Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 26 grudnia 2015

Skarpeto-kapciochy i mieszane uczucia

Prezenty bożonarodzeniowe mają jednak swój szczególny wydźwięk - w tradycji chrześcijańskiej obdarowujemy się na pamiątkę prezentu, jaki Pan Bóg sprawił ludziom dając im to, co miał najcenniejszego - swojego syna. Ale kupić praktyczny prezent jest nie lada sztuką. Znając ten ból zastanawiania się, czy to, co podarujemy bliższej lub dalszej osobie spodoba się jej, zazwyczaj cieszę się z tego, co otrzymam. Nawet jeżeli jest to rzecz kompletnie nieprzydatna. Chociaż tak naprawdę taką sytuację miałam zaledwie raz w życiu, i to bardziej z powodu wadliwości owej rzeczy, niż jej przydatności. Sama wybierając prezent dla kogoś zastanawiam się, czy się on tej osobie naprawdę przyda, czy będzie tylko zbędną rzeczą. Czasami robię coś własnoręcznie. Kilka razy zdarzyło mi się nawet napisać dla kogoś książkę i wydrukować ją na zwykłej, domowej drukarce, a następnie zbindować w punkcie ksero. Dla chcącego nic trudnego.
Jednak w tym roku rodzinka naprawdę zaskoczyła mnie swoją pomysłowością. Znając moją odwieczną awersję do wszelkiego rodzaju kapci, klapek(czyli wszystko co jest wkładane bądź wsuwane) itd. postanowiła obdarzyć mnie... skarpetkami z antypoślizgową powierzchnią. Moja niechęć do tego typu obuwia wynika prawdopodobnie z faktu spadania ich z moich dość szczupłych stóp. Kiedy więc zobaczyłam te skarpetki pod choinką zaniemówiłam z wrażenia. Sporo już o nich słyszałam, ale nigdy nie miałam okazji wypróbować na własnych nogach. Teraz się to zmieni. Co prawda są na mnie "o numer za małe"(tylko dlaczego nikt nie pomyślał o nadaniu im numeracji na wzór tej z obuwia), ale to akurat nic w porównaniu z całokształtem. Automatycznie stały się imitacją znienawidzonych przeze mnie kapci. Skarpetki są ciepłe, mają ciemną, antypoślizgową powierzchnię, łatwo się je wkłada i zdejmuje, a nawet można sobie w nich uciąć popołudniową drzemkę(czego nie można powiedzieć o tradycyjnych kapciach, chociaż podobno dla chcącego nic trudnego). Podstawową ich zaletą jest jednak to, że trzymają się cały czas na nogach, jak normalne skarpetki. I o to wszystkim chodziło. Szkoda że nie można ich włożyć do butów, ale wtedy chyba bym się do końca rozleniwiła. Poza tym dostałam też nowy atlas geograficzny oraz zapewnienie sfinansowania mi wyrobienia nowego paszportu, bo stary już dawno stracił swoją ważność. Ja też obdarzyłam moich najbliższych skromnymi, symbolicznymi prezentami. Przecież liczy się sam gest, a nie materialna wartość prezentu, przynajmniej w mojej rodzinie.
Poza tym od pewnego czasu mam mieszane uczucia względem pewnej osoby. Z jednej strony mam wrażenie, że ciągle spycha mnie na drugi plan, ale z drugiej... Wszystko zaczęło się od wieczornego SMSa z życzeniami świątecznymi. Wiadomość, jakich wiele. Mnie jednak dała sporo do myślenia, a raczej gonitwy myślowej. Bo przecież dzień wcześniej, wiedząc że nie spotkamy się ani na pasterce, ani w pierwszy dzień świąt, podczas nabożeństwa roratniego złożyłam jej życzenia(mimo wszystko nic nie zwalnia mnie od serdeczności i grzeczności względem drugiego człowieka). Pomyślałam więc, że po prostu pomyliła numery telefonu, każdemu może się zdarzyć. Na wszelki wypadek postanowiłam jednak zapytać dzisiaj po Mszy o tą wiadomość. I wiecie co? Ku mojemu zaskoczeniu skierowany był on właśnie do mnie. Co prawda nie rozumiem komentarza pt.: "A co, wysłałam go mojemu szefowi?", bo na mój rozum w tym przypadku nie wiedziałabym o tej wiadomości, no ale dobrze. Przy okazji usłyszałam, że jestem osobą małej wiary w ludzi. Nie no, wierzę w ludzi. Ale oni też muszą we mnie wierzyć. A wcześniej jeszcze jak gdyby nigdy nic poprosiła mnie o poprowadzenie na koniec modlitwy scholi. Po kilku latach, ale jednak. I tutaj szczęście miesza się z niedowierzaniem, że wszystko ot tak sobie, zwyczajnie. No i co ja mam sobie myśleć, skoro przez cały rok jestem prawie niezauważana, a tutaj takie coś, no co? Święta Panie i Panowie, po prostu święta. I znowu rzeczywistością stały się słowa poniższej piosenki:

A może przemyślała moje słowa na pożegnanie w środach tzn.: "Akurat beze mnie to sobie poradzicie"? Kurczaczek, chyba nie wyszło to jak szantaż.

2 komentarze:

  1. Masz rację z tymi prezentami, to nigdy nie wiadomo co kupić, jednak ja kocham robić prezenty i sprawiać innym radochę! No, ale bywało, że dostawałam swego czasu, z różnych okazji dziwne prezenty, nie zawsze sprawiające radość. No ale...darowanemu koniowi nie powinno się w zęby patrzeć...haha.

    Karolina, czy na tym filmiku jesteś też Ty? Przepraszam, że pytam. Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to jest filmik zupełnie obcej scholi(Fletni Pana), ale że bardzo podoba mi się to wykonanie, to postanowiłam zamieścić je tutaj.

      Usuń