Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

A może tak jechać do Świeradowa?

Ostatnimi dniami skupiona byłam na wykonaniu prezentacji multimedialnej dotyczącej uzdrowiska w Świeradowie Zdroju. Kiedy prowadząca zajęcia przydzielała nam poszczególne miejscowości lecznicze, byłam mocno zdziwiona, ponieważ pierwszy raz słyszałam o takim miejscu. Nie chciałam jednak robić niepotrzebnego zamieszania i nie zmieniłam go. W końcu kto powiedział, że osoba z którą bym się zamieniła wiedziałaby więcej niż ja? A z drugiej strony żyjemy w dobie Internetu i w kilka minut możemy wyszukać interesujące nas wiadomości.
Długo zastanawiałam się jak ugryźć temat, jednocześnie trzymając się wytycznych podanych na zajęciach. Bo oprócz przedstawienia profilu leczniczego uzdrowiska musieliśmy przedstawić propozycje spędzenia jednego dnia w miejscowości, z uwzględnieniem nie tylko zabiegów leczniczych, ale także atrakcji, jakie nas czekają w miejscowości i jej okolicy. Wbrew pozorom trudny temat zważając na fakt, że nawet nie wiedziałam gdzie ten cały Świeradów Zdrój się znajduje.
Z powodu chronicznego braku czasu do pracy zabrałam się dopiero w piątkowe przedpołudnie. Nie lubię robić niczego na ostatnią chwilę, a w weekend miałam jeszcze całodniowe zajęcia w szkole policealnej. Ale i tak najpierw przez trening, a następnie przez wyjazd na wystawę budowli z klocków LEGO nie zdążyłam wszystkiego zrobić i wczoraj kończyłam i dopracowywałam całą prezentację. Na szczęście większą część pracy, w tym wyszukanie odpowiednich informacji i zdjęć, wykonałam w piątek.
Osobiście nie jestem zwolenniczką prezentacji multimedialnej, która na slajdach ma przesyt informacji. Dlatego z reguły stawiam na hasła - klucze, najlepiej w formie graficznej. Korzystam z PowerPointa 2007, w którym można wstawić tzw. SmartArt. Polubiłam tą funkcję, gdyż zapewnia ciekawe opcje przedstawienia treści w formie list, procesów, cykli, hierarchii, relacji, piramid oraz macierzy. Lubię też korzystać z diagaramów i tabeli, chociaż tym razem nie były mi potrzebne. Poza tym zdjęcie, rysunki, grafiki, ClipArty. Zdecydowanie wolę wstawić ciekawy, a nawet śmieszny rysunek, niż nudny tekst. Oczywiście jak trzeba, to wstawiam dłuższy tekst, ale staram się ograniczyć to do minimum.
Czytając informacje o Świeradowie Zdroju z każdą chwilą wiedziałam o nim coraz więcej. I chociaż jest to małe miasteczko, to z całą pewnością nie można go nazwać zapyziałą dziurą. Tamtejsze wody zdrojowe były znane już w XVI wieku. Nie na darmo jest więc nazywane perłą dolnośląskich uzdrowisk. Posiada aż cztery szpitale uzdrowiskowe, w tym jeden dziecięcy, które leczą takie schorzenia jak: choroby reumatologiczne, narządu ruchu, układu krążenia oraz ginekologiczne. Na terenie uzdrowiska znajduje się też pijalnia wód mineralnych. A po zabiegach możemy udać się na zwiedzanie miasta. Przez miejscowość przechodzi aż 9 szlaków turystycznych(po 3 czerwone, zielone i niebieskie), jest także rajem dla amatorów narciarstwa, ponieważ przy jednym z hoteli działa wyciąg narciarski. Ciekawym przeżyciem będzie z całą pewnością odwiedzenie Mini Muzeum Szachów z kolekcją szachownic, pionków oraz literatury na temat królewskiej gry. Jednak prawdziwą gratką jest tzw. "Czarci Młyn", w którym można zobaczyć jak wypieka się chleb oraz technologię do tego potrzebną. Poza tym w rynku znajduje się kilka urokliwych kamienic.
Prezentacja, chociaż z powodu moich kłopotów z wymową najdłużej przedstawiana, zakończyła się gromkimi brawami grupy oraz wykładowcy. Co ciekawe, choć przede mną były 3, to dopiero ja dostałam brawa. To miłe, bo jednak człowiek ma wrażenie, że jest częścią jakiejś społeczności, która akceptuje go takim, jaki jest. Chyba przedmiot zowiący się turystyka uzdrowiskowa mam już zaliczony. Tylko nie wiem na jaką ocenę.

A swoją drogą robiąc prezentację przypomniały mi się czasy drugiego roku studiów licencjackich z zarządzania w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych, kiedy robiłam coś podobnego na zajęcia z badań marketingowych. Było się wtedy młodym i pełnym planów na przyszłość. Tylko szkoda, że rzeczywistość zweryfikowała je tak, a nie inaczej...

niedziela, 26 kwietnia 2015

Powrót do krainy dzieciństwa

Od kilku lat co jakiś czas w pewnych polskich miastach pojawia się niezwykła wystawa budowli z klocków Lego. Przez ostatnie dwa miesiące gościła ona w stolicy województwa w którym przyszło mi mieszkać, czyli Katowicach, a konkretniej w Galerii Katowice znajdującej się przy głównym Dworcu Kolejowym. W dzieciństwie bardzo lubiłam budować różne rzeczy z niewielkich klocków. Pamiętam jak w pewne wakacje zbudowaliśmy z kuzynem całe miasto. A potem przez kilka dni bawiliśmy się w organizację w nim życia.
Ponieważ wystawa dobiega do końca postanowiliśmy z dwójką moich kolegów jeszcze z czasów szkoły podstawowej i gimnazjum, wybrać się na nią. Towarzyszył nam braciszek jednego z nich - 10 letni Jasio. Z racji tego, że Janek porusza się na wózku, jego brat, Przemek wreszcie udowodnił nam wszystkim, że nie jest niedzielnym kierowcą. Zawsze lepiej podjechać własnym autem, niż tłuc się autobusem. Wybraliśmy wejście o godzinie 20, ponieważ wtedy bilety były najtańsze. Zaś Przemek z Jasiem weszli za darmo - zgodnie z regulaminem dzieci niepełnosprawne wraz z opiekunem nic nie tracą.
Za bramkami czekały na nas gablotki, za którymi mogliśmy zobaczyć najróżniejsze budowle mieszczące się za szklanymi gablotkami. Kolejną niespodzianką była wysokość gablotek - wszystkie były tak niskie, że siedzący w wózku Jasiu mógł bez problemu wszystko zobaczyć. Budowle były naprawdę misternie wykonane, ale dzięki temu cieszyły ludzkie oko. Zresztą sami zobaczcie:
Interaktywne wesołe miasteczko - kilka obiektów było wprawianych w ruch, dzięki naciśnięciu odpowiedniego przycisku
Coś co Lolek lubi najbardziej, czyli odwzorowanie życia w mieście
Statua wolności
Szara codzienność PRLu
Interaktywne pociągi
Kilka ważnych światowych budowli w jednym miejscu
Kunszt i profesjonalizm
CK Dezerterzy
Star Destroyer z "Gwiezdnych wojen"
Kto powiedział, że św. Mikołaja można zobaczyć tylko w grudniu?
13 grudnia 1981 rok
Wioska indiańska
Stadion Narodowy
Forum Romanum
A tu to chyba nie ma co wyjaśniać
Osobiście wystawa bardzo przypadła mi do gustu. Zaskakujące dla mnie było stworzenie niektórych modeli interaktywnymi. Po naciśnięciu odpowiednich przycisków wesołe miasteczko ożyło, pociągi zaczęły jeździć po wyznaczonych trasach, dźwig podnosił ładunek w górę i w dół, a także zmieniała się kolorystyka podświetlanych gablotek. Jasio był zauroczony robotami uruchamianymi za pomocą przystawienia dłoni do odpowiednich punktów na szklanej gablocie. Rafał z Przemkiem zaś zachwycali się modelami samolotów i samochodów. Mnie spodobał się model miasta z PRLu oraz stanu wojennego, scenka przedstawiająca życie na dzikim zachodzie, a także ogromny pomnik najwyższego człowieka świata - Roberta Wadlowa. Nie mogliśmy przejść obojętnie obok makiety rodem z Avatara, czy Indiany Jonesa. Wszystko było kunsztownie wykonane, z ogromną precyzją, a zarazem realizmem. Cieszyło oko zarówno tych dużych, jak i małych.
Trochę obawialiśmy się z chłopakami tłumów, na szczęście o tej porze nie było zbytnio zwiedzających. Dzięki temu Jasio spokojnie mógł wszystko dokładnie obejrzeć. A robił to naprawdę z otwartą buzią. Jedyne co mu nie pasowało to makiety typowo dziewczęce - typowy mężczyzna.
Do domu wróciliśmy przed godziną 22. Ciekawa jestem gdzie tym razem pojedzie wystawa. W każdym razie nie żałuję, że na nią pojechałam. Doskonały sposób na zrelaksowanie się. A jednocześnie powrotu do czasów, kiedy samemu bawiono się małymi klockami rodem z Danii. 

sobota, 25 kwietnia 2015

Kiedy odchodzi skrawek historii...

Nikt nie jest wieczny. Czasami jednak ma się wrażenie, że dana osoba, najczęściej już wiekowa, będzie żyła wiecznie. Tak było w przypadku papieża Jana Pawła II.
Ale wczoraj odszedł od nas Wielki, aczkolwiek skromny człowiek, którego biografią i doświadczeniem życiowym można by obdarzyć kilka osób. Zupełnie niespodziewanie odszedł od nas wielki polski patriota, Władysław Bartoszewski. 
Kiedy czyta się jego biografię, trudno nie odnieść wrażenia, że ma się przed sobą kawał porządnej biografii. Bo oto ma się przed sobą życiorys człowieka, który chociaż dorastał w wolnej Polsce, to jednak przeszedł przez piekło obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, następnie wstąpił do Armii Krajowej i walczył w Powstaniu Warszawskim. W tym samym czasie włączył się w działanie Rady Pomocy Żydom "Żegota", gdzie działał do wybuchu powstania. Po wojnie był wielokrotnie internowany. Pełnił wiele ważnych funkcji w naszym kraju, był m.in. ministra spraw zagranicznych w rządzie Józefa Oleksego, a także Jerzego Buzka. Ponadto zasiadał w Senacie IV Kadencji, a także został powołany w 2007 roku przez Donalda Tuska na stanowisko sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a także pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów do spraw dialogu międzynarodowego. Współpracował też z obozem koncentracyjnym w Auschwitz - Birkanau, Komisją Historii i Kultury Żydów działającej przy PAU, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, czy też Radą Centrum Twórczości Narodowej. Za swoją działalność został uhonorowany m.in. Krzyżem Walecznych, medalem Sprawiedliwym wśród Narodów Świata, Orderem Odrodzenia Polski, a także najwyższym polskim odznaczeniem, jakim jest Order Orła Białego. Pomimo pełnionych funkcji i otrzymanych odznaczeń pozostał sobą, skromnym, potrafiącym żartować z siebie człowiekiem do końca głoszącym prawdę o historii kraju, w którym się wychował. Jeszcze w minioną niedzielę, 19 kwietnia, przemawiał pewnym, mocnym głosem podczas uroczystości związanych z 72 rocznicą wybuchu powstania w getcie żydowskim w Warszawie. Pięć dni później jego dusza dołączyła do tych, którzy wtenczas zginęli.
Odeszła znowu jakaś część tych, na których oczach tworzyła się historia najnowsza naszej ojczyzny.
I jeszcze na koniec kilka cytatów pana Bartoszewskiego:
  1.     O lekarzu świadczy opinia chorych, o nauczycielu - uczniów. A o człowieku posługującym się zawodowo piórem - czytelników.
  2.     Debiutowałem jako dwudziestoletni dziennikarz w katolickiej prasie w podziemiu niepodległościowym w latach II wojny światowej, a mając lat dwadzieścia dwa - także w prasie Armii Krajowej. Pracuję więc piórem już prawie sześćdziesiąt pięć lat.
  3.     Napisałem sporo rzeczy lepszych i gorszych, ale źródłem prawdziwej satysfakcji jest dla mnie to, że nie muszę się niczego, co napisałem, wstydzić albo marzyć, aby zapadło się pod ziemię.
  4.     Jak się ktoś urodził człowiekiem, to łatwiej mu jest być człowiekiem, niż stać się świnią.
  5.     Warunkiem wiarygodnego dialogu jest bycie sobą, dlatego że nasi rozmówcy wyczuwają, czy reprezentujemy samego siebie, czy stosujemy elementy retoryki i gry, czyli taktykę. Oczywiście taktyka jest ogólnie przyjętą praktyką, nie może jednak dominować nad sprawą i dobrą wolą.
  6.     Należymy do kręgu kulturowego, którego najważniejsze pojęcia etyczne są ukształtowane przez chrześcijaństwo. Czyli nie zrzucamy starców ze Skały Tarpejskiej, szanujemy dzieci.
  7.     Ktoś to przecież powinien zrobić, znak zapytania. Ktoś powinien reagować, znak zapytania. Ktoś powinien się przeciwstawić, znak zapytania. Ktoś powinien protestować, znak zapytania. Ja sobie też zadawałem takie pytania, sam. I znajdowałem taką odpowiedź - jeżeli ktoś, to dlaczego nie ja.
  8.     Kocham moich rodaków, choć doprowadzają mnie do cholery.
  9.     Jeśli polityka ma polegać na wielkim kłamstwie, to ja będę mówił, że do Oświęcimia wpakowali mnie Francuzi.
  10.     Jeśli panna nie jest piękna i posażna, to powinna być choć sympatyczna, a nie nabzdyczona.
  11.     Największym problemem Polski jest zły stosunek do samego siebie: podejrzliwość, kłótliwość, swarliwość, nienawiść, kompleksy, brak pewności siebie i negatywny stosunek do własnej historii, i aby jeden drugiemu mógł dojechać dobrze, gotów jest przy okazji popełnić samobójstwo.
  12.     Inteligent tym się różni od nieinteligenta, że nie obraża się o żarty, rozumie żarty i lubi żarty.
  13.     Po co twarz ludziom, którym patrzą tylko na ręce.
  14.     Nie wierzcie zegarom - czas wymyślił je dla zabawy.
  15.     Warunkiem wiarygodnego dialogu jest bycie sobą, dlatego że nasi rozmówcy wyczuwają, czy reprezentujemy samego siebie, czy stosujemy elementy retoryki i gry, czyli taktykę. Oczywiście taktyka jest ogólnie przyjętą praktyką, nie może jednak dominować nad sprawą i dobrą wolą.
  16.     Kto gardzi ludźmi, obojętnie, z powodów wyznaniowych, z powodów rasowych, z powodu ksenofobii wobec kogokolwiek, wobec ludzi pochodzenia ukraińskiego, białoruskiego, rosyjskiego, niemieckiego, żydowskiego - ten przede wszystkim gardzi sobą.
  17.     Ludzie wychowywani w latach 40. nie wiedzieli, że żyją w Polsce numer dwa. Ci, którzy umierali w Katyniu, też nie ginęli za numerki, tylko za swoją ojczyznę.
  18.     Jeżeli będziemy tylko krzyczeć o Polsce, to może wychylić się Pan Bóg z płonącego krzaka i zapytać, jaka ma być ta Polska.

piątek, 24 kwietnia 2015

Coś się dla nich kończy, a coś zaczyna

Pamiętam jak równo sześć lat temu ostatni raz szłam do mojego liceum, aby odebrać świadectwo z ocenami na koniec szkoły średniej. Dzień wcześniej byłam w Urzędzie Miasta, gdzie najlepsi uczniowie(czyli ci, którzy zakończyli swoją edukację świadectwem z czerwonym paskiem) otrzymali od władz miasta listy gratulacyjne oraz wieczne pióra na szczęście. Paradoksem było, że maturę pisałam na komputerze, a pióro do dzisiaj leży nieużywane na półce. Pamiątka jest jednak zawsze pamiątką. Ponadto kolejny raz udowodniłam, że bycie osobą niepełnosprawną nie musi wpływać na obniżeniu poziomu zdobywanej wiedzy. W liceum obowiązywał mnie bowiem taki sam zakres materiały, jak moich sprawnych kolegów i koleżanek. Wszak po trzech latach chciałam jak oni zasiąść nad arkuszami maturalnymi, a w konsekwencji kształcić się dalej na studiach. Nazajutrz, 24 kwietnia 2009 roku, w godzinach popołudniowych odbyło się uroczyste pożegnanie grupy absolwentów kształcących się w latach 2006 - 2009. Ponieważ pogoda zbytnio nie dopisała, zakończenie odbyło się najpierw w sali gimnastycznej, a następnie już w klasach. Było to 6 klas o różnych profilach, w tym nasza - ogólnokształcąca, w sumie prawie 250 uczniów. Wśród nich 21, którzy uzyskali średnią przynajmniej 4,75 i ocenę bardzo dobrą ze sprawowania. Wśród tych 21 znalazłam się i ja. Ostatni raz dyrekcja i wychowawca uścisnęli mi dłoń gratulując uzyskanych wyników, ostatni raz widzieliśmy się z klasą i nauczycielami w takim składzie. Dzisiaj wiem, że nawet gdybyśmy zorganizowali spotkanie klasowe, niektórych na nich zabraknie... Wyszliśmy ze szkoły ze świadomością, że za tydzień wrócimy do niej zdawać jeden z najważniejszych egzaminów w naszym życiu, a jednocześnie że piękny czas beztroskiej młodości bezpowrotnie nam minął. Czekała nas dorosłość, większość z nas poszła na studia.

Dzisiaj tą samą chwilę przeżywają uczniowie zdający w tym roku maturę. Tak się składa, że mieszkam w sąsiedztwie jednego z miejskich liceum(innego, niż ja chodziłam) oraz technikum. Widziałam idących po południu na zakończenie roku szkolnego absolwentów. Odświętnie ubrani, z poważnymi minami dorosłych ludzi. Kończą jakiś etap swojego życia, a jednocześnie od października część z nich wkroczy w jego nowy etap - zostaną studentami. Mam nadzieję, że w przyszłości spełnią swoje marzenia i pójdą obraną przez siebie drogą. Jestem też dumna z tego, że tak wiele moich przyjaciół z Wspólnoty parafialnej uzyskało świadectwo z wyróżnieniem. To najlepszy dowód, że wiara z nauką wcale nie musi konkurować, a nawet mogą iść ze sobą w parze.

środa, 22 kwietnia 2015

Niezwykłe świadectwo o niezwykłym koledze z młodości

Kilka dni temu napisałam o "Titanicu" jako jednym z moich zainteresowań. Na szczęście nie jedynym. Kiedy w 1999 roku stałam na placu w Sosnowcu, gdzie lada chwila miało nastąpić spotkanie zgromadzonych ludzi z papieżem Janem Pawłem II, a kilka dni później w niewielkich Wadowicach, nie wiedziałam, że w ten sposób zacznie się moja niezwykła przygoda z niezwykłym człowiekiem, która będzie się za mną ciągnąć nawet po jego śmierci. 
Nie będę dzisiaj skupiać się na mojej historii z Karolem Wojtyłą, bo jest ona dosyć długa. Chciałabym natomiast opowiedzieć Wam o dzisiejszym sympozjum w którym miałam przyjemność brać udział. A swoją drogą to dziwne, jak dotąd nie brałam udział w ani jednym, a tutaj nagle trzy w ciągu tygodnia. Sympozjum miało nazwę "Po Jego śladach... święty Jan Paweł II inspiracją dla artystów" i było organizowane przez naszą uczelnianą bibliotekę.
Nie będę ukrywać, że bardzo się ucieszyłam, że będzie takie spotkanie i z niecierpliwością czekałam na dzisiejszy dzień. Co prawda wcześniej poszłam na planowe zajęcia z architektury i sztuki sakralnej, ale historię kościoła już sobie podarowałam. Zresztą już z architektury się urwałam, ponieważ bardzo byłam ciekawa co ma do powiedzenia autor wystawy w holu gmachu biblioteki, pan Czesław Dźwigaj, artysta rzeźbiarz z ASP w Krakowie. Otóż w ciekawy sposób przybliżył nam niektóre pomniki Jana Pawła II w Polsce. Trochę zasmuciła mnie wiadomość, że zamienili wykłady i pan Adam Bujak, artysta fotografik, którego albumy mam na półce miał już wykład, bo to była kolejna osoba, której chciałam szczególnie wysłuchać. Na szczęście wśród referentów była jeszcze jedna perełka, na której szczególnie mi zależało.

"Kiedy byliśmy w piątej gimnazjalnej, graliśmy Antygonę Sofoklesa. [Antygona - Halina, Ismena - Kazia, mój Boże]. A ja grałem Hajmona." - Jan Paweł II, Wadowice 16 czerwca 1999 rok

Pamiętam jak tysiące ludzi zgromadzonych na placu przed wadowicką Bazyliką wybuchnęło entuzjazmem słysząc te słowa. I oto po 16 latach od usłyszenia tych pamiętnych słów moim oczom ujawniła się osoba grająca Antygonę - pani Halina Kwiatkowska, znajoma Karola Wojtyły z czasów ich młodości. Razem grali w szkolnym teatrze amatorskim, później w Teatrze Raspondycznym założonym przez Mieczysława Kotlarskiego, razem przez pierwszy rok studiowali na polonistyce na UJ. Czas zaczął się cofać, a słuchacze przenieśli się najpierw do międzywojennych Wadowic na wiosnę pachnących kwitnącym bzem, a następnie do urokliwego Krakowa. Co ważne, pani Helena nie przynudzała, a snute przez nią wspomnienia roznosiły się po panującej w sali ciszy. Podkreślone zostało, że Wojtyła po wyborze na papieża pozostał sobą, kolegą, który niezwykle chętnie przyjmował całą swoją maturalną ekipę zarówno w watykańskich apartamentach, jak i kurii metropolitarnej, kiedy przybywał z pielgrzymkami do kraju. Podczas ostatniego spotkania nawet żartował, że z nich wszystkich tylko on nie jest na emeryturze.
Chociaż ze wszystkich przemówień to było najdłuższe, to jednak niosło najbardziej autentyczne przesłanie. Najlepszym tego dowodem były owacje na stojąco, co przytrafiło się tylko jej, a także najserdeczniejsze życzenia z okazji zbliżających się urodzin. Tak bardzo człowiek by chciał, aby tacy ludzie żyli jak najdłużej, dając autentyczne świadectwo życia Karola Wojtyły. A jednocześnie jest się świadomym jak mało w tej kwestii od nas zależy...
Prawdziwa dama dająca prawdziwe świadectwo

wtorek, 21 kwietnia 2015

Jednocząc się z gimnazjalistami

Dzisiaj gimnazjaliści rozpoczęli swój maraton z testami na zakończenie kolejnego etapu swojej nauki. Dzisiaj zmagają się z częścią humanistyczną, która została rozbita na historię i społeczeństwo oraz język polski, jutro zmierzą się z zadaniami matematyczno - przyrodniczymi, a w czwarte czeka ich pojedynek z językiem obcym. Oj, pamięta się czasy, kiedy samemu pisało się ten egzamin, chociaż w moim przypadku dotyczył on tylko części polonistycznej(z matematyczno - przyrodniczej zostałam zwolniona dzięki lokacie w finale konkursu matematycznego). Części językowej nie było - testy potwierdzające moją znajomość języków obcych pisałam już w gmachu liceum, zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego w pierwszej klasie. Czy się stresowałam? Może trochę. Ale był to pozytywny stres. Poza tym w sali informatycznej, gdzie pisałam egzamin, było nas 5(wszyscy mieliśmy kłopoty z pisaniem, a lepiej było zrobić komisję do jednej sali, niż do 5). Reszta zdawała w sali polonistycznej, koledzy z upośledzeniem umysłowym w sali matematyczno - przyrodniczej, a kolega, który nie potrafi ani pisać, ani mówić w sali muzycznej. Do egzaminu podeszłam na luzie, wszak próbny poszedł mi całkiem, całkiem(tzn. chemię kompletnie zawaliłam, ale tym się specjalnie nie przejmowałam). Trochę problemów przysporzył mi temat rozprawki - "I śmiech niekiedy może być nauką", w "Victorze Gimnazjaliście" podali nawet zupełnie inne rozwiązanie niż moje, jednak kiedy na koniec gimnazjum dostałam wyniki egzaminu, byłam z siebie zadowolona.

Tak więc jednocząc się z gimnazjalistami piszącymi egzamin, który jest ich furtką do dalszej nauki, przygotowuję się do czekającego mnie w czwartek kolokwium z "Wstępu do Pisma Świętego". Materiał obszerny, dużo dat i łaciny, w dodatku pełno tez Ojców Kościoła. Kiedy w weekend tata wziął na chwilę podręcznik z którego się uczę(czyli "Wstęp ogólny do Pisma Świętego" redakcji Jana Szelagi) i przeczytał pierwszy rozdział pt: "Charyzmat natchnienia biblijnego"(nie chciało mu się już czytać wstępu), skomentował to jednym słowem - "Szaleństwo!". Może i szaleństwo, ale jak się niego nie nauczę, nici z zaliczenia kolokwium. No nic, trzeba się sprężyć i przyłożyć do nauki.
Z tego przyszło mi się uczyć, czyli - "Szaleństwo" :)
P.S. Część treści książki przeczytałam na konferencji "Symbol - znak - rytuał", o której wspominałam już w którejś notce. Nie było to proste, ponieważ profesorka od architektury i sztuki sakralnej krążyła w te i we wte, ale wykonalne.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Prawie jak mama

Wczoraj miałam kolejny zjazd z "Żaka" z rachunkowości. Tym razem najbliżej mojego miejsca zamieszkania, bo po drugiej stronie parku. A mimo to udało mi się spóźnić. Na szczęście nie byłam ostatnia, bo za mną weszły jeszcze dwie dziewczyny z mojej grupy. Ogólnie muszę powiedzieć, że po wykruszeniu się 3/4 grupy został nas dziesięcioosobowy babiniec. Prawie jak w szkole prywatnej. Ale nie o tym chciałam dzisiaj napisać. Otóż w mojej grupie jest spora ilość kobiet, które mogłyby być moimi mamami. Jednak najbardziej jestem związana z J. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Mam wrażenie, że pokoleniowa różnica wiekowa pomiędzy nami nie istnieje. Na J. zawsze mogę liczyć - weźmie mi notatki, kiedy nie ma mnie na zajęciach, pomoże w podłączeniu laptopa do prądu, ubraniu kurtki, nalaniu sobie herbaty do kubka czy nawet zapięciu guzika u spodni. Wiem, wiem, dla pełnosprawnego człowieka to po prostu prozaiczne czynności, jednak dla osoby, której dłonie nie są aż tak sprawne, to naprawdę nie lada wyzwania. To nie jest tak, że sobie nie radzę, bo jednak mieszkam samodzielnie, ale wiadomo, że z pomocą wszystko mi szybciej idzie. A jeszcze wczoraj idąc po schodach chciała ode mnie wziąć plecak z laptopem, argumentując to jego ciężarem. Oczywiście nie przesadziłam, bo właśnie od tego mam plecak, aby nie nosić komputera w torbie, bo tą opcję przerabiałam w liceum i nie wypaliła. Mimo wszystko zrobiło mi się niezmiernie miło. Bo tyle się słyszy, że w dzisiejszych czasach ludzie są coraz bardziej egoistyczni, a mimo to w społeczeństwie zdarzają się chlubne wyjątki tych, którzy myślą o innych. Ktoś mi kiedyś powiedział(tzn. wtedy, kiedy wstępowałam do wolontariatu), że dobro powraca i to w najmniej oczekiwanym momencie i sposobie. Patrząc na J. trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. A ja zyskałam kolejną "mamę zastępczą".

sobota, 18 kwietnia 2015

"Titanic", czyli niecodzienne hobby

Kiedyś przeczytałam w jakiejś typowo kobiecej prasie, takie mądre zdanie, że najlepszą formą samorozwoju każdego człowieka jest posiadanie jakiegoś hobby. Robimy wtedy wszystko, aby dowiedzieć się jak najwięcej o interesującym nas zagadnieniu, czytamy odpowiednią prasę, zbieramy materiały z tym związane. Trudno się z tym nie zgodzić, ponieważ w ten sposób łączymy przyjemne z pożytecznym.

Osobiście mam sporo zainteresowań, jednak dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o jednym z bardziej nietypowych, przynajmniej dla kobiety z dziecięcym porażeniem mózgowym, czyli o legendarnym "Titanicu". 

Jak to się stało, że zaczęłam interesować się jednym z najbardziej znanych statków na świecie? Pamiętam jak w Boże Narodzenie wyemitowano na TVP 1 dwuczęściowy film opowiadający o tym cudzie techniki ówczesnych czasów. 

Oglądałam wtedy wszystko z zapartym tchem... aby potem zbudować prowizoryczny model statku z klocków LEGO. I bawić się w ratowanie małego Trevora z niebezpiecznej pułapki, jaką był transatlantyk. Rok później w okresie świąt Wielkanocnych telewizja Polsat wyemitowała sławną wizję historii z 1912 roku widzianą oczami Jamesa Camerona. 
I chociaż wszyscy dookoła wychwalali ekranizację, dla mnie była ona po prostu romansidłem. Ale i tak oglądałam go co roku. Nie, nie po to aby wzruszać się tanią miłością Kate i Jacka. Mnie doprowadzało do łez co innego: a to para staruszków przytulających się do siebie leżąc w łóżku kiedy statek coraz bardziej nabierał wody, a to mina Beniamina Guggenheima, kiedy siedząc na krześle w sali balowej widział falę oceanicznej wody, a to matka usypiająca swoje dzieci ze świadomością, że już się nigdy nie obudzą, a nawet tłukąca się zastawa. Nie wiem, może i jestem dziwna, ale dla mnie takie właśnie szczegóły były najbardziej wzruszające.

Jednak prawdziwy bum informacyjny wybuchł w 2002 roku, kiedy przypadała 90 rocznica katastrofy. Pamiętam jak na National Geografic szedł cykl programów dokumentalnych poświęconych słynnemu statku. Starałam się oglądać każdy z nich i nawet wynotowywałam sobie co ciekawsze informacje. Co więcej, pojawiła się wtedy stu częściowa kolekcja zeszytów poświęcona "Titanicowi", gdzie w każdym numerze był fragment historii oraz modelu statku do złożenia.
Pamiętam jak w weekendy siadaliśmy z tatą w pokoju przy stole i składaliśmy kolejne części statku, a ja opowiadałam mu kolejne odcinki niesamowitej historii "Titanica". Z czasem złożyliśmy coś takiego:
Nauczyciele z mojej podstawówki wiedzieli o moim nietypowym hobby, toteż poprosili mnie o przeprowadzenia prelekcji na temat statku w kwietniu 2002 roku. Ponieważ mój model był w początkowej fazie tworzenia, wspólnie z rodzicami przygotowałam ogromny plakat ukazujący statek. Do opowiadania o jego wnętrzu wykorzystałam zaś plany dołączone do jednych z pierwszych numerów czasopisma. Dodatkowo zrobiłam prezentacje multimedialną, w której umieściłam zeskanowane archiwalne zdjęcia z gazet. Internet wtedy dopiero raczkował, więc musiałam radzić sobie w inny sposób. Dopełnieniem mojego wykładu były fragmenty powieści poświęconych "Titanicowi"(tutaj ukłon w stronę mamy za chodzenie od biblioteki do biblioteki w poszukiwaniu pozycji). Efekt tego wszystkiego był taki, że pozostali uczniowie byli zachwyceni, a ja nie dość, że dostałam na koniec roku wzorowe zachowanie, to jeszcze w dzienniku pojawiły się szósteczki z takich przedmiotów jak język polski, historia, plastyka i informatyka.

Nie poprzestałam na poszerzaniu swojej wiedzy na temat statku. W miarę możliwości oglądałam filmy z nim związane, czytałam książki, a kiedy rodzice założyli internet, to artykuły na stronach www. Bardzo się ucieszyłam, kiedy z okazji 100 rocznicy dziewiczego rejsu National Georafic wyemitował cały cykl programów dokumentalnych poświęconych statkowi. Ile ja się z nich rzeczy dowiedziałam... Praktycznie wszystkie oglądałam po kilka razy. I wcale mi się nie znudziły. Teraz muszę czekać do 105 rocznicy zatonięcia z nadzieją na nową dawkę informacji.

czwartek, 16 kwietnia 2015

O łączeniu przyjemnego z pożytecznym

Dotychczas wszelkie sympozja i sesje naukowe organizowane przez uczelnie były dla mnie abstrakcją. A może napiszę inaczej - przez pięć lat studiowania na katowickim AWFie nie słyszałam o ani jednym. Nasuwają mi się następujące wnioski - albo uczelnia ich nie organizowała(co mało prawdopodobne), albo jeżeli były już organizowane, to informacja o nich musiała być chyba przekazywana drogą szeptaną, bo ani nie było nigdzie plakatów informacyjnych, ani na stronie www nic nie pisało, ani tym bardziej wykładowcy nic nie wspominali. No cóż, dlaczego było tak, a nie inaczej nie wnikam. 
Czasy AWFu jednak minęły, a nastały czasy Uniwersytetu Papieskiego. Z każdym dniem coraz bardziej przekonuję się do tego, że moja decyzja, chociaż hardgorowa, była słuszna. Kiedy tydzień temu dowiedziałam się, że nasza wykładowca od przedmiotu zowiącego się "Wstęp do Pisma Świętego" organizuje dzisiaj konferencję naukową pt.: "Kulturowe tło czytania Biblii", wiedziałam, że muszę się na niej pojawić. I to nie dlatego, że jest ona jakby zamiennikiem dzisiejszego wykładu z tego przedmiotu(wszak obecność na niej nie była obowiązkowa), ale ze względu na temat. Zważając dodatkowo na godziny trwania konferencji(od 10:00 do 14:30) nic nie stało na przeszkodzie, abym w niej nie uczestniczyć. A nawet się wyspałam, ponieważ nie musiałam się zrywać o godzinie 4:30. Tylko nie wiem dlaczego wszyscy myśleli, że mamy dzisiaj jakiś egzamin/zaliczenie/wygłaszam referat(poprawny pomysł podkreślić), bo Lolek pojawił się w spódniczce(!) i garsonce. Te spekulacje pojawiły się zaraz po wejściu przeze mnie w autokar do Katowic(czyli nie zapomniano o mnie w scholi :) ) i ciągnęły aż do zajęć z "Teologii fundamentalnej - religii świata". Rada jest jedna - częściej ubierać się w kiecki ha, ha, ha!
Wracając do konferencji naukowej, to pomimo tego, że potencjalnie mam dużą odległość do pokonania, najpierw do Krakowa, a następnie pieszo z Dworca Głównego na ulicę Bernardyńską, gdzie znajduje się jedna z siedzib Uniwersytetu Papieskiego, to na auli pojawiłam się jako pierwsza. Nie licząc oczywiście profesor A. W. oraz księdza profesora B. Z. Pani A. bardzo serdecznie mnie przywitała. Ogólnie o osobach takich jak ona mówi się człowiek - anioł. Otrzymałam plan konferencji oraz możliwość zajęcia jednego z pierwszych rzędów w auli. Z czasem powoli zaczęli się schodzić inni uczestnicy sesji. Zaczęłam dziwnie się czuć - większość z nich to słuchacze Uniwersytetu Trzeciego Wieku działający przy uczelni, studentów było zaś jak na lekarstwo. Jedną osobę z mojej grupy zauważyłam dopiero pod koniec wykładu.
Konferencje rozpoczął krótką modlitwą rektor naszej uczelni - ksiądz profesor Wojciech Zyzak(mam nadzieję, że nikt mnie nie pozwie o ujawnienie danych osobowych, bo tą informację można akurat sprawdzić choćby na głupiej wikipedii). Po krótkiej modlitwie oraz przedstawieniu programu konferencji przeszliśmy do meritum sprawy, czyli samych wykładów.
Każdy wygłaszający swój referat miał 20 minut. Na myśl przyszły mi wystąpienia posłów w sejmie, gdzie każdy ma też określoną liczbę czasu do wykorzystania. Całość była podzielona na cztery sesje trwające po 55 minut. W skład sesji wchodziły dwa wykłady oraz dyskusja po ich wygłoszeniu. Po dwóch sesjach była też dwudziestominutowa przerwa na kawę, herbatę oraz coś słodkiego.
Konferencję otwierał wykład jednego z najbardziej zasłużonych dla naszego Uniwersytetu wykładowcy - księdza profesora T. B. J. poświęcony kulturowemu uwarunkowaniu powstania(pisania) i recepcji(czytania) Biblii. Wykład ten pozwolił zrozumieć zgromadzonym, że chociaż księgi Starego i Nowego Testamentu są księgami natchnionymi, to nie powstały one za pomocą "dotknięcia ich autorów dzióbkiem przez gołąbka", jakby się to wydawało wielu z nas, a ludzie którzy je spisywali musieli się wykazać naprawdę ogromną znajomością tradycji żydowskiej przekazywanej ustnie z pokolenia na pokolenie. Następnie ksiądz J. wygłosił wykład swojego doktoranta ze Słowacji, który z powodu obowiązku nie mógł się pojawić na sympozjum. Dotyczył on rozwoju nauk biblijnych w Magisterium Kościoła w ciągu ostatnich 120 lat i opierał się głównie na dokumentach watykańskich, które przez ten czas zostały wydane. Po dyskusji była druga część konferencji, zatytułowana "Na marginesie dokumentu papieskiej komisji biblijnej". Jako pierwszy wygłosił swoje przemówienie profesor wykładający na KULu, ksiądz R. S. Jego wystąpienie dotyczyło pedagogii miłości w Pieśni nad Pieśniami w świetle badań interdyscyplinarnych. Tak naprawdę było to jedyne przemówienie, które nie do końca zrozumiałam. Zresztą mam dziwne wrażenie, że wykładowca sam nie wiedział o czym mówi. Bywa i tak. Za to następny wykład wygłoszony przez naszego wykładowcę, księdza doktora B. Z. dotyczący aktualności przesłania Apokalipsy jak najbardziej przypadło mi do gustu. Ksiądz bardzo obrazowo omówił symbolikę wielu zjawisk pojawiających się w księdze, jak i wyraził nadzieję, że wszyscy obecni po śmierci będą mogli oglądać Majestat Boży. Po tej sesji nastąpiła przerwa na posiłek. Na szczęście miałam swój kubek i herbatę, ponieważ nie dałabym rady napić się z filiżanek stojących na stoliku. Za to skusiłam się na słodką bułkę. Jak dają trzeba brać :). Trzecią część konferencji otwierał wykład księdza, który przyjechał aż ze Słupska. Dotyczyła ona... kobiet, a konkretniej motywu Księgi Rodzaju w filmie współczesnym. Został obalony mit, jakoby kobieta była tą złą i okropną, przez którą człowiek został wygnany z Raju. Dziewicę przedstawiono za to, jako doskonałe dzieło Boże, bez którego niemożliwe by było kontynuowanie istnienia ludzkiego. Dodatkowo obejrzeliśmy fragmenty takich filmów jak "Niczego nie żałuję - Edith Piaf" oraz "Nędznicy", na których omówiony był obrazowo geniusz kobiety. Jednak najbardziej podobała mi się ostatnia, czwarta część konferencji poświęcona florze i faunie w ujęciu biblijnym. O świecie roślinnym na podstawie opisów pustynnych interesująco opowiedziała nam dr hab. inż. Z. W. na co dzień wykładająca na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie. Nawet nie wiedziałam, że w opisie wędrówki Izraelitów przez pustynię wspomnianych jest tyle gatunków roślin. Ale z drugiej strony kto zwraca uwagę na takie szczegółu... Tak samo jak na wzmianki o zwierzętach, które w telegraficznym skrócie przedstawiła nam nasza pani A. W. I tylko należy żałować, że miała na to tak mało czasu. Na szczęście na naszych zajęciach poświęciła temu zagadnieniu cały wykład.
Pismo Święte to uniwersalna książka. Osoby wierzące czytają ją jako dzieło natchnione, ateiści mogą je czytać w kontekście literackim. Myślę, że ta konferencja była przeznaczona równie dobrze dla jednych i dla drugich. Nie ukrywajmy, zarówno tekst Starego, jak i Nowego Testamentu jest napisany trudnym językiem, dlatego wiele ludzi, zwłaszcza chrześcijan, po prostu po niego nie sięga. A taka konferencja w prosty i przejrzysty sposób wyjaśnia ludziom wiele niezrozumiałych kwestii. Teraz jeszcze bardziej świadomie będę czytała Słowo Boże, ponieważ w bezstresowy sposób poszerzyłam swoją wiedzę. Dlaczego bezstresowy? Bo raczej nikt mnie nie odpyta z tego, co usłyszałam na konferencji, a wiadomości były na nasz użytek.
I takim przyjemnym, acz niespodziewanym akcentem było otrzymanie na koniec konferencji od pani profesor A. W. zaświadczenia o udziale w niej. Miłe zaskoczenie, tym bardziej, że nie zjawiłam się na niej dla papierka, ale dla własnej przyjemności. No, ale skoro już dawała imienne i nazwiskalne zaświadczenie, to czemu miałam nie wziąć? Poza tym znowu przekonałam się, że jestem Karolina P., a nie anonimowym dla profesorów wykładających na uczelni studentem. 
Za tydzień zaś ma się odbyć TO sympozjum, na którym planuję być ze względu na prywatne zainteresowania. Jednak czas pokaże na ile moje plany dojdą do skutku. 

wtorek, 14 kwietnia 2015

O solidarności koleżeńskiej i jej braku

Pożyczyłam dzisiaj od koleżanki z grupy, S., notatki z przedmiotu nazywającego się "Kraków - miasto turystyki pielgrzymkowej". Co prawda zawsze byłam na zajęciach i starałam się na bieżąco robić notatki z zajęć, ale a to się spóźniłam, a to nie zdążyłam przepisać bieżącego slajdu. Co prawda na laptopie zanotowywuję o wiele szybciej niźli robiłabym to ręcznie, jednak i tak nie jest to mistrzostwo świata. A że kolokwium z zajęć zbliża się nieubłaganie, postanowiłam uzupełnić braki. Od S. już raz pożyczałam notatki, a podczas zwrócenia zeszytu usłyszałam, że jakby co zawsze mogę kolejny raz od niej wziąć to, czego mi brakuje. Poprosiłam więc o zeszyt, który otrzymałam bez marudzenia.
Ogólnie ostatnio bardzo często spotykam się z tym, że ludzie pomagają mi na różne sposoby. W sobotę nie byłam na zajęciach z angielskiego, to dziewczyny wzięły dla mnie materiały. Starościna znając moją sytuację z dojeżdżaniem na uczelnie interweniowała sama z siebie w dziekanacie odnośnie zmiany planu zajęć, abym mogła spokojnie dotrzeć na zajęcia i z powrotem. Tak samo kiedy przenosi zajęcia myśli też o mnie. Nie mam facebooka, to kilka osób przesyła mi na meila albo SMSem bieżące informacje. Wiecie co? Wreszcie zaczynam na nowo rozumieć co to jest bezinteresowna pomoc innemu człowiekowi. I że ona w dzisiejszych czasach naprawdę jest możliwa.
Kiedy wychodziłam z sali podeszła do mnie koleżanka, która przyjechała do nas studiować z Białorusi z pytaniem, czy nie przesłałabym jej notatek z "Krakowa". Czy w obliczu wsparcia jakie otrzymałam od grupy mogłabym jej odmówić? Zresztą ludziom z technika administracji też często wysyłam notatki z zajęć, aby mieli się z czego uczyć. Nie umiem odmawiać ludziom, zwłaszcza tym, którzy traktują mnie jak równoprawnego członka społeczności.
Co do kolokwium, to miało być ono w przyszłym tygodniu. No właśnie - miało. Jednak wskutek małego nieporozumienia na pierwszych w tym semestrze zajęciach z architektury i sztuki sakralnej pojawiły się tylko... 2 osoby. A to wszystko dlatego, że wedle planu zaczynamy je od przyszłego tygodnia. No to prowadząca się trochę zdenerwowała i w porozumieniu z dwoma obecnymi osobami, wśród których nie było starosty, postanowiła, że zajęcia odrobimy na międzynarodowej konferencji "Symbol - znak - rytuał". Szkopuł polega na tym, że nachodzi ona na zajęcia z "Krakowa". Była opcja, aby kolokwium pisać na konsultacjach, ale kilka osób, w tym ja, ma wtedy języki obce. W końcu zaliczenie przenieśliśmy na maj, ale niesmak pozostaje. Tym bardziej, że owe dwie osoby bez wiedzy grupy przeniosły zajęcia z architektury na taką porę, kiedy większości nie pasuje. I znowu powstał niepotrzebny zgrzyt... Ech, ja rozumiem, że oni chcieli dobrze, a wyszło jeszcze gorzej. A jeszcze bardziej dołuje fakt, że są to osoby, które sobie po trochu olewają zajęcia. Dlatego wszyscy są wściekli jak osy. No ale nic, jakaś równowaga relacji międzyludzkich musi być.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Wszystkie chwyty dozwolone, czyli czego można się dowiedzieć podczas ogłoszeń parafialnych :)

Niepełnosprawne dzieci potrzebują takich samych zabaw, jak ich pełnosprawni rówieśnicy. To że ktoś nie chodzi, a nawet nie siedzi nie znaczy, że nie będzie się cieszyć z pobujania na huśtawce, czy też na "koniku". Pamiętam jak będąc kilkuletnim szkrabem, który jeszcze niezbyt pewnie chodził na swoich koślawych nóżkach kochałam chodzić z rodzicami na plac zabaw znajdujący się w parku miejskim. Były tam huśtawki, piaskownica, zjeżdżalnia, koniki, a także drabinka przypominająca swym wyglądem rakietę kosmiczną. Istny raj dla dzieciaków. Dla mnie wspinanie się na drabinki było idealną formą rehabilitacji i poprawienia koordynacji ruchowej, a huśtanie na huśtawce było trym czymś, czym teraz jest metoda SI.
Kilka lat później zardzewiałe urządzenia usunięto, a w innym miejscu parku powstał drewniany plac zabaw. Jednak skwery pod blokami pozostawały w większości niezagospodarowane.
W tym roku administracja budynków postanowiła przystąpić do projektu "Podwórko NIVEA". Zgłosiła jeden z skwerów do konkursu. Aby się on powiódł, musi się znaleźć w pierwszej czterdziestce. Głosują zaś internauci - dziennie można oddać jeden głos na wybrane podwórko. Tak więc wszystko zależy od reklamy danego miejsca. Administracja robi co może - rozdaje ulotki(nawet przy tym pomagałam), rozwiesza plakaty, a tą niedzielę w promocję pomysłu włączyła się nawet nasza parafia i podczas ogłoszeń parafialnych ksiądz F. prosił o głosy od wiernych. Wszak podwórko ma stanąć na terenie naszej parafii. Ale z drugiej strony wracając do domu cały czas się z tego śmiałam. Tak, tak, czasami łapie mnie głupawka, i to w najmniej spodziewanym momencie. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że podobno śmiech wydłuża nasze życie, więc może wyjdzie mi to na zdrowie?
W sumie ładnie wygląda. Na chwilę obecną jesteśmy na 437 miejscu!(na 1116 zgłoszonych projektów) więc nie jest źle. Osobiście uważam, że gdyby tak chociaż 3/4 mieszkających na osiedlu gdzie ma powstać plac zabaw zagłosowało na stronie, to może byśmy się znaleźli w gronie zwycięzców. Ale tutaj wszystko zależy od woli ludzi, bo bez tego nawet święty Boże nie pomoże.

niedziela, 12 kwietnia 2015

O takim jednym liceum, które jest moim rówieśnikiem

Wczoraj byłam świadkiem uroczystości 25 lecia istnienia liceum, do którego miałam przyjemność uczęszczać w latach 2006 - 2009. Dlaczego spośród wielu szkół działających w okolicy wybrałam to, które ma stosunkowo najkrótszą historię?
W życiu każdego nastoletniego człowieka nadchodzi taki moment, w którym kończy gimnazjum i zastanawia się co ma dalej robić. Czy wybrać liceum, technikum, czy może szkołę zawodową? Podobne dylematy naszły i mnie, kiedy kilka lat temu zbliżałam się do chwili opuszczenia murów szkoły, w której uczyłam się przez całą dotychczasową drogę edukacyjną, wyłączając przy tym pierwszą klasę szkoły podstawową, kiedy z powodu braku warunków lokalowych placówka nie mogła otworzyć obiecanych klas szkolnych. Owszem, rodzice mogli mnie odroczyć, ale po co? Niestety, ośrodek do którego uczęszczałam kończył swoją ofertę edukacyjną na gimnazjum. Pozostało pytanie co dalej? Większość moich kolegów z klasy szła do zasadniczych szkół zawodowych istniejących z reguły przy innych szkołach specjalnych. Ja jednak miałam bardziej skonkretyzowane plany - matura, a po niej studia. Dobrze się uczyłam, brałam udział w licznych konkursach przedmiotowych. Dodatkowo przy moim schorzeniu w grę wchodziła raczej szkoła z klasami integracyjnymi. Nie chciałam bowiem ani tracić kontaktu z rówieśnikami, ani brać okrojonego materiału. A w szkole masowej pewnie zaproponowaliby mi nauczanie indywidualne z wcześniej podanymi ograniczeniami. Jednocześnie chciałam dalej kontynuować swoje treningi sportowe, a idąc do masówki pewnie mało nauczycieli zrozumiałoby moje nieobecności. Zaczęłam więc na poważnie myśleć o liceum integracyjnym.
Na szczęście kilka lat wcześniej dyrektorka placówki, do której ówcześnie uczęszczałam podjęła przedsięwzięcia, aby w naszym mieście otwarto taką szkołę, gdzie kontynuowałaby naukę zdolna niepełnosprawna młodzież m.in. wychodząca z naszego gimnazjum(a wcześniej ośmioklasowej szkoły podstawowej). Tego niełatwego zadania podjęła się tylko jedna szkoła średnia - liceum im. kanclerza Jana Zamoyskiego. Co ciekawsze, w szeregach jej nauczycieli znalazło się dwoje niepełnosprawnych, których uczniowie zostawali laureatami i finalistami licznych konkursów i olimpiad przedmiotowych. Równocześnie od wcześniejszych roczników słyszałam o wysokim poziomie nauczania, a zwłaszcza języków obcych. Mimo wszystko postanowiłam spróbować, uzgadniając z rodzicami, że jakby mi nie szła nauka, to przenoszę się albo do liceum mieszczącego się przy szkole dla niewidomych, albo do jakiejś zawodówki.
Nie zdziwiło mnie to, że dostałam się do liceum. Zgodnie z regulaminem jako finalistce olimpiady matematycznej przysługiwało mi pierwszeństwo. Jednak już pierwszego dnia poczułam, że nie dam rady. Klasa integracyjna miała profil ogólny, wszystkie przedmioty były poszerzone. Nie ważne, czy interesowała cię historia, czy też chemia. W dodatku, jak już pisałam, w liceum kładziono nacisk na języki, a jednak moja mowa nie jest do końca wyraźna i aby mnie zrozumieć, trzeba po prostu chcieć! Kolejnym problemem były notatki - umiem pisać, jednak z powodu atetozy zanotowanie szybkiego dyktowania nauczyciela było awykonalne. Co prawda w sekretariacie MOPSu leżał wniosek o dofinansowanie do laptopa, jednak pod koniec roku otrzymanie czegokolwiek graniczyło z cudem. Rodzice kazali mi jednak wstrzymać się z decyzją o przeniesieniu do końca miesiąca. 
Wtedy po raz pierwszy poczułam co to jest jedność - wychowawca znając moją sprawę prosił nauczycieli, abym zamiast pisać kartkówki, po prostu na nie odpowiadała, a w razie dłuższych wypracowań chodziłam je pisać do biblioteki na komputerze. Koleżanki i koledzy bez szemrania dawali mi skserować notatki, a kiedy mnie nie było po prostu sami mi je odbijali w sekretariacie i przynosili do domu. Ćwiczenia na w-fie były dopasowane do moich możliwości. Jednak najbardziej nas zjednoczył dwudniowy Rajd Gwieździsty, przypadający w połowie września. Nikt nas, niepełnosprawnych nie poganiał, nikt nie marudził, że za wolno idziemy. Były zabawy przy ognisku i rozmowy do późnej nocy w baraku, w którym nocowaliśmy. A później w październiku pojechaliśmy na pierwszą wycieczkę klasową do Wisły.
Prawie cała nasza klasa w Wiśle
Wiele osób uważa, że klasy integracyjne mają niski poziom nauczania. Nic bardziej mylnego. Co więcej, w liceum do którego uczęszczałam właśnie klasy integracyjne wyróżniały się najwyższym poziomem nauczania. Sprzyjała temu mała liczba uczniów w klasie, nauczyciel wspomagający, a także indywidualne podejście do każdego ucznia, do jego pasji i zainteresowań. Nikt mi nie robił problemów, że często nie ma mnie na piątkowych zajęciach z powodu wyjazdów na zawody, czy też z tego, że bardziej wolałam matematykę od fizyki.
Wracając jeszcze do sportu, to liceum jest organizatorem corocznej paraspartakiady Śląska i Zagłębia, w której brałam udział jeszcze jako gimnazjalistka. Natomiast w pierwszej klasie liceum miałam niebywałą przyjemność odpalić uroczysty znicz paraspartakiady.

Podobnie jak na wcześniejszych szczeblach edukacji, także i teraz starałam się brać udział w konkursach przedmiotowych, a także włączyłam się w kilka akcji. Dzięki szkole mogłam wspomóc WOŚP, byłam na promocji szkoły, brałam udział nie tylko w wycieczkach przedmiotowych, ale i spotkaniach z ciekawymi ludźmi. Wiceminister MENu, pan Mirosław Orzechowski, poseł Waldemar Andzel, eurodeputowana Małgorzata Handzlik, polityk Janusz Palikot, polski olimpijczyk Józef Zapędzki, czy też ksiądz Tadeusz Isakowicz - Zalewski. Ilu z nich mogłabym na żywo zobaczyć, gdyby nie szkoła? Pewnie żadnego.



Prawdziwe efekty trzech lat spędzonych w liceum pojawiły się natomiast w czerwcu 2009 roku, kiedy odebrałam wyniki matury. Zaskoczeniem było uzyskanie 100% z rozszerzonej matmy, coś co na pozór wydaje się niemożliwe dla osoby z niesprawnymi dłońmi. Jednym zdaniem ponownie udowodniłam, że najważniejsze jest to, co mamy w głowie. Bo tego nam nikt nie zabierze.
Nie żałuję podjętej przed laty decyzji co do wyboru szkoły, bo z perspektywy czasu widzę, jak wiele w niej zyskałam.

V liceum ogólnokształcące zostało powołane do życia wiosną 1990 roku. Było nowatorską szkołą w mieście, która chociaż nie posiadała nawet budynku, to oferowała ciekawe profile, wysoko wykształconą kadrę pedagogiczną oraz wysoki poziom nauczania języków obcych. Nauczyciele, którzy chcieli w nim nauczać musieli złożyć u dyrekcji projekt nauczania swojego przedmiotu. Spośród 250 uczniów kończących szkołę podstawową z świadectwem z czerwonym paskiem, egzamin wstępny wyłonił 52, którzy byli pierwszym rocznikiem rozpoczynającym swoją przygodę w nowej szkole. Niespotykana była tutaj odwaga rodziców tych dzieci, którzy zaufali nauczycielom, chociaż nawet nie było pewne, gdzie ich pociechy po wakacjach będą się fizycznie uczyć. 
Od początku szkołę charakteryzował bardzo wysoki poziom nauczania. Już w pierwszym roku pojawili się pierwsi laureaci konkursów przedmiotowych, w tym ogólnopolskich. Jakaż była w nich chęć nauki, bez względu na brak warunków lokalowych.
Po dziesięciu latach włóczęgi placówka otrzymała stały budynek nieopodal centrum miasta. W tym samym roku nadano szkole imię kanclerza Jana Zamoyskiego, a także odbyła się pielgrzymka młodzieży niepełnosprawnej do Watykanu, gdzie na prywatnej audiencji papież Jan Paweł II pobłogosławił ideę paraspartakiady Śląska i Zagłębia. Rok później została utworzona pierwsza klasa integracyjna. Siedem lat później nadano szkole sztandar, a następnie wybudowano windę dla osób niepełnosprawnych.

Kurcze, te 25 lat zleciało nie wiadomo kiedy. Najpierw była uroczysta Msza święta w bazylice, a następnie gala podsumowująca ćwierćwiecze. Byłam na jednym i drugim. Bardzo się ucieszyłam, kiedy okazało się, że nauczyciele jeszcze mnie pamiętają, że nie jestem dla nich anonimowym uczniem. Zresztą z tego co zauważyłam to nikt nie był. Podchodzili, pytali się co u nas słychać, zwracali się z imienia. Człowiek czuł się cząstką całej 25 letniej społeczności. A za razem uświadomił sobie, że za pół roku sam skończy te 25 lat...

piątek, 10 kwietnia 2015

To miał być szczególny dzień...

I był. Tylko w innym sensie, niżbyśmy sobie tego życzyli. Jednocześnie nikt się nie spodziewał, że data 10 kwietnia 2010 roku przejdzie do historii jako kolejny czarny dzień dla naszego narodu. O wylocie polskiej delegacji na uroczystości obchodów 70 rocznicy zbrodni katyńskiej mówiło się od dawna. Świat wreszcie miał poznać prawdę o jednej z najtragiczniejszych zbrodni w historii II wojny światowej. Ukrywana przez lata zbrodnia dokonana na polskiej elicie, ale nie tylko, miała wyjść na światło dzienne. Najbardziej cieszyli się z tego członkowie Rodzin Katyńskich, czyli wszyscy ci, których krewni zginęli wiosną 1940 roku. Ci, którzy przez lata nie znali losu swoich ojców, dziadków, czy też braci tego dnia mieli usłyszeć słowa pokrzepienia z ust prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Ze względów politycznych polska delegacja została podzielona na dwie tury. Pierwsza jej część, z premierem Donaldem Tuskiem, dotarła do lasku katyńskiego 7 kwietnia, tuż po świętach Wielkanocnych. W tej części wziął udział ówczesny premier Rosji, Władimir Putin. Tego dnia wmurowano kamień węgielny pod cerkiew p.w. Zmartwychwstania Pańskiego znajdującą się na rosyjskiej części cmentarza w Katyniu. Była to pierwsza od dwóch dekad obecność rosyjskiego przywódcy na obchodach ku czci pomordowanych w lasku katyńskich.
Jednak prawdziwe uroczystości miały się odbyć trzy dni później, w sobotę, 10 kwietnia. Z liczną reprezentacją Rodzin Katyńskich, prezydentem Lechem Kaczyńskim i innymi najważniejszymi osobami w Polsce. O miejsce w samolocie prezydenckim zabiegało wiele osób. Wiadomo, był on o wiele szybszym i wygodniejszym środkiem transportu, niż pociąg zarezerwowany na tą okazję dla osób których bliscy zginęli w Katyniu, Charkowie, Kozielsku, harcerzy i innych chcących tego dnia znaleźć się na ziemi, która pochłonęła tyle ludzkich istnień. W końcu utworzyła się reprezentacja 89 osób, która miała zarezerwowane miejsce w Tupolewie. Mogło być ich więcej, ale w ostatniej chwili zrezygnowano z obecności dziennikarzy na pokładzie. Ku ich niezadowoleniu załatwiono dla nich JAK-a. Wielu z nich było zawiedzionych, ponieważ lot Tupolewem stwarzał możliwość przeprowadzenia wywiadów z jego pasażerami. Gdyby wtedy wiedzieli, że ta zmiana uratuje im życie...
W sobotę 10 kwietnia wieczorem mieliśmy być ze scholą w Krakowie na spektaklu z Anną Dymną. Nie mam zbyt wiele okazji do wizyt w teatrze, dlatego cieszyłam się szczególnie. Pamiętam, że jeszcze rano sprzątałam w pokoju słuchając radia. Wiedziałam o uroczystościach w Katyniu, dlatego chciałam jak najszybciej skończyć, aby móc włączyć telewizor i obejrzeć ich transmisję. Nagle zaczęły pojawiać się nieznaczne informacje, że prezydencki samolot ma kłopot z lądowaniem. Słyszałam już nie raz takie zdania, więc jakoś się nimi nie przejęłam. Wiedziałam, że w razie czego samolot poleci na najbliższe lotnisko, a najwyżej wszystko się opóźni. Jednak z każdą chwilą informacje podawane przez spikera były coraz mniej optymistyczne. W końcu nie mogłam więcej wytrzymać i włączyłam telewizor. Było po 9:30 i jeszcze do końca nie wiadomo było, co dokładnie się stało i czy to w ogóle prezydencki samolot się rozbił, czy też rządowy JAK. Z czasem jednak było coraz więcej wiadomo. Jeszcze na początku była nadzieja, że podróżujący w samolocie ludzie ocaleli, bo przecież nie wysyła się karetek do nieboszczyków. Potem mówiło się o trzech osobach, które przeżyły upadek. Pojawiła się nadzieja, że jest to para prezydencka i ostatni prezydent na uchodźstwie, Ryszard Kaczorowski. Prezydenci przecież nie umierają. Aż w końcu nadeszła najtragiczniejsza wiadomość - nikt nie przeżył katastrofy. Wszelkie nadzieje ustąpiły miejsca niedowierzaniu. No bo jak to - ten który miał powiedzieć światu prawdę o zbrodni w Katyniu, zginął w tak beznadziejny sposób? Tymczasem media prześcigały się w podawaniu informacji o liczbie osób, które zginęły w katastrofie. W pewnym momencie doszła ona do ponad 130 osób. Pomyśleć, że to więcej, niż liczba mieszkańców wsi, z której pochodzi moja mama... Z czasem ta liczba zaczęła się zmniejszać. Aż doszła do 96. Ale to i tak o 96 istnień za dużo. Tym bardziej, że większość z nich znało się z mediów.
Nie było uroczystych przemówień na cmentarzu w Katyniu. Zamiast nich pojawiły się modlitwy i łzy niedowierzania. 96 krzeseł przeznaczonych dla pasażerów samolotu pozostało pustych. Symbolicznie pojawiają się na nich małe polskie chorągiewki oraz wieniec kwiatów. 
Tymczasem reporterzy pokazują wrak samolotu, z którego praktycznie nic nie ocalało. To znaczy prawie nic - z jednego z luków wystawał prawie nie uszkodzony wieniec, który miał zostać złożony przez polskiego prezydenta na symbolicznym pomniku. Jego biało - czerwone kwiaty chciały same wykrzyczeć, że "jeszcze Polska nie umarła". 
Marszałek Bronisław Komorowski, który zgodnie z konstytucją przejął obowiązki głowy państwa, zarządził tygodniową żałobę narodową. Flagi na masztach opuszczono do połowy, główne portale internetowe stały się czarno - białe. I jeszcze ta charakterystyczna muzyka skomponowana przez Michała Lorenca. Motyw, który miał być puszczony podczas składania przez prezydenta wieńców, stał się muzycznym hymnem tych dni. Ludzie zaczęli się jednoczyć w bólu. Schola nie pojechała do Krakowa. Zamiast tego była Msza święta za ofiary tej tragedii.


A potem przyszły dni powrotów kolejnych trumien do kraju, pogrzeby kolejnych ofiar. I pamiętna Msza święta na Placu Piłsudskiego w Krakowie. Nabożeństwo, podczas którego nie było podziałów na poszczególne partie polityczne. Bo przecież do Katynia polecieli samolotem przedstawiciele różnych ugrupowań. I wszyscy oni zginęli. To tak, jakby Bóg chciał powiedzieć, że przed jego majestatem wszyscy są równi. 

W tych dniach, pod wpływem emocji, powstał ten właśnie wiersz:
Lasek katyński

Lasku katyński, lasku zwyczajny
Cóż ci uczynił nasz polski naród?
Czemu go znowu szykanujesz?
Czemu pozbawiasz marzeń i snów?

Lasku katyński, lasku rosyjski
w tobie wciąż płynie polska krew.
Zabitych polskich żołnierzy i jeńców,
serce wciąż bije pośród drzew.

Lasku katyński, lasku przeklęty,
Dlaczego ciągle zadajesz mi ból?
czy muszę ciągle przez ciebie płakać
bo znowu ginie elita wśród pól?
D. G. kwiecień 2010

Mijały kolejne lata. Do dzisiaj nie wiadomo co tak naprawdę stało się 10 kwietnia 2010 roku. Może to i lepiej. Czasami dobrze jest wiedzieć za mało niż za dużo. Denerwują mnie tylko spekulacje co do przyczyn tej tragedii i ewentualnego zamachu. Żałuję też, że atmosfera pojednania i wspólnoty tak szybko ustąpiła ludzkim przepychankom i podziałom. Dzisiaj nawet rodziny ofiar "śmieją się" z robienia kilku uroczystości, zamiast jednej, wspólnej. 
Kiedyś w parafii upamiętnialiśmy ten dzień skromnymi akademiami. Dzisiaj nawet tego zabrakło...



A na koniec wrzucam linka do wzruszającego artykułu o państwie Kaczyńskich - http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ostatnie-rozmowy-i-zdjecia-leszka-i-marii-kaczynskich/eh2klj
i jeszcze wspomnienie o Izabeli Jarudze - Nowackiej: http://wiadomosci.onet.pl/iza-jaruga-nowacka-wspomnienie/e9v4tx

czwartek, 9 kwietnia 2015

Tego się nie spodziewałam...

Trzeci raz staram się o dofinansowanie do mojej nauki z środków PFRON. Pomimo wielu, niekoniecznie pozytywnych opinii, cieszę się, że istnieje finansowa możliwość wsparcia niepełnosprawnych w ich dążeniu do zdobycia wykształcenia, które w przyszłości może się okazać furtką otrzymania godnej pracy. 
Chociaż termin wniosku upłynął 30 marca, to istnieje możliwość doniesienia brakujących dokumentów w terminie do dwóch tygodni. Wypełniłam wszystkie papiery, które mogłam samodzielnie wypełnić, chociaż przy obniżonej sprawności rąk to nie lada wyzwanie. Chociaż staram się pisać drukowanymi literami, żeby było czytelniej, to nie zawsze uzyskuję zamierzony cel. W efekcie w zeszłym semestrze musieli zmienić mi całą umowę, ponieważ nie mogąc odczytać mojego adresu zamieszkania spisali ten, który był na orzeczeniu o niepełnosprawności. Problem polegał na tym, że jest to jedyny dokument, w którym zapomniałam zmienić adres zameldowania. Na szczęście w tym roku kolejny raz staję na komisji i wtedy wszystko sprostuję. Do doniesienia zostało mi jedynie zaświadczenie o tym, że studiuję wypełnione przez uczelnię. Druczek miałam podrzucić do dziekanatu jeszcze przed świętami, jednak wyjęłam z plecaka teczkę, w której znajdowała się karteczka.
Korzystając z krótszego dnia na zajęciach postanowiłam podjechać dzisiaj z prośbą o wypełnienie pisma do końca przyszłego tygodnia. W przeciwnym razie szansa na otrzymanie pieniędzy przepadłaby, a same bilety miesięczne na busa kosztują 165 złotych. To głównie przez ten wydatek proszę PFRON o wsparcie. Jeszcze przed wyjściem z domu sprawdziłam czy w plecaku na pewno znajduje się odpowiednia teczka. Była. Z niecierpliwością czekałam na zakończenie się Wstępu do Pisma Świętego, ponieważ chciałam jak najszybciej dotrzeć do dziekanatu, a musiałam po drodze pokonać 15 przystanków(nie ma jak wyrzucić pierwszorocznych na obrzeża Krakowa). 
Drzwi dziekanatu przekroczyłam z kartką w łapie oraz przygotowaną mową wyjaśniającą czemu potrzebne mi jest jej wypełnienie na przyszły tydzień, a nie powiedzmy za miesiąc. Ledwie skończyłam mówić pierwsze zdanie, a usłyszałam zdanie, którego w pierwszej chwili nie zrozumiałam - "Ale myśmy już wypełnili pani to pismo". "Że co? - przemknęło mi przez myśl. - Pewnie chodzi jej o to, co wypełniała mi jesienią, a teraz potrzeba mi przecież na ten semestr". Cierpliwie zaczynam tłumaczyć jej na nowo, na co słyszę - "Wiemy, koleżanka przypomniała mi, żebym to pani wypełniła na ten semestr". I wyciągnęła mi z teczki wypełniony na ten semestr druczek. No, tego się nie spodziewałam, a już przynajmniej nie tego, że zrobią to same z siebie. Życie jednak potrafi pozytywnie zaskakiwać.
Korzystając z okazji, że w dniu dzisiejszym MOPS był dłużej otwarty, podjechałam do niego od razu po zajęciach i zawiozłam brakujący papierek. Teraz tylko czekam na przyznanie mi wnioskowanej kwoty. 

środa, 8 kwietnia 2015

A po Kalwarii...

Jeszcze jakiś czas temu zadzwoniła do mnie znajoma z Wadowic z nieśmiałym pytaniem, czy nie chciałabym spędzić z jej rodziną tegorocznych świąt Wielkiej Nocy. Momentalnie przypomniały mi się święta sprzed czterech lat, kiedy całą rodziną spędziliśmy półtora tygodnia w papieskim mieście. Propozycja była kusząca, jednak zajęło mi kilka dni, aż podałam ostateczną, twierdzącą, odpowiedź.

Czy żałuję tej decyzji? W żadnym wypadku! To były dni, w których odpoczęłam od otaczającej mnie rzeczywistości i nabrania sił do dalszej pracy i nauki. Już kiedy w Wielki Czwartek całkowicie przemoczona i z zabłoconymi po pas spodniami oraz kurtce pukałam do drzwi domu położonego u stóp karmelickiej Górki, miałam wrażenie, że pukam do bram Raju, za którymi czekał na mnie kubek ciepłej herbaty malinowej oraz cieplutkie łóżko. Nikt mnie nie ganił za naniesienie błota na ganek, wręcz przeciwnie, zostałam wysłana do łazienki, gdzie szybko została przygotowana dla mnie kąpiel, a będące w opłakanym stanie spodnie trafiły bez szemrania do pralki automatycznej. Po rozgrzaniu ciała, a także przebrania się w za duży dres poszłam do kuchni, gdzie czekała na mnie herbata w kubku oraz talerz moich ukochanych placków ziemniaczanych. Niebo w gębie. Wieczór upłynął nam na rozmowach, w których prym wiódł temat moich studiów w Krakowie(wszyscy nie mogli się nadziwić, że codziennie dojeżdżam ponad 80 kilometrów). Przed 18:00 goszcząca mnie rodzina poszła do klasztoru na uroczystą Mszę świętą, ja natomiast zaczytywałam się w przyniesionej mi przez Anię książce "Niebo istnieje... Naprawdę!". Naprawdę, warto przeczytać. Mnie cała lektura zajęła... niecałe 2 godziny. Kiedy wszyscy przyszli z nabożeństwa przenieśliśmy się do salonu, gdzie najpierw obejrzeliśmy "Barwy szczęścia", a następnie "Karol, papież który pozostał człowiekiem".

Nazajutrz zaspałam trochę i zamiast wstać przed 5, wstałam o 5:15. Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, że nie potwierdziłam na telefonie godziny pobudki. W każdym razie mąż Ani, Bogdan, już nie spał i nie dość, że zrobił mi gorącej herbaty(zgodnie z rodzinną tradycją tego dnia staram się nic nie jeść), to jeszcze podwiózł mnie do Kalwarii. Co prawda nie podjechaliśmy pod sam klasztor, ale i tak się cieszyłam, że nie musiałam tłuc się busem. Z powrotem przyjechałam szybciej niż dzień wcześniej, bo już o godzinie 14(w czwartek była to prawie 18). Nie wyglądałam wcale lepiej niż poprzedniego dnia, na szczęście kąpiel już czekała. Zaoszczędzony czas wykorzystałam na pomoc cioci Dorotce w pieczeniu ciast, układałam z dziećmi Ani i Bogdana puzzle, czytałam im książki. O dziwo rozumieli co do nich mówię, a Jakub nawet wiedział ile ma mi nalać herbaty do kubka(czyli nie do pełna). Późnym popołudniem dołączyła do nas druga córka cioci Dorci, Asia, z mężem Sławkiem oraz córeczką Klaudusią. Pomimo tego, że Klaudia ma już dwa latka, ja widziałam ją pierwszy raz, a nawet trzymałam ją na kolanach. Super uczucie. A już w maju rodzina się powiększy, ponieważ Asia spodziewa się dziecka. Sławek przywiózł Kubie grę wzorowaną na dawnych kapslach, która zrobiła furorę.
Wieczorem, kiedy Ania, Bogdan i dzieci wrócili z kościoła, wzięliśmy się za malowanie pisanek. Z tego chyba nigdy się nie wyrasta. Co prawda Bogdan kilka godzin szukał barwników do jajek, jednak jego wysiłek nie poszedł na marne. Po chwili pomarańczowe skorupki jajek zmieniły swój kolor, a na nim pojawiły się wszelakie wzory. Dodatkowo podpatrzyłam niezły patent na pisanki - kredkę świecową trzyma się czubkiem nad płomykiem świecy, a następnie kropkuje pisankę. Potrafią wyjść śliczne wzorki. Niestety brak zdjęć z powodu braku aparatu cyfrowego. Musicie mi uwierzyć na słowo. A wieczorem dzięki Sławkowi obejrzałam w końcu film "Noe - wybrany przez Boga", który pozytywnie mnie zaskoczył.

W sobotę nie musiałam iść na Kalwarię, więc pospałam sobie troszkę dłużej, bo aż do... 9. Sukces. I pewnie spałabym dłużej, gdyby Klaudia z Wiktorią nie wpakowały mi się do łóżka. Ale ja akurat lubię małe dzieci, które jeszcze naturalnie wypytują o wszystko, łącznie z tym dlaczego tak "dziwnie gadas". I całkowicie wystarczyła im odpowiedź, że inaczej nie umiem. Bo na opowieść o chorobie nazywanej mózgowe porażenie dziecięce są jeszcze za małe. Ale i na to przyjdzie kiedyś czas. Po śniadaniu Sławek z Asią, Anią i dziewczynkami pojechali na wadowicki cmentarz, zapalić znicz mamie mężczyzny. Ja za to pomagałam cioci szykować koszyczki, które dzieciaki pobiegły poświęcić na Karmelicką Górkę. W sumie to miały rzut kamieniem. Na obiad przyjechał syn cioci Grzesiu, z dziewczyną. Jak ja go dawno nie widziałam... Po obiedzie robiliśmy ostatnie porządki, aby następnie iść do klasztoru na Wigilię Paschalnej. I chociaż trwała ona dużo dłużej niż zwyczajna Msza, to jednak miała swój wyjątkowy charakter. Po siedmiu tygodniach usłyszeliśmy radosne Alleluja, a po trzech dniach ciszy odezwały się organy i dzwony. W Wadowicach podobało się mi jeszcze bardziej niż w rodzimej parafii. Do domu wróciliśmy po 21. Akurat na Jedynce szedł bardzo ciekawy film "Zabić Jezusa", który obejrzeliśmy z zapartym tchem.

Nazajutrz wstaliśmy o 5, aby na 6 zajść do Bazyliki Mniejszej Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, gdzie miała miejsce uroczysta Rezurekcja. Najbardziej podoba mi się w niej sekwencja:
Niech w święto radosne Paschalnej Ofiary
Składają jej wierni uwielbień swych dary.
Odkupił swe owce Baranek bez skazy,
Pojednał nas z Ojcem i zmył grzechów zmazy.
Śmierć zwarła się z życiem i w boju, o dziwy,
Choć poległ Wódz życia, króluje dziś żywy.
Maryjo, ty powiedz, coś w drodze widziała?
Jam Zmartwychwstałego blask chwały ujrzała.
Żywego już Pana widziałam, grób pusty,
I świadków anielskich, i odzież, i chusty.
Zmartwychwstał już Chrystus, Pan mój i nadzieja,
A miejscem spotkania będzie Galilea.
Wiemy, żeś zmartwychwstał, że ten cud prawdziwy,
O Królu Zwycięzco, bądź nam miłościwy.

Po nabożeństwie wróciliśmy do domu na śniadanie wielkanocne. Bardzo smakowały mi jajka, które pochodziły z domowego chowu. A i chrzan był taki, jaki uwielbiam, czyli ostry. Mniam, nawet mój ból brzucha nie był w stanie zachwiać tej chwili. Po śniadaniu postawiliśmy na rodzinną rozrywkę, a że pogoda nie zachęcała do spacerów w obieg poszła gra planszowa "Kocham Cię Polsko".
Zabawy było co niemiara, zwłaszcza przy karaoke. Co prawda śpiewam w parafialnym chórze, ale nigdy nie miałam solówki. A tutaj proszę. Następnym razem przywlekę ze sobą moją kolejkę, to cofniemy się w czasy PRLu hi, hi, hi. Po obiedzie mieliśmy czas wolny, więc wzięłam się za dokończenie czytania "Ołówka", a następnie książki OCD Władysława Kluza "Adam Chmielowski. Brat Albert". To jedna z pozycji potrzebna mi do opracowania trasy dotyczącej Brata Alberta w Krakowie. Ale do tego tematu jeszcze pewnie wrócę. Następnie zgromadziliśmy się w salonie na kawie(no dobrze, herbacie, bo kawy raczej nie mogę pić, chociaż ironizowaliśmy, że SOR jest blisko) i cieście. Doszli do nas jeszcze sąsiedzi cioci, których poznałam jeszcze w dzieciństwie, a z córkami pani Agaty zawsze dobrze się bawiłam i dogadywałam. I znowu wszyscy chcieli wiedzieć jak tam mi idzie na studiach. Akurat to było bardzo miłe. Wieczorem obejrzeliśmy kolejny film na Canale+ poświęcony życiu Pana Jezusa pt. "Syn Boży".

W Poniedziałek Wielkanocny wbrew pozorom nie polewaliśmy się niemiłosiernie wodą. No, może jedynie symbolicznie. Za to z powodu zesypania się śniegu, zaraz po porannej Mszy świętej i śniadaniu wsiedliśmy w samochody i pojechaliśmy w góry poszaleć na nartach i sankach. Kto by pomyślał, że podczas wielkanocnych świąt dane nam będzie pośmigać na stoku? To jednak jest sport bardziej bożonarodzeniowy. A jednak nie zbadane są wybryki natury. Warunki ku temu były wymarzone - praktyczny brak narciarzy, cisza, spokój. Przy okazji spotkaliśmy się z rodzinką drugiej cioci Dorotki, z jej dziećmi urządziliśmy sobie slalom narciarski. Do domu wróciliśmy na obiad, po którym była kawa, herbata i ciasto. Po obiedzie Grzesiek z Justyną oraz Asia z Sławkiem i Klaudią wrócili do swoich domów. Ja miałam jeszcze dzień luzu, więc znowu przeczytałam sobie fragment książki o bracie Chmielowskim, a nawet przeprosiłam się z skserowanym tekstem z książki "Wstęp ogólny do Pisma Świętego" dotyczącym hermeneutyki biblijnej. Wszak jutro mam z tego kolokwium. Po kolacji obejrzeliśmy kolejny film, tym razem padło na "Dług" Krzysztofa Krauze. Kuba wcześniej został odesłany do łóżka, wszak film nie za bardzo nadawała się dla niespełna dziewięciolatka. Mnie osobiście produkcja bardzo się podobała pomimo siarczystego języka jakiego używali aktorzy.

W wtorek o 11 pożegnałam przyjazny dom i ruszyłam w podróż do mojej rodzinnej miejscowości. Przez te pięć dni nie tylko umocniłam się duchowo, ale również zregenerowałam swoje siły do dalszej aktywności na polu naukowym i duchowym. Odespałam zarwane noce oraz wstawanie z łóżka przed pojawieniem się słońca na niebie. Nawet moje płuca dostały dawkę świeżego powietrza. Dostałam też zapewnienie, że od połowy kwietnia mogę u nich nocować z czwartku na piątek, ponieważ mam wtedy hardgorovy plan - w czwartek kończę o 18:30, w piątek zaczynam o 8:00. A ja jestem tylko człowiekiem, który też ma prawo do odpoczynku i regeneracji.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Przeżyć te Wielkie Dni

Ostatnio coraz częściej spotykam się ze stwierdzeniem, że święta, nie ważne czy to Wielkanocy czy też Bożego Narodzenia, tracą swój urok. Osobiście jestem zdania, że wszystko zależy od tego, czego oczekujemy przez te kilka dni? Czy mają dla nas jakiś głębszy sens, czy może są tylko pustymi dniami, ewentualnie czasem spędzonym przed telewizorem?

Tegoroczne święta postanowiłam spędzić na Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie każdego roku odgrywane jest Misterium Męki Pańskiej. I chociaż wszystko tak naprawdę rozpoczyna się już w Niedzielę Palmową, kiedy przedstawiany jest wjazd Pana Jezusa na osiołku do Jerozolimy, a następnie wygnanie kupców ze świątyni, ja do tego magicznego miejsca dołączyłam dopiero w Wielki Czwartek
Wielki Czwartek jest świętem wszystkich kapłanów, ponieważ wedle tradycji tego dnia Pan Jezus ustanowił sakrament Eucharystii oraz Kapłaństwa(prawdopodobnie był to jednak inny dzień, ale to wyjaśnię innym razem). Tego dnia w kalwaryjskim sanktuarium przedstawiana jest scena ostatniej wieczerzy, a także pojmania w Ogrójcu i zaprowadzenia Pana Jezusa przed sąd Rady Żydowskiej. Ponieważ uroczystości rozpoczynały się dopiero o godzinie 13:00, przedpołudnie spędziłam na czytaniu "Ołówka" Katarzyny Rosickiej - Jasińskiej. Idealna pozycja wpisująca się w tematykę Męki Pańskiej - jej główna bohaterka zmagała się z nieuleczalną chorobą zwaną SLA. To była jej osobista Droga Krzyżowa, po której spotkała ją śmierć i miejmy nadzieję, że też Zmartwychwstanie. Przed godziną 13 wyszłam z ciepłego pomieszczenia i udałam się przed klasztor. Uroczystość rozpoczęła się odśpiewaniem Gorzkich Żali, obyło się jednak bez kazania pasyjnego. Trochę wydawało mi się to dziwne, bo jednak człowiek przyzwyczaja się do pewnych rzeczy i machinalnie ich oczekuje. Tym razem jednak zamiast kazania na scenie pojawili się żołnierze grający na trąbkach a za nimi weszli Pan Jezus z Apostołami. Nastąpił obrzęd obmycia nóg apostołom przez kustosza sanktuarium, ojca Azariasza Hessa, następnie wygłoszenie okolicznościowego kazania. Po kazaniu wierni byli świadkami ustanowienia przez Chrystusa sakramentu Eucharystii oraz niezrozumiałego zachowania Judasza. Kiedy Judasz zniknął uformował się orszak zmierzający z Synem Bożym i jego uczniami do Ogrójca. Wcześniej jednak zatrzymaliśmy się przed kaplicą św. Rafała Archanioła, gdzie usłyszeliśmy pierwsze z okolicznościowych kazań. Następnie ruszyliśmy w dół wzniesienia. Udało mi się trzymać powrozu okalającego Pana Jezusa i uczniów, dzięki czemu trochę lepiej mi się szło. Nie uchroniło mnie to jednak od wywrotki, ponieważ mokra trawa i błoto tworzą mieszankę iście lodowiskową. W dodatku zaczął sypać się śnieg, który coraz bardziej wdzierał mi się pod kurtkę, a i mokre spodnie nie grzały. Przy poszczególnych stacjach odgrywane były scenki oraz wygłaszano homilie, których głównym bohaterem, a jakże by inaczej, był papież Jan Paweł II, którego dziesiąta rocznica śmierci przypadła właśnie tego dnia. Po 17(czyli 4 godzinach) zrezygnowałam z drogi i postanowiłam podjechać do znajomych w Wadowicach, aby się trochę wysuszyć. Może i jestem słaba, ale wolałam nie ryzykować choroby.
























Nazajutrz już o 5 byłam na nogach, ponieważ o 6 miało miejsce poranny sąd u Kajfasza, a także powieszenie się Judasza. Oczywiście nikt się nie wieszał, a raczej była to tylko symboliczna śmierć, bo między gałęziami dyndał sznur. Następnie udaliśmy się pod Poncjusza Piłata, który odesłał nas do Heroda. Ja jednak zostałam przy Piłacie, bo jednak warunki na drodze było jeszcze gorzej niż dzień wcześniej. I tak nie uniknęłam upadku, jeszcze na tyłek, na szczęście pożyczone od Ani palto sprawiło, że przynajmniej tyłek miałam czysty i suchy. Muszę sobie takie kupić bo to nie żadna folia, lecz mocniejsze tworzywo. Żałowałam tylko, że nie miałam ze sobą rękawiczek, ponieważ jak się okazało, suszyły się na kaloryferze w Wadowicach. Tak też można. Wracając jednak do Misterium, to po powrocie Jezusa od Heroda, uwolnienia Barabasza i skazaniu Syna Bożego na śmierć, na mównicy pojawił się kardynał Stanisław Dziwisz. Wyraził dumę, że tyle ludzi przyszło na Kalwarię, mimo niesprzyjającej pogody. Następnie ruszyliśmy w Drogę Krzyżową, która miała jedynie 10 stacji. Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. W tym roku rozważania oparte były na kilku wezwaniach Litanii do Najświętszego Serca Jezusowego. Tym razem, ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne, nie szłam tak jak w zeszłym roku za powrozem. Nic nie szkodzi, w życiu nie trzeba mieć wszystkiego, a i dla mnie było to bezpieczniejsze. Przynajmniej było mniejsze ryzyko, że podczas mojego upadku inni mnie podepczą. Najgorzej było zejść od Piłata, bo to właśnie tam wywinęłam orła. Na szczęście nic mi się nie stało. Myślałam, że będzie problem z wyjściem pod górę trzeciego upadku, na szczęście błoto na kamieniach nie okazało się tak śliskie, jak to zmieszane z trawą. Po ostatniej stacji Drogi Krzyżowej, gdzie w krużgankach udzielano wiernym Komunii Świętej. Z krużganków wysłuchałam też Liturgii Wielkiego Piątku, ponieważ wedle zwyczaju, tego dnia nie odprawia się Mszy świętych. Trochę było mi zimno, bo z domu wyniosłam zwyczaj niejedzenia nic w ciągu trzech dni w roku: Wigilii, Środy Popielcowej oraz właśnie Wielkiego Piątku, toteż organizm nie miał wystarczającej ilości energii do ogrzania ciała. Na szczęście miałam ze sobą termos gorącej, gorzkiej herbaty, którą popijałam w chwilach kryzysu.

































Dla wielu ludzi Misterium Męki Pańskiej odgrywane na kalwaryjskich ścieżkach może był wspaniałym widowiskiem, czy też spektaklem. Dla mnie jest tajemnicą. Tajemnicą sprzed 2000 lat, w której zawarte jest zbawienie nawet największego grzesznika. Co tam niewygody podróży, noclegu, burczący brzuch z głodu, zziębnięte ciało. Przecież Jezus poniósł dla mnie o wiele większą ofiarę - swoje życie. Na szczęście nie miałam moich bóli brzucha, co bardzo ułatwiło mi pielgrzymkę. Więc Bóg naprawdę potrafi interweniować w nasze życie w zaskakujący sposób.

Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony klasztoru