Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 7 kwietnia 2015

Przeżyć te Wielkie Dni

Ostatnio coraz częściej spotykam się ze stwierdzeniem, że święta, nie ważne czy to Wielkanocy czy też Bożego Narodzenia, tracą swój urok. Osobiście jestem zdania, że wszystko zależy od tego, czego oczekujemy przez te kilka dni? Czy mają dla nas jakiś głębszy sens, czy może są tylko pustymi dniami, ewentualnie czasem spędzonym przed telewizorem?

Tegoroczne święta postanowiłam spędzić na Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie każdego roku odgrywane jest Misterium Męki Pańskiej. I chociaż wszystko tak naprawdę rozpoczyna się już w Niedzielę Palmową, kiedy przedstawiany jest wjazd Pana Jezusa na osiołku do Jerozolimy, a następnie wygnanie kupców ze świątyni, ja do tego magicznego miejsca dołączyłam dopiero w Wielki Czwartek
Wielki Czwartek jest świętem wszystkich kapłanów, ponieważ wedle tradycji tego dnia Pan Jezus ustanowił sakrament Eucharystii oraz Kapłaństwa(prawdopodobnie był to jednak inny dzień, ale to wyjaśnię innym razem). Tego dnia w kalwaryjskim sanktuarium przedstawiana jest scena ostatniej wieczerzy, a także pojmania w Ogrójcu i zaprowadzenia Pana Jezusa przed sąd Rady Żydowskiej. Ponieważ uroczystości rozpoczynały się dopiero o godzinie 13:00, przedpołudnie spędziłam na czytaniu "Ołówka" Katarzyny Rosickiej - Jasińskiej. Idealna pozycja wpisująca się w tematykę Męki Pańskiej - jej główna bohaterka zmagała się z nieuleczalną chorobą zwaną SLA. To była jej osobista Droga Krzyżowa, po której spotkała ją śmierć i miejmy nadzieję, że też Zmartwychwstanie. Przed godziną 13 wyszłam z ciepłego pomieszczenia i udałam się przed klasztor. Uroczystość rozpoczęła się odśpiewaniem Gorzkich Żali, obyło się jednak bez kazania pasyjnego. Trochę wydawało mi się to dziwne, bo jednak człowiek przyzwyczaja się do pewnych rzeczy i machinalnie ich oczekuje. Tym razem jednak zamiast kazania na scenie pojawili się żołnierze grający na trąbkach a za nimi weszli Pan Jezus z Apostołami. Nastąpił obrzęd obmycia nóg apostołom przez kustosza sanktuarium, ojca Azariasza Hessa, następnie wygłoszenie okolicznościowego kazania. Po kazaniu wierni byli świadkami ustanowienia przez Chrystusa sakramentu Eucharystii oraz niezrozumiałego zachowania Judasza. Kiedy Judasz zniknął uformował się orszak zmierzający z Synem Bożym i jego uczniami do Ogrójca. Wcześniej jednak zatrzymaliśmy się przed kaplicą św. Rafała Archanioła, gdzie usłyszeliśmy pierwsze z okolicznościowych kazań. Następnie ruszyliśmy w dół wzniesienia. Udało mi się trzymać powrozu okalającego Pana Jezusa i uczniów, dzięki czemu trochę lepiej mi się szło. Nie uchroniło mnie to jednak od wywrotki, ponieważ mokra trawa i błoto tworzą mieszankę iście lodowiskową. W dodatku zaczął sypać się śnieg, który coraz bardziej wdzierał mi się pod kurtkę, a i mokre spodnie nie grzały. Przy poszczególnych stacjach odgrywane były scenki oraz wygłaszano homilie, których głównym bohaterem, a jakże by inaczej, był papież Jan Paweł II, którego dziesiąta rocznica śmierci przypadła właśnie tego dnia. Po 17(czyli 4 godzinach) zrezygnowałam z drogi i postanowiłam podjechać do znajomych w Wadowicach, aby się trochę wysuszyć. Może i jestem słaba, ale wolałam nie ryzykować choroby.
























Nazajutrz już o 5 byłam na nogach, ponieważ o 6 miało miejsce poranny sąd u Kajfasza, a także powieszenie się Judasza. Oczywiście nikt się nie wieszał, a raczej była to tylko symboliczna śmierć, bo między gałęziami dyndał sznur. Następnie udaliśmy się pod Poncjusza Piłata, który odesłał nas do Heroda. Ja jednak zostałam przy Piłacie, bo jednak warunki na drodze było jeszcze gorzej niż dzień wcześniej. I tak nie uniknęłam upadku, jeszcze na tyłek, na szczęście pożyczone od Ani palto sprawiło, że przynajmniej tyłek miałam czysty i suchy. Muszę sobie takie kupić bo to nie żadna folia, lecz mocniejsze tworzywo. Żałowałam tylko, że nie miałam ze sobą rękawiczek, ponieważ jak się okazało, suszyły się na kaloryferze w Wadowicach. Tak też można. Wracając jednak do Misterium, to po powrocie Jezusa od Heroda, uwolnienia Barabasza i skazaniu Syna Bożego na śmierć, na mównicy pojawił się kardynał Stanisław Dziwisz. Wyraził dumę, że tyle ludzi przyszło na Kalwarię, mimo niesprzyjającej pogody. Następnie ruszyliśmy w Drogę Krzyżową, która miała jedynie 10 stacji. Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. W tym roku rozważania oparte były na kilku wezwaniach Litanii do Najświętszego Serca Jezusowego. Tym razem, ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne, nie szłam tak jak w zeszłym roku za powrozem. Nic nie szkodzi, w życiu nie trzeba mieć wszystkiego, a i dla mnie było to bezpieczniejsze. Przynajmniej było mniejsze ryzyko, że podczas mojego upadku inni mnie podepczą. Najgorzej było zejść od Piłata, bo to właśnie tam wywinęłam orła. Na szczęście nic mi się nie stało. Myślałam, że będzie problem z wyjściem pod górę trzeciego upadku, na szczęście błoto na kamieniach nie okazało się tak śliskie, jak to zmieszane z trawą. Po ostatniej stacji Drogi Krzyżowej, gdzie w krużgankach udzielano wiernym Komunii Świętej. Z krużganków wysłuchałam też Liturgii Wielkiego Piątku, ponieważ wedle zwyczaju, tego dnia nie odprawia się Mszy świętych. Trochę było mi zimno, bo z domu wyniosłam zwyczaj niejedzenia nic w ciągu trzech dni w roku: Wigilii, Środy Popielcowej oraz właśnie Wielkiego Piątku, toteż organizm nie miał wystarczającej ilości energii do ogrzania ciała. Na szczęście miałam ze sobą termos gorącej, gorzkiej herbaty, którą popijałam w chwilach kryzysu.

































Dla wielu ludzi Misterium Męki Pańskiej odgrywane na kalwaryjskich ścieżkach może był wspaniałym widowiskiem, czy też spektaklem. Dla mnie jest tajemnicą. Tajemnicą sprzed 2000 lat, w której zawarte jest zbawienie nawet największego grzesznika. Co tam niewygody podróży, noclegu, burczący brzuch z głodu, zziębnięte ciało. Przecież Jezus poniósł dla mnie o wiele większą ofiarę - swoje życie. Na szczęście nie miałam moich bóli brzucha, co bardzo ułatwiło mi pielgrzymkę. Więc Bóg naprawdę potrafi interweniować w nasze życie w zaskakujący sposób.

Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony klasztoru

2 komentarze:

  1. Niesamowite przeżycie! Może nam też uda się kiedyś tam dotrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam serdecznie, bo naprawdę warto :)

      Usuń