Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 1 grudnia 2015

Pomieszanie z poplątaniem i roraty z historycznym przesłaniem

Trochę się dzisiaj zdenerwowałam. Wczoraj zadzwonili do mnie z MOPSu. Ponieważ byłam na ćwiczeniach z regionów turystycznych, a prowadzący pozwolił mi nie wychodzić z sali, słyszałam moją rozmówczynię tyle o ile. Jedyne co zrozumiałam to, to, że mam coś podpisać. Wiedziałam od taty, który odbierał moje orzeczenie o niepełnosprawności, że będę musiała jeszcze raz podjechać do MOPSu, jednak tak przedstawił mi tą sytuację, że byłam święcie przekonana, że ktoś tam pojedzie do prawnika uprawomocnić decyzję o zaliczeniu mnie do ludzi niepełnosprawnych umiarkowanie. Trochę mnie to zdziwiło, bo nigdy tak nie było, ale skoro orzeczenie zostało wydane na stałe, to i przepisy mogły być inne. Jeszcze wczoraj pytałam się ojca, gdzie dokładnie kazali mi się zgłosić, bo pani z telefonu mi nie przekazała, tudzież nie usłyszałam tego.
- Na przeciwko orzecznictwa - i tyle. Tylko tyle. 
Dzisiaj z samego rana, poświęcając kolokwium z języka łacińskiego, poszłam do MOPSu w celu podpisania owych dokumentów. Tak jak mi powiedziano, swoje kroki skierowałam do pokoju naprzeciwko tego, w którym miałam komisję. Wchodzę, grzecznie się przedstawiam(a raczej podaję swój dowód osobisty - przynajmniej mam pewność, że mnie zrozumieją), wyjaśniam z czym przychodzę. Babeczki patrzą na mnie jak na ufo, bynajmniej nie dlatego, że mnie nie rozumieją, ale dlatego, że nic im o dokumentach dla mnie nie wiadomo, tym bardziej, że orzeczenie wydane, odebranie podpisane, więc o co mi chodzi? Skierowali mnie do działu świadczeń rodzinnych. W informacji dowiedziałam się jednak, że jest on otwarty w godzinach 9:00 - 15:00. Była 7:56, za 49 minut z mieszczącego się w oddali jakiś 3 kilometrów centrum miasta odjeżdżał mi bus do Krakowa, który miał mnie dowieść na spóźnione zajęcia ze statystyki. Szybko przeanalizowałam sytuację, w której się znalazłam i doszłam do wniosku, że dział świadczeń rodzinnych może poczekać, zadania ze statystyki robione przez cały weekend - nie! Oczywiście w busie olśniło mnie, że mogłam pokazać im numer telefonu w komórce i tak może by doszli do tego, kto to dzwonił. Lolek mądry po szkodzie. 
Na statystykę dotarłam tak spóźniona, że weszłam tylko po to, aby zostawić prowadzącemu moje obliczenia i wyszłam. Te 10 minut niewiele mnie zbawiłyby. A tak przynajmniej spokojnie przebrałam się na zajęcia z wychowania fizycznego, które były jedynymi, na których byłam w dzisiejszym dniu. Co prawda miałam jeszcze język rosyjski, zabytki Bliskiego Wschodu, socjologię czasu wolnego i regiony turystyczne, jednak musiałam dzisiaj się z nich zerwać. Na szczęście nie zdarza mi się to zbyt często :D.
Wracając do domu ponownie dostałam telefon, tym razem przedstawiła mi się bardzo znana mi pani M. T. z działu programu PFRON w sprawie dzisiejszego podpisania umowy o dofinansowania do studiów. No rzesz... To cały czas chodziło o II moduł programu Aktywny Samorząd? Gdyby wczoraj to ona zadzwoniła, od razu skojarzyłabym co i jak. A tak ja byłam święcie przekonana, że to jeszcze chodzi o to całe orzeczenie. Wniosek tego jeden - muszę częściej robić takie kontrolowane wagary i sama załatwiać wszystkie urzędowe sprawy. Przynajmniej będę wiedzieć co i jak.
O godzinie 13 nie ma na drogach tendencji do tworzenia się korków, toteż dojechałam na miejsce w godzinę 10(i pomyśleć, że do Krakowa jechałam w ponad 1,5 godziny, z czego jakiś kwadrans wjeżdżaliśmy na sam dworzec). Potem szybka przesiadka na inny autobus i po chwili byłam pod budynkiem MOPSu. Udałam się do wydziału programu PFRON, który trochę jest na przeciwko orzecznictwa(myślałam, że tacie chodzi o drzwi, a nie segment budynku). Co prawda przez to wszystko miałam przy sobie z wymaganych dokumentów tylko dowód osobisty, ale że dla chcącego nic trudnego, to moje konto bankowe zostało przepisane z poprzedniej umowy. Ciach, ciach, podpisanie dwóch egzemplarzy umów i tyle. Szybko poszło, tym bardziej, że kiedy składałam wniosek, powiedzieli mi, że umowy będą dopiero w końcu grudnia. Najlepsze jest jednak to, że gdybym od razu wiedziała o tym, to już rano zaszłabym w odpowiednie miejsce i wszystko załatwiła. No nic, przynajmniej wróciłam z Krakowa o 14, a nie 20. Sześć godzin to czasami więcej niż cała wieczność.
Korzystając z okazji udałam się dzisiaj na nabożeństwo roratnie. Każdego roku, zgodnie z propozycją "Małego Gościa Niedzielnego" mają one jakąś ścieżkę tematyczną. Po Ziemi Świętej, świętym Pawle, czy świętej Teresie z Avila, o której pisałam w >>tej<< notatce, przyszedł czas na tematykę związaną z 1050 rocznicą chrztu Polski. Jest dekoracja, są kontrolki dla dzieci. Ale...Coś się jednak we mnie zmieniło - kiedyś nie mogłam wręcz się ich doczekać, przeżywałam, kiedy nie mogłam być na nich z powodu wykładów na uczelni. Teraz jest mi zupełnie obojętne, czy ja na czymś będę, czy też nie. Dojrzałam? Przejrzałam na oczy? Zmądrzałam? Z sentymentem wspominam roraty z 2011 roku poświęcone papieżowi Janowi Pawłowi II. Tak dużo rzeczy się wtedy dało... Przedstawienie o Matce Boskiej 8 grudnia podczas którego brałam też udział, odpowiadanie na pytania księdza, robienie aniołków z dzieciakami w Oratorium, mikrofon... Jak bym chciała cofnąć się do tego czasu, byle tylko nie być tym gorszym. A ja właśnie tak się czuję. Człowiek powinien się rozwijać, a nie cofać. Człowiek powinien walczyć o swoje prawa. Ale ja coraz częściej nie mam już siły na tą walkę. Ja robię krok w przód, a pewni ludzie cofają mnie za każdym razie i w każdym aspekcie, nie ważne czy duchowym, czy też życiowym o dziesięć w tył. W ten sposób daleko nie zajdę. Moi znajomi mówią mi: nie martw się, olej to, ale... ale moja mentalność mi na to nie pozwala. Wierzę jednak, że przyjdzie taki dzień, kiedy wszyscy ci, którzy we mnie zrozumieją, że nie mieli racji, że mimo niepełnosprawności mogę być naprawdę wartościowym człowiekiem...

A propos adwentu. Jak Wam się podoba nowy wystrój bloga? Szata muzyczna, graficzna? Bo mi nawet... Jedyne co bym zmieniła to kolor liter w tytule postu, ale nie mogłam znaleźć odpowiedniej opcji. Niezbyt lubię zmiany, ale tym razem jestem na tak!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz