Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 21 lipca 2015

Już pożegnania nadszedł czas...

Pamiętam, jak jeszcze w sobotni wieczór, tuż po powrocie z turnusu nad morzem, pakowałam się na nowo na kolejny wyjazd, tym razem na doroczny obóz sportowy klubu sportowego, w którym trenuję lekką atletykę. Szczerze powiedziawszy, to był pierwszy tego typu wyjazd, na który wahałam się, czy jechać. Tak jak pisałam w poście z dnia 11 lipca, w sobotę miałam temperaturę, skutkiem czego nie pojechałam na wycieczkę organizowaną przez parafialne półkolonie. Do tego dochodzą moje dziwne bóle brzucha o nieznanym jak na razie podłożu, ale to akurat jestem w stanie znieść. No, chyba że mnie nagle złapie kłucie, to wtedy jest gorzej i muszę się położyć. Bardziej jednak dokuczał mi ten kaszel. Zastanawiałam się co będzie, jeżeli okaże się, że mój stan zdrowia jest jednak poważny, wszak do piątku 10 tylko mnie kaszlało. Co prawda odkrztuszałam lepką wydzielinę, ale nie towarzyszyła temu podwyższona temperaturę. Na początku jeszcze myślałam, że jest to kaszel alergiczny, wszak alergię mam na masę rzeczy, jednak ten mokry kaszel i brak poprawy po zażyciu środka antyalergicznego nie pozostawiały mi żadnych złudzeń. Kupiłam sobie "Mucosolvan" w tabletkach, w nadziei, że mi przejdzie. A tutaj klops. Oczywiście w sobotę rozważałam możliwość, że dzwonię do prezesa klubu, że jednak nie jadę, albo dojadę później, jednak przypomniawszy sobie jak usilnie prosił mnie, abym przeniosła praktyki na późniejszy termin, nie miałam serca tego robić. Tym bardziej, że miejsce obozu znajdowało się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od mojego domu(z Zawiercia jedzie nawet do nas pociąg i właśnie w taki sposób rok temu dojechałam kilka dni później do reszty) i w razie gwałtownego pogorszenia stanu mojego zdrowia, mogłam w miarę szybko wrócić z powrotem. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Co prawda oszczędzili mnie podczas porannego rozruchu(czyli nie biegałam z biegaczami, paradoksalnie, ponieważ większy wysiłek powodował u mnie mocny atak kaszlu) oraz wypraw na basen (buuu, a tak chciałam przedyskutować z trenerem pływaków mojego nieszczęsnego pseudodelfinka), ale z resztą rzeczy nie było zmiłuj. Tak samo jak inni brałam udział w wyścigach rzędów(przez przypadek wydałam jedną z moich w-fistek twierdząc, że w pierwszej gimnazjum nie mieliśmy czegoś takiego, oj, pani B. będzie miała przekichane we wrześniu hi, hi, hi!), grach zespołowych takich jak policjanci i złodzieje, dwa ognie, łapanka i ringo(to pierwsze jeszcze jakoś szło, nawet udało mi się ponownie schować tak w krzakach, że mnie nie znaleźli, jednak z grami łapanymi sobie nie radziłam z powodu spastyki dłoni buuu), podbijaniu piłki oraz skokach przez skakankę. Tak samo jak reszta pojechałam do jaskini głębokiej, o czym pisałam tutaj, nad tutejsze jezioro, a w niedzielę do skansenu grodu średniowiecznego obok Ogrodzieńca. I chociaż każdy wysiłek kończył się u mnie napadem kaszlu, to z uśmiechem podejmowałam każde wyzwanie. Zwłaszcza, że prezes niemal codziennie serwował mi seansik w saunie oraz grocie solnej. Tak, abym się wygrzała i oczyściła sobie zatoki. Kurcze, takiego przeziębienia dawno nie miałam, przez co po saunie nie mogłam wskoczyć zgodnie z procedurą do basenu. Oczywiście dostałam też reprymendę od mojej byłej trenerki, że niby ją zaraziłam, ja jednak się tym nie przejęłam. Znam ją i jej pomysły od jakiś... hmmm... piętnastu lat i wiem, czego mogę się po niej spodziewać. Poza tym opanowałam technikę nalewania sobie kompotu do szklanki oraz zupy do talerza bez rozlewania wszystkiego dookoła, a także donoszenia talerza z szwedzkiego stołu do stolika, bo z tym też różnie bywało. Herbaty jeszcze sama nie donoszę - zawsze prosiłam o to moją współlokatorkę. Na szczęście skończyły się już czasy, kiedy wychowawcy sprawdzali, czy to co Loluś ma na talerzu jest zgodne z tym, co może jeść przy swojej alergii pokarmowej i refluksie żołądkowym. W końcu ma się prawie te 25 latek i  samemu jest się świadomym co można jeść, a co nie. A wracając do wieku, to dziewczyny z mojego pokoju oceniły mnie na... 12 lat. Nieźle, co? Dzisiaj zaś był chrzest nowych obozowiczów i z samego rana wszyscy poszliśmy zbierać szyszki, po których później "zapchlone koty" musiały przebiec. Akurat ja stałam na tej stacji i pomagałam innym, zwłaszcza maluszkom i niewidomym, poprzez podanie im ręki. Najbardziej zadziwił mnie swoją pomysłowością J., chłopiec z krótszą jedną nóżką. Przeszedł po szyszkach... na czworakach. Zuch chłopak! Oprócz stania na stacji do mnie należało również ułożenie przysięgi ślubowania po przejściu całego toru przeszkód. Odniosłam się w niej nie tylko do sportu, ale też i do życia codziennego. A wieczorem zamiast kolacji było ognisko z kiełbaskami i podsumowaniem całych 10 dni. Tradycyjnie mieliśmy jeden wypadek, skutkujący umieszczeniem ręki jednego z uczestników w szynie, poza tym jeden chłopiec zatruł się czymś, no i moje przeziębienie było jedynymi chorobami na obozie. Każdy uczestnik dostał dzisiaj dyplom uczestnictwa, a mój pokój dodatkowo nagrody za największą czystość. Na początku obozu zostaliśmy podzieleni na dwa rywalizujące ze sobą zespoły. Dzisiaj ogłoszono wyniki i okazało się, że zespół w którym ja byłam bezapelacyjnie wygrał. A teraz trzeba się pakować tak po prostu. I wrócić do szarej rzeczywistości.

Muszę jednak przyznać, że warunki mieszkaniowe w tym roku miałyśmy świetne. Dwupokojowy apartament, w każdym pokoju po dwa łóżka. Pierwszy pokój był tak przestronny, że spokojnie osoba na wózku mogłaby po nim manewrować. Co prawda w naszym pokoju nie było takież, aczkolwiek chcę to zaznaczyć. Do tego przestronna łazienka z licznymi podpórkami, brodzikiem i wanną. W pokoju mieliśmy też telewizor plazmowy, wi-fi, lodówkę, w samym budynku były dwie windy, a także brak progów i liczne podjazdy. Teren przyjazny, w lesie, z dala od huku. Można odpocząć, zrelaksować się. Żyć nie umierać.

Dostaliśmy zaproszenie na następny rok, ja jednak z powodu Światowych Dni Młodzieży, które przypadają w tym samym terminie, z niego nie skorzystam. Prezesik wyraził ubolewanie w tej sprawie, ale jakoś będzie musiał to przeżyć. A ja wracam do domu z rozwalonymi klapkami, obdartym prawym kolanem, obolałym prawym, prawie brakiem kaszlu oraz nowymi okularkami do pływania i koszulką. To ostatnie w ramach nagród za najczystszy pokój oraz pierwsze miejsce drużynowo. A przed nami "Zielona noc". Będzie się działo...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz