Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 28 lipca 2015

Gorliwość nie zawsze popłaca, czyli o zakończeniu pewnego etapu w życiu

Udałam się dzisiaj na moją byłą uczelnię, w celu wypełnienia zaświadczenia o średniej uzyskanej za studia licencjackie. Co prawda mam mieszane uczucia związane z katowickim AWFem, a po otrzymaniu listu z wiadomością o skreśleniu z listy studentów postanowiłam nie przekraczać progu tej uczelni, to jednak sytuacja życiowa zmusiła mnie do schowania ambicji do kieszeni i jednak udać się do niej. Bądź co bądź licencjat dobrze wspominam, mimo że z nauką bywało różnie. Jeszcze wczoraj sprawdzałam na stronie wydziału, czy dziekan będzie dzisiaj dostępny, wszak jego podpis był niezbędny do zaświadczenia. Był! To się naprawdę rzadko zdarza, dlatego byłam podwójnie zadowolona. Wystarczyło tylko wydrukować jedną stronkę i podjechać rano do Katowic. Wyjątkowo szczęśliwa jechałam na uczelnię. Weszłam do dziekanatu pytając się o doktora H, a jednocześnie pokazując karteluszkę. Skierowano mnie do pokoju 219. Poszłam. Przed pomieszczeniem czekałam dobre 40 minut - ktoś omawiał z wykładowcą swoją pracę licencjacką/magisterską/doktorancką(?). Ok. doczekałam się. Wchodzę do pokoju kierując się stwierdzeniem, że do odważnych świat należy. Doktor mnie poznał, nawet ucieszył się na mój widok. Ale na kartki już nie. I wysłał mnie do dziekanatu, aby tam ją wypełnili. Ku mojemu zaskoczeniu zrobili to od ręki, bez zbytniego marudzenia. A pamiętam jak jeszcze kilka lat temu na pytanie "Co chcielibyście zmienić na uczelni", całym chórem potrafiliśmy odpowiedzieć: "Panie w dziekanacie!". A tutaj taki szok w pozytywnym tego słowa znaczeniu. I okazało się, że gdybym nie była taka gorliwa w interpretacji zapisku "podpis dziekana", to załatwiłabym całą sprawę o wiele szybciej. Tym bardziej, że dziekan nie ma średnich studentów z ostatnich 5 lat. Na szczęście ja wiedziałam, że wynosiła ona jedyne 4,05. I taką mi wpisali. W trzy minuty :). Na szczęście z opowieści pań z dziekanatu wynika, że nie tylko ja jestem takim gagatkiem, co nieco mi ulżyło. A potem udałam się na praktyki. Ale to już temat na osobny post. Wychodząc z uczelni zdałam sobie sprawę z tego, że zostawiam za sobą pewną część swojego życia. Ale tak to już jest, że czasami trzeba z czegoś zrezygnować, żeby pójść do przodu. Mam tylko nadzieję, że uda mi się spełnić niektóre z moich marzeń. Staram się stawiać cele realne do osiągnięcia. Ale czasami potrzeba do tego nie tylko wytrwałości...

2 komentarze:

  1. No proszę, za" moich czasów" panie z dziekanatu też nie cieszyły się specjalna miłością studentów...
    Tym bardziej cieszy Twoja relacja:) Gratuluję średniej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Inna Mamo, wszystko zależy od podejścia babek do studentów. O ile na AWFie była w tym sensie tragedia(potrafiły nawet rzucić w studenta indeksem, aż ten się rozpadł), o tyle na Uniwersytecie Papieskim potrafią nawet zaparzyć studentowi herbatę, kiedy ten musi chwilę zaczekać na dziekana. Dlatego w wtorek byłam szczerze zaskoczona ich zachowaniem. Może były na jakimś szkoleniu, czy co? Co do średniej to mogłaby być wyższa, gdyby Lolek bardziej się postarał...

      Usuń