Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 28 lutego 2015

Diabeł tkwi w szczegółach

Od kilku tygodni bez przerwy boli mnie brzuch. Co prawda od zawsze zmagam się z przewlekłym zapaleniem pęcherza moczowego, jednak ono nigdy nie daje żadnych objawów, a wychodzi tylko w wynikach badań. Więc ta opcja automatycznie odpadała. Na początku tłumaczyłam to sobie stresem związanym z niezdanym angielskim, potem z nadmiaru zajęć. Ostatnio jednak mam takie dni, kiedy dosłownie nie jestem w stanie wstać z łóżka. A nawet dochodzi do tego, że jak mnie znienacka nie sieknie, to potrafię dosłownie zgiąć się wpół. Mój problem polega na tym nie mogę sobie pozwolić na leżenie w łóżku(no chyba, że mi wynajdą coś), bo przecież mam nowy semestr na uczelni i szkołach policealnych. Jak na samym początku będę opuszczać zajęcia, to później nie dam rady nadrobić tego wszystkiego, a przynajmniej będzie mi bardzo trudno. Już raz miałam taką sytuację - tuż przed sesją trafiłam do szpitala na prawie dwa miesiące. Egzaminy i zaliczenia oczywiście dało się przesunąć, ale ile mnie to nerwów kosztowało... Teraz jednak nie mam jednej szkoły, ale aż trzy. Dlatego postanowiłam jeszcze w styczniu iść do rodzinnego. Nie, nie łudziłam się, że coś mi wynajdzie, to raczej nie ta dziedzina. Tym bardziej, że ewentualny wyrostek robaczkowy wykluczył na wstępie, chociaż morfologia krwi wyraźnie wskazuje na stan zapalny. Dostałam skierowanie do gastroenterologa. Sama też wybrałam się do ginekologa, bo przecież diabeł tkwi w szczegółach. W tych sprawach na szczęście wszystko jest w miarę w porządku. Co prawda stwierdził, że USG dopochwowe dało by miarodajny obraz, zwłaszcza że kilka narządów wewnętrznych mam poprzesuwanych, jednak gabinet nie dysponował takowym.

W piątek byłam u gastroenterologa, który przyjmował w naszym miejskim szpitalu. Na początek wywiad. No, trochę mu się streściło życie, którego miało nie być. Potem palpacyjne badanie, które w zasadzie nic nie wykazało. Od ręki wykonał mi USG jamy brzucha, sprawdził płyn oponowo - rdzeniowy. Prawdopodobnie problem tkwi albo w jelitach, albo w przewodzie pokarmowym. Ewentualnie w drogach rodnych. A ból, zwłaszcza taki nagły, może po prostu promieniować. Więc dostałam skierowania na kolano i gastroskopię. Tak sobie myślę - bać się, czy się nie bać. Chociaż bardziej niż wyniku boje się samego badania. A z drugiej strony tyle przeszłam, więc i temu podołam. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Z pozytywnych rzeczy to wreszcie poprawiły mi się wyniki moczu. Tak "dobrych", chociaż znacznie odbiegających od normy, nie miałam od lat. A może i z resztą będzie dobrze? Kto to wie?

czwartek, 26 lutego 2015

Ponad 10 tysięcy odsłon

No i stało się. Licznik na blogu odnotował ponad 10 tysięcy odsłon bloga. W ciągu ośmiu miesięcy pisania mojego bloga, tyle właśnie osób zajrzało na niego. Co będzie za kolejne 10? Nie mnie o tym myśleć. Mam nadzieję, że wśród tych osób są takie, którym ten blog naprawdę się podoba, które może coś z niego wynoszą. Nie tylko pustą treść, ale może i przeświadczenie, że ludzie niepełnosprawni też są członkami społeczeństwa, że chcą i potrafią brać czynny udział w życiu, że mają pasje i zainteresowania, które rozwijają. 

A wszystkich odwiedzających mój blog zapraszam na słodkie co nieco  :)

wtorek, 24 lutego 2015

Przez peregrynację symboli ŚDM do łóżka

Przez dwa ostatnie tygodnie lutego w naszej diecezji odbywa się peregrynacja symboli Światowych Dni Młodzieży, które już za półtora roku odbędą się w Krakowie - Krzyża poświęconego przez papieża Jana Pawła II i przekazanego młodym ludziom oraz ikony Matki Boskiej. W tą niedzielę oraz poniedziałek symbole te przywędrowały do naszego kościoła dekanatu, o którym pisałam w >>tym<< poście. Początek zaplanowany był na 20:30 w niedzielę, jednak jak to w życiu bywa samochód - kaplica przyjechał z opóźnieniem. Pod bazyliką spotkałam dziewczyny z jednej ze wspólnot w naszej parafii, toteż nie byłam sama. Akurat u nas wszystkie wspólnoty są raczej zintegrowane i wszyscy się w miarę dobrze znają. A przy okazji poznałam katechetę moich koleżanek. Od razu idzie wyczuć, że to ksiądz z powołania. 
Ze zdziwieniem odkryliśmy, że ministrantów z naszej parafii jest jakby więcej niż z bazyliki, co zresztą potwierdził nasz wikary. O Honorowej Służbie Ołtarza już nie wspomnę, a nawet śmiem sądzić, że w bazylice nie znają takiej funkcji. A i sami parafianie nie zawiedli, chociaż nie wszyscy byli młodzi ciałem. Heh, salezjanie górą, jak to powiedziała jedna z moich koleżanek.
Tak jak pisałam przyjazd samochodu nieco się opóźnił. Nie ostudziło to zapału czekających, którzy cierpliwie stali na dziedzińcu kościelnym. Wreszcie samochód z symbolami wjechał na plac przed kościołem. Ksiądz z sąsiedniej parafii uroczyście powitał zarówno krzyż jak i ikonę, aby następnie zostały wniesione przez młodych do wnętrza świątyni. Towarzyszył temu śpiew pieśni "Krzyżu Chrystusa bądźże pochwalony" oraz trzykrotne wezwanie "Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata" wraz z przeczytaniem fragmentów Ewangelii. Kiedy wszyscy znaleźli się w świątyni, nastąpiło przedstawienie planu całej peregrynacji oraz wspólne odmówienie Koronki do Bożego Miłosierdzia. Podniosłą chwilą był moment codziennego zasłonięcia figury Matki Boskiej Anielskiej. Przed wyjściem każdy chętny mógł ucałować relikwie Krzyża Świętego, dotknąć ikony oraz Krzyża.
Następnego dnia uroczystości zaczęły się już o godzinie 9:00 kiedy młodzież przyniosła ze sobą egzemplarze Pisma Świętego i w uroczystym przyrzeczeniu oznajmiła, że będzie z mądrością czytała oraz głosiła Słowo Boże. Osobiście nie mogłam być na tym spotkaniu, ponieważ musiałam jeszcze zdać język rosyjski i odnieść indeks do dziekanatu, jednak z Bożą pomocą zdążyłam dojechać na Mszę świętą o godzinie 11:00 połączoną z sakramentem namaszczenia chorych. A swoją drogą to dostałam takiego poweru, że drogę Grodzka - dworzec PKP w Krakowie pokonałam w 20 minut. Jak dla mnie to rekord. Po Mszy odbyła się Liturgia Słowa z komentarzami oraz Droga Krzyżowa. Oby dwa punkty przygotował wikariusz z naszej parafii, ksiądz J., chociaż w harmonogramie zaznaczony był ksiądz proboszcz. Peregrynację zakończyła Koronka do Miłosierdzia Bożego(akurat była godzina 15) z rozważaniami biskupa pomocniczego naszej diecezji. Na koniec w imieniu wszystkich dzieci w wierszowany sposób podziękowały symbolom Światowych Dni Młodzieży za przybycie do nas.







W sumie wczoraj spędziłam w kościele przeszło 6 godzin, wyłączając krótką przerwę na kanapkę i gorącą herbatę. To drugie było konieczne, choćby ze względu na chłód panujący w świątyni. Ironizowałam, że kiedy większość parafii dogrzewa wnętrza Domów Bożych, tutaj wręcz wyziębiają je. Chociaż prawda jest taka, że bazylika jest duża, to i trudniej ją dogrzać. W dodatku ze względu na to, że musiałam na uczelni wstawić się na 8:00 z domu wyszłam o... 5:25. Miałam nadzieję przespać się w busie, jednak w radiu o niczym innym nie mówili, niż o Oscarze dla polskiego filmu "Ida". Czyli mój zamiar spoczął na niczym. Skutek był tego taki, że po powrocie do domu położyłam się do łóżka i zasnęłam. W ogóle to chyba miałam gorączkę, bo czułam się tak sobie, na szczęście wszystko mi przeszło na tyle, że jestem w stanie normalnie funkcjonować. 
A teraz z jeszcze większą niecierpliwością wyczekuję przyszłorocznych Światowych Dni Młodzieży.

poniedziałek, 23 lutego 2015

O pewnym "drogim" panie i zakładach prawie bukmacherskich z nim związanych

Z czym kojarzy Wam się przełom lutego i marca? Bo mnie osobiście z galą Nagród Akademii Filmowej zwanej po prostu Oscarami. Chociaż, jeżeli już sięgnąć do historii tego prestiżowego wyróżnienia, pierwsza ceremonia miała miejsce 16 maja 1929 roku, dwa lata po ufundowaniu samej nagrody. Potem ceremonie wręczenia statuetek miały miejsce nawet w listopadzie. Dopiero z czasem termin został oznaczony jako luty/marzec. Oscary uważane są za najbardziej prestiżowe nagrody w dziedzinie filmografii w różnych kategoriach. I chociaż nastawione są głównie na uhonorowanie amerykańskich produkcji, ustanowiono również osobną kategorię, jaką jest film nieanglojęzyczny. Oczywiście można też zostać nominowanym w tak ogólnych kategoriach jak reżyser, najlepsi aktorzy, muzyka itp. 

Co przedstawia Oscar? Dużo osób zadaje sobie to pytanie, bowiem na szklanym ekranie nie zawsze dobrze go widać. Jest to figurka wysoka na ok. 35 cm o wadze niecałych 4 kilogramów. Przedstawia rycerza stojącego na rolce filmu posiadającej pięć szprych. Symbolizują one poszczególne grupy zawodowe reprezentowane w Akademii: aktorów, scenarzystów, reżyserów, producentów oraz techników. Została zaprojektowana w 1928 roku, obecnie odlewane są przez jedną z chicagowskich fabryk. Ciekawa jest geneza powstania nazwy Oscar, statuetka oficjalnie nazywa się Academy Award of Merit, jednak od 1939 roku używa się potocznego określenia Oscar. Jedna z genez podaje, że pewna bibliotekarka zobaczywszy statuetkę stwierdziła, że przypomina jej wuja Oscara. Pomysł ten został pochwycony przez dziennikarza Sydneya Skolsky'ego, który zaczął używać nazwy w swoich artykułach. Inna wersja mówi, że imię Oscar statuetka zawdzięcza aktorce Bette Davis.
W tym prestiżowym konkursie znajdziemy wiele polskich akcentów. Pierwszym polskim zdobywcą Oscara był autor muzyki do filmu "Fantazja". Było to w 1941 roku. Od tej pory Polacy 9 razy stawali na czerwonym dywanie w Hollywood, aby wyjść z gali z drogocenną figurą. Największy sukces według mnie odniósł znany polski reżyser, Andrzej Wajda, który w 2000 roku odebrał Oscara ze całokształt twórczości. Jest to nie lada zaszczyt, że ktoś tam w odległej Ameryce doceniono reżysera z Polski. Osobiście nie pamiętam tego wydarzenia, wszak miałam ledwie 9 lat. Za to utrwaliła mi się rozmowa telewizyjna z innym polskim laureatem Nagrody Akademii Filmowej w dziedzinie muzyki z 2005 roku, Janem Kaczmarkiem. Co prawda skomponował on ścieżkę dźwiękową do angielskiej produkcji "Marzyciel", co nie zmienia faktu, że byłam dumna z tego, że to właśnie jest Polak. Potem było trzymanie kciuków za kolejnych naszych nominatów - filmy typowo wojenne - "Katyń" Andrzeja Wajdy oraz "W ciemności" Agnieszki Holland. Filmy dobre, jednak nie tak dobre, aby wrócić z za Oceanu ze statuetką.

W tym roku ku mojemu zaskoczeniu do nagrody nominowano aż trzy polskie filmy: fabularny "Idę" oraz dwa krótkometrażowe dokumentalne: "Naszą klątwę" i "Joannę". O pierwszym z nich ostatnio było głośno - "Ida" Pawła Pasikowskiego co chwilę dostawała jakąś nagrodę w filmowym świecie. Zresztą "Nasza klątwa", film nakręcony amatorsko przez rodziców małego Leosia chorującego na Klątwę Ondyny, też zbierała pochwały. Na pozór najbardziej nieznany był mi film "Joanna". Ba, pomyliłam go nawet z innym o tym samym tytule. Poszperałam jednak w sieci i doszłam do tego, że film jest o znanej bloggerce, Joannie Sałydze. Obejrzałam na szybko dwa pierwsze filmy, żeby mieć co do nich rozeznanie. "Joanny" niestety nie mogłam nigdzie znaleźć.

Wczoraj, zgodnie ze zwyczajem, po Mszy świętej obstawialiśmy laureatów tegorocznej Gali Oskarowej. Co do "Idy" wszyscy byliśmy jednomyślni(ach, ten patriotyzm), dopiero przy innych kategoriach mieliśmy odmienne zdania. Jakiś czas temu byłam na filmie "Teoria względności" opowiadającym o słynnym naukowcu Stephena Hawkinga. Sam film jakoś mi nie podszedł, ale gra głównego bohatera, Eddiego Redmaynea już tak. Dlatego obstawiłam, że dostanie statuetkę w swojej kategorii. Do żeńskiej laureatki wytypowałam Rosemund Pike, do filmu anglojęzycznego "Birdman"(jak to dobrze, że dałam się namówić w momencie chandry na wyjście do kina), również reżysera i scenariusz do tego filmu nominowałam do nagrody. Jako najlepszy film długometrażowy obsadziłam "Wielką szóstkę"(niech żyją półkolonie).

Dzisiaj w radiu od rana huczeli o triumfie "Idy". Tak, tak, patriotyzm się kłania. A o reszcie cichosza. Musiałam uzbroić się w cierpliwość do czasu, aż wrócę do domu i usiądę przed monitorem. A że mój obecny tryb życia jest jaki jest, moja ciekawość została zaspokojona dopiero wieczorem. No i co? Okazało się, że sporo moich nominacji się sprawdziło. To się nazywa mieć nosa. A może po prostu mam gust?

niedziela, 22 lutego 2015

Niepodniecany zapał do działania też się może kiedyś wypalić

Jeszcze kilka lat temu ze zniecierpliwieniem czekałam na każdą akademię przygotowywaną przez parafialną scholę. Co prawda przez pierwsze ponad półtora roku występowałam biernie, jednak w 2010 roku przyszła długo oczekiwana przeze mnie chwila, ku mojemu zaskoczeniu dostałam do przeczytania jednej ze Stacji Drogi Krzyżowej. Czy byłam z tego powodu szczęśliwa? No ba, wreszcie mogłam pokazać, że też umiem wiele robić, że mogę czynnie brać udział w akademiach. Po występie były pochwały i... cisza. Potem sama zaczęłam się upominać o to, aby coś mówić. No i udawało się. Jednak drzwi do występów otworzyły się przede mną, kiedy nastąpiła zmiana proboszcza. Doszło nawet do tego, że rok temu czytałam coś podczas Mszy świętej. A rok temu w Wielki Piątek przeszłam samą siebie jadąc najpierw do Kalwarii Zebrzydowskiej na Misterium Męki Pańskiej, a następnie wypruwając sobie flaki wracając na czas do domu. Myślałam, że ktoś to doceni. Taa, pomarzyć można. Moje szczęście trwało zaledwie dwa lata. Od roku nie śpiewałam ani razu do mikrofonu, od września nic nie czytałam. Z czytaniem rozumiem, ale mikrofon mogliby mi chociaż raz dać. Co prawda ustalili, że mają śpiewać głównie dzieci, ale nie zaznaczono, że wliczają się w to też dzieci VIPów, którzy już skończyli 18 rok życia. No cóż, są równi i równiejsi. I ci, co zawsze będą wgniatani obcasem w beton. Pewnie dlatego czuję coraz większy niesmak. Bo gdyby śpiewały tylko dzieci, to jakoś bym to przeżyła.

To trochę tak jak z kwiatkiem albo ogniem. Jeżeli się go nie podlewa, albo nie dokłada drewna, to z czasem kwiatek uschnie, a ogień zgaśnie. Tak samo jest z ludzkim zapałem do pracy, jeżeli nie jest odpowiednio podsycany, to z czasem staje się coraz mniejszy, aż w końcu znika. I ciężko jest go na nowo rozpalić, tak samo jak ciężko jest przywrócić do życia uschnięty kwiat. 

Dlatego postanowiłam konsekwentnie nie włączać się w żadne najbliższe przedsięwzięcia. Już grzecznie oznajmiłam, że nie będzie mnie na Wielkanoc. Oczywiście wielkie zdziwienie, bo jak to tak, że Lolek ma jakieś plany, marzenia, zamierzenia. Na co dzień radzą sobie radę beze mnie, to i teraz będzie tak samo. Zresztą prawda jest taka, że zrobię krok w przód, a przez resztę roku sto kroków w tył. Mam co robić - studia, przygotowania do ŚDM(więcej napiszę w najbliższym czasie), wolontariat w szkole, są miejsca, gdzie doceniają cię przez pryzmat osiągnięć i zaangażowania, a nie choroby. A jednak boli, że przez swoje wady, na które wszak nie ma się wpływu, jest się spychany na drugi plan. 

Marzę o takiej chwili, aby zorganizować Mszę świętą z akademią z osobami niepełnosprawnymi, aby niektórzy ludzie na nowo stali się bardziej empatyczni. Aby zrozumieli, że chcieć to móc. Bo tak naprawdę cały proces integracyjny środowiska zaczyna się w małych społeczeństwach. A może mam za duże ambicje?

sobota, 21 lutego 2015

Każdy ma prawo do błędu

Wczoraj wieczorem, po powrocie z nabożeństwa Drogi Krzyżowej, zajrzałam na stronę jednej ze szkół policealnych do których uczęszczam w celu sprawdzenia planu lekcji na dziś. W siatce godzin wyrazie było napisane, że drugi semestr, czyli mój, ma zajęcia z działalności gospodarczej w branży ekonomicznej w wymiarze dwóch jednostek lekcyjnych. Nawet się ucieszyłam, bo im wcześniej zaczniemy zajęcia, tym szybciej wyrobimy przepisowe 175 godziny w semestrze. Ale z drugiej strony zasmucił mnie fakt, że to tylko dwie godziny, kiedy spokojnie można by było spędzić cały dzień w szkole. Z drugiej jednak strony mogłam spokojnie jeszcze dotrzeć potem na próbę scholi. Tydzień temu było to dla mnie awykonalne, ponieważ też miałam szkołę, tym razem technika administracji. Ba, w zeszłym tygodniu nawet nie zdążyłam pójść na niedzielną Mszę świętą(ale na spotkanie w Oratorium już tak). Jutro na szczęście mam wolne, więc wszystko nadrobię. I jeszcze pewnie udam się na popołudniowe Gorzkie Żale.

Wracając jednak do dzisiejszych zajęć na policealnej, to oczywiście bez marudzenia udałam się w miejsce, gdzie się one odbywały. Na dole budynku zawsze jest wywieszony plan z zaznaczonymi salami, w których są zajęcia(na Internecie podana jest tylko ulica i godziny lekcji). Nagle rzuciło mi się w oczy, że nad planem dla mojego kierunku jest zamieszczona cyfra I, co oznacza, że plan jest dla pierwszego semestru. Ja natomiast jestem już na drugim(z czego cieszę się bardzo). Na wszelki wypadek zaszłam do dyżurki zapytać się co i jak. Okazało się, że w systemie jest błąd i dzisiejsze zajęcia faktycznie przewidziane są dla semestru niżej. W sumie to nawet było mi to na rękę - chciałam posprzątać moje mieszkanie, a przed wyjściem na scholę zdążyłam jeszcze wymienić kotu żwirek w kuwecie i pozmywać podłogę. Ktoś pewnie powiedziałby, że codzienne mycie podłogi jest obsesją, jednak przy alergii na kurz to konieczność, bez względu na to, czy mamy dzień powszechni, czy też świąteczny. Bóg wybaczy. Któż jak nie on.

Próby scholi jako takiej nie było - po półkoloniach zaginęły kable od sprzętu muzycznego i nie wiadomo gdzie ich szukać. Pojutrze próbę ma drugi zespół, więc pewnie się znajdą. Trochę podniosła mi ciśnienie sytuacja ze świętami, jaka się w międzyczasie wywiązała, jednak nie warto o niej tutaj pisać i jej wywlekać na światło publiczne. Napiszę tylko tyle, że czasami pycha i przekonanie o wyższości nad innymi aż wypływa z niektórych osób. Ale skoro przez kilka lat schola była traktowana jako najważniejsza jednostka w kościele to czemu ja się dziwię. Osobiście uważam, że każda organizacja w naszej parafii jest tak samo ważna i nadaje sens wszystkim dziejącym się w jej obrębie przedsięwzięć. I nie ma co umiejscawiać jednej jednostki ponad innymi. I tak długo jak niektórzy będą tak czynić, tak długo ja nie będę rozumieć czynników regulujących ich byt. Z pozytywnych rzeczy to udało mi się zapłacić za wyjazd 15 marca na Misterium Męki Pańskiej do Wyższego Seminarium Towarzystwa Salezjańskiego w Krakowie. Ba, nawet zapłaciłam ze zniżką studencką! To jest życie. A samo Misterium zapowiada się bardzo interesująco. Zresztą sami PRZECZYTAJCIE. No nic, dożyjemy - zobaczymy jak to będzie. 
To taki przedsmak przed obchodami Wielkiego Tygodnia w Kalwarii Zebrzydowskiej, na który też planuję się wybrać. Rok temu pierwszy raz sama sobie w całości zorganizowałam taki wyjazd. Jednak źle sobie zobaczyłam uroczystość w Wielki Czwartek i za późno dojechałam na inscenizację Obmycia nóg apostołom (kiedy w 2011 roku byłam na Kalwarii z rodzicami, uroczystość ta odbywała się od godziny 16, tymczasem rok temu przenieśli ją na 13). Teraz planuję dotrzeć na miejsce już w środowy wieczór, kiedy będzie się odbywała "Uczta u Szymona" oraz "Zdrada Judasza". Na ile mi się to uda zrealizować nie wiem. Mam jednak nadzieję aktywnie odpocząć od otaczającej mnie rzeczywistości.

czwartek, 19 lutego 2015

Czas na wyciszenie się

Czas biegnie nieubłaganie. Jeszcze "wczoraj" nuciliśmy pod nosem kolędy, dzisiaj wkraczamy w okres zadumy i zastanowienia się nad swoim bytem - Wielki Post. Wczoraj zgodnie z tradycją, w jakiej zostałam wychowana, prosto z uczelni pojechałam do parafialnego kościoła, aby kapłan posypał mi łebek popiołem. Nie wiem jakim cudem zdążyłam, ponieważ miałam na uczelni ponadprogramowy wykład, z którego co prawda urwałam się wcześniej, ale przez to, że Kraków o godzinie 15 nie różni się zbytnio od Katowic o tej samej porze(czytaj korki) nie zdążyłam na busa. A że kolejnego miałam za godzinę, dodatkowo wiem, że o 16:30 na wylotówce z Krakowa na A4 nie jest wcale lepiej niż godzinę wcześniej, postanowiłam dostać się do domu przez Katowice. Tym sposobem o 17 byłam w stolicy mojego województwa, a 45 minut później sprintowałam do kościoła przez jakieś 400 metrów. Na miejscu byłam nawet 10 minut przed czasem, dzięki czemu mogłam się wyciszyć przed uroczystością. Mam dziwne wrażenie, że z roku na rok księża mają go coraz mniej. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy jeden z poprzednich księży proboszczów sypał tyle popiołu na głowy wiernych, że potem lądował on w moim talerzu. W dzisiejszych czasach jednak księża ledwie znaczą nas tym szarym pyłem. Pieśni śpiewane podczas Mszy świętej są pełne powagi, a zamiast radosnego "Alleluja" po czytaniach, zabrzmiało pełne trwogi "Chwała Tobie, Słowo Boże". Teraz będziemy się gromadzić w każdy piątek na nabożeństwie Drogi Krzyżowej oraz w niedziele na Gorzkich Żalach. Osobiście bardzo lubię te nabożeństwa, bo chociaż nie należą do najweselszych, to niosą za sobą pewne przesłanie. Mam akurat to szczęście, że w mojej parafii są księża oraz wspólnoty parafialne, które potrafią przygotować naprawdę ciekawe rozważania. Najbardziej lubię jednak Triduum Paschalne, kiedy w Wielki Czwartek i Piątek przygotowywane są rozważania na adorację Najświętszego Sakramentu. A tydzień wcześniej będziemy przezywać Niedzielę Palmową. Muszę zapytać się księdza odpowiedzialnego w naszej parafii za młodzież, czy byłaby szansa na pojechanie tego dnia do Sosnowca na obchody Dnia Młodych. To taki przedsionek do Światowych Dni Młodzieży, które odbędą się już za rok w Krakowie. Pięć lat temu byliśmy z parafii na takiej uroczystości i bardzo nam się podobało.
Nasze "Oratorium" w Sosnowcu, marzec 2010(Bosz... jacy byliśmy młodzi)
Jeżeli już piszę o Światowych Dniach Młodzieży, to w najbliższą niedzielę i poniedziałek w sąsiedniej parafii odbędzie się peregrynacja Krzyża i Ikony tego wydarzenia. Wypada iść, chociaż w niedzielę. Na mojej uczelni, bądź co bądź katolickiej, zajęcia rozpoczynają się modlitwą "Któryś za nas cierpiał rany". Ogólnie widać po wszystkich, że są jacyś tacy spokojni i wyciszeni. I chyba o to w tym wszystkim chodzi. O to, abyśmy przystanęli na chwilę w biegu swojego życia, zastanowili się nad jego sensem, czy umiemy je wykorzystać.

wtorek, 17 lutego 2015

"A gdyby tak... być kotem?" Sylwii Sekret

Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Kota. Ja od czerwca ubiegłego roku jestem właścicielką małej puchatej kuleczki, którą nazwałam Pusia. Pierwotnie miał być Puszek, jednak okazało się, że samczyk to samiczka. I została Pusia. Wesoło mam z moim małym urwisem. To ważne, zwłaszcza kiedy mieszka się samemu w mieszkania. Przynajmniej mam do kogo zagadać. A jakie to mądre stworzenie, chociaż trochę krnąbrne. Ale o tym napiszę innym razem.
Pusia
Jakiś czas temu na portalu lubimyczytać.pl zamieszczono tekst zatytułowany "A gdyby tak... być kotem", który pozwolę sobie zamieścić tutaj. Jego autorem jest pani Sylwia Sekret, która pokazała, jak bardzo lekkie ma pióro do tego typu tekstów. Zapraszam do lektury:

"Człowieka od zawsze trapią rozmaite lęki, niepewności i koszmary. Są one różne i często wynikają z wcześniejszych doświadczeń, z zawodu jaki wykonujemy lub miejsca, w którym mieszkamy. Czytelnik z zamiłowania nie byłby sobą, gdyby również nie prześladował go pewien odwieczny problem, spędzający mu sen z powiek. Chodzi mianowicie o bardzo niesprawiedliwą dysproporcję, która wynika z przeciętnej długości naszego życia w stosunku do ilości książek, które chcielibyśmy przeczytać. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że wciąż odkrywamy tytuły, o których do tej pory nie słyszeliśmy, a które brzmią niezwykle kusząco, a także to, że nasi ukochani pisarze wciąż tworzą, a młodych, wypływających dopiero na wody literackości talentów – nie brakuje. Ile razy myśleliśmy przecież: Tak wiele książek, tak mało życia… Ile razy ogarniał nas paniczny lęk, kiedy pomyśleliśmy sobie, ile rewelacyjnych książek powstanie wtedy, kiedy nas już nie będzie? No cóż, w takich chwilach zdarza mi się pomyśleć: Ach!, gdyby tak być kotem!
Wszyscy wiemy, że opowieść o tym, jakoby koty miały dziewięć żyć, jest mitem. Ale wszyscy wiemy też, że coś w tym po prostu musi być, a może nawet… jest to najwyższa forma prawdy? Tak zwana najprawdziwsza prawda? Pomyślcie tylko, jakby to było być takim kotem. Móc przeczytać dziewięć razy tyle książek, co w całym swoim życiu; wylegiwać się na parapecie lub poduszce z książką pod nosem…nie, stop! Tutaj pojawia się pierwszy problem. Przecież koty nie widzą tego, co mają bezpośrednio przed noskiem! No nic, w takim razie wracamy na nasz parapet lub poduchę, przesuwamy książkę nieco w bok, wyginamy się tak, aby było nam wygodnie (nie mamy obojczyka, więc zadanie jest dużo łatwiejsze niż w przypadku ludzi) i pogrążamy się w lekturze. Oczywiście w końcu przychodzi także czas na sen. Śpimy bardzo długo, nawet do piętnastu godzin, ale biorąc pod uwagę zabiegany tryb życia człowieka, jako koci czytelnicy nawet przy tak rozległym drzemaniu mamy nad nim przewagę. Nie chodzimy do pracy ani szkoły, nie przyrządzamy sobie jedzenia, ani po nim nie sprzątamy – robi to za nas zabiegany człowiek. Wysokie regały nie są nam straszne, ponieważ potrafimy skoczyć siedem razy wyżej niż liczy nasze kocie ciało. A kiedy z rozmarzeniem będziemy czytać o wspinaczce na Samotną Górę i z wrażenia zdarzy nam się z niej spaść (choć tak naprawdę będzie to parapet lub ów regał) to przecież mamy nasze poduszeczki, które działają jak amortyzatory – dlatego zawsze spadamy na cztery łapy.
Kiedy dopadnie nas chęć na drzemkę, nie będziemy musieli rozpaczliwie rozglądać się za jakąkolwiek zakładką, jak zwykł robić to człowiek – wystarczy, że na książce z gracją położymy nasz dumny ogon. Co więcej, dzięki naszej trzeciej powiece, nie zmęczą nam się szybko oczy, ponieważ dba ona o to, by się nie wysuszały. Kiedy natomiast okaże się, że w domu naszych państwa, nie ma już nic, co by nas interesowało lub po prostu wszystko przeczytaliśmy, to podróż do biblioteki nie zajmie nam dużo czasu – jeśli bardzo się śpieszymy (a komu by się nie śpieszyło do książek) potrafimy biec nawet 50km/h! A ponieważ nasz mózg jest bardziej zbliżony do ludzkiego niż, na ten przykład, do psiego, a za emocje odpowiadają te same jego rejony, co u ludzi – możemy być pewni, że zrozumiemy problematykę i wszelkie niuanse powieści napisanej przez człowieka. Dodatkowo, sięgając po książkę, która udaje, że została napisana przez kota – jak na przykład „Albert Pierwszy Wielki” - bralibyśmy w nasze pięciopalczaste przednie łapy czerwony długopis i zaznaczalibyśmy wszystkie głupstwa, które powypisywał na nasz temat człowiek.
Oczywiście myślicie sobie teraz: no dobrze, ale koty nie potrafią czytać! I
pewnie będziecie mieli rację, ale… czy możemy być tego w stu procentach pewni? Niegdyś sądzono, że koty w ogóle nie rozróżniają kolorów, potem okazało się, że rozpoznają czerwony, zielony i niebieski. Kto wie zatem, jakie jeszcze niespodzianki siedzą w tych mruczących futrzakach. Poza tym, rzecz fascynująca, podobno koty nie uważają siebie za małych ludzi, tylko nas za większe koty! Wszystko to sprawia, że stworzenia te stanowią idealny materiał na czytelnika, a czytelnik – idealny materiał na kota. Zero obowiązków i stosy książek; dziewięć żyć i kolejne książki; predyspozycje do skoków i regały pod sam sufit… Byłoby wręcz niesprawiedliwością, żeby koty nie potrafiły czytać. I nawet jeśli wizja kota zaczytanego w najnowszą powieść Kinga, albo nie mogącego oderwać się od „Wołania kukułki” jest wierutną bzdurą, to kto zabroni mi pomarzyć czasem o tym, jak cudownie byłoby – chociaż na jakiś czas – zamienić się w kociego czytelnika; mieć czas na leniuchowanie, czytanie, i znów leniuchowanie, i znów czytanie…
Jest również oczywiście kwestia tego, co w tak cudowny sposób poruszyła Wisława Szymborska. Jednak o tym, czego się nie robi kotu-czytelnikowi pomyślę już jutro."

Czy i Wy po tym tekście nie zapragnęliście być małym futrzakiem? Bo ja osobiście myślę sobie, że jakbym miała wybierać kim chcę być w następnym wcieleniu, to chyba zdecydowałabym się być tym kotkiem...

niedziela, 15 lutego 2015

Dzieciaki kończą ferie zimowe i ja też

Dwutygodniowa laba zwana potocznie feriami zimowymi w moim województwie dobiegła już końca. Od jutra zaczną się pytania, kartkówki i wczesne wstawanie z ciepluteńkiego łóżka dla uczniów szkół podstawowych, gimnazjum oraz szkół ponadgimnazjalnych. I tak do końca czerwca(a w przypadku maturzystów do maja).

Ja również wracam do nauki. W ten weekend miałam już pierwszy zjazd w "Progresie". Pierwsze zaskoczenie to skurczenie się grupy z 49 osób do zaledwie 20, z czego na zajęciach pojawiło się zaledwie 6. Drugie to sposób potwierdzania swojej obecności na zajęciach. W zeszłym semestrze wpisywaliśmy się na specjalne listy, które potem szły do Urzędu Miasta. Teraz musimy się osobiście odhaczyć w odpowiednich lubrykach w dzienniku, który dopiero teraz został zatwierdzony przez ministerstwo. Bo niby z listami były różne przekręty. Jeżeli myślą, że teraz nie będzie to chyba są w błędzie. Obstawiamy w grupie co będzie następne. Trzeci to roszada nauczycieli. Jak sobie pomyślę z kim mam podstawy prawa cywilnego i administracyjnego, to od razu chce mi się wyć. Dzisiaj w dodatku przez przypadek nie zapisałam sobie w laptopie notatek z tego pierwszego. Niech żyje zgrabność i ci, co jej nie mają. Oceny też już się sypią, na szczęście pozytywne.

Pisząc jeszcze o ocenach to dzisiaj dostałam meila z informacją, że zdałam egzamin z rachunkowości w "Żaku" na dostateczny. Kamień z serca, bo zadania były naprawdę niełatwe. Tym sposobem w drugiej szkole policealnej na 100% jestem wpisana na drugi semestr.

Jutro zaś wracam na mój kochany PAT! Koniec wolnego - bierzemy się ostro do pracy.

sobota, 14 lutego 2015

Zapiekanki

Chodziły za mną od dłuższego czasu. Pachniały mi na każdym rogu. Mogłam je kupić, owszem, ja jednak mam większą satysfakcję kiedy sama je przygotuję. Zapiekanki. Coś co kojarzy mi się z wyjazdami na przykład do Wadowic, albo Kalwarii Zebrzydowskiej. Chrupiące bagietki z pieczarkami, szyneczką i zapieczonym, ciągnącym się serem. W mojej wersji obowiązkowo musi być też kukurydza z puszki. Kocham ten specyficzny słodkawy smak oraz dźwięk rozgryzanych ziarenek w zębach. Co prawda kukurydza jest jednym z tych produktów których powinnam unikać, jednak od czasu do czasu można sobie pozwolić na mały upust. Dzisiaj miałam pierwsze zajęcia w "Progresie", na szczęście skrócone o godzinę. Mogłam więc sobie poszaleć w kuchni. Osobiście zmodyfikowałam bagietkę do zwykłej bułki kajzerki, z której usuwam całe wnętrze pozostawiając tylko skórkę. Wcześniej obcinam(a raczej odrywam, bo krojenie jest dla mnie abstrakcją) jednak spód, który potem wraz z wnętrzem bułki daję na szafkę do wyschnięcia. Po kilku dniach taką suchą bułkę mielę przez maszynkę do mięsa radzieckiej produkcji i już mam gotową bułkę tartą. Do wydrążonej bułki daję pieczarki, które przykrywam warstwą wędliny. Na wędlinę daję warstwę kukurydzy, a na to plasterki sera żółtego. Potem na kilka minut wkładamy bułki do rozgrzanego piekarnika. Na koniec możemy polać nasze zapiekanki keczupem i możemy się nimi zajadać. 

Nie jem zapiekanek na co dzień, więc może dlatego tak mi smakowały.

A jutro po nauce w szkole policealnej planuję iść do DM na film o Matce Boskiej. Ciekawy sposób na integrację z innymi, czyż nie?

czwartek, 12 lutego 2015

Jeść, aż do bólu brzucha

Na początku zaznaczam, że nie jestem obżartuchem, wręcz przeciwnie, z powodu refluksu przełykowo - żołądkowego połączonego z alergią pokarmową raczej powinnam się ograniczać z jedzeniem tłustych i niezdrowych potraw. Dzisiaj jednak postanowiłam sobie pofolgować, chociaż do urodzin zostało mi jeszcze ponad pół roku(ogólnie to po moich znajomych krąży anegdota - po czym poznać, że Lolek ma urodziny? -Po tym, że je kolejnego "Grześka" - taka aluzja do tego, że mam uczulenie na czekoladę). Wszak za tydzień wchodzę w fazę w ciągu roku zwaną Wielkim Postem, co jest u mnie jednoznaczne z tym, że nakładam na siebie jakieś "ograniczenie". Najczęściej dotyczy to Internetu(gdybym nie była zależna od notowania wykładów na laptopie, to pewnie byłby to też komputer), lub telewizora.. Na razie jednak tym nie zawracam sobie głowy. Jeszcze wczoraj wyniosłam z mojego rodzinnego domu kilka pączków domowej roboty. A raczej dwa, bo tyle jest w stanie przyjąć mój biedny żołądek. Za to jestem prawdziwym miłośnikiem faworków, toteż wczoraj wieczorem zajęłam się ich wypiekiem. Kucharka tam ze mnie marna, jednak akurat przepis na chrust jest jednym z łatwiejszych, jakie miałam przyjemność wypróbować. Tutaj mogę zdradzić ciekawostkę, że po dodaniu alkoholu do ciasta jest ono bardziej kruche. Potem tylko posypać cukrem pudrem - mmm, pyszotka! Od rana podjadam i ciągle nie mam dość. Inna sprawa, że chrust jem tylko raz w roku, więc mogę sobie pozwolić na małą rozpustę. Pączki też były. Oprócz wspomnianych tych dwóch, to załapałam się jeszcze na nie w Uczelnianym Studium Językowym, uwaga, uwaga, w dziekanacie (uwierzylibyście w to?) oraz u A., która była u mnie na Sylwestrze. Dzisiaj przyszła pora na rewizytę u niej w domu. Trochę byłam zła, że zaprosiła mnie w ostatniej chwili, wszak nie siedzę cały dzień w domu, na szczęście udało mi się załatwić wszystkie sprawy i podskoczyć do niej na godzinkę. Posiedziałabym oczywiście dłużej, gdyby nie nasza trzecia koleżanka, która musiała już iść do domu, a nie wiedziała którędy (autobus nie podjeżdża pod dom i człowiek się gubi). Pięć pączków z marmoladą z róży, jedynym tolerowanym przez mój organizm nadzieniem, przynajmniej w części umożliwiającym jego skonsumowanie, to zdecydowanie za dużo jak na jednego Lolka. Przynajmniej wiem w praktyce co znaczy grzech nieumiarkowania w jedzeniu i piciu - bolący brzuch. Na szczęście to tylko jeden dzień w roku.
A jak u Was wygląda sprawa z pączkami? Dużo zjedliście?

środa, 11 lutego 2015

Kiedy żaden algorytm nie pasuje

Byłam dzisiaj zaliczyć formy pielgrzymowania. Tak naprawdę miałam to zrobić tydzień temu, jednak z powodu parafialnych półkolonii musiałam przełożyć termin na ten tydzień. Profesorka na szczęście nie robiła mi problemów. I dobrze, bo już bałam się, że będzie mi robiła tysiąc wymówek. W zamian usłyszałam, że bez problemu mogę przyjść w dniu dzisiejszym o 11:30. Spóźniłam się przeszło godzinę, na szczęście kobieta nie wyszła jeszcze z sali(chociaż miała już taki zamiar). No, ale Loluś prosto i zwięźle wytłumaczył całą sytuację, a w zamian, mając poparcie grupy(wszak każdy wie skąd dojeżdżam) dostałam karteczkę z 50 pytaniami - zarówno otwartymi, jak i zamkniętymi. Przyznam się szczerze - uczyłam się tyle o ile i liczyłam na szczęście. Zamknięte zaznaczyłam, chociaż miejscami moje kółeczko było na pół kartki(następnym razem będę robić "ptaszki", zdecydowanie lepiej mi wychodzą), otwarte miałam powiedzieć ustnie, bo:
1. miałam za mało czasu na ręczne wpisanie odpowiedzi;
2. nawet gdybym napisała ręcznie odpowiedź, jest nikłe prawdopodobieństwo, że nauczycielka ją odczyta.

Oczywiście profesorka zapomniała że miała mnie przepytać i robiła minusy nie tylko przy błędnych odpowiedziach, ale też przy otwartych. Zaraz oczywiście zorientowała się, o co chodzi i zaczęła mnie pytać. Tak jak pisałam, rewelacji nie było toteż dostałam tylko 21 punktów na 50 możliwych. A raczej na 45, bo pięć punktów dostaliśmy gratis za frekwencję. Ale to i tak nie jest nawet połowa. Modliłam się o 3, żeby tylko zaliczyć, a tu w moim indeksie wylądowała... 4. Tak sobie myślę jak to możliwe, ale widać na papieskim uniwersytecie wszystko się może zdarzyć.

wtorek, 10 lutego 2015

"Dziesiąty luty będziem pamiętali..."

Przyszli Sowieci, gdyśmy jeszcze spali,
I nasze dzieci na sanie wsadzili,
Wszystkich Polaków na Sybir gonili.
Przez cały miesiąc transportem jechali,
Ginęli z głodu, z zimna umierali.
A na tym Sybirze tajga, straszna bieda,
Ale nasz Polak wrogowi się nie da,
Nie da się wrogowi, nie ugnie kolana,
Chociażby miał zginąć, ojczyzno kochana.
Polsko ukochana, ty nasza miłości,
Wrócimy do ciebie, jak da Bóg wolności!"*

Bardzo lubię ten wiersz. Do języka przeszedł jako "Ballada zesłańców" anonimowego autora. Tu jest jego skrócona wersja - szukając ewentualnych informacji o nim trafiłam na stronę, gdzie został zamieszczony jego pełen tekst - >>TUTAJ<<. Osobiście nie przepadam specjalnie za poezją, jest dla mnie po prostu męcząca. Ale tych kilka strof przypadło mi do gustu. Mówiąc go zachowany zostaje pewien rytm, łatwo wpada w ucho. Oglądając film "Syberiada Polska" podobał mi się sposób, w jaki dzieci wywiezione na Syberię przyswajały go sobie - osoba ucząca w prowizorycznej szkole narysowała na arkuszach papieru poszczególne wersy.

Dlaczego przywołałam ten wiersz? 75 lat temu Sowieci rozpoczęły masową wywózkę ludności z terenów zajętych przez siebie podczas wkroczenia do Polski w dniu 17 września 1939 roku. Był 10 luty, środek zimy. Mieszkańcy miejscowości położonych na wschodnich kresach dano kilkanaście minut na spakowanie najważniejszych rzeczy, po czym przetransportowano ich na stacje kolejowe. Tam wsadzano do wagonów bydlęcych i wieziono do Kazachstanu, na  Ukrainę oraz Syberię. Tak sobie myślę, że nam wiele razy zdarza się narzekać na warunki panujące w PKP, a co mieli powiedzieć ludzie, którzy miesiącami jechali w zamknięciu w ciemności, stłoczeni, raz dziennie dostawali lurę oraz wodę, a zamiast ustępu mieli dziurę wyciętą w podłodze, przez którą dodatkowo dostawał się chłód. Ustawione w rogach wagonu kozy nie dawały wystarczającego ciepła. Wielu nie przeżyło tej drogi, a to był dopiero początek ich katorgi. Następnie wsadzano biedaków na kibitki. I znowu kolejne ciała zostawały zakopywane w nieprzyjaznej ziemi. Ci, którzy dotarli do łagrów, powoli wkraczali w nowy świat. Łagry zastępowały im dom. Myślę, że warto tutaj przeczytać "Syberiadę Polską" Zbigniewa Domino, "Tak daleko jak nogi poniosą" Josefa Martina Bauera, "Długi marsz" Sławomira Rawicza, bądź "Szare śniegi Syberii" Ruty Sepetys, aby uświadomić sobie panującą tam nędzę, biedę, głód i niepewność dnia. Wielu bowiem wychodząc do pracy już z niej nie wracało... Na podstawie trzech pierwszych zaproponowanych przeze mnie filmów zostały nakręcone też filmy:



Co do pierwszego z nich mam pewne ale, jednak reszta jest w miarę znośnie nakręcona. Często zastanawiam się skąd w ludziach tyle zła? Getta, obozy koncentracyjne, łagry i gułagi. Ale niestety nie znajduję na to pytanie odpowiedzi...

* Źródło: "Syberiada Polska" Zbigniewa Domino

niedziela, 8 lutego 2015

Modlitwa, ale jaka?

Półkolonie zimowe 2015 "Kraina Lodu" przeszły na dobre do historii. Zakończyła je Msza święta o godzinie 11:00 z uczestnictwem dzieci(tych, które się nie pochorowały rzecz jasna) oraz nas, animatorów. Była piosenka "Mam tę moc" w wykonaniu wszystkich uczestników (tutaj oryginalne wykonanie):
filmik podsumowujący pięć dni pracy, gratulacje dla zaangażowanych w przedsięwzięcie. I tutaj naszła mnie kolejna refleksja. Podczas tego tygodnia oglądaliśmy też jeszcze jeden film - "Największy z cudów", przedstawiający dzieciom istotę cudu Eucharystycznego. Chociaż tak naprawdę ja sama nie do końca rozumiałam jego przesłanie.
Pełny film można zaś obejrzeć pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=kH5DIGdiTls

W pewnym momencie w filmie pojawia się problem modlitwy: jedna z osób twierdzi, że nie umie się modlić. Wtedy jej Anioł Stróż mówi mu, że podczas modlitwy może prosić Boga Ojca o różne rzeczy, ale dużo piękniej jest dziękować mu za to, co otrzymaliśmy w darze.

To prawda. Ludzie nauczyli się, że Pan Bóg jest maszynką do spełniania ich życzeń i pragnień. Proszą go niekiedy o wręcz abstrakcyjne rzeczy(co zresztą zostało ukazane na wspomnianym filmie). Na szczęście Najwyższy wie, czego aktualnie potrzebujemy i nie spełnia modlitw, w których narażone jest dobro innych osób. Bo raczej nie prosimy, aby złe rzeczy działy się właśnie nam. Czy jednak potrafimy dziękować za otrzymane dary i łaski? Czy po otrzymaniu ich po prostu prosimy o jeszcze i jeszcze? A Bóg oczekuje naszego podziękowania. Tak samo jak oczekuje go nasz bliźni. Nie obrazi się na nas jeżeli go nie usłyszy, to fakt, ale czy nam byłoby miło, gdybyśmy coś dla kogoś uczynili i nie usłyszeli za to słów wdzięczności? Myślę, że nie, a wręcz przeciwnie, wielu z nas z pewnością nie pomogłoby już takiej "samolubnej" osobie. Dlatego to co czyni dla nas Bóg jest niewyobrażalnie miłosierne.

Modlitwa jest trudną sztuką, nie każdy jest w stanie jej podołać. Wielu z nas modli się automatycznie, wręcz schematycznie, niejednokrotnie "klepiąc paciorki". Ale czy o to w niej chodzi? Modlitwa powinna być spontaniczna, szczera, z głębi serca. Tak jak pisałam powinna zawierać nie tylko prośby, ale też podziękowania. Warto modlić się w ciszy i skupieniu, a swój wzrok utkwić na przykład na tabernakulum. Wtedy możemy być pewni, że zostanie wysłuchana.

sobota, 7 lutego 2015

Głupia piosenka, a masa wspomnień

Oglądałam wczoraj jeden z archiwalnych odcinków "Świata według Kiepskich" zatytułowany "Betonowe pośladki". Opowiadał on o tym, jak główny bohater, Ferdynand Kiepski(grany przez Andrzeja Grabowskiego), pod wpływem artykułu w gazecie, postanowił wybudować własną aleję gwiazd i czerpać zyski ze sprzedaży biletów. Była tam taka piosenka, którą śpiewał jeden z bohaterów serialu, Arnold Boczek, w stosunku do Merylin, początkującej gwiazdy, w którą wcielała się Katarzyna Figura. Prosta, wpadająca w ucho piosenka, w której mężczyzna przekonywał, że zostanie ona wielką gwiazdą filmu. Według filmwebu odcinek miał swoją premierę 2 czerwca 2002 roku. Zamknęłam oczy i myślami zaczęłam cofać się do tego okresu. Kończyłam piątą klasę z najwyższą możliwą średnią, a dzięki zaangażowaniu wielu osób dwa pierwsze tygodnie czerwca spędzałam na zielonej szkole nad morzem. Dodatkowo pewnego dnia mama zadzwoniła do mnie z informacją, że dzięki pani psycholog z naszej szkoły jadę w sierpniu na dwa tygodnie na obóz w góry i to zupełnie za darmo. Było się młodym, ambitnym, wierzyło się w przyszłość, w zwyczajną ludzką uczciwość. Miało się jeszcze nadzieję na normalne życie, takie samo jak moi sprawni rówieśnicy. Chciało się być nauczycielką i pomagać osobom takim jak ja. Ewentualnie dziennikarzem, takim jak ci z "Samego Życia". Po cichu redagowało się osiedlową gazetkę na domowym komputerze. A zarazem siedzenie przed komputerem nie było jeszcze tak bardzo rozpowszechnione, Internet wchodził dopiero do powszechnego użytku. W radiu leciały piosenki zespołów "Ich troje" oraz "Brathanków". Boże, ile wtedy było sposobów na nudę - asfaltowy plac przed blokiem był inną planetą, samochody przed nim stojące to statki kosmiczne. Albo rysowaliśmy na podłożu ścieżki, po których jeździliśmy rowerami niczym kolarze na Tour de Franc. A po ulewnych deszczach przemierzaliśmy osiedlowe zakanarki, niczym afrykańską puszczę. Nikt nie zwracał uwagi na mój chwiejny chód, ani na to, że na co dzień uczęszczam do szkoły z epitetem "Specjalna". Dla nich byłam zwyczajną koleżanką. Taka nieoficjalna integracja, która dopiero wtedy wchodziła do naszego języka. Do dzisiaj jestem wdzięczna rodzicom, że mogłam wyjść z innymi na podwórko, że nigdy nie marudzili, kiedy wróciłam z niego z poobijanymi kolanami i obdartymi dłońmi. Tak naprawdę bardzo często to rodzice winni są samotności swoich pociech, wstydliwie chowając je przed światem. 
I kiedy tak sobie przypominałam tamte czasy, z oczów pociekły mi łzy. Bo przecież tamte czasy i marzenia minęły. Ustąpiły miejsce aktualnej rzeczywistości, która nie zawsze jest taka różowa, jakbyśmy sobie tego życzyli. To nie jest jednak tak, że nie możemy wpływać na nasze życie. Owszem, możemy sprawić, że będzie ono przelatywało nam przez palce, ale przy o to właśnie chodzi? Chyba nie. Bez względu na to, czy jesteśmy pełnosprawni, czy też w jakimś stopniu ograniczeni powinniśmy wyznaczać sobie cele i walczyć o ich osiągnięcie. Bo tak naprawdę, cytując piosenkę śpiewaną przez Boczka: "Nie patrz na innych, nikogo nie słuchaj, bo bycie ... to tylko stan ducha". I to może dotyczyć każdego z nas. Wystarczy tylko chcieć.

piątek, 6 lutego 2015

Czasami trzeba na coś poczekać, aby to bardziej docenić

Pamiętam jak kilka lat temu w naszej parafii wprowadzono półkolonie zarówno letnie jak i zimowe. To była nowość, wprowadzona przez nieodżałowanego księdza T., a kontynuowana przez kolejnych wikarych, kiedy tenże pojechał na dalsze studia do Rzymu/Jerozolimy(niepotrzebne skreślić). Czym nasze półkolonie różniły się od tych prowadzonych przez kluby osiedlowe, szkoły i inne instytucje państwowe? Na pewno nie ceną, bo kiedy u nas dzieci musiały płacić kilkadziesiąt złotych(+/- 40), za pobyt na przykład w Miejskim Ośrodku Pracy Twórczej, albo chociaż w rodzimej szkole, nic nie płacili. Ba, nie mieliśmy nawet wykwalifikowanej kadry, tylko animatorów(dopiero od kilku lat osoby, które ukończyły 18 rok życia, w tym ja, idą na kurs wychowawcy kolonijnego). Ale za to wypoczynek prowadzony był w duchu nie tylko chrześcijańskim, ale też salezjańskim. O tym pierwszym chyba nie muszę pisać, o drugim wspomnę kiedy indziej. Poza tym zawsze, a przynajmniej prawie zawsze, półkolonie obracały się wokół jakiegoś filmu, przekazującego ważne wartości. Następnie odbywały się prace plastyczne oraz ruchowe w grupach oraz wyjścia do różnych miejsc. Całość kończyła wspólna modlitwa, piosenki i tańce salezjańskie.

Pierwsze półkolonie wakacyjne jakoś przegapiliśmy, na drugich zakwalifikowano mnie jako... uczestnika. W wieku 18 lat musiałam wykonywać jakieś zadania dla 12 latków. I z takimi osobami byłam w grupie. W dodatku nasz animator był ode mnie młodszy. No, ale od czegoś trzeba zacząć :).
Potem były półkolonie letnie, na które zostałam zapisana przez przypadek. I kolejna patowa sytuacja - ja wybierająca się na studia w grupie dzieci z ostatnich klas podstawówki. A wszyscy moi znajomi byli już animatorkami. Postanowiłam że będą to moje ostatnie półkolonie, bo jednak potrzebuję czegoś innego. W swoim postanowieniu wytrwałam... półtora roku. A wszystko przez następcę księdza T., księdza W., który przejął "w spadku" duchową opiekę nad Oratorium. To głównie dzięki niemu wstąpiłam do tej, hmm..., organizacji(?), która ukształtowała nie tylko mój umysł, ale przede wszystkim duszę. Podczas jakiegoś spotkania padło pytanie co dotychczas robiłam na półkoloniach. Moja odpowiedź była prosta - nic. "No to teraz będziesz coś robić". Hmm, co robiłam na pierwszych półkoloniach? Jeszcze przed ich rozpoczęciem pomagałam w przygotowaniach obiektu(do dziś pamiętam jak po egzaminie z badań marketingowych zmieniłam ubranie i najpierw pobiegłam myć sokowirówkę, a następnie na nabożeństwo czerwcowe). A potem zawsze coś ktoś potrzebował, czasami trzeba było popilnować dzieci, innym razem przynieść tacę z kanapkami. Wciągnęło mnie to. Cały następny rok udzielałam się w zajęciach oratoryjnych dla dzieci, ale już podczas półkolonii zimowych "awansowałam" - przydzielono mnie do grupy, gdzie obserwowałam co się dzieje. Niby nic, a jednak coś. Byliśmy wtedy w szkole podstawowej, którą ksiądz wynajął na ten czas, a zajęcia obracały się wokół bajki "Auta". Powoli spełniały się moje marzenia. Na kolejnych, "Tintinowskich*", byłam już młodszym animatorem. Akurat zaliczyłam studia licencjackie, było świetnie. Kolejne zimowe półkolonie to już powrót do Oratorium z filmem "Toy Story 3". Śmiać mi się chciało, bo w piątek zakończyliśmy oglądanie filmu, a w sobotę leciał cały w telewizji. Znowu byłam pomocnikach przy najstarszej grupie urwisów. Ostatnie półkolonie pod dowództwem księdza J. to wakacyjne pod znakiem "Ralpha Demolki". Ale po nich nastąpił przełom, dzięki temu, że miałam ukończony wspomniany kurs wychowawcy, mogłam zostać pełnoprawnym wychowawcom grupy. I tak też się stało.
W tym roku też wzięłam udział w półkoloniach zimowych, których motywem przewodnim był film "Kraina lodu". Swoją drogą jest to świetna bajka muzyczna. Według mnie najlepsza od czasu filmu "Mój brat niedźwiedź". Dlatego tak bardzo zależało mi na zaliczeniu egzaminów w zerowym terminie, a zaliczenia przedmiotów z tego tygodnia przełożyłam na następny. Na szczęście tak się da, zwłaszcza kiedy się uczy. 
wychowawcy i animatorzy oraz dziękujący nam ksiądz
Co prawda w tym roku byłam tylko animatorem, lecz dla mnie to ogromna satysfakcja. Dlaczego? Przede wszystkim mogę pokazać, że osoby niepełnosprawne też wiele mogą wiele zdziałać. Przecież nawet zdobycie przeze mnie uprawnień nie było takie proste, jak w przypadku zdrowych osób - egzamin końcowy zupełnie nie był dla mnie przystosowany(w końcu to czego nie zapisałam to dopowiedziałam) a na koniec usłyszałam od prowadzącej, że w ogóle nie wie, czy może mi wystawić te papiery. Boszszsz... nie mogła się zastanowić nad tym na początku kursu, zwłaszcza, że wiedziała że będzie miała osobę niepełnosprawną? Przynajmniej nie denerwowałabym się tak czekając na decyzję, pozytywną zresztą, kuratorium oświaty. Dzieci, poprzez obcowania ze mną, uczą się okazywać szacunek osobom z ograniczeniami, słuchania, analizowania. To cechy przydatne na całe życie.
Dzieci zadowolone, a to jest najważniejsze!
* motywem przewodnim była bajka "Przygody Tintina

środa, 4 lutego 2015

Patent na ciepłą herbatę przez cały dzień

Nic tak nie rozgrzewa ciała po przyjściu z zimna jak gorąca herbata. Ja co prawda nie jestem w stanie wypić wrzątku ze względu na porażenie mięśni przełykowych, jednak ciepła jest jak najbardziej wskazana. Długo zastanawiałam się jak zrobić, aby nie musieć co chwilę na nowo gotować wody na "cudowny" płyn. Co prawda wodę gotuję w czajniku elektrycznym, jednak i tak jest to dla mnie uciążliwe. Zwłaszcza chwila przelewania wrzątku z nieporęcznego czajnika do kubka, który już nieraz strzelił mi niczym karabin na wojnie. A ile razy wylałam świeżo zagotowaną wodę poza naczynie... Jakiś czas temu jednak wpadłam na to, aby herbatę robić sobie w termosie, który następnie stoi przez cały dzień na szafce w kuchni. Zastanawiałam się, czy jedna torebka wystarczy na cały litr wody, jednak szybko okazało się, że nie ma potrzeby wrzucać większej ich ilości. Zwłaszcza, że mój żołądek nie preferuje mocnego czaju. Esencji nie słodzę, ostatnio zrezygnowałam z "białej śmierci". Wbrew pozorom herbata bez cukru wcale nie jest ohydna. W każdym razie można się przyzwyczaić. Jak do wszystkiego zresztą. Zazwyczaj wypijam całą zawartość, jednak jeżeli już coś zostanie, to musi być wylane. Inaczej skisieje do następnego dnia. Kiedyś dopiłam taką resztkę i wylądowałam w łazience. Blee, ohyda. Dobrze też od czasu do czasu wyparzyć taki termos. No, chyba że lubimy grzybki i pleśnie. Każdy ma w końcu swoje upodobania. A co do moich upodobań to najczęściej piję zwykłą herbatę marki "TIP". Nie będę ukrywać, że robię to z oszczędności, bo już dawno odkryłam, że w hipermarkecie jest to najtańsza marka. Nie smakuje może rewelacyjnie, jednak da się wypić.

wtorek, 3 lutego 2015

O szanowaniu swojego i cudzego czasu

Samodzielne mieszkanie w samodzielnym mieszkaniu ma kilka zalet. Jedną z nich jest zdecydowanie to, że nie lubię marnotrawić czasu. Jeszcze kiedy trzy lata temu mieszkałam z rodzicami, zdarzało mi się odkładać wiele rzeczy na później. Bo zmęczenie, bo to, bo tamto. A i tak w ostateczności zrobi to za mnie ktoś inny. A ja czekając na swojego murzyna najczęściej marnotrawiłam czas. Jeszcze pół biedy, kiedy czytałam książki, bo to akurat bywa pożyteczne. Ale bardzo często bywało tak, że przez wiele godzin grałam w głupie gierki. Teraz też zdarza mi się zagrać w jakąś grę, jednak z reguły wybieram takie, które wymagają myślenia. Oczywiście logicznego. Jednak najczęściej w ciągu dnia jak wyjdę z mieszkania o 5:20, tak wracam do niego ok. 19. Pozostaje mi akurat tyle czasu, aby zmyć podłogę, w między czasie nastawić obiad, zmyć talerz, odtulić kota, wziąć prysznic, przeczytać notatki z lekcji przy okazji przeglądając internet i położyć się do łóżka z książką, której zazwyczaj nie zdążam przeczytać. Dlatego błogosławieństwem dla mnie są dni wolne, podczas których nadganiam to, czego nie zrobiłam wcześniej. Do takich dni zaliczam tego tygodniowe ferie zimowe w parafii, gdzie jestem animatorką. Siedzę na nich od 9:00 do 16:30, przed tym i po tym mam czas wolny, podczas którego najczęściej... śpię. Bo co prawda półkolonie kończą się o 15:00, ale jeszcze po nim mamy spotkanie podsumowujące pracę w grupach i ogólnie cały dzień. Dzisiaj zaczęło się ono dopiero po 16, ponieważ najmłodsza grupa bardzo późno wróciła z sali zabaw. Mieliśmy godzinę wolnego, którą mogliśmy wykorzystać np. na sprzątanie. Zwłaszcza jak na przykład w naszej sali było jak w chlewie. Zaproponowałam to głównej animatorce naszej grupy - jak grochem o ścianę. Ja rozumiem, że nie wszyscy lubią latać z  mopem, ale chyba lepiej jest zrobić porządek w wolnym czasie i po zebraniu iść od razu do domu, niż siedzieć bez celu na kanapie z ciepłą herbatą, a potem jeszcze godzinę sprzątać. Do salki poszłam sama - sama zmyłam stół i podłogę, posprzątałam kartki i przybory plastyczne, sama zaniosłam kubki po herbacie do kuchni. Trochę się namachałam, nachodziłam, spóźniłam(znowu) na zebranie. Ale zrobiłam. I miałam wolne popołudnie. Zresztą nie tylko ja, ale też wychowawca. Osobiście myślę, że gdyby ktoś mi pomógł poszłoby szybciej, jednak i tak cieszę się, że tyle zrobiłam.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Zanieść święte światło innym

W kalendarzu świąt liturgicznych Kościół Katolicki obchodzi dzisiaj święto Ofiarowania Pańskiego, potocznie nazywane Matki Boskiej Gromnicznej. Dziwne to święto, na którego nieścisłość większość z nas nie zwraca uwagi. Do czego zmierzam - wedle tradycji żydowskiej, a w takiej przecież wzrastał Jezus Chrystus, pierworodne niemowlę płci męskiej musiało być obrzezane w świątyni w ósmym dniu swojego życia. Było to bardzo ważne - w tamtych czasach bowiem śmiertelność wśród noworodków była bardzo duża, a samo obrzezanie miało podobny charakter jak chrzest święty. Ba, nie każdy z nas wie, że przy ceremonii obrzezania wymagano obecności dwóch świadków. Teraz ten zwyczaj chyba zanikł, jednak jeszcze w średniowieczu był praktykowany. Dlaczego więc jest wspominany 2 lutego, czyli ponad miesiąc po "narodzinach" Jezusa Chrystusa? Tak naprawdę nie wiadomo kiedy narodził się Mesjasz Pan. Nie znamy roku, a co dopiero mówić o dokładnej dacie jego przyjścia na świat. Jest jednak inny, istotniejszy powód - tak naprawdę w ciągu 365 dni w roku Kościół Katolicki musi zawrzeć 33 lata Mesjasza. Owszem, dwadzieścia kilka lat jest "pustych", jednak i tak bardzo trudno jest w ciągu tych 12 miesięcy zawrzeć całą jego działalność. Dlatego wyróżniamy Rok A, Rok B i Rok C, które różnią się czytaniami w poszczególnych dniach, z pominięciem dni świątecznych. Jest jeszcze jedno takie "przekłamanie", chyba nawet w całym chrześcijaństwie, ale o nim napiszę w odpowiednim momencie.
Zgodnie z tradycją zaniosłam dzisiaj świecę z mojej Pierwszej Komunii Świętej do Kościoła, aby poświęcić zarówno ją, jak i zapalony na niej knot. Co prawda powinna to być gromnica, i nawet mam taką, jednak jej gabaryty nieco przerosły moje możliwości manualne. A taką komunijną świecę łatwiej przystroić. Tylko czasami żal serce ściska, że z roku na rok jest coraz mniejsza... Za rok biorę gromnicę, choćbym miała cały dzień ją przygotowywać. Sama Msza Święta zaczęła się z dziesięciominutowym opóźnieniem. Nasza parafia jest dosyć rozwleczona, toteż jeszcze trwa wizyta duszpasterska. Ostatnio obstawialiśmy w scholi, czy wyrobią się do Wielkiego Postu. Wiem, wiem, paskudy jesteśmy. Ale to jeden z nielicznych sposobów aby nie zwariować w życiu. A propos scholi, nie wiem jak to się stało, ale na Mszy nie śpiewał żaden zespół parafialny. Ba, nawet organista się chyba pogniewał i nie przyszedł. Biedny proboszcz musiał osobiście zaintonować śpiewanie kolęd. Jak dla mnie było zdecydowanie za oficjalnie. Ech, przyzwyczai się człowiek raz i potem ma kłopot z przestawieniem się. W dodatku siedzące za mną babcie podniosły mi ciśnienie: nie dość że przychodzą na ostatnią chwilę(ja bym tak nie potrafiła, osobiście muszę wejść do kościoła minimum 20 minut przed nabożeństwem, aby się wyciszyć i przygotować), to jeszcze wtrącają się we wszystko, łącznie z zapaloną świecą podczas Mszy świętej. Tylko, że proboszcz wyraźnie powiedział, że "można", a nie "trzeba" zgasić ogień. W końcu moja świeca paliła się całą Mszę, a później, zgodnie z prośbą, ogień został zaniesiony tym, którzy nie mogli osobiście go przynieść do domu - kilku moim zniedołężniałym (nie lubię tego słowa, ale nie potrafię znaleźć innego określenia) sąsiadką. Przecież to nic nie kosztuje, a daje radość innym. Co prawda trochę się namęczyłam, aby w ogóle donieść zapaloną świecę do domu*, bo przecież prawą dłonią nie osłonię płomienia od zgaszenia, ale z Bożą Pomocą kolejny raz mi się to udało.

* Gdyby zgasła to też by się liczyła - wszak zostaje świeca, którą też poświęcono

niedziela, 1 lutego 2015

Ręce zimne ale serce gorące

Od zawsze kiedy pamiętam moje stopy i dłonie były lodowate. Nie pomaga ani zakładanie ciepłych skarpet, ani rękawiczek. Zresztą rękawiczek zbytnio nie lubię, bo te pięciopalczaste, chociaż najwygodniejsze, są niezbyt praktyczne w ubieraniu(zwłaszcza kiedy trzęsą ci się ręce), zaś przy jednopalczastych jest ograniczona swoboda manewrowania palcami. Tak źle i tak niedobrze. Grubych skarpet też nie założę, bo potem źle mi się chodzi w traperach. Bądź co bądź w kozakach chodzę tylko do kościoła, ewentualnie na jakieś uroczystości. Rajstopy, rajtuzy itp. też są dla mnie passe, z tych samych powodów co rękawiczki. Ech, wymagający ze mnie człowiek. Dłonie i stopy więc mi marzną. Ja jednak tego nie czuję. Nie wiem dlaczego. Wszędzie słyszę, że zimne kończyny powinny wręcz szczypać. Mnie jednak nie szczypią, nie bolą, totalnie nic. Tak, jakby to była zupełnie normalna reakcja dla organizmu. Jedynymi osobami, które odczuwają to zimno są najczęściej wierni podający mi rękę na "Znak pokoju", ewentualnie inni ze scholi podczas modlitwy "Ojcze Nasz"(kiedy wszyscy chwytamy się za ręce, nawet kiedy nie śpiewamy). Przynajmniej choć trochę mnie wtedy ogrzeją hi, hi, hi! Ale na serio to czasami naprawdę bywa to stresujące, kiedy podajesz komuś dłoń, a ona jest zimna. Pociesza mnie myśl, że mówi się iż ten, kto ma zimne ręce, zazwyczaj ma serce gorące. A i moim rozmówcą zazwyczaj to nie przeszkadza, wszak podanie sobie dłoni trwa dosłownie chwilę, a stopy i tak mam w butach.

Sypnęło śniegiem aż miło. Trudno w to uwierzyć, ale akurat zima jest moją ulubioną porą roku. Dlaczego? Bo zimą nic nie pyli, mogę więc oddychać pełną piersią. Od jutra w moim województwie zaczynają się ferie zimowe, dzieci będą miały co robić. Coś mi się zdaje, że sanki i jabłuszka pójdą w ruch, a i nieopodal mamy wyciąg narciarski, toteż i amatorzy jeżdżenia na nartach i snowboardzie będą mieli co robić. Do tych pierwszych(czyli amatorów jeżdżenia na nartach) mogę zaliczyć się też i ja. W tym roku jednak o szaleństwie na stoku mogę pomarzyć. Jestem na parafialnych półkoloniach, z czego cieszę się niezmiernie. Jeszcze nie wiem na jakiej funkcji, dowiem się tego wieczorem(wczoraj o 22:54 dostałam SMSa przypominającego o zebraniu). A po powrocie z półkolonii będę musiała przysiąść do rachunkowości finansowej, z której w sobotę mam egzamin. Po przyszłym weekendzie jeszcze tylko rosyjski(wtorek) i formy pielgrzymowania (środa) i wolne aż do, uwaga, uwaga, sobotę. Bo 14 lutego mam pierwszy zjazd w Progresie. A do Krakowa wracam dwa dni później. Skrócili nam ferie o dwa tygodnie. I wcale nie poprawia mi samopoczucia fakt, że dzięki temu wakacje mamy dwa tygodnie wcześniej...