Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 29 stycznia 2015

Co może wywołać radość?

Cztery, cztery, cztery! Niemiecki zdałam na mocną czwórkę. Jak się z tego cieszę! A jeszcze pół roku temu usłyszałam, że osoby takie jak ja nie mogą mieć dobrej oceny. Bzdura kompletna! Ale do osiągnięcia takiego stanu potrzebna jest nie tylko moja dobra wola, ale i prowadzącego. A teraz trafiłam na prawdziwego anioła. Jeszcze chwila a uwierzę, że jestem w stanie coś osiągnąć w swoim życiu. Bardzo trudno wejść w taki stan ducha, kiedy wszyscy wokoło dosłownie wdeptują cię w ziemię. Na szczęście zdarzają się wyjątki. Jeszcze tylko jutro i tydzień laby. A raczej półkolonii parafialnych. Ja jednak wolę siedzieć z dzieciakami na zajęciach niż wstawać o 4 rano. Wiem, wiem, sama tak wybrałam, toteż nie marudzę. Ale czasami naprawdę chciałabym sobie dłużej pospać. 

I jeszcze poranna rozmowa w autokarze do Katowic. Ważna, a za razem przypadkowa rozmowa. Dająca jednak nadzieję na lepszy czas. I na to, że cokolwiek by się nie działo mam znajomych, którzy wesprą mnie nie tylko modlitwą, ale i dobrym słowem. Bez względu na to, czy dostanę z danego przedmiotu 5 czy nie zaliczę go w ogóle. Bez względu na to, czy wysiądą mi nerki, czy też nie. Trochę mnie to podbudowało, odgoniło złe myśli.

Teraz siadam do architektury i sztuki sakralnej. W notatkach mam sajgon, ale dam radę. 

środa, 28 stycznia 2015

Cieszyć się czy nie

No po prostu padam i nic na to nie poradzę. Trwająca sesja daje mi się ostro we znaki. Wczoraj mieliśmy zerówkę z przedmiotu zowiącego się historia kościoła. Uczyłam się, nawet trochę nocy zawaliłam co sprawiało ryzyko wystąpienie u mnie ataku epilepsji. Na szczęście mam chody u Pana Boga, który zawsze wie, kiedy pozwolić mi na "relaks" po ataku, a kiedy muszę dokręcić śrubki i za żadne skarby go nie dostanę. Na miękkich nogach poszłam na egzamin, bo jednak materiału jest multum, a ja jestem tylko człowieczkiem. Jeszcze jadąc busem czytałam sobie książkę "Dzieje chrześcijaństwa w zarysie", co stanowiło podstawowy materiał do zaliczenia(pomijam fakt, że na kserze wydrukowali mi ją tak, że co strona była do góry nogami, a pdf nigdy nie był moim przyjacielem). Trochę przeszkadzało mi radio, w którym bez przerwy mówiono o rocznicy wyzwolenia obozu w Oświęcimiu. Nie do końca wiedziałam gdzie mamy ten egzamin, na szczęście koleżanki zawołały mnie z okna korytarza w głównym budynku. Na szczęście mam grupę, która raczej trzyma się razem. Razem też czekaliśmy na wykładowcę, który zabrał nas do jednej z sal w oficynie. Tam zostały rozdane nam kartki z zadaniami. Ja na poprzednich zajęciach umówiłam się z profesorem, że zdam mu to ustnie, ponieważ nie dam rady napisać mu opisówki ręcznie, a na laptopie teoretycznie mogę mieć ściągę(po awfie wszystkiego mogę się spodziewać). Na początku jak zobaczyłam pytania zwątpiłam w siebie, jednak profesor zadał mi zupełnie inne. Pierwsze dotyczyło judeochrześcijan, drugie wyjaśnienia jakiegoś terminu(już nawet zapomniałam jakiego, ale na egzaminie też nie potrafiłam go wyjaśnić, w ogóle pierwszy raz go słyszałam), trzecie opowiedzenie o Doktorach Kościoła i czwarte, ostatnie omówienie procesu upadku Jerozolimy. Pod wpływem usłyszanych w drodze informacji bez przerwy moje myśli krążyły wokół Żydów. I to słowo głównie królowało w mojej wypowiedzi. Nie popisałam się za bardzo i dostałam tylko 3,5. Tylko, albo aż, bo wielu moich kolegów oddało puste kartki i pójdzie po prostu na poprawę. Przynajmniej wiedzą czego się spodziewać. A ja mogę już odetchnąć z ulgą, że egzaminy zdałam w zerowych terminach. Co prawda nie znam jeszcze wyników z geografii, ale powinnam być do przodu. Zostały mi jeszcze do zaliczenia języki, formy pielgrzymowania, architektura i sztuka sakralna, wpisy z szkolenia bhp, bibliotecznego oraz wychowania fizycznego. Większość zaliczeń jest jednak za mną. I to z tych najbardziej ciężkich przedmiotów. Jest dobrze, idę do przodu! A oceny nie zawsze odzwierciedlają nasze umiejętności.

sobota, 24 stycznia 2015

Wizyta raz do roku

Doczekałam się dzisiaj kolędy. Zważając na terminy z zeszłych lat zauważyłam, że z roku na rok jest ona w moim bloku coraz później. Wiele osób w moim środowisku zastanawia się, czy jest w ogóle sens wpuszczać księdza do mieszkań, skoro później może na kazaniach czy też ogłoszeniach duszpasterskich poruszać kwestię jak kto mieszka. Szczerze powiedziawszy śmieszy mnie taki argument, ponieważ jak długo żyję, nigdy w naszej parafii nie słyszałam, aby ksiądz poruszał kwestię wyposażenia czyjegoś mieszkania. Co najwyżej ubolewał nad faktem, że tak wiele par mieszka na "kocią łapę" i nawet nie zamierza zalegalizować swojego związku... Nie wymieniał nikogo z nazwisk, broń Boże, ale i tak wielu poczuło się urażonych tymi słowami(i tym sposobem sami zdradzili, że stwierdzenie dotyczy właśnie ich :D). Dla mnie osobiście wizyta duszpasterska jest wizytą samego Boga, który przychodzi do mojego mieszkania w postaci kapłana. Oczywiście wierzę, że Najwyższy jest ze mną zawszę i wszędzie, jednak ten jeden dzień w roku jest tego namacalnym symbolem. Żyję raczej skromnie, jednak zawszę staram się, aby tego dnia pokój wyglądał naprawdę nieskazitelnie. To trochę tak, jakby miał nas odwiedzić papież albo prezydent. Wiadomo, że nie przyjmiemy go w potarganych spodniach i pokoju, w którym po podłodze walają się papierki po cukierkach. A teraz odwiedził mnie ktoś znacznie ważniejszy.

W tym roku moją ulicę objął najmłodszy wikary. Szczerze powiedziawszy było mi to całkiem obojętne, kto tym razem do mnie zawita. Jak już pisałam, dla mnie to przychodzi Bóg w osobie kapłana, a nie człowiek. Zresztą tradycyjnie było u mnie schludnie. Wczoraj wymieniłam firanki na nowe, świeżo wyprane. Jeszcze przed wyjściem do szkoły(dzisiaj miałam zajęcia w Żaku) złożyłam tapczan i wyciągnęłam z szafy pasyjkę, świeczniki, kropidełko i świeżo wykrochmalony obrus(ciekawa jestem, czy ktoś dzisiaj jeszcze krochmali bieliznę?). Ku mojej radości zajęcia w szkole trwały dzisiaj tylko do 12(w tym miałam egzamin z podatków i wynagrodzeń, który jakimś cudem zdałam na 4). Po powrocie do mieszkania przygotowałam sobie obiad, aby nie umrzeć z głodu(dzisiaj królowała kuchnia chińska, czyli warzywa z mięsem mielonym i ryżem z patelni - szybkie i treściwe, a przy okazji zostanie mi jeszcze na poniedziałek), "wyeksmitowałam" mojego kociaczka - Pusiaczka do łazienki, aby mi nie przeszkadzał i wzięłam się za zmycie podłogi. Potem tylko podlanie moich trzech kwiatków na parapecie i rozłożenie niezbędnych akcesoriów na stole, który uprzednio też zmyłam. Zdając sobie sprawę z tego, że ksiądz J. raczej nie szybko do mnie dotrze(bądź co bądź, numer mojego mieszkania ma bliżej końca niż początku), postanowiłam poduczyć się na jutrzejszy egzamin z działalności gospodarczej. Warto mądrze wykorzystać swój czas. Chociaż gdybym czytała "Dzieje chrześcijaństwa w zarysie" Daniela Olszewskiego pewnie byłoby bardziej na temat.

Ksiądz J. zawitał do mnie wcześniej niż się spodziewałam - przed 6. Odmówiliśmy modlitwę, pokropił moje skromne progi. Trochę spieszył się na wieczorną Mszę Świętą, toteż obyło się bez zbędnej rozmowy. Zresztą i tak często mnie widzi w kościele, zaangażowałam się w organizację zimowych półkolonii, nawet się śmiał, że w końcu trafił do jakiejś scholanki. Jednocześnie przypomniał mi o jutrzejszej sumie odpustowej. Co prawda mam zajęcia w Żaku, ale najwyżej wcześniej wyjdę. Zostawił mi aż trzy obrazki, po jego wizycie śmiałam się, że nadrobił te lata, podczas których nic nie dostałam. Nie żebym była łasa na kartoniki, ale to jednak miło dostać taką pamiątkę. I jeszcze jeden miły akcent - wikary za nic na świecie nie chciał wziąć ode mnie koperty. Wiem, że mieszkam raczej skromnie, ale wiem też, że parafia ma swoje potrzeby. Teraz spłaca raty za nową elewację. A tych kilkadziesiąt złotych na pewno się im przyda. Suma sumarum koperta w końcu została wzięta, ale podbudowano we mnie świadomość, że nie dla wszystkich pieniądze są najważniejsze. A może inaczej - niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że są ludzie, którym pieniądze są bardziej potrzebne. To takie niespotykane w dzisiejszych czasach, kiedy każdy chce mieć jak najwięcej kapitału. 

piątek, 23 stycznia 2015

Zmiana, ale czy na lepsze?

Poszłam dzisiaj na trening lekkoatletyczny. Pierwszy raz od października, ale to akurat przemilczmy, bo plan zajęć na Uniwersytecie mam tak ułożony, że za nic na świecie nie mam jak wbić te 1,5 godzinki trzy razy w tygodniu :(. A w piątki jestem tak padnięta całym tygodniem, że po prostu padam na twarz i wtedy kiedy jest trening, ja po prostu chrapię w najlepsze. Poza tym ostatnio doszły problemy zdrowotne i tak jakoś wyszło... Boleję nad tym bardzo, ponieważ bieganie to nie tylko moja pasja, ale i doskonały sposób na rehabilitację zarówno ruchową, jak i oddechową. Przez piętnaście lat sporo osiągnęłam, więc szkoda zaprzepaścić włożony w to wszystko trud. Dlatego dzisiaj pokonałam własną słabość i wybrałam się do miejscowej szkoły sportowej.

Już na wstępie usłyszałam, że niewiele straciłam, ponieważ dotychczasowa trenerka zrezygnowała z prowadzenia zajęć, a jej następczynie zbyt szybko zrażały się niepowodzeniami. No tak, pewnie myślały, że trening i osiągnięcia osób niepełnosprawnych są identyczne jak zdrowych zawodników. Nic bardziej mylnego. Tak naprawdę każdy z nas musi mieć indywidualnie przygotowany program zajęć pod naszą konkretną grupę startową oraz niepełnosprawność. Jednocześnie trener musi mieć świadomość tysiąca niespodziewanych zdarzeń, jakie mogą zdarzyć się podczas treningu. Niejednokrotnie bowiem zdarzały się przypadki, gdzie trenerka musiała przerywać zajęcia i jechać z którymś z nas do szpitala, aby zszyć ranę. Nie każdy jest w stanie podołać takiej odpowiedzialności.

Pierwszy raz w mojej karierze sportowej zdarza się, aby trenerem lekkiej atletyki był mężczyzna z krwi i kości. A tutaj proszę, w środę otrzymuję SMSa z zaproszeniem na dzisiejsze zajęcia i podpisane męskim imieniem. Na szczęście w piątki miałam(bo już zakończyłam) tylko jedne zajęcia i to o 8 rano, więc spokojnie mogłam podjechać o 16 pod szkołę sportową, gdzie odbywało się spotkanie. Trochę miałam wątpliwości, bo jednak długo mnie nie było, a i nie od razu przyzwyczajam się do nowych ludzi. Na szczęście pan P. okazał się rzeczowym człowiekiem. Wszak on też zaczynał swoją przygodę ze sportem u pani A.(tylko, że ja trenowałam w ramach zajęć szkolnych, a on w innym terminie jako zawodnik "STARTU KATOWICE", do którego i ja w końcu zostałam zwerbowana), ma problemy ze wzrokiem. Posiada tytuł trenera LA, a jednocześnie sam jest w pewnym sensie niepełnosprawny więc wie, że każdy z nas ma pewne granice, których nie przeskoczy się od tak sobie. Na spotkaniu jedna mama zadała pytanie, czy tak jak dotychczasowe zastępcze trenerki, na co pan P. odpowiedział, że sam trenował i wie, że nic nie przychodzi ot tak sobie, toteż będzie z nami tak długo, jak tylko będzie trzeba. Widać było, że jest to konkretny człowiek, który planuje zajęcia w różnych obiektach. Oby mu się to udało. A potem zaczął się trening, który był jednym z bardziej luźnych, jakie zdarzyło mi się mieć. Truchcik, rozgrzewka, dwie przebieżki, cztery szybsze przebiegnięcie wyznaczonego odcinku, znowu 7 minut truchciku i na koniec streczing. Żyć nie umierać. Chociaż potem, czyli na wiosnę, przechodzimy do meritum tego wszystkiego. Mam nadzieję, że plan zajęć na uczelni będzie w miarę znośny(pobożne życzenie - dochodzi mi 30 godzin więcej zajęć w całym semestrze, więc będzie ciekawie), bo brakuje mi tego ruchu.

Chciałabym też wrócić do pływania, które uwielbiam. Klub sportowy musiałby jednak otworzyć kolejny oddział gdzieś bliżej mojego miejsca zamieszkania, a na to się na razie nie zanosi. A szkoda, bo te dwie godziny nie tylko mnie relaksowały, ale i pozwalały szybko zasnąć.
Wisła, wrzesień 2009 rok - dwa złote medale, największe zaskoczenie, a jednocześnie niecodzienny prezent urodzinowy

środa, 21 stycznia 2015

"Ucieczka"

Zerwałam się dzisiaj wcześniej z uczelni. Dlaczego? Sama nie wiem. W kość dała mi dzisiejsza "zerówka" z etyki oraz zaliczenie z historii i archeologii biblijnej. Fakt, samam sobie winna, ponieważ wczoraj za późno wzięłam się do nauki. Co prawda obydwa były w formie ustnej dla całej grupy, jednak stres i zmęczenie zrobiły swoje. Wskutek czego pomyliłam epoki w której żył Immanuel Kant(cofnęłam go do średniowiecza), a w historii poplątał mi się Jom Kippur(Święto Pojednania) z Świętem Losów. Na szczęście zapunktowałam odpowiedzią gdzie w mieście Żydzi rozkładają namioty podczas Święta Namiotów - na balkonach i w ogrodach(to było banalne). Nie będę jednak narzekać, zarówno z etyki jak i z historii dostałam 4, co w mojej sytuacji wydaje mi się świetną oceną. Stać mnie na więcej? Może, ale przypominam, że niecałe trzy godziny w ciągu dnia mam wyjęte z życiorysu przez dojazdy. Czekam na wiosnę, kiedy dni będą dłuższe i będę mogła czytać sobie książki podczas jazdy. Teraz to niemożliwe - w busie są pogaszone światła, więc i tak nic bym nie przeczytała.

Po historii i archeologii biblijnej miałam mieć jeszcze historię kościoła, jednak stwierdziłam, że jak raz nie pojawię się na zajęciach, to nic się nie stanie. Tym bardziej, że zmęczenie brało górę. Postanowiłam więc iść na dworzec autobusowy. Po dotarciu do mojego miejsca zamieszkania nie wróciłam od razu do mieszkania, ale poszłam jeszcze do kościoła na nowennę. Dzisiaj przygotowała ją parafialna schola, do której ja też przynależę. Dawno nie byłam na tym pięknym nabożeństwie, głównie ze względu na mój napięty plan zajęć. Ale dzisiaj postanowiłam przyjść. Powitano mnie raczej serdecznie, wszak ostatnio jestem w niej gościem(co nie oznacza, że nie wypełniam Trzeciego Przykazania Bożego - wypełniam, tylko że najczęściej w innym miejscu i czasie). Zaproponowano mi nawet, żebym poszła w procesji z darami i zaniosła wodę. Tutaj odmówiłam, bo jednak przy moich trzęsących się łapkach kościół mógłby zamienić się w krainę wodą płynącą ha, ha, ha. Zanim jednak usłyszałam, że znowu stwarzam problem, poprosiłam co niektóre osoby, aby wygooglowały sobie słowo atetoza i się wyedukowali(oczywiście w łagodniejszej wersji). Na szczęście obyło się bez zbędnych komentarzy. Trudno mi jest się przyzwyczaić do nowego organisty, który śpiewa nieco inaczej niż nasz poczciwy pan W. Mam nadzieję, że pan W. szybko wróci do zdrowia i formy, bo dzisiaj szczególnie było słychać, jak posypaliśmy się w kilku punktach Mszy świętej*. Wkurza mnie też pseudoprezeska scholi, która nic nie robi w sferze organizacyjnej. Wybaczcie, ale według mnie prezesowanie nie polega tylko na odhaczaniu na liście obecności kto jest, a kogo nie ma. Nie potrafi załatwić nic. Gdyby nie nasz nowy wikary(nota bene dwa lata starszy ode mnie), to pewnie nawet nie pojechalibyśmy do Krakowa. Co do wycieczki mam pewien plan, ale szerzej muszę o nim pogadać, kiedy ksiądz będzie u mnie na kolędzie. A to już niedługo - w tą sobotę. Muszę się wcześniej urwać z policealki, bo w przeciwnym razie ksiądz pocałuje klamkę, a ja będę musiała zrobić szturm na kancelarię parafialną.

* A może to ja rozproszyłam całą grupę swoją obecnością? hi, hi, hi!

poniedziałek, 19 stycznia 2015

O szpitalu i innych sprawach

Na początek dziękuję wszystkim za komentarze pod poprzednią notatką. Wiele z nich uzmysłowiło mi, że pisanie o pozytywnych aspektach naszego życia ma sens. Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie duchowe i słowne. Jednocześnie ostrzegam, że wpis będzie długi i chwilami może nudny, więc uzbrójcie się w cierpliwość.

Cicho ostatnio było na blogu. Ostatnią notkę miałam aż dwa tygodnie temu. Tak się jakoś złożyło, że kilka dni później trafiłam do szpitala z bólem brzucha. Powód nieznany, chociaż bałam się, że znowu coś się dzieje z moją zastawką. Na szczęście moje obawy okazały się błędne, USG narządów rodnych też nie wykazało nic niepokojącego(wbrew pozorom coraz młodsze dziewczęta zapadają na nowotwory np. macicy, a taki tępy ból jest często pierwszym objawem, że coś się dzieje). W pewnym momencie blady strach padł na moją nerkę, która bądź co bądź pracuje na podwójnych obrotach, na szczęście i tutaj nie ma nic nowego(szkoda, że nie mogę napisać, że nie ma nic niepokojącego). Lekarze bardziej szukają diagnozy w kierunku Choroby Leśniowskiego - Crohna, ewentualnie zespołu jelita drażliwego. Kolanoskopię mam dopiero w przyszłym tygodniu, bo nie chcieli już męczyć mojego organizmu, mam nadzieję, że ona wskaże jakąś drogę. No cóż, podobno schorzeń i chorób nigdy nie jest za dużo. Ale była i pozytywna strona tego wszystkiego. Udało mi się zrobić elektroencefalografię(prawdopodobnie słowo strasznie brzmi, ale ze pewne każdy z Was je zna, tylko pod inną nazwą), która na szczęście nic ciekawego nie wykazała. Czyli przepisane w wrześniu leki przeciwpadaczkowe spełniają swoją funkcję. Tych kilka dni zupełnie zdezorganizowały mi życie. Trzy sesje za pasem, nauki w bród, a ja sobie leżę w najlepsze w szpitalu. Nawet laptop z notatkami został w mieszkaniu. Jedyne co miałam ze sobą to książkę do geografii. Czyli były to kolejne dni odpoczynku. Za to zaraz po powrocie do domu wzięłam się ostro do pracy. 

W ten weekend zakończyłam zajęcia w "Progresie". Oceny ze względu na ostatnie wydarzenia mam raczej średnie, na szczęście nie ma tragedii. Najbardziej dumna jestem z języka angielskiego, z którego dostałam mocną 4, z szansą na 5 w drugim semestrze. A jeszcze tak niedawno usłyszałam, że osoba taka jak ja nie ma możliwości na opanowanie tego języka... Przemilczmy to, a najlepiej wymarzmy to wydarzenie z pamięci. Na siedem przedmiotów mam dwie 5 - wspomniane podstawy przedsiębiorczości oraz podstawy prawa administracyjnego, najsłabiej mi poszła działalność gospodarcza w jednostce administracyjnej - tylko 3. W następnym semestrze się poprawię, tym bardziej, że kończą mi się takie przedmioty jak wspomniane wcześniej język angielski i działalność gospodarcza, a także prawo cywilne. Będzie dobrze.

"Żak" kończę dopiero 7 lutego, ale w tym tygodniu mam zaliczenie z działalności gospodarczej w branży ekonomicznej i prawdopodobnie z podatków i wynagrodzeń. Z pierwszego mamy wydrukować sobie wniosek dotyczący zarejestrowania firmy w czymś tam i go wypełnić(oczywiście firma ma być fikcyjna) + test(ciekawe z czego, bo na jedynych jak dotąd zajęciach mieliśmy film o przepisach bhp), z drugiego mamy obliczyć zadanie zamieszczone na meilu. Najbardziej mi jednak zależy na rachunkowości finansowej, bo nie dość, że ten przedmiot zupełnie kończymy(czyli ocena idzie na świadectwo końcowe) to jeszcze mamy z niego egzamin kwalifikacyjny na 3 semestrze. Wczoraj oddałam pracę kontrolną z rachunkowości finansowej. Nie wiem jak to się stało, ale zrozumiałam, że z podanych dwóch tematów mamy wybrać sobie jeden. Tym czasem wczoraj kiedy oddawałam referat dowiedziałam się, że miały być obydwa tematy. Ups, a to były nasze ostatnie zajęcia z tego przedmiotu przed egzaminem. Oto powoli zaczyna wychodzić mi studiowanie na trzech kierunkach. Na szczęście profesorka pozwoliła mi odesłać jej meilem drugą pracę. 

Zaliczenia wystartowały też na Uniwersytecie Papieskim. Tydzień temu dostawaliśmy wpisy z retoryki i emisji głosu. Trochę się zdziwiłam, że ksiądz wystawiał nam oceny, skoro przedmiot jest tylko na zaliczenie. W każdym razie koleżanka wysłała mi SMSa, że mam 3. Pfff.. może być, chyba i tak z moją wadą wymowy i tak nie wyrobiłabym na więcej. Nie było mnie, nie jestem też Duchem Świętym aby gdybać. Ważne, że zaliczyłam. Dzisiaj pojawiłam się po przerwie na zerówce z geografii. Pierwszą część zawaliłam. Nie lubię, kiedy w odpowiedziach w testach pojawia się zaprzeczenie zaprzeczenia. Nigdy nie wiem co mam zaznaczyć, chociaż z reguły znam odpowiedź. Mapka była na poziomie przedszkola, wystarczyło przypisać odpowiednie cyfry odpowiednich nazwom. Trzecią, opisową część, podyktowałam profesorce, która pochwaliła mnie za szeroką wiedzę. Obawiam się, że zmieni zdanie przechodząc do części pierwszej. Mimo tego myślę, że będzie dobrze. Jutro na konsultacjach podchodzę do zaległego kolokwium z niemieckiego. W środa zerówka z etyki i zaliczenie z historii i archeologii biblijnej, w czwartek kolokwium z form pielgrzymowania. Reszta w przyszłym tygodniu. Mam tylko nadzieję, że nikt nie przeniesie egzaminu z historii kościoła na pierwszy tydzień lutego, bo wtedy biorę udział w parafialnych półkoloniach, jako animator, a może nawet wychowawca grupy.

O co chodzi? Nasza parafia od kilku lat organizuje półkolonie dla dzieci. Zamiast nauczycieli, wychowawcami jest młodzież, najczęściej członkowie parafialnego Oratorium, która posiada zaświadczenie o ukończeniu kursu wychowawcy kolonijnego. Od kwietnia 2013 roku ja również jestem posiadaczką tego uprawnienia. Nie było łatwo, ale udało się. W sobotę dostałam od księdza SMSa(ciekawe skąd ma mój numer komórki) odnośnie zebrania w sprawie ferii. Poszłam więc na nie. Cieszę się, że zebrała się stała ekipa, gdzie wszyscy, wszystkich znamy. Wstępny projekt został podany, założenia programowe znamy. Teraz tylko wystarczy czekać na konspekt pracy. I na dzieci, bo bez nich nic nie będzie.

Jeżeli już poruszyłam temat planowania, to podczas leżenia w szpitalu przyszedł mi do głowy pewien pomysł. W sumie niedrogi pomysł, do którego realizacji potrzebuję trochę weny twórczej, a także dobrej woli innych osób. Czasu mam niewiele, ale jeżeli udałoby mi się go zrealizować to prawdopodobnie kolejny raz zmieniłabym stereotypowe myślenie osób niemających na co dzień styczności z osobami niepełnosprawnymi na temat przysłowiowych roślinek. Mam nadzieję, że Duch Święty kolejny raz okaże swą moc i pozwoli mi wypełnić mój zamiar.

wtorek, 6 stycznia 2015

Zamierzenie wypełnione w 200% oraz mała refleksja

Pamiętacie tą notatkę, w której miałam pełno planów na najbliższe dwa tygodnie? Z reguły zawsze sobie coś obiecywałam, ale moje lenistwo brało górę. A teraz? Przeziębienie dość szybko wyleczyłam, bo już pod koniec tygodnia. Tak jak pisałam przez prawie dwa tygodnie nie musiałam dojeżdżać do Krakowa, więc mogłam to paskudztwo wyleżeć. Co prawda przyplątało się coś innego(i nie ma chyba zamiaru szybko opuścić), ale przynajmniej nie męczy mnie już kaszel. A leżąc w łóżku mogłam i nadrobić książkowe zaległości i podgonić z materiałem. Na stole do dzisiaj mam porozkładane notatki i książki, zaległe notatki uzupełnione(m.in. H2O zamienione na chrzest święty, o szczegóły nie pytajcie, bo to dłuższa historia), mapy na geografię ściągnięte z internetu. Gotowe notatki wydrukowane i poukładane przedmiotami. Przedmioty zaliczone trafiają do "lamusa" - wkładam je do koszulek, a następnie do segregatora, bo w czasie studiów dowiedziałam się, że nawet notatki sprzed 10 lat bywają aktualne. Bałagan mam, ale najważniejsze jest to, że nie ginę w nim. Podszlifowałam trochę moje zdolności językowe, tak więc w planie na najbliższe dni mam także skserowanie kolejnych materiałów. Kronikę uzupełniłam całą co bardzo mnie cieszy. Zwłaszcza, że bardzo trudno jest pisać o czymś, w czym nie brało się udziału. Na szczęście w parafii działają osoby, które naprawdę w razie potrzeby spieszą człowiekowi z pomocą. Rozwój duchowy też podciągnęłam. Co prawda spaliłam kazanie podczas Drugiego Dnia Świąt,(byłam przekonana, że przeczytają list napisany przez rektora mojej uczelni, a przeczytali list napisany przez rektora KULu), ale i tak było dobrze. Żałuję tylko, że ostatnio wytworzyła się w naszym zespole parafialnym dziwna polityka rodzinna, ale przecież wszędzie muszą być równi i równiejsi. Jakoś to przeżyję, tylko ciekawa jestem czy kiedy będę miała urodziny dostanę mikrofon. Pewnie nie, ale łudzić się można. Poza tym zrobiłam taki porządek w szafie, że aż sama się zdziwiłam. No i obejrzałam kilka filmów na co z reguły nie mam czasu. Tak więc uważam, że te dwa tygodnie nie były czasem straconym.

Dzisiaj po przeczytaniu notatki na jednym blogu naszła mnie refleksja. Czy to źle, że osoba niepełnosprawna dzieli się na swoim blogu swoimi sukcesami? Czy to źle, że pochwali się oceną czy też spotkaniem ze znajomymi? Zdaję sobie sprawę z tego, że większość niepełnosprawnych siedzi w swoich domach, ale czy to oznacza, że ci, którzy żyją w miarę aktywnie mają o tym nie mówić? Nie cieszyć się z tego, że sprawiło radość innym? Moja sytuacja rodzinna jest dość skomplikowana, aktualnie sama mieszkam(no dobra, z kotem), nie mam komu pochwalić się ze swoich radości. Mogłabym jak inni ograniczać się do psioczenia na cały świat, ale po co? Po co wywlekać pewne sprawy publicznie? Co kogo obchodzą moje kłopoty. Życie jest za krótkie, aby marnotrawić je na błahostki. Ktoś mi kiedyś powiedział, że wobec każdego człowieka Bóg ma piękny plan. Tylko, że ludzie najczęściej nie dostrzegają tego co mają, a nawet zazdroszczą innym ich życia. Ale co to zmieni. Najlepiej zatem zmienić swoje nastawienie i żyć pełnią życia. Z pozoru to jest niemożliwe, a jednak. I nie ważne czy mieszkamy w wielkim mieście, czy zapyziałej wsi - wszyscy mamy takie samo prawo do szczęścia. Musimy tylko być mniej egoistyczni.

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział pod tytułem podstawy przedsiębiorczości uważam za zamknięty

Pisaliśmy dzisiaj na kierunku technik administracji egzamin z przedmiotu podstawy przedsiębiorczości. Pisaliśmy go w elitarnym gronie, ponieważ większość naszych kolegów została zwolniona z chodzenia na podstawie oceny wystawionej na ich świadectwie ukończenia szkoły średniej. Ja co prawda też go miałam w liceum, jednak przepisy mówią, że ocena może być przepisana jedynie wtedy, kiedy od jej wystawienia na poprzednim świadectwie nie minie okres 3 lat. A ja szkołę średnią ukończyłam w kwietniu 2009 roku, czyli pięć lat wstecz. Tak więc przepisy mnie ominęły. No nic, przynajmniej miałam okazję utrwalić sobie pewne rzeczy. A z drugiej strony podstawy przedsiębiorczości były prowadzone w liceum w taki sposób, że nic z nich nie wyniosłam. Suma, sumarum na koniec dostałam ledwie, ledwie 4(w sumie to bardziej wyproszona 4 przez wychowawcę, bo inaczej świadectwo z wyróżnieniem przeszłoby mi koło nosa). Było, minęło. W szkole policealnej na realizację programu przewidzianych było 20 jednostek lekcyjnych. W tym pisaliśmy dwa sprawdziany oraz jeden referat, albo krzyżówkę na temat reklamy. Wybrałam krzyżówkę, ponieważ sama bardzo lubię tą formę spędzania wolnego czasu. Już na początku powiadomiłam prowadzącą, że jam nie bardzo piśmienny człek, więc ustaliłyśmy, że pytania zamknięte w pracach kontrolnych będę zaznaczać ręcznie, natomiast pytania otwarte pisałam na komputerze, a nauczycielka zgrywała je sobie na pendreiwe i gdzieś tam drukowała. Pierwszy sprawdzian - samo życie, 5 bez szemrania. Dzisiejszy trochę gorzej(jako definicję pieniądza bezgotówkowego podałam przeciwieństwo pieniądza gotówkowego, a także zmniejszyłam ilość filarów emerytalnych z trzech do dwóch - dobra jestem, prawda? Ale przynajmniej było śmiesznie na forum klasowym), ale i tak moja wiedza została oceniona na mocną czwórkę - do 5 zabrakło mi dosłownie jednego punkcika. Ma się to szczęście, albo pecha. Dzisiaj praca została sprawdzona na bieżąco, tzn. zaraz po jej napisaniu, ponieważ pracownicy "Progresu" nie mają możliwości korzystania ze szkolnych urządzeń biurowych. Trochę się zdenerwowałam, bo mój laptop ostatnio zamula, a chciałam znać już dzisiaj ocenę. Spokojnie jednak wszystko zaczęło działać i na kartce pojawiały się kolejne punkty. Zaczęłam się zastanawiać, czy dostanę 4, 4,5, czy też jakimś cudem 5. Na szczęście ocena z referatu przeważyła los mojej oceny końcowej(kobitka sama głowiła się nad niektórymi hasłami). W moim indeksie oraz w dzienniku przy moim nazwisku wylądowała piękna piąteczka. Cieszę się jak diabli, ponieważ na administracji jest to jedyny przedmiot, który kończymy w tym semestrze, a zasada w szkołach policealnych jest taka, że na świadectwo trafia ostatnia ocena końcowa z danego przedmiotu. Ale ja i 5 z pp? 

Tak dla równowagi wczoraj pisaliśmy egzamin z podstaw prawa cywilnego. Trochę mi się pomyliły ustawy i dostałam z niego cztery. A może babeczka nie mogła rozszyfrować mojego chińskiego pisma? W przyszłym semestrze trzeba wnioskować o pisanie zadań otwartych na komputerze. A za dwa tygodnie ostatni zjazd, za to pełen egzaminów. Pocieszam się tym, że jak mi nie pójdą ocenowo(bo 30% to nie jest tak trudno zdobyć), to zawsze mogę się podciągnąć w przyszłym semestrze.

piątek, 2 stycznia 2015

Jak sprawić uśmiech na twarzy innej osoby, czyli o sylwestrze

Z czym kojarzy Wam się Sylwester? Z szaloną zabawą czy też z nudą w domu? U mnie co roku schemat się powtarzał - telewizor, a potem oglądanie sztucznych ogni przez okno. Wiele osób z mojego otoczenia robiło co prawda imprezy, ale nawet nie przyszło im na myśl, żeby mnie chociaż zapytać czy nie chcę przyjść. Jakoś przyzwyczaiłam się do faktu, że nikt nie chce się bawić w towarzystwie kaleki. Ale z drugiej strony zaczęłam się zastanawiać ile moich niepełnosprawnych znajomych jest w podobnej sytuacji... Postanowiłam nie narzekać jak inni na kolejny Sylwester w samotności, tylko działać. Zaczęło się wysyłanie SMSów, rozmowy za pomocą gg i nk. I tak od słowa do słowa uzbierała się mała paczka znajomych, którzy też samotnie mieli spędzić ten wieczór, ewentualnie z rodzicami. Przypomniały mi się słowa jednego z bohaterów "Ziemi Obiecanej" - "Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. To razem mamy tyle, aby założyć fabrykę". No właśnie, a gdyby tak spróbować zrobić imprezę sylwestrową u mnie w mieszkaniu, przemknęło mi przez myśl. I znowu rozegrała się akcja SMSowa i komunikatora. Co prawda na mój apel odpowiedziały tylko dwie osoby, ale zawsze lepszy rydz niż nic, ha, ha, ha. W końcu na imprezie pojawiła się tylko jedna osoba, bo druga niby zajmowała się dzieckiem(wiem, że jest to ściema, ale jakoś nie jest mi przykro). Ale i tak było super - rozmowy, wspominanie starych, dobrych szkolnych czasów, wspólne oglądanie telewizji i toast zniesiony coca - colą. A przede wszystkim uśmiech na twarzy A. Nawet jej mama była szczęśliwa, że córka nie spędzi kolejnego Sylwestra w domu z rodzicami, tylko z kimś w jej wieku. To się nazywa wyczucie sytuacji. Mam tylko nadzieję, że będzie mi dane częstsze sprawianie przyjemności moim znajomym. Bo tak naprawdę to nie sztuka siąść sobie i biadolić, że jest się sam na świecie. Sztuką jest zrobić wszystko, aby tak nie było.

A jutro ruszam z egzaminami, dlatego jako pilny uczeń siedzę przy notatkach. Tylko dlaczego nic mi do łba nie wchodzi?!