Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Dzieciństwo osoby niepełnosprawnej nie musi być wcale złe

Dzisiaj przypada jeden z najważniejszych dni dla najmłodszych obywali naszego kraju - Dzień Dziecka. Warto tutaj wspomnieć, że jego początki sięgają roku 1954 i jest obchodzony we wszystkich krajach członkowskich ONZ. Jednocześnie nie wszędzie obchodzi się go 1 czerwca - we Francji przypada on 6 stycznia, jako Dzień Rodziny, w Japonii aż dwa razy, bo 3 marca i 5 maja, zaś Organizacja Narodów Zjednoczonych, jako całość, czci ten dzień 20 listopada w rocznicę uchwalenia Deklaracji praw dziecka. 
W takich dniach zastanawiam się jakie było moje dzieciństwo jako osoby niepełnosprawnej ruchowo. I muszę przyznać, że pomimo zaliczenia przysłowiowego falstartu z pojawieniem się na tym świecie(aż dwa i pół miesiąca przed czasem, co przy warunkach w początku lat 90 ubiegłego wieku było czymś ciekawym), oraz czterech lat nicnierobienia(w szczegóły nie będę wnikać) było ono fantastyczne.
Dziecięce porażenie mózgowe wykryto u mnie dopiero w wieku czterech lat. Choroby współtowarzyszące wykryto albo wcześniej(np. pęcherz neurogenny), albo później(alergie pokarmowe i wziewne). Od tego czasu zaczęła się walka o jak największą moją sprawność. Nie było to łatwe, ponieważ miałam cztery lata w plecy. Na szczęście o ile fizycznie byłam na poziomie kilkumiesięcznego szkraba(nawet siedzenie w krzesełku przypięta pasem było dla mnie nie lada wyzwaniem), to umysłowo rozwijałam się znakomicie. Zresztą moje życie, pomijając oczywiście rehabilitację, niczym nie różniło się od życia przeciętnego przedszkolaczka lat 90. Rano na kilka godzin trafiałam do przedszkola, gdzie m.in. nauczyłam się jeść łyżką i widelcem, a następnie do szkoły, po czym popołudnia spędzałam w domu z rodzicami, albo na spacerach. Tak jak inne dziewczynki miałam lalki, które woziłam w wózku i dawałam im jeść. "Gotowałam" rodzicom obiad, "leczyłam", gdy byli "chorzy". Z zainteresowaniem słuchałam czytanych bajek oraz słuchowisk w radiu, lubiłam układać puzzle, klocki i inne układanki. Pomimo kłopotów z utrzymaniem w palcach kredek(prawda jest taka, że rysowałam i dalej rysuję, trzymając przybory w zaciśniętej lewej dłoni) kochałam zapełniać kolejne kartki bloku rysunkowego oraz kolorowanek.
Cieszę się, że rodzice nie wstydzili się mnie, nie chowali przed światem. Często jeździliśmy do wujka ze strony mamy mieszkającego pod Białymstokiem, a także do brata taty w góry. Oboje mieli sporą gromadkę dzieci, toteż miałam z kim się bawić. Trochę się pewnie irytowali kiedy nie mogli mnie zrozumieć, pamiętam jednak taką sytuację, kiedy kuzynki ścigały się moim i ich brata wózkiem i kiedy obydwoje z kuzynem równocześnie wylecieliśmy z naszych bryk niczym z katapulty. Było śmiesznie, a za razem kuzynki nauczyły mnie wielu zabaw, które wykorzystuję w pracy z dziećmi w Oratorium. Poza tym chodziliśmy do lasu i na pobliskie łąki. W rodzinnym mieście zaś królowały place zabaw pod blokiem, a zwłaszcza huśtawki, na których mogłam spędzać całe dnie. Lubiłam też karuzele oraz wycieczki do cyrku.
Na pozór mogłoby się wydawać, że życie dziecka niepełnosprawnego to samo cierpienie i ból, że jest ono wypełnione rehabilitacją i terapiami. Nic bardziej mylnego. Nawet najbardziej upośledzone umysłowo dzieci potrzebują chwili wytchnienia i jakiejś rozrywki. Może to być taniec w wózku albo na rękach mamy w rytm muzyki, "rozmowa" z dzieckiem, pójście na spacer. Wbrew powszechnemu przekonaniu my też chłoniemy świat, może inaczej, a jednak, my też jesteśmy jego częścią. To nie jest tak, że niepełnosprawni nic nie rozumieją, nie odbierają tego świata. Zresztą jak można oceniać kogoś, po zewnętrznym widoku!
Osobiście poczytuję kilka blogów prowadzonych przez mamy niepełnosprawnych dzieci. Kibicuję im z całego serca, czasami wesprę jakimś słowem. Nie sposób przejść obojętnie obok dzielnego Franka, walecznego Aleksa, Zoszki-Radoszki, śpiącej Agusi, Antka, Szymona i Michała, Wojtka, Huberta, Binaszki, Boryska, Olusia, Ignasia, Natalki, braci Peterczyc, Marcelka i Aleksa, Dawidka, czy też Łukasza i Bartosza Jaszczur. Wszystkim im życzę samych szczęśliwych dni w swoim życiu tym, które mają. Chociaż każde z nich zmaga się z inną chorobą, to jednak są jeszcze dziećmi. I mają pełne prawo być szczęśliwe jak inni.

2 komentarze:

  1. Dziękujemy za życzenia :)!
    Beztroska bije ze zdjęcia - cudownie, że Twoi rodzice w latach 90-tych byli tak otwarci i wypychali Cię do świata :)
    Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Karolino! Z opóźnieniem, ale odczytałam i komentarz i ten post.
    Dziękuję, że mnie do niego przyprowadziłaś :) Bardzo się wzruszyłam, bo akurat takiej perspektywy potrzebuję w tej chwili, a Ignaś jest za mały, by się ze mną sobą tak podzielić...
    I wiesz co? Wrzucam Cię do moich "Ulubionych blogów", bo myślę, że to bezcenne mieć możliwość spotkania się "matki" z "dzieckiem"- jeśli domyślasz się, co mam na myśli :)
    Jednocześnie bardzo ci dziękuję za słowa wsparcia, które zostawiasz pod moimi wpisami właśnie wtedy, kiedy tego akurat potrzebuję. Tak jakbyś intuicyjnie to wyczuwała....
    To ogromna umiejętność i wartość w moich oczach.
    Pozdrawiam cię i dzięki, że to Ty mnie znalazłaś :)

    OdpowiedzUsuń