Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 19 listopada 2015

Po komisji orzekającej o niepełnosprawności

Wraz z końcem października skończyła mi się ważność orzeczenia o niepełnosprawności. W naszym mieście jest tak, że zaświadczenie wydaje się na kilka lat, a potem się je odnawia. Nie do końca widzę sens tej machiny, ponieważ np. w moim przypadku schorzenie nigdy nie zostanie wyleczone. Owszem, rehabilitacja i lekarstwa znacząco wpływają na komfort mojego życia, ale, nie oszukujmy się, z dziecięcego porażenia mózgowego ani się nie wyrasta, ani nie ma lekarstwa, po którym by to minęło. A taka kartka z oficjalnym uznaniem mnie za chorą umożliwia mi chociażby zdobycie dofinansowania do studiów z programu Aktywny Samorząd. O innych sprawach już nie wspomnę.
Na początku października złożyłam do MOPS-u papiery dotyczące przyznania mi nowego orzeczenia. Od razu miałam wyznaczony termin - 19 listopada. Super, jakby nie patrzeć, to w świetle prawa przez dwa i pół tygodnia byłam w pełni sprawnym człowiekiem. No nic, jakoś tak nie specjalnie się tym przejęłam. Wystarczyło się tym zbytnio nie chwalić i przetrwać do dzisiejszego dnia. Tym bardziej, że tydzień temu dostałam zawiadomienie o komisji wraz z godziną i numerem pokoju. Ponieważ godzina była bardzo późna, postanowiłam pojechać do Krakowa chociaż na część zajęć, tak aby jak najmniej stracić. Tak naprawdę urwałam się tylko z niemieckiego, więc nie jest źle.
W czasie powrotu do domu zadzwonił do mnie telefon z MOPSu z pytaniem, czy dam radę dotrzeć na komisję wcześniej. Trochę się tym zdenerwowałam, ponieważ na piśmie, jakie dostałam w sprawie komisji miejskiego orzecznictwa pisało, że mam być na 18:20, a tu nagle wzywano mnie na wcześniejszą porę. Tymczasem ja byłam dopiero w połowie drogi, a nie mogłam przecież przewidzieć, jaka będzie dalsza. Mimo wszystko grzecznie powiedziałam, że postaram się być najszybciej, jak to tylko możliwe.
Na szczęście wczoraj wieczorem wszystko sobie naszykowałam, toteż po powrocie do domu szybko zdjęłam plecak i wymieniłam go na stojącą w przedpokoju reklamówkę. Pusia tak żałośnie mruczała, że aż żal mi się jej zrobiło. Dzisiaj jednak koteczek musiał poczekać na porcję czułości, ponieważ pańcia miała ważniejsze sprawy na głowie. Któregoś razu ten kot naprawdę się na mnie obrazi. Ale na pewno nie dzisiaj.
Na razie musiałam dotrzeć na posiedzenie komisji. Na szczęście to tylko dwa przystanki autobusowe. W dodatku przystanek jest tuż przy budynku MOPS-u. Cóż więcej chcieć od życia? Zgłosiłam się do sekretariatu, gdzie niemal od razu zostałam przyjęta przez lekarza. Zadał mi kilka pytań, coś tam odnotował na kartce i kazał iść do gabinetu obok, gdzie była druga lekarka. U niej też poszło jak z płatka. Zapytała o studia i pracę, o to skąd mam środki na utrzymanie, poinformowała o możliwości wyrobienia sobie karty parkingowej, dała mi kwitek z którym mam się zgłosić w przyszłym tygodniu i tyle.
Kurczaczek, nie wiem nawet na ile dostałam orzeczenie. I czy w ogóle mi je ponownie przyznano. Chociaż z moim schorzeniem to nie powinnam mieć co do tego wątpliwości. Całość zaś trwała raptem kwadrans. Czyli tyle co nic. Jestem też z siebie troszkę zadowolona - wszystko zrobiłam całkowicie sama. Da się, tylko trzeba chcieć.

2 komentarze:

  1. Cóż, osobiście zetknęłam się z przypadkiem, że ZUS "cudownie uzdrowił" człowieka bez nogi... Córka Pamiętnikarza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się już z takimi sytuacjami w ZUSie i orzecznictwie spotkałam, że wyszłaby z tego dobra powieść

      Usuń