry). Jak na osobę mającą kłopoty z chodzeniem uznaję to za dobry wynik. Treningi lekkoatletyczne robią swoje. Nie dość, że poprawiają samopoczucie, to jeszcze wydolność oraz wytrzymałość organizmu. Żałuję tylko, że tak rzadko na nie uczęszczam. Ale co zrobić.
W szpitalu wzięłam sobie przepisowy numerek(co przy atetozie i dotykowym ekranie komputera jest niemałym wyzwaniem) i udałam się do odpowiedniej kartoteki. Do okienka były tylko dwie osoby. "Super" - przeszło mi przez myśl. Miałam nadzieję, że w miarę szybko się uwinę i podjadę jeszcze do szpitala Wojewódzkiego umówić gastro oraz kolanoskopię. Nagle do okienka zupełnie bez kolejni podszedł starszy pan(bo on jest rencistą i nie może czekać - ja też jestem i jakoś mogę czekać) i przez dziesięć minut toczyła się dyskusja o operację zaćmy wzroku, której nie wykonują w naszym szpitalu. Potem został wyczytany numerek przede mną - nadal miałam nadzieję. Ale po tej kobiecie przyszła inna, bez numerka, niby na chwilę, a tak naprawdę zakładała sobie kartę. Potem jacyś ludzie wyszli z gabinetu i od razu podeszli do kartoteki ustalić termin. Czyli zajęli kolejkę. Jeszcze gdyby tylko ustalili ten termin to jakoś bym to przetrawiła, ale oni wręcz awanturowali się, że to termin nie ten, to lekarz nie ten, to mąż miał być pierwszy a nie żona. Teraz wiem skąd się biorą scenariusze do seriali typu "Dlaczego ja". No nic, zaraz po staruszkach pojawił się młody chłopak(bez numerku, a jakże), tylko zapytać o poradnię gastrologiczną, której u nas nie ma. A zaraz po nim ustawiła się kolejka ludzi. W dodatku paniom w okienku wcale nie spieszyło się z obsługą pacjentów. Ale do pytania jedna drugą o kawę to i owszem. A potem jedna z nich zniknęła na kwadrans parzyć napój. Tego było już za wiele. Te karteczki z numerkami wydawane przez automat w końcu po coś są, a takie wpychanie się ludzi tylko blokuje system ich odczytu. Lolek się wkurzył. Mnie osobiście bardzo trudno jest wyprowadzić z równowagi, więc tutaj owacje na stojąco dla tych wszystkich osób. Jak nie wystartowałam do okienka(numerek nie został jeszcze wyczytany), aż nikt się nie odważył zaprotestować. W sumie wizytę ustaliłam w ciągu kilku chwil. Na 19 maja, godzina 8 rano. Wspaniale. Co prawda nie do mojego neurologa, ale to nie szkodzi. Mam nadzieję, że i tak otrzymam stosowne zaświadczenie.
Do wojewódzkiego już nie pojechałam - było dobrze po 12. Trudno, pojadę za tydzień. Co prawda nie wiem na kiedy ustalę termin badań, ale mam nadzieję, że nie będzie tak źle. Podjechałam za to pod Urząd Skarbowy po druczki rozliczenia dochodowego. Tutaj na szczęście wszystko szybko poszło - wszystkie druczki są wyłożone na specjalnych półeczkach i można sobie je samemu brać. Chociaż do kas są już numerki. Mam nadzieję, że chociaż tutaj nie ma takiej samowolki.
W drodze powrotnej do domu podeszłam do "Reala", który przemienią lada chwila na "Auchan". Trochę szkoda, bo w hipermarkecie są sprzedawane produkty firmy "TIP", które są stosunkowo tanie. Zawsze można coś przyoszczędzić. Ponieważ na dzisiaj miałam zaplanowane pranie, kupiłam proszek i płyn. A dodatkowo papu dla kociaka i kilka rzeczy do lodówki, bo z deczka zaczęła świecić pustkami. Czasami mam ochotę wprowadzić numerki do kas, bo tutaj też ludzie potrafią wcisnąć się przed ciebie, nawet kiedy masz już wyłożone wszystkie produktu na taśmę. I to niekoniecznie wtedy, kiedy mają jeden czy też dwa produkty. Z "Reala" mam do domu niewiele ponad kilometr, więc przy okazji miałam małą siłownię. 
Byłam zmęczona i głodna, podarowałam więc sobie trening lekkoatletyczny. Po powrocie do mieszkania nakarmiłam swojego sierściuszka i zaczęłam zastanawiać się nad jakimś obiadem. Piątek, więc mięsko odpada. Co prawda nie jem codziennie mięsa, ale już wiedziałam czego nie brać pod uwagę. Na szczęście w "Realu" kupiłam paczkę paluszków rybnych typu "Frosta". Włączyłam mój przenośny piekarnik i włożyłam do niego rybki położone na folii aluminiowej. Można też przyrządzić je na oleju i patelni, ja jednak wolę z piekarnika. 
Szybko zjadłam obiad i wzięłam sobie małą broszurkę zatytułowaną "Rachunek sumienia". Wczoraj wypadł pierwszy piątek miesiąca, podczas którego zgodnie z rodzinną tradycją przystąpiłam do spowiedzi świętej. Jednak aby tego dokonać, musiałam przypomnieć sobie popełnione w minionym miesiącu grzechy. Moja książeczka do nabożeństwa nie posiada pytań potrzebnych do dokonania rachunku. Kiedy kilka lat temu zapytałam się księdza będącym opiekunem młodzieży jak prawidłowo powinnam go robić, po kilku dniach dostałam ową broszurkę. Jest świetna! Doskonale opracowuje każde Przykazanie Boże, Kościelne, Prawdy Wiary. W dodatku można ją wszędzie zabrać.
Poszłam do kościoła, a tu żadnego księdza nie ma w konfesjonale, chociaż kolejka do niego nie mała. A to numer. Całą Mszę świętą okupowałam miejsce, bojąc się, że jakaś babcia wciśnie się przed szereg. Czasami mam wrażenie, że i tutaj przydałaby się machina wydająca numerki. Na szczęście po niej pojawił się ksiądz, który dziarskim krokiem zmierzał do konfesjonału. Dzięki swojemu uporowi byłam pierwsza. Potem zostałam jeszcze na nabożeństwie Drogi Krzyżowej, które zdawało się nie mieć końca. A może po prostu ja już byłam tak zmęczona, że wszystko dłużyło mi się w nieskończoność?
Do domu wróciłam po 20. Już w drzwiach witała mnie Pusia. Zdjęłam buty, włączyłam grzejnik do prądu i dałam kociakowi pasztet. Jak to dobrze, że przynajmniej zwierzęta nie mają postu hi, hi, hi. Sama zaś zagotowałam sobie mleka. Włączyłam też sobie telewizor. Akurat szedł pierwszy odcinek serialu "Talianka" z Joanną Moro w roli głównej. Jej też wywinęli niezły numer - Włoszka pojechała z mężem do jego ojczyzny, Rosji, tam okazało się, że jego pierwsza żona i syn żyją, toteż Giulietta postanawia wrócić do Włoch. Niestety, okazuje się, że nie może ze sobą wziąć swojej córki, która jest obywatelką Rosji. Czy serial powtórzy sukces "Anny German" nie wiem. W każdym razie zapowiada się ciekawie.
W czasie oglądania serialu jadłam bułkę z ciepłym mlekiem i głaskałam kota. Potem 20 minut na angielski, wyczyszczenie kuwety kociej, szybki prysznic i padłam zmęczona do łóżka. Dokończyłam jeszcze czytanie książki Giana Franco Svidercoschi;ego - "List do przyjaciela Żyda" opowiadającej o przyjaźni Karola Wojtyły oraz Jerzego Klugera.
Trochę się powzruszałam, ale wzruszenie też jest czasami potrzebne. Ale były też momenty śmiechu - jakie ci chłopcy robili czasami numery. Odłożyłam przeczytaną książkę na stolik nocny, zgasiłam lampkę i poszłam spać. To był bardzo emocjonujący dzień, pełen niespodziewanych numerów.

1 komentarz:

  1. No to miałaś dzień pełen wrażeń. Ja leżałam cały piątek do góry tyłkiem, nie wiem, może to zastrzyk tak na mnie podziałał, ale było super :).

    OdpowiedzUsuń