Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 18 lipca 2015

W kilku zawsze jest raźniej

Ja, Ania, Patrycja, Agata, Dorotka, Gosia, Marcin, Asia, Michał jeden, Michał drugi, Krystian, Agnieszka, Rafał, Kasia... Swego czasu tworzyliśmy całkiem niezłą grupę nazwaną "Oratorium księdza Bosko", na której czele stał nieoceniony ksiądz Wojtek. Jak to się stało, że trafiłam do Oratorium? Z większością dziewczyn z grupy znałam się jeszcze ze scholi. A że zawsze traktowały mnie na równi ze sobą, pełnosprawnymi, pewnego razu postanowiłam do nich dołączyć. Traf chciał, że poszłam na spotkanie, którego nie było. Ale może to i lepiej, przynajmniej miałam okazję pogadać z nowym opiekunem wspólnoty - księdzem Wojtkiem. Pomimo moich obaw nie miał problemów ze zrozumieniem mojej wymowy. Co więcej, z czasem stał się moim księdzem spowiednikiem, jak zresztą wszystkich członków wspólnoty. Wróćmy jednak do samego Oratorium. Kolejne spotkanie, już naprawdę, było tydzień później. Wszyscy przyjęli mnie na nim bardzo serdecznie, wręcz z otwartymi rękoma. Tego dnia była próba śpiewu przed niedzielną Mszą świętą. Czyli coś, co Lolki lubią najbardziej. Oczywiście po pierwszej próbie nie ośmieliłam się iść na Mszę śpiewać, a raczej zostać po Mszy na której śpiewałam ze scholą, ale po drugiej i owszem. A że tego dnia miałam 20 urodziny, to śpiewanie do mikrofonu potraktowałam jako prezent na nie. Od tego momentu przez przeszło dwa lata wspierałam wspólnotę w różnych przedsięwzięciach nie tylko muzycznych, ale też wolontariackich. Półkolonie wakacyjne i feryjne, popołudniowa i weekendowa praca z dziećmi to były momenty, podczas których zacierała się przepaść pomiędzy osobami pełnosprawnymi, a mną. Nie wspomnę już o tych wszystkich Mszach świętych, nabożeństwach oraz akademiach, w których brałam czynny udział. A nasza pomyłka podczas parafialnego festiwalu piosenki maryjnej? A piątkowe spotkania na bilardzie i ping-pongu? Tam nikt nie zważał na to, że Lolek nie trafia kijkiem w bile, albo paletką w piłeczkę. Tam liczyło się, że Lolek jest. Oratorium to także była wspólna modlitwa w oratoryjnej kaplicy. Cicha, spokojna, z głębi serca, poprzedzona fragmentem czytania z Pisma Świętego oraz krótkim objaśnieniem usłyszanych słów. A że kaplica jest bardziej kameralna od kościoła, to łatwiej było się skupić. Sielankę przerwało przeniesienie księdza Wojtka do innej parafii nawet do innego województwa, a żaden inny ksiądz nie potrafił nas aż tak ogarnąć jak on. Owszem, zdarzały się różne zatargi i sprzeczki, jednak moc wspólnoty i  wzajemne zaufanie zawsze zwyciężały. Teraz nie ma już naszego oratorium, ale zostały przyjaźnie, które przetrwały po dzisiejszy dzień. Bo przyjemnie jest dostać takiego zwyczajnego SMSa z pytaniem "Cześć Lolek, co u Ciebie słychać?". O życzeniach urodzinowych i świątecznych nie wspominając. Pozostały też piękne wspomnienia i radość, że przynajmniej przez jakiś czas było tak po prostu normalnie, a zarazem tęsknota za tym, co przeminęło.
Z biskupem - marzec 2011
Wigilia wspólnotowa 2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz