Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 29 grudnia 2015

Snowdonia 1890

Nigdy specjalnie nie lubiłam programów typu reality-show. Zgodnie z definicją zamieszczoną na słynnej Wikipedii: reality show to typ programów telewizyjnych, w których z reguły występują osoby wcześniej niezwiązane zawodowo z telewizją. Osoby te w założeniu mają zachowywać się „naturalnie” przed kamerą w sztucznie zaaranżowanej, niekiedy ekstremalnej, sytuacji. Wiele z programów ma postać konkursu. Istotą programu jest postawienie widza w roli „podglądacza”. Z punktu widzenia oglądalności im bardziej będzie w programie naruszona intymność uczestnika i im drastyczniejsze sceny widz obejrzy, tym lepiej. Reality show rzadko bywają nadawane na żywo – z reguły jest to program rejestrowany i montowany. Jest tak zarówno dla zdynamizowania akcji, jak i dla ustrzeżenia nadawcy przed przypadkowym przekazaniem treści, przekraczających granice dozwolone prawem. Pierwszym polskim reality show był Agent nadany w telewizji TVN.
Kiedy moi koledzy i koleżanki z klasy zachwycali się tym co pokazują w popularnym niegdyś "Big Brohterze", czy też "Barze", ja żyłam w zupełnie innej, bardziej realnej rzeczywistości. Uczestników kojarzyłam ze słyszenia, bądź z gazet, ale jakoś nigdy mnie nie interesowało co kto robi w danym czasie i kto kogo wytypował do opuszczenia programu. I tak mi właściwie zostało do dzisiaj. Z jednej strony nie potępiam uczestników tego typu programów, ale z drugiej mam mieszane co do tego uczucia.
Ostatnio trafiłam jednak na niezwykle ciekawy program zatytułowany "Snowdonia 1890". Program ma formułę reality-show. Pięć lat temu dwie angielskie rodziny, Braddocków i Jenesów pozwoliły na przeprowadzenie eksperymentu polegającego na cofnięcie się o 120 lat w czasie. Tym sposobem znaleźli się z dnia na dzień w epoce wiktoriańskiej, w północnej Walii. 
Jest to region znany z uprawy zbóż, ziemniaków oraz hodowli bydła. W tamtejszych czasach ówczesne rodziny napotykały wiele trudności żyjąc na górzystym terenie. Trudna sytuacja była potęgowana przez dzierżawę gospodarstw rolnych przez chłopów od szlachty angielskiej. Ludzie żyli wtenczas ubogo, nieustannie pracowali. Dzieci od 10 roku życia pomagały rodzicom w większości prac. Trudne warunki sprawiły, że większość rodzin w tamtych czasach opuszczała gospodarstwa i udawała się do miast, gdzie znajdowała zatrudnienie w przemyśle.
W takie właśnie realia życiowe trafiły dwie rodziny z początków XXI wieku. Myślicie, że mają łatwo? Nie! Kobiety nie wiedzą co to lodówki i zmywarki, mężczyźni chodzą codziennie po kilka kilometrów do pracy w kamieniołomach, dzieci zamieniły komputery na pióra maczane w atramencie i system szkolny polegający na uczeniu się wszystkiego na pamięć. Pomimo tego, że mężczyźni ciężko pracują, pieniędzy z trudem starcza na życie. Kobiety muszą więc ratować domowy budżet sprzedając w pobliskim sklepie mleko, masło i ciasta z owocami.
Kurcze, wciągnął mnie ten program jak mało który. Może dlatego, że nie jest typowym reality-show, a pokazuje codzienne życie osób sprzed ponad wieku. Widzimy ich codzienne zajęcia, ubrania w jakich chodzili, jak mieli wyposażone mieszkania, jak się uczyli. Znamy ich troski i kłopoty. Denerwuje mnie tylko to, że nie zdążę obejrzeć wszystkich odcinków, w poniedziałek wracam na uczelnię. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz