Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 21 kwietnia 2015

Jednocząc się z gimnazjalistami

Dzisiaj gimnazjaliści rozpoczęli swój maraton z testami na zakończenie kolejnego etapu swojej nauki. Dzisiaj zmagają się z częścią humanistyczną, która została rozbita na historię i społeczeństwo oraz język polski, jutro zmierzą się z zadaniami matematyczno - przyrodniczymi, a w czwarte czeka ich pojedynek z językiem obcym. Oj, pamięta się czasy, kiedy samemu pisało się ten egzamin, chociaż w moim przypadku dotyczył on tylko części polonistycznej(z matematyczno - przyrodniczej zostałam zwolniona dzięki lokacie w finale konkursu matematycznego). Części językowej nie było - testy potwierdzające moją znajomość języków obcych pisałam już w gmachu liceum, zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego w pierwszej klasie. Czy się stresowałam? Może trochę. Ale był to pozytywny stres. Poza tym w sali informatycznej, gdzie pisałam egzamin, było nas 5(wszyscy mieliśmy kłopoty z pisaniem, a lepiej było zrobić komisję do jednej sali, niż do 5). Reszta zdawała w sali polonistycznej, koledzy z upośledzeniem umysłowym w sali matematyczno - przyrodniczej, a kolega, który nie potrafi ani pisać, ani mówić w sali muzycznej. Do egzaminu podeszłam na luzie, wszak próbny poszedł mi całkiem, całkiem(tzn. chemię kompletnie zawaliłam, ale tym się specjalnie nie przejmowałam). Trochę problemów przysporzył mi temat rozprawki - "I śmiech niekiedy może być nauką", w "Victorze Gimnazjaliście" podali nawet zupełnie inne rozwiązanie niż moje, jednak kiedy na koniec gimnazjum dostałam wyniki egzaminu, byłam z siebie zadowolona.

Tak więc jednocząc się z gimnazjalistami piszącymi egzamin, który jest ich furtką do dalszej nauki, przygotowuję się do czekającego mnie w czwartek kolokwium z "Wstępu do Pisma Świętego". Materiał obszerny, dużo dat i łaciny, w dodatku pełno tez Ojców Kościoła. Kiedy w weekend tata wziął na chwilę podręcznik z którego się uczę(czyli "Wstęp ogólny do Pisma Świętego" redakcji Jana Szelagi) i przeczytał pierwszy rozdział pt: "Charyzmat natchnienia biblijnego"(nie chciało mu się już czytać wstępu), skomentował to jednym słowem - "Szaleństwo!". Może i szaleństwo, ale jak się niego nie nauczę, nici z zaliczenia kolokwium. No nic, trzeba się sprężyć i przyłożyć do nauki.
Z tego przyszło mi się uczyć, czyli - "Szaleństwo" :)
P.S. Część treści książki przeczytałam na konferencji "Symbol - znak - rytuał", o której wspominałam już w którejś notce. Nie było to proste, ponieważ profesorka od architektury i sztuki sakralnej krążyła w te i we wte, ale wykonalne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz