Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 15 sierpnia 2015

Wyjątkowa książka o wyjątkowej osobie na wyjątkową rocznicę

Wczoraj wedle kalendarza katolickiego przypadło wspomnienie franciszkanina - Maksymiliana Marii Kolbego. Nawet w jednym z kościołów w moim mieście odbył się odpust z tego powodu(patronem parafii jest właśnie św. Maksymilian Kolbe). Dlatego dzisiaj chciałabym Wam polecić niezwykłą książkę zawierającą nie tylko biografię pierwszego świętego ogłoszonego przez papieża Jana Pawła II, ale i komendanta obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu - Rudolfa Hossa. Recenzja została napisana kilka lat temu na potrzeby portalu sztukater, promującego kulturę. Niestety sama książka gdzieś zaginęła. Wielka szkoda, ponieważ jest jedną z lepszych, jakie czytałam w ostatnich latach.

Tytuł: "Czterdzieści siedem lat życia"
Autor: Władysław Kluz OCD
Wydawnictwo: Wydawnictwo Ojców Franciszkanów Niepokalanów
Niepokalanów, 2006
Liczba stron: 328

                Czy czterdzieści siedem lat życia to dużo, czy mało? W świetle ludzkiego myślenia mało. Wiele razy mijając tablicę z nekrologami słyszę biadolenie staruszek: „Boże, zmarł w wieku czterdziestu siedmiu lat. Był taki młody. Jeszcze mógł pożyć”. Jednak w Bożym rozumowaniu to wystarczający czas, aby wykazać się zarówno heroicznością swoich cnót, jak i okrucieństwem wobec drugiego człowieka. Właśnie tyle, czterdzieści siedem lat, żyło dwóch niezwykłych ludzi – franciszkanin ojciec Maksymilian Maria Kolbe oraz twórca i komendant obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, Rudolf Hoss. Pierwszy z nich odznaczył się prawdziwą świętością decydując się na śmierć głodową w bunkrze w zamian za ojca rodziny, Franciszka Gajowniczka. Drugi wykazywać bezwzględność wobec osób przebywających w stworzonym przez niego piekle, bez mrugnięcia okiem wysyłał go komór gazowych nawet małe dzieci.
                O książce OCD Władysława Kluza, „Czterdzieści siedem lat życia”, usłyszałam podczas wielkopostnych rekolekcji w mojej parafii. Ksiądz rekolekcjonista tak ją zareklamował, że jeszcze tego samego dnia zamówiłam ją sobie w jednej z internetowych księgarni. Z niecierpliwością czekałam, aż kurier przyniesie ją do moich drzwi. Wreszcie po kilku dniach usłyszałam zbawienny dzwonek do drzwi, a po chwili trzymałam w dłoniach książkę w twardej, pięknej okładce przedstawiającej obydwoje jej bohaterów po dwóch stronach ogrodzenia oświęcimskiego obozu koncentracyjnego. Jednak czytelnik widzi tylko postać Maksymiliana Marii Kolbego. Rudolf Hoss jest przedstawiony jako cień człowieka, czarna sylwetka mająca na sumieniu tysiące niewinnych dusz.
                Autor podzielił biografię obu bohaterów na kilka rozdziałów obejmujących poszczególne dekady, bądź kilka lat z ich życia. Dodatkowo każdy okres czasu podzielono na rozdział A, odnoszący się do życia i działalności Rajmunda Kolbego, który w zakonie przyjął imię Maksymilian Maria oraz rozdział B, opisujący życie syna despotycznego ojca, Rudiego Hossa. Na początku ich życie wygląda podobnie – oboje pochodzą z katolickich rodzin, Hoss w dzieciństwie nawet służy do Mszy świętej. Wszystko zmienia się, kiedy ksiądz u którego spowiadał się chłopiec, idzie do jego ojca poskarżyć, że Rudi podłożył nogę szkolnemu koledze, przez co on złamał sobie nogę(co ministrant wyznał duchownemu podczas spowiedzi). Zdradzony chłopiec odsuwa się od kościoła. Po śmierci ojca wstępuje do wojska, podczas I wojny światowej. Po wyjściu z więzienia, w którym siedział za zabicie Waltera Kadowa, wstępuje do Związku Artamanów. Po 1933 roku zostaje skierowany do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie pracuje w oddziale wartowniczym oraz zarządzie obozu. Nabrawszy wprawy w kierowaniu takim przedsięwzięciu, 4 maja 1940 roku Rudolf zostaje mianowany komendantem powstającego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, który okazał się obozem śmierci. Tam spotkał się z niezwykłym franciszkaninem, Maksymilianem Marią Kolbe.
                Rajmund był od niego o sześć lat starszy. Chociaż urodził się w Zduńskiej Woli, dzieciństwo spędził w Łodzi i Pabianicach. Tam któregoś dnia modlącemu się Rajmundowi ukazała się Matka Boska. W rękach trzymała dwie korony – białą symbolizującą czystość i czerwoną, która oznaczała męczeństwo. Zapytała go, czy je chce. Chciał. Kilka lat później wraz z starszym bratem wstępuje do zakonu franciszkanów. Po ukończeniu edukacji w małym seminarium został wysłany na studia do Krakowa, a stamtąd skierowali go do Rzymu. Tam ukończył zarówno studia filozoficzne, jak i teologiczne. 28 kwietnia 1918 roku w Rzymie Kolbe przyjmuje święcenia kapłańskie. Przyjmuje wtedy imiona Maksymilian Maria. Po powrocie do wolnej Polski w 1919 roku postanawia, że ten kraj musi być królestwem Niepokalanej. Trzy lata później w Krakowie ukazuje się pierwszy numer Rycerza Niepokalanej. W 1927 roku w Teresinie, 42 kilometry od Warszawy, zakłada Niepokalanów. Kolbe pragnie poszerzyć swoją działalność i w 1930 roku wyrusza do Japonii, aby również tam założyć Niepokalanów. W 1931 roku zakłada tam nowicjat, a pięć lat później małe seminarium. Ojciec Maksymilian wraca do kraju. W czasie jego nieobecności jego dzieło podupada. Powoli udaje się je jednak podnieść. Kiedy wszystko wychodzi na prostą wybucha II wojna światowa. 19 września Niepokalanów zostaje zlikwidowany, a Maksymilian wraz z towarzyszami został umieszczony w obozie w Amtlitz, a następnie w Ostrzeszowie. Z tego ostatniego zostali zwolnieni 8 grudnia 1939 roku. Bracia wrócili do Niepokalanowa. Brat Kolbe został stamtąd ponownie zabrany w dniu 17 lutego 1941 roku na Pawiak, a ponad trzy miesiące później przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tam pociesza współwięźniów, niejednokrotnie oddając im swoje racje żywieniowe. Swoje czterdziestosiedmioletnie życie kończy 14 sierpnia, kiedy po dwóch tygodniach spędzonych w bloku śmierci zostaje dobity zastrzykiem z fenolu. Oddał życie za Franciszka Gajowniczka, który miał umrzeć za innego więźnia, któremu udaje się uciec z obozu.
                Istnieje plotka, że Rudolf Hoss spotkał się z ojcem Maksymilianem. Miało to się stać, kiedy na początku sierpnia wybierał osoby, które miały zginąć śmiercią głodową. Jak było naprawdę nie wiemy. Wiemy za to, że Rudolf Hoss został stracony 16 kwietnia 1947 roku w miejscu, w którym straciło życie tyle istnień. Wiemy, że wcześniej siedział w wadowickim więzieniu, gdzie poprosił o spowiedź. Tutaj kończy się historia tych dwóch postaci, ale tylko na pozór. Bo oto autor przenosi nas w czasie do dnia 17 października 1971. Na Placu Świętego Piotra papież Paweł VI ogłasza nowego błogosławionego – franciszkanina Maksymiliana Marię Kolbego. Wśród zgromadzonych znajduje się ubrany w garnitur siwiuteńki jak gołąbek staruszek – to Franciszek Gajowniczek, człowiek któremu nowy błogosławiony uratował życie. Teraz odwdzięczył się swojemu wybawcy niosąc w Darach kielich z krwią. A zaledwie jedenaście lat później papież Jan Paweł II zaznacza podczas Mszy świętej kanonizacyjnej, że można o Maksymilianie Marii Kolbem mówić jak o męczenniku za wiarę.
                Piękna książka, napisana pięknym językiem. Żałuję, że tak mało osób potrafi tak wspaniale opowiedzieć historię niezwykłych ludzi. Bo zarówno Maksymilian Maria Kolbe, jak i Rudolf Hoss do takich należeli. Niestety, tylko jeden z nich pokazał to określenie w pozytywnym tego słowa znaczenia.

1 komentarz:

  1. O widzę kolejną ciekawą lekturę, może kiedyś uda się mi ją przeczytać. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń