Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 3 października 2015

Czasami dzień jest zbyt krótki

Obudziłam się dziś z zamiarem pojechania do Krakowa w celu zakupu biletu semestralnego umożliwiającego poruszanie mi się komunikacją miejską. Pewnie niektórzy pytają się - po co mi taki bilet? Już wszystko wyjaśniam. 
W tym roku udało mi się ponownie złożyć papiery na studia drugiego stopnia z turystyki i rekreacji, tym razem na AWFie w Krakowie. Po roku oraz wielu rozmowach z osobami, które bardzo sobie cenię zrozumiałam, że byle anglistka nie może mnie pozbawiać możliwości zdobycia tytułu magistra, zwłaszcza z tak błahego powodu, jakim jest niezrozumienie mojej mowy. Jednak do AWFu w Katowicach zraziłam się bardzo i raczej szybko tam nie wrócę. Pozostało mi więc próbowanie swoich sił w rekrutacji na ten sam kierunek, ale w innej uczelni tego typu. Mój wybór nieprzypadkowo padł na Kraków, bo po 1. zaraz po Katowicach leży najbliżej mnie, a wiem, że nie dam rady opłacić akademika i mieszkania, po 2. - AWF w Krakowie cieszy się doskonałą opinią na temat poziomu nauczania i po 3 - i tak od roku studiuję w Krakowie turystykę religijną na Uniwersytecie Papieskim, więc teoretycznie powinnam wszystko jakoś pogodzić. A to się wiąże z ciągłymi dojazdami, ponieważ obie uczelnie dzieli od siebie odległość 9 przystanków, co daje ok. 20 minut jazdy. Widziałam plany obu uczelni i wiem, że bez IOS na AWFie się nie obejdzie. Ale to i tak w pewnym momencie daje aż 3x przejazd tramwajem w jedną i w drugą stronę. Co prawda ulgowy bilet 20-minutowy kosztuje 1,40, ale kiedy pomnożymy to choćby razy 6 to daje nam w sumie 8,40. Sporo, jak na kieszeń studenta.
Na szczęście w Krakowie istnieje wykupienie biletu semestralnego, ważnego aż przez 150 dni za 184 złotych. Koszt niemały, ale na pewno bardziej opłacalny niż ciągłe kupowanie jednoprzejazdówek. I myślę, że zwróci mi się tak samo szybko, jak miesięczne do Krakowa.
Korzystając z wolnego dnia pojechałam sobie do Krakowa. Idąc na przystanek autobusowy nie przypuszczałam, że będzie aż tyle ludzi. Suma sumarum zmuszona byłam stać te 80 minut, ale to nic, przecież nie można mieć wszystkiego. Na dworcu autobusowym wysiadłam w udałam się do miejskiej kasy biletowej. Mówię kasjerce spokojnie co chcę, a tu klops. Zrozumiała mnie, ale jednocześnie zaczęła mi mówić o wyrobieniu miejskiej karty. Serce zabiło mi mocniej, toż to nic na ten temat nie pisało na stronie Internetowej, a ja wzięłam pieniądze tylko na ten semestralny bilet. Na szczęście okazało się, że ta karta nic nie kosztuje. Ufff... kamień z serca.
Wróciłam na dworzec autobusowy, a tu okazuje się, że o 11:35 nie jedzie mi bus do Sosnowca. Nie ma to, jak być gapą! Następny miałam dopiero za godzinę. Usiadłam więc sobie na ławeczce z książką w ręce i czekałam. Ponownie okazało się, że muszę stać. Tyle tylko, że kierowca już mnie zna i wysadził mnie przystanek wcześniej. Dzięki temu mogłam zrobić zakupy. 
Zakupy w hipermarkecie robię w soboty. Raz, że tanio, dwa, że mam czas, trzy, że z domu wyniosłam, że niedziela jest dla rodziny i odpoczynku, a nie szlajania się po sklepach. Jeszcze przed wyjściem z domu zrobiłam sobie listę co kupić - a raczej co mi jest potrzebne, a co nie. Na szczęście potrzeba mi niewiele.
Do mieszkania przyszłam o 16. Idealna pora na obiad, czyli zupę jarzynową, niezabielaną śmietaną. Oczywiście musiałam nakarmić moją Pusieńkę, a następnie przebrać jej kuwetę. Mój czyścioszek błyskawicznie opanował gdzie ma się załatwiać. Zdążyłam jeszcze podlać moją paprotkę od J. oraz nastawić pranie i poszłam do kościoła na nabożeństwo różańcowe. A przy okazji wreszcie przystąpiłam do spowiedzi, bo wczoraj nie zdążyłam, a po Mszy świętej żaden ksiądz się nie kwapił, aby wyjść. Trudno, poszłam więc do domu. Na szczęście dzisiaj było inaczej.
Po powrocie do mieszkania zrobiłam sobie kolację, po której pozmywałam wszystkie naczynia i blaty szafek w kuchni, a następnie umyłam podłogę. Ponieważ w łazience doszło już pranie wyciągnęłam je i rozwiesiłam. Na koniec wzięłam się za kończenie prezentu imieninowego dla wikariusza w naszej parafii. Czy będzie z niego zadowolony? Zobaczymy. Chciałam jeszcze dzisiaj poukładać przeczytane książki na półkach, ale nie mam już siły. Na szczęście zdążyłam się już umyć, więc gaszę komputer i idę spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz