Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 29 października 2015

Gdzieś w sercu na dnie...

Powoli zbliża się listopad, miesiąc, który w naszej tradycji wiąże się z pamięcią o zmarłych. Również i mnie dopadła mała jesienna melancholia(co przy moim nadmiarze obowiązków nie powinno się zdarzyć). Chodziłam do szkoły z wieloma ludźmi, wiele z nich nie ma już wśród nas. Pierwsze odejście kogoś ze szkoły, jakie zapamiętałam, to była śmierć Moniki w 1999 roku, w Dzień Matki był jej pogrzeb. Co prawda byłam wtedy zaledwie w drugiej klasie podstawówki, Monika zaś ją kończyła. Ale rok wcześniej chodziliśmy do jednego oddziału i jej mama często przynosiła nam jakieś książki(pracowała bodajże w księgarni). Miała guza, zbyt późno wykrytego. Tak samo jak Dominika z zespołem Downa. Z tym, że Dominiki i tak by nie zoperowali z powodu wady serca. A pomiędzy nimi była jeszcze kilkuletnia Ola z rozszczepem kręgosłupa. Potem do wieczności odeszła Martusia, też z rozszczepem kręgosłupa, a następnie Łukasz. Śmierć Łukasza przeżyłam szczególnie, gdyż zdążyłam go już dojrzale poznać. Miał dystrofię mięśniową, zdążył jeszcze ukończyć gimnazjum i złożyć papiery do liceum. Nie zdążył już jednak do niego iść - zmarł w wakacje poprzedzające zmianę szkoły podczas pobytu w Kijowie. Potem umarł cierpiący na to samo Bartuś. No i bracia Michał i Rafał z ciężką postacią MPD. A pamiętam, jaką miłością darzyli ich rodzice, jak się nimi opiekowali podczas wycieczek szkolnych. Tak samo jak zaledwie rok starszy ode mnie Łukasz i Tezeusz. Zmarła również moja koleżanka z klasy - Ewa, która zachorowała na białaczkę.
Wszyscy ci mieli przed sobą całe życie. Może trochę bardziej nastawione na uniedogodnienia, ale zawsze. Przecież celem każdej osoby urodzonej jest życie i walka o nie. A oni przegrali je w nierównej walce. I to nie dlatego, że nie chcieli żyć, bo pewnie na swój w jakiś świadomy sposób chcieli. Ale dlatego, że walczyli z nierównymi przeciwnikami, a jednym z nich była niepełnosprawność, która zazwyczaj utrudniała, czy wręcz uniemożliwiała im tradycyjne leczenie. Kimże by byli, gdyby przeżyli? Czy czegoś by dokonali? Czy byli by szczęśliwi? Tego nie wiem. Pozostaje mi tylko wiara, że w tym "innym" życiu są szczęśliwsi i już nie cierpią.
Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy chcą umrzeć nie dlatego, że przytłacza ich cierpienie i ból, ale dlatego, że boją się przyszłości. Nikt z nas nie jest prorokiem i nikt nie wie, co się zdarzy za te kilka, kilkanaście lat. Dzisiaj jesteśmy przekonani, że będziemy zdani na łaskę innych, a za kilka lat okaże się, że jesteśmy wystarczająco samodzielni. Znam to z autopsji - jeszcze na początku studiów moim rodzicom pewnie się nie śniło, że będę kiedyś samodzielnie mieszkać. Nie z MPD, epilepsją i pęcherzem neurogennym. Sama też miałam pewne obawy, bo przecież jestem świadoma swojej choroby. Wystarczyło jednak zrobić mi pewien zabieg i zmienić leki i już od trzech lat nie dość, że jestem samodzielna i sama mieszkam, to jeszcze studiuję na dwóch kierunkach, uczę się w dwóch szkołach policealnych i dorabiam w biurze podróży. Pomimo czterokończynowego porażenia mózgowego i schorzeń towarzyszących wyszłam na prostą i nawet się realizuję. 
Nie warto więc przekreślać swojego życia pod chwilą emocji i przypuszczań. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Bóg dla każdego człowieka przygotował piękny plan. Trzeba tylko robić wszystko, aby się wypełnił, a poprzez zamartwianie się na temat swojej przyszłości i snucie ciemnych wizji na pewno nie przyczynimy się do jego wykonania.

5 komentarzy:

  1. Chwila emocji a np. deresja to nie to samo. Depresja pozbawia człowieka podstawowego odruchu trzymania się życia. Jak to musi być staszne ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, wiem co to depresja. Mój kuzyn na nią cierpiał i popełnił samobójstwo. Mam jednak wrażenie, że w dużej mierze bierze się ona z tego, że ludzie zamykają się coraz bardziej w swoich mieszkaniach i czują się coraz bardziej niepotrzebni. Nie mają sensu w swoim życiu i nie widzą sensu w jego kontynuowaniu. Natomiast spora część z wymienionych przeze mnie osób chciało w jakiś sposób żyć, ale nie dane im to było, niestety. Życie jest piękne, trzeba tylko odkryć to piękno.

      Usuń
    2. Najstraszniejsza jest depresja endogenna i w niej porządek jest odwrotny: ludzie się zamykają, bo chorują, a nie chorują bo się zamykają. Nie ma w niej elementu trudnych przeżyć na początku, po prostu siada chemia mózgu i człowiek nie jest w stanie wykonywać najprostszych czynności. Warunki w jakich żyje w zasadzie nie mają najmniejszego znaczenia, a odkrywanie piękna życia nie jest możliwe. Pomaga tylko farmakoterapia.

      Usuń
  2. Piękny, mądry tekst na listopadowy wieczór. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń