Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 18 sierpnia 2015

"Mały Książę" - bajka nie tylko dla dzieci

- Lolek, cie ciecia! - głos Słowiczka wyrwał mnie z zamyślenia. Wszyscy w autobusie odwrócili się w naszą stronę. Co to jest cieciu? Bo raczej nie chodziło tutaj o powszechną definicję tego słowa. Odwoziłam akurat maluszka do domu, bo jego tacie coś wypadło i nie mógł po niego przyjechać.
- Cie-cia! Cie-cia! - siedmiolatek powtarzał, jakby był w transie.
- Co to jest cieciu? - spytałam go cicho.
- W kino idzie - odpowiedział mi śliczny blondynek. Szybko przeanalizowałam w swojej głowie repertuar kinowy z szczególnym uwzględnieniem pozycji dla dzieci.
- Czy chodzi ci o "Małego księcia"? - zapytałam już nieco głośniej.
- Ta! Cieciu! Cieciu!
- No dobrze Słowiczku, ale to ja wybieram dzień i godzinę.
Trudno mi było odmówić rozkosznemu dziecku wybrania się z nim do kina, zwłaszcza, że "Mały Książę" jest jedną z moich ulubionych książek. Pamiętam jak w gimnazjum przeczytałam książkę jednym tchem, żałując że skończyła się tak szybko. Wbrew pozorom najbardziej do gustu przypadła mi postać Lisa - zwierzęcia, które w większości bajek podawane jest jako symbol chytrości i przebiegłości, a tym razem przekazywało przybyszowi z innej planety piękne wnioski dotyczące miłości i przyjaźni. Skończyło się oczywiście tym, że podczas jakiegoś przedstawienia "Małego Księcia" dostałam rolę właśnie lisa. I tylko pozostał żal, że nie posiada się z tego spektaklu żadnego zdjęcia. Tym bardziej, że jego sukces był ogromny - graliśmy go nawet w ościennych miastach. Potem napisałam nawet dalszą część przygód chłopca z planety B-16. Trochę naiwną, ale zawsze. 
Korzystając z przywileju wybrania dnia i godziny przedstawienia zdecydowałam się na dzisiaj(Helios akurat we wtorki sprzedaje tańsze bilety), godzina 15:00, Sosnowiec. Miasto zostało wybrane nieprzypadkowo, ponieważ kino w nim sprzedaje najtańsze bilety w okolicy(wbrew pozorom jest różnica między 12, a 14 zł, za to 2 zł. mogłam kupić młodemu popcorn w "Biedronce" i zaoszczędzić kolejne pieniądze). Zgodnie z umową tata przywiózł Słowiczka pod budynek kina za kwadrans 15. Seans zaczynał się akurat o równej 15, więc ptaszynka nie zdążyła ani się znudzić, ani tym samym zbytnio narozrabiać. Ku mojemu zaskoczeniu nie było nawet tak dużo ludzi, dzięki czemu usiedliśmy w jednym z górnych rzędów na samym środku. Idealna pozycja. Jeszcze tylko przesypałam Słowiczkowi popcorn do specjalnie przygotowanego pojemnika z kartonu i z niecierpliwością czekaliśmy na film.
Szczerze powiedziawszy spodziewałam się jakiejś historyjki typowo dla dzieciaków opartej na książce. Tymczasem kolejny raz zobaczyłam pomysłowo przedstawioną adaptację książki, w której reżyser zawarł to co najważniejsze. Mała Dziewczynka o nieznanym imieniu przeprowadza się wraz z despotyczną mamą do nowego domu w ekskluzywnej dzielnicy. Kobieta planuje przyszłość swojego dziecka, chce je posłać do najlepszej szkoły, z dokładnością co do minuty tworzy plan jej każdego dnia. Tymczasem Dziewczynka jest tylko dziewięcioletnim dzieckiem, które potrzebuje też czasu na zabawę. Pewnego dnia w jej ręce trafia strona z dziwnym zapiskiem o jakimś chłopu, który przybył z innej planety. Jeszcze tego samego dnia odkrywa, że należy ona do jej sąsiada, staruszka będącego w przeszłości pilotem. Mężczyzna zaczyna opowiadać Dziewczynce najpiękniejszą przygodę, jaka zdarzyła się w jego życiu - spotkaniu Małego Księcia.
Muszę przyznać, że cały film oglądałam z zapartym tchem. I chociaż znałam treść książki, to jej przekazanie mnie zachwyciło. Reżyser miał wspaniały pomysł z przekazaniem jej w formie wspomnień pilota. Nie oszukujmy się, książka była napisana w latach 30 XX wieku, kiedy realia życiowe były trochę inne niż obecnie. Tymczasem widz widzi na filmie współczesne osiedla, nowoczesne samochody, komputery, rodziców podążających za karierą i nie mających czasu dla swoich pociech. I w tych wszystkich cudach współczesnego świata pojawia się staruszek cofający świat o kilkadziesiąt lat. Ładna grafika przyciąga uwagę, tak samo jak nastrojowa muzyka. Trochę zaskoczyło mnie zakończenie filmu, ale w końcu reżyser ma prawo do swojej wizji przekazu i dopisywania własnej historii. Film jest naprawdę ładnie i zrozumiało dla najmłodszych nakręcony. Słowiczek ani razu o nic nie zapytał, a to coś znaczy. A mnie się marzy zdążyć zobaczyć jeszcze "Papierowe miasta". Książkę czytałam, bardzo przypadła mi do gustu, teraz pora na ekranizację. Tylko kiedy to zrobić, skoro nie ma czasu?

2 komentarze:

  1. Wybierzemy się na bank! :) "Mały Książę" zdecydowanie jest moim idolem i wcale nie przeraża go mój PESEL :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, "Mały Książę" jest dobry dla każdego, a na seansie były nawet babcie z wnukami

      Usuń