Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 26 czerwca 2015

Wstrząs

Po ostatnich dniach potrzebowałam jakiegoś kopa, który zmieniłby mój punkt widzenia. Na moim horyzoncie pojawiła się wtedy jedna z najlepszych koleżanek, chociaż sporo młodsza, A. Jak gdyby nigdy nic podrzuciła mi link do filmu "To wspaniałe życie". 
Film, chociaż stary(z 1946 roku), bardzo mi się spodobał. Przedstawia historię Georgego Barley'a, miejskiego przedsiębiorcy pomagającemu mieszkańcom w zdobyciu własnego mieszkania. Kiedy tuż przed świętami Bożego Narodzenia jego wuj traci osiem tysięcy złotych, załamany George postanawia skończyć ze swoim życiem. W chwili kiedy chce skoczyć z mostu do rzeki pojawia się jego anioł stróż, który pokazuje mężczyźnie jak wyglądałby świt, gdyby się nie urodził - jego brat utopiłby się w jeziorze podczas zjeżdżania na sankach, aptekarz u którego pracował w dzieciństwie poszedłby siedzieć do więzienia za podanie niewłaściwego lekarstwa, a setki ludzi nie miałoby gdzie mieszkać. Mężczyzna zrozumiał, że wiedzie piękne życie. Film niesie jeszcze jedno przesłanie - przy pomocy znajomych i przyjaciół jesteśmy w stanie wiele zdziałać.

Podczas seansu kilkakrotnie poleciały mi łzy. Bo przecież każdy coś wnosi do tego świata. Nie wiem ile ja wniosłam. Nie wiem ile ludziom pomogłam. Chyba jeszcze jestem za młoda, aby to pojąć, zrozumieć. Dzięki filmowi zrozumiałam jednak, że jestem członkiem społeczeństwa, który coś do niego wnosi. Tym bardziej, że nie siedzę w domu, ale udzielam się tu i ówdzie. Ale mam zadanie domowe na wyjazd nad morze - pomyśleć jak wyglądałby świat beze mnie, co by się zmieniło, czego by nie było. To dobry sposób na podbudowanie swojej samooceny.

Dziękuję bardzo A. za podrzucenie propozycji na ciekawe spędzenie wieczoru. A zainteresowanych filmem odsyłam do strony na której można go obejrzeć on-line -> http://gloria.tv/media/7BXhZL6prT8. Polecam, bo naprawdę warto.

czwartek, 25 czerwca 2015

Bo w społeczeństwie nie jest się nigdy całkiem anonimowy!

Byłam dzisiaj odnieść indeks do sekretariatu w szkole policealnej w moim mieście, a przy okazji dostarczyć podanie o przeniesienie praktyk zawodowych na semestr III, dzięki czemu będę mogła zrobić je w wakacje. Mimo wszystko studiując dziennie w Krakowie trudno jest wygospodarować 160 godzin na odrobienie jej. Sekretariat mieści się jakiś kilometr od mojego domu, więc spokojnie podeszłam tam na nogach. Gdy weszłam do środka spotkała mnie miła niespodzianka, a raczej powitanie. Zamiast warczenia przyjazne: "O, pani Karolina z administracji. Proszę wejść i się rozgościć. Ja tylko pójdę do łazienki". Szok! Nie dość, że przyjazne powitanie, to jeszcze kobieta wie, jak mam na imię. Inna sprawa, że jestem jednym z nielicznych słuchaczy z orzeczeniem o niepełnosprawności aktualnie uczęszczających do szkoły. A takie osoby raczej się "pamięta". Nie zmienia to faktu, że jestem mile zaskoczona tą sytuacją. 

Zresztą w Krakowie też już mnie znają w dziekanacie. Pod koniec maja była nawet taka sytuacja, że MOPS musiał się ze mną skontaktować, a że nie miał jak, to postanowił zadzwonić do uczelni. Na szczęście w dziekanacie tego dnia była moja koleżanka z grupy, która potem przekazała mi numer telefonu do placówki. A potem pani z dziekanatu sama łapała mnie na schodach, aby się upewnić, czy wszystko załatwiłam. No i ten wtorkowy telefon od niej, że indeks już jest w dziekanacie. Ja nie dziwię się wykładowcom, że mnie znają i kojarzą, wszak specyficzny jestem człowiek, ale że panie z administracji, to już zasługuje na uwagę.

No i jeszcze sprawa z busami, gdzie też jestem dla wszystkich kierowców "panią Karolinką". Mam nadzieję, że po wakacjach nie zapomną z kim mają do czynienia.

Żyjemy w olbrzymim społeczeństwie ludzi. Na pozór powinniśmy być wobec siebie obojętni. A jednak nie jesteśmy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że z moją osobowością i nastawieniem do życia zjednam sobie szybko dobrych ludzi. Coś w tym jest, ponieważ z reguły takimi się otaczam. Fałszywi po prostu ze mną nie wytrzymują :). Inną rzeczą jest to, że pomimo moich ograniczeń nie dam sobą pomiatać i manipulować. Mam swoje zdanie, którego potrafię bronić. Wiele ludzi to szanuje, a ci co nie potrafią tego zrozumieć po prostu się odsuwają. Ale ja jakoś tego nie żałuję - wolę mieć kilka prawdziwych znajomych akceptujących mnie taką jaka jestem, niż całą zgraję fałszywych przyjaciół umiejących sterować cudzym życiem.

środa, 24 czerwca 2015

Pakowanie przed wyjazdem, czyli sposób na porządek w szafie

Na początek chciałbym podziękować za komentarze pod poprzednią notką. Czułam, że muszę się wygadać, nie za bardzo jednak wiedziałam czy zostanę właściwie odebrana. To nie jest tak, że bez przerwy użalam się nad swoim życiem, bo ja je przyjmuję takie jakie jest i staram się je w pełni wykorzystać. Denerwuje mnie tylko fakt, że tak często jestem w nim ograniczana. Zwłaszcza na własnym podwórku. Ale tutaj działa to, o czym napisała mama braci Petelczyc - jedni w nas nie wierzą i najchętniej pozbyliby się nas z otoczenia, a inni przyjmują nas z otwartymi ramionami, tak jakby nie widząc naszych ograniczeń. I obyśmy jak najwięcej tych drugich spotykali na naszej życiowej drodze, bez względu na to, czy jesteśmy pełnosprawni, czy też nie. W każdym razie po przeczytaniu komentarzy zrobiło mi się jakoś raźniej, że nie jestem sama z tym wszystkim. Jeszcze raz kobitki - wielkie dzięki!

Powoli zbliża się termin mojego wyjazdu nad morze. Pomyśleć, że od czternastu lat nie byłam na żadnym turnusie rehabilitacyjnym. Poza tym wyjazd traktuję też jako zasłużony odpoczynek. Na techniku administracji najsłabszą ocenę mam z podstaw rachunkowości w jednostce administracyjnej - 4,5. Z reszty(podstawy prawa cywilnego, podstawy prawa administracyjnego, postępowanie w administracji, język angielski i działalność gospodarcza w jednostce administracyjnej) mam 5. Na techniku rachunkowości same 5. Do końca nie wiem jak wyglądają moje oceny na turystyce religijnej, ale mam nadzieję, że moją najgorszą oceną będzie 3,5 z rosyjskiego(mogliby już uzupełnić wirtualny dziekanat, bo ostatni raz mój indeks widziałam dwa tygodnie temu, a potem starosta chodził po brakujące wpisy i zaniósł go do dziekanatu). To spory sukces, zważając na codzienne dojazdy do Krakowa. Miałam dużo mniej czasu na naukę niż moi koledzy z kierunku, często też nie miałam wystarczających notatek(nawet pisząc na laptopie nie zawsze zdążę wszystko zanotować). A jednak dałam radę. I to z całkiem niezłym wynikiem. Zdecydowałam też ponownie składać papiery na magisterkę, tym razem z względów logistycznych na AWF w Krakowie. Mam nadzieję, że tym razem wybór okaże się trafny.

Postanowiłam dzisiaj powoli zacząć się pakować. Nie robię tego po raz pierwszy, co nie znaczy, że nie mam z tym problemów. Nic bardziej mylnego. Pogoda nas nie rozpieszcza, ja już jestem podziębiona, a nad morzem podobno jest bardzo zimno. Chciałoby się wziąć krótkie gatki i koszulki na ramiączkach, a tutaj trzeba bardziej skłaniać się ku grubszym ubraniom. Polary, swetry, bluzy z długim rękawem, spodnie z długimi nogawicami. Nie mam za wiele ubrać, ale może to i lepiej. Przynajmniej nie zastanawiałam się długo co zabrać, a z czego zrezygnować. Tym bardziej, że walizka też należy do mniejszych. Przy okazji zrobiłam porządek w szafie, bo w roku szkolnym nie zawsze było na to czas. Typowo zimowe rzeczy wrzuciłam na górę(jak to dobrze mieć drabinę), resztę poukładałam na półkach. Teraz będzie mi łatwiej szukać sobie ubrań. Zastanawiam się tylko czy wszystko wzięłam. W końcu jadę na drugi koniec Polski na dwa tygodnie. Co prawda nie pierwszy raz, ale dotychczas pakowała mnie mama. Dodam tylko tyle, że działo się to przed magiczną datą przekroczenia osiemnastego roku życia, więc miała prawo. Ale teraz. Teraz Lolek dorósł i zaczął sam decydować o swoim życiu z ubraniami włącznie. 

niedziela, 21 czerwca 2015

O kroku w przód i trzech w tył

Coraz częściej zastanawiam się, czy warto się starać i robić różne na pozór niemożliwe rzeczy, skoro zawsze znajdą się ludzie, którzy zepchną nas na margines życiowy, tylko dlatego, że komuś się coś wydaje. I czy gdybym była pełnosprawna, to czy byłabym bardziej brana pod uwagę przy organizacji wielu parafialnych przedsięwzięć? Pewnie tak. Pewnie w scholi miałabym częściej mikrofon(w tym roku byłam przy mikrofonie zaledwie na czterech majówkach, a na Mszy świętej ostatni raz miałam go w kwietniu zeszłego roku), dawali by mi czytania, a mój czynny udział w festynach i festiwalach byłby pewniakiem. Ale jest inaczej i to boli. Boli tym bardziej, że słyszę to od osób, które przez X lat powinny mnie już na tyle poznać, że wiedzą, że bardzo dużo rzeczy potrafię zrobić. Chciałam być animatorką na parafialnych półkoloniach - byłam, uparłam się na kurs wychowawcy kolonijnego - zrobiłam, na uczelni potrzebowali wolontariatu na międzynarodowe seminarium naukowe - zgłosiłam się. Więc dlaczego na festynie parafialnym mieli ale? Jeszcze gdyby twierdzili tak na podstawie jakiejś sytuacji, to może bym to zrozumiała. Ale tłumaczenie typu "bo możesz sobie nie dać rady" całkowicie do mnie nie dociera. Bo to są tylko domysły. Wiem, że przez moje schorzenie, w tym atetozę, wiele czynności robię wolniej, ale robią. Czasami nawet wolniejsze wykonanie danej czynności jest lepsze, niż szybsze, bo dokładniejsze. Poradziłabym sobie, w czasie, gdy pani B. odeszłaby na chwilę od loterii. To nie sztuka podać komuś kulę z losami, potem nagrodę, a na końcu wrzucić pieniądze za los do kasetki. No, ale nie. Nie napala to optymizmem, bo jak mam w przyszłości znaleźć pracę, skoro osoby które wydawałoby się doskonale mnie znają, nie dają mi się wykazać? Już przeżyję to, że na festiwalu piosenki maryjnej też nie pomyśleli, żeby mnie czynnie zaangażować, bo po co dawać coś kalece? Przecież ona i tak nie zrobi nic dobrze. Ech, pocieszające jest to, że nie wszyscy tak myślą. Ale co z tego, skoro zrobię krok w przód i kilka w tył. Dziwi mnie to, że ludzie widzą też chęć pomocy od pełnosprawnych, a w stosunku do mnie zdają się mieć klapki na oczach. Nawet nie pomyśleli, żeby mnie poinformować mnie o zebraniach w sprawie festynu, a potem się dziwią, że bardziej wolę parafialną wspólnotę! Ale przynajmniej ona o wszystkim mnie informowała, nawet rok temu to od nich wiedziałam o zebraniach w sprawie festynu. A teraz cisza.

To nie jest tak, że jestem wściekła na niektórych ludzi, bo ze wszystkimi staram się żyć w zgodzie. Ale czasami zastanawiam się, dlaczego ludzie ciągle widzą we mnie zupełnego nieudacznika, który nic nie potrafi i do niczego się nie nadaje. Dlaczego dzielą innych na równych i równiejszych? Dlaczego czegoś nie sprawdzą, tylko z góry zakładają, że nie-da-się? A może po prostu to ja za dużo od nich wymagam? Bo jedyne czego chcę, to aby traktowali mnie na równi z innymi?

Festyn niezbyt się udał, wszystko przez pogodę. Święty Iksiński(bo nadal nie wiem kogo mam szukać) tym razem nie pomógł i jak lunęło, to klękajcie narody. Ale za to po raz kolejny poczułam, że są osoby, które naprawdę mnie akceptują taką, jaka jestem.

piątek, 19 czerwca 2015

Jestem człowiekiem, nie Wikipedią,

Tak się ostatnio zastanawiam, dlaczego niektórzy ludzie wymagają ode mnie, abym wszystko wiedziała? Owszem, mam wiedzę z kilku kategorii naukowych, które mogę zaliczyć do moich zainteresować, lecz świat idzie do przodu. Pojawiają się nowe nowinki, zmieniają pewne tezy. Wczoraj omawiając sprawy parafialnego pikniku padło pytanie odnośnie planu "B" w przypadku złej pogody. Oczywiście planu "B" nie ma, a w zamian kazano nam się pomodlić do świętego, o którym pierwszy raz słyszałam na uszy. Dlatego zapytałam się spontanicznie co to za jeden. Reakcja: Jest! Jest! Jest! Lolek czegoś nie wie! Ja rozumiem, że w połowie tygodnia człowiek może trochę dziwnie się zachowywać, ale biegać od jednego członka zebrania do drugiego i krzyczeć mu w twarz to już lekka przesada :). Chyba że z wiekiem się dziecinnieje. :D. 

Dostałam więc zadanie domowe - dowiedzieć się o tym świętym czegoś. Najlepsze jest to, że nawet nie wiem co to za święty. Miałam dostać jego imię i nazwisko SMSem - zaginął w akcji. Mam książkę z żywotami świętych, może w niej coś znajdę. Tylko muszę wiedzieć czego szukać. No nic. Rady są dwie: po pierwsze nie chwalić się zbytnio swoją wiedzą i niewiedzą. Po drugie: na bieżąco uzupełniać swoją wiedzę. Może nie ze wszystkiego, bo tak się nie da. Ale z dziedzin, które naprawdę nas interesują. A teologia zdecydowanie się do nich zalicza. Jednocześnie mam prawo do błędu i niewiedzy, jak każdy człowiek. Nigdy nie chciałam uchodzić za geniusza, wszak nie uważam się za taką osobę. I źle się czuję, kiedy inni mnie za taką uważają.

Będzie jutro pogoda, czy nie będzie? Jak nie będzie, to festyn odbędzie się w Domu Młodzieżowym i połowa atrakcji nie będzie już atrakcjami. A szkoda, bo wszystko świetnie się zapowiada. Zresztą wystarczy zerknąć na plakat:
A ja coraz poważniej zaczynam się zastanawiać nad wznowieniem magisterki z turystyki i rekreacji. Głupio tak przez widzimisię jednej wykładowczyni wszystko tracić... No nic, mam jeszcze przynajmniej tydzień aby to wszystko na spokojnie sobie przemyśleć i poukładać w łepetynce. No i czekam na SMS z imieniem i nazwiskiem świętego, którego mam znaleźć. Może kiedyś się doczekam.

środa, 17 czerwca 2015

Cierpienie uszlachetnia?

Każdy z nas kiedyś cierpi. Czy to po stracie kogoś bliskiego, czy też na skutek choroby albo jakiś życiowych zakrętów. Cierpienie jest wpisane w życie człowieka. Nie da się go obejść. Nie sposób chyba też znaleźć człowieka, który by nie zaznał cierpienia. Nawet największe autorytety kiedyś cierpią fizycznie lub psychicznie. Warto tutaj przypomnieć zamach na papieża Jana Pawła II, czy też internowanie Lecha Kaczyńskiego. 

Często zastanawiam się po co jest cierpienie? Przecież świat bez bólu byłby o wiele lepszy, przyjemniejszy. Ale wtedy pojawia się też inna myśl - Lolek, a jak myślisz, czy cierpienie czegoś nas nie uczy? Uczy nas cierpliwości, pokory, poszanowania swojego życia. Nie zgadzam się jednak z tym, że to Bóg/bogowie zsyła cierpienie jako karę. Przecież cierpią zarówno ludzie wierzący, jak i ateiści. Więc kogo tutaj karać? Zresztą ateiści niekiedy bywają szlachetniejsi od wierzących. 

Jesteśmy ludźmi, mamy ludzkie, niedoskonałe ciało. Nasze ciało jest narażone na różne skaleczenia i uszkodzenia. Tak samo jak dusza, czy jak kto woli - psychika. Cierpienie jest takim samym zjawiskiem jak błogość i szczęście. Albo podatki - nikt go nie chce, jednak każdego dotyczy. Musimy jednak być silni. Bo przecież co nas nie zabije, to nas wzmocni.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Czas na nadrobienie zaległości

Długo wyczekiwane wakacje wreszcie się zaczęły. Jeszcze tylko w sobotę ostatnie zajęcia z technika administracji i wolne aż do połowy września. Czuję się prawie tak, jak sześć lat temu, kiedy byłam zaraz po maturze. Też miałam cały czerwiec wolny, a potem lipiec, sierpień i wrzesień. Teraz mam trochę krótsze wolne. 
Uświadomiłam to sobie dopiero dzisiaj rano, kiedy obudziłam się, o dziwo, o godzinie 8. Piszę o dziwo, ponieważ wczoraj do końca oglądałam transmisję festiwalu z Opola, który skończył się dobrze po północy. Zawsze się jeździło w poniedziałki na filozofię. A tutaj nic, czas do dowolnego wykorzystania. Obejrzałam więc sobie kolejny odcinek serialu dla młodzieży z lat 80-tych "7 życzeń", a potem skończyłam czytać książkę Olgi Morawskiej - "Góry na opak, czyli rozmowy o czekaniu". Wzięłam się za nią pod wpływem tragicznego wypadku mojego sąsiada. Zresztą poświęciłam mu artykuł na portalu wiadomości24. Po południu poszłam wreszcie na trening. Na to też na co dzień nie mam czasu.
A tak poza tym z planów wakacyjnych to mogę wymienić tylko wyjazd na turnus rehabilitacyjny nad morze w pierwszych dwóch tygodniach lipca. Trochę żałuję, że nie będzie mnie na tegorocznych parafialnych letnich półkoloniach, ale coś za coś. W wakacje planuję też odbyć dwie praktyki - w zakresie administracji oraz turystyki pielgrzymkowej. No i złożyć ponownie papiery na studia magisterskie na AWFie, tym razem w Krakowie. We wrześniu czeka mnie zaś wycieczka zagraniczna, tym razem do Francji. Oprócz tego pewnie nadrobię zaległości kulturowe, bo trochę książek i filmów się nazbierało. Chcę też podbudować trochę moje więzi z innymi ludźmi, częściej wychodzić na dwór, chociaż zagłębiowskie powietrze niezbyt sprzyja.
Plany planami, jednak rzeczywistość zweryfikuje jak będzie na prawdę.

sobota, 13 czerwca 2015

Na Mszy Świętej dzieci się nudzą, czyli kościelny savoir vivre dla dzieci

Byłam dzisiaj wieczorem na Mszy Świętej za mojego sąsiada. Tak się złożyło, że przyszedł na nią również jego 6-letni wnuk. Dziecko ruchliwe, ciekawe świata. Nie wiem jak to jest w innych parafiach, ale u nas sobotnia wieczorna Msza Święta traktowana jest już jako niedzielna, a więc trwa i dłużej. A jeżeli doliczymy do tego dzisiejsze nabożeństwo fatimskie, to wychodzi ponad godzina. Za długo jak dla nadpobudliwego sześciolatka. W pewnym momencie, ku oburzeniu babci, dziecko zaczęło wykonywać gest strzelania do kapłana sprawującego Eucharystię. Babcia z wnuczkiem wyszła czym prędzej ze świątyni, nie czekając na zakończenie nabożeństwa. 
Tak naprawdę często zauważam, że dzieci nie wiedzą jak zachować się w kościele. Duży tutaj problem leży po stronie rodziców, dla których kościół jest tylko miejscem do przyjmowania sakramentów, a ich pociechy są w nim tylko od wielkiego dzwonu - na chrzcie, Komunii świętej, bierzmowaniu oraz ślubie. To błąd, ponieważ dziecko rodziców deklarujących się jako wierzący, powinno od pewnego momentu wiedzieć jakie są powszechne normy obowiązujące w budynku kościelnym. Wbrew pozorom w kościele też obowiązuje pewnego rodzaju savoir vivre, z którym powinniśmy zapoznawać dzieci od najmłodszych lat.

Kościelny savoir vivre, czyli oswajanie dziecka ze świątynią i wyjątkowością tego miejsca

  1. Dzieci należy oswajać z kościołem powoli. Warto wejść do niego w czasie, gdy nie ma nabożeństwa, aby pokazać mu organy, ołtarz, dzwony oraz obrazy. Wtedy nie będzie zadawać tysiąca pytań podczas nabożeństwa.
  2. Nie należy zmuszać lub nalegać dziecka na pójście do kościoła, szczególnie jeżeli wynika to z presji lub obowiązku. Dziecko to wyczuje i będzie jeszcze bardziej zniechęcone.
  3. Przed każdym udaniem się do kościoła trzeba przygotować dziecko do udziału w tym wydarzeniu, przypominając mu po ci i dokąd idzie, a także o bezwzględnych zasadach obowiązujących we wspólnocie kościelnej, zaznaczając, że w żadnym wypadku nie należy ich łamać.
  4. Należy uświadomić dziecku, że w świątyni zakazane jest kładzenie się na podłodze, ławce, czy też bieganie i dotykanie czegokolwiek.
  5. Warto od małego uczyć dziecko podstawowych modlitw, a także zachęcać do aktywnego udziału we Mszy świętej, świecąc własnym przykładem.
  6. Trzeba uświadomić dziecko, jak powinno zwracać się do osoby duchownej. Nie może mówić do niego "proszę pana", lub co gorsza na "ty". Zamiast tego powinno się zwracać "Proszę księdza", "proszę brata", "proszę siostry", na przywitanie wygłaszać formułę "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", a na pożegnanie "Z Panem Bogiem".
  7. Ważne jest, aby ubranie kościelne było stosownie, a za razem odświętnie. Ubiór dziewczynek nie powinien składać się z zbyt krótkiej spódniczki, prześwitującej bluzki, czy też bluzki zawierającej duży dekolt, chłopców zaś uczymy, że przed wejściem do świątyni należy zdjąć nakrycie głowy.
  8. Źle widziane jest zabieranie do kościoła zabawek i książeczek w celu zainteresowania dziecka czymś innym niż Msza święta.
  9. Dobrym rozwiązaniem jest z początku uczęszczać na Mszę świętą przeznaczoną dla dzieci, gdzie najmniejszych nie obowiązują tak rygorystyczne zasady, jak na normalnych nabożeństwach. Bardzo często kazania prowadzone są w formie rozmowy z dziećmi, pojawiają się też piosenki ruchowe. Jednak należy pamiętać, że ta swoboda ma swoje granice. Rodzice nie mogą tracić kontroli nad dzieckiem spuszczając go z oka. Jednocześnie muszą zadbać o to, aby dzieci zachowywały się w odpowiedni sposób - nawet podczas tak swobodnej Mszy świętej niedopuszczalne jest bieganie po całym kościele, krzyczenie bez ograniczeń, czy też wspinanie się na stopnie ołtarza.
  10. Jeżeli musimy iść z dzieckiem na Mszę świętą dla dorosłych, musimy mu uświadomić, że nie może przeszkadzać innym. Jeśli jego zachowanie sprawia, że rodzice nie potrafią go uspokoić, to powinni przebywać z nim przy drzwiach kościoła, tak aby można było szybko wyprowadzić je na zewnątrz.
  11. Dziecko nie powinno utrudniać swoim zachowaniem wspólnocie w skupieniu się o normalnym uczestnictwie we Mszy świętej.
  12. W przypadku tragicznego zachowania dziecka powiedz mu, jakiego zachowania konkretnie od niego oczekujesz(np. "usiądź w ławce"). Jeżeli to nie pomoże otwarcie powiedz dziecku, że nie będzie chodziło do kościoła, dopóki nie nauczy się zasad tam obowiązujących.
  13. Przed dłuższymi uroczystościami, takimi jak ślub, chrzciny czy komunia, warto wytłumaczyć dziecku ich sens. Jednocześnie rodzice muszą być przygotowani na chodzenie po kościele, udzielanie odpowiedzi na pytania pociechy, a nawet spędzenia części uroczystości na zewnątrz świątyni. 

czwartek, 11 czerwca 2015

Czasami warto jechać na uczelnię

Dzisiaj ostatni dzień w tym semestrze byłam na uczelni w Krakowie. Co prawda sesja egzaminacyjna zaczyna się w przyszłym tygodniu, ale mnie na szczęście udało się wszystko pozdawać w zerówkach i na zajęciach. Szczególnie zależało mi na egzaminach z trzech przedmiotów: Wstęp do Pisma Świętego, Filozofii oraz Historii Kościoła. Bo z reszty miałam tylko zaliczenia na ocenę. Egzaminy pozdawałam na dobry, chociaż miałam nadzieję na coś więcej z Historii Kościoła. Prowadzący przyczepił się do tego, że nie oprowadziłam ich po muzeum. I że mój referat trwał ponad godzinę :/. To ostatnie akurat nie jest zależne ode mnie, ale od mojej choroby, co nie zmienia faktu, że miał do tego pewne zastrzeżenia. Sukcesem jest natomiast dobry z filozofii - egzamin pisałam pokładając się z bólu. Grunt, że coś napisałam. I to nawet na temat.

Dzisiaj natomiast mieliśmy wpisy z teologii fundamentalnej. Cholernie ciężki przedmiot. Dlatego była umowa, że jeżeli ktoś dobrze napisze pracę kontrolną na wybrany przez siebie temat, ten będzie zwolniony z kolokwium zaliczeniowego. Osobiście wybrałam sobie recenzję książki "Powołanie i warsztat teologa. Wprowadzenie do teologii". Wiedzieliśmy, że wszyscy zaliczyliśmy, nie znaliśmy jednak swoich ocen. Wczoraj jeden z kolegów zaproponował mi, że weźmie dla mnie wpis. Odmówiłam, bo i tak jechałam do biblioteki gdzie były zajęcia oddać wypożyczone książki. No i bardzo dobrze zrobiłam. Na zajęciach prowadzący kolejno wyczytywał osoby i oceny. Wszystkim udało się zaliczyć prace kontrolne(oprócz tego, który chciał mi wziąć wpis, bo on w ogóle nie przesłał prowadzącemu swojego referatu), i to dość wysoko, bo najniższą oceną była ocena dobra(a kiedy czytano kryteria oceny prac, wszyscy mieliśmy strach w oczach). Prowadzący dochodzi do mnie i mówi - "4,5". No ok., widać pracę zawaliłam. Ksiądz wpisuje mi ocenę do indeksu, a ja patrzę na moją recenzję i co widzę? - 5,0. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego mam tylko 4,5 i zapytałam o frekwencję. I okazało się, że raz nie wpisałam się na listę. Tzn. nie było mnie faktycznie dwa razy, a raz byłam, ale nie dotarła do mnie lista obecności. Na szczęście umiałam udowodnić, że wtedy byłam obecna na zajęciach i ocena została zmieniona na 5. No, ale gdybym nie przyjechała, miałabym 4,5. Nie to, żebym była łasa na oceny, ale znam swoją wartość, co w przypadku osoby niepełnosprawnej jest cholernie trudne.

Jestem więc na drugim roku turystyki religijnej. Nie mam co prawda jeszcze jednego wpisu w indeksie, ale wiem że zdałam wszystkie przedmioty. Teraz czekają mnie bezstresowe wakacje. Ostatni raz takie miałam po licencjacie z zarządzania, bo zawsze we wrześniu miałam poprawkę z angielskiego. Pokonałam własne słabości i lęki, udowodniłam, że nawet dojeżdżając 80 km w jedną stronę można mieć niezłą średnią. Przełamałam stereotyp osoby niepełnosprawnej, jako tej niezaradnej. Mam nadzieję, że całe moje studia będą takie dobre i że nie zaznam porażki tuż przed metą.

niedziela, 7 czerwca 2015

Life is beautiful

Koniec roku akademickiego zbliża się nie ubłagalnie. Jak te 10 miesięcy szybko zleciało. Dopiero co pisałam posta dotyczącego pierwszego zjazdu w Żaku, a za tydzień piszę ostatni egzamin, z wynagrodzeń i podatków. Chyba najtrudniejszy ze wszystkich, bo z najbardziej nieprzewidywalnym i nieobliczalnym profesorem. Ale nie o tym chciałam dzisiaj napisać. Bo w drugiej szkole policealnej, "Progresie" też mamy już zaliczenia. Wczoraj na przykład pisaliśmy sprawdzian zaliczeniowy z języka angielskiego. 

Jak już wiadomo z moich wcześniejszych zapisków, w ubiegłym roku powinnam obronić tytuł magistra turystyki i rekreacji. Niestety, prowadzącej lektorat nie pasowała moja wada wymowy, a nie chciała zrobić mi testu pisemnego, twierdząc, że z całą pewnością zrobię sobie ściągę na laptopie(z powodu wolnego tempa pisania oraz niestarannego pisma od liceum notuję lekcje głównie za pomocą laptopa i to na nim piszę większość prac zaliczeniowych). Nie miałam zaliczenia, nie mogłam się obronić. Nie chciałam piątki z tego języka, bo wiem że na tyle nie umiałam. Zwykła trója by mi wystarczyła. No ale nie.

To że będę miała język angielski na techniku administracji wiedziałam od początku. Pozostawało tylko pytanie jaki będzie prowadzący zajęcia - czy zrozumie mój problem czy też będzie się czepiał mojej wymowy oraz tego, że piszę na komputerze, a nie ręcznie. Do tego dochodziły nieobecności od czasu do czasu z powodu zajęć z rachunkowości w Żaku. Okazał się całkiem w porządku. W dodatku uczyć sporo moich znajomych z parafii, ponieważ dużo osób chodziło do gimnazjum, w którym na co dzień uczył(ale o tym dowiedziałam się dopiero dzisiaj). Stopniowo zaliczałam kolejne prace kontrolne, aż wczoraj pisaliśmy sprawdzian zaliczeniowy. Bardzo zależało mi, aby na nim dobrze wypaść, ponieważ ta ocena końcowa idzie już na świadectwo ukończenia szkoły. Materiał obejmował sprzęt komputerowy, słownictwo związane z biurem i organizacją spotkań, adresowanie koperty, ułożenia dialogu oraz czytania i słuchania ze słuchu. Niestety, wczoraj zabrakło mi trzech punktów do oceny bardzo dobrej. A że sama wyłapałam błąd(źle ponumerowałam dialog), postanowiłam dzisiaj go poprawić.

Od strony technicznej to było tak, że dużo rzeczy numerowałam i wpisywałam po prostu cyfry. W czytaniu ze zrozumieniem podkreślałam odpowiednie zdania czy też wyrazy. Tak właściwie były chyba trzy zadania, w których faktycznie musiałam napisać jakiś wyraz. To akurat dałam radę, chociaż w kilku przypadkach musiałam przetłumaczyć nauczycielowi moje gryzmołki. I jakoś nie miał kłopotów ze zrozumieniem mojej mowy. Poprawiłam test, w indeksie wylądowała piękna 5. Jestem z siebie tym bardziej dumna, bo jako jedna z nielicznych w grupie polegałam na swojej wiedzy, a nie na ściąganiu wszystkiego z zeszytu z niewinnym tłumaczeniem, że "ja tylko chciałam/em się upewnić, czy to tak ma być"(moje notatki z zajęć były w laptopie, więc "na pewno" nikt by nie zauważył, że ściągam).

Da się dostosować pisemny sprawdzian do potrzeb osoby z ograniczeniami ruchowymi? Da się wsłuchać w niewyraźną wymowę i na dodatek zrozumieć ją? Pewnie że się da! Potrzeba tylko trochę dobrych chęci. A tych niestety czasami nam brakuje. Dlatego życzę wszystkim uczącym się, aby mieli takich nauczycieli, jak ja obecnie anglistę. 

piątek, 5 czerwca 2015

Kraina marzeń niepełnosprawnych

Wczoraj byłam jakoś tak wyjątkowo wykończona procesją Bożego Ciała, która przeszła ulicami parafii, do której należę. Jeszcze w środę, jadąc w jednym autobusie do K. z jedną z pań prowadzących scholę parafialną zastanawiałyśmy się, jaka będzie pogoda. I zgodnie stwierdziłyśmy, że najlepiej, aby nie było ani zimno, ani deszczowo, ani upalnie. Po dłuższej nieobecności zasiliłam szeregi scholi, chociaż alergiczny kaszel dawał mi się we znaki. A może za bardzo forsowałam gardło? Sama nie wiem. Faktem jest, że byłam po dwóch godzinach kompletnie wypompowana z sił. 

Pomimo nawału nauki(sesja za pasem) postanowiłam zrobić sobie wolne i poszukać jakiegoś ciekawego filmu. A ponieważ już od dawna chciałam zobaczyć głośnego "Avatara" zdecydowałam się właśnie na tą produkcję. Wybór uważam za jak najbardziej udany i zaczynam żałować, że nie dałam się namówić na jego obejrzenie, kiedy szedł w kinach.
Film przedstawia historię Jake'go Sully'ego, mężczyzny będącego niegdyś komandosem, który w wyniku wypadku nie tylko traci brata, ale zostaje przykuty do wózku. Mężczyzna zostaje wybrany do misję, w której ma zostać wysłany na odległą planetę nazywaną Pandorą, gdzie żyje cywilizacja podobna do ludzkiej. W tym celu z DNA zostaje wyhodowany Avatar, istota, którą jest w stanie sterować jego ludzki klon pozostający na Ziemi. Jake znajduje się na planecie w czasie narastającego konfliktu pomiędzy przybyszami z Ziemi, a istotami zamieszkującymi Pandorę. Szybko zyskuje sobie przychylność tych drugich. Próbuje przekonać ich do opuszczenia miejsca ich zamieszkania, drzewa, pod którym ma znajdować się poszukiwane przez Ziemian złożę drogocennego surowca unobtainium. Nagrodą za wypełnienie misji ma być operacja przywracająca mu władzę w nogach. Jake staje przed niesamowicie trudnym wyborem.

Nie będę pisać tutaj fabuły całego filmu - nie o to mi chodzi. I przede wszystkim to nie ten blog. Pragnę jednak zwrócić uwagę na postać głównego bohatera, Jake, który w ziemskim życiu był sparaliżowany i praktycznie miał bezwładne nogi. Jednak jako Avatar był całkowicie sprawnym mężczyzną. Wielu niepełnosprawnych oraz ich rodziny czeka na dzień, kiedy wymyślą jakieś skuteczne lekarstwo na to, czy inne schorzenie. Oglądając film zaczęłam się zastanawiać, czy medycyna jest w stanie dojść do takiego momentu, gdzie możliwe będzie przybranie innego ciała i manewrowaniem nim siłą swojego umysłu. Pomijając przede wszystkim aspekt etyczny, jestem zdania, że takie rozwiązanie miałoby jakiś sens. Chociaż wiadomo, że nic nie zastąpi naszego własnego ciała.

czwartek, 4 czerwca 2015

Rok z przyjacielem

Siedzi sobie na tapczanie, najlepiej wtedy, kiedy grzeje popołudniowe słońce. 
Wbrew stereotypom nie jest fałszywa, ani nie lubi mleka. 
Uwielbia za to rybę na różne sposoby oraz kranówkę. 
Kocha wodę oraz drapanie za uszkiem. 
Umie otworzyć sobie drzwi na korytarz, a kiedy są zamknięte na klucz, wie, że trzeba przekręcić zamek.
Zadziwia swoją pomysłowością.
Godzinami wygląda przez okno.
Jest dużo lepsza w pobudce niż budzik.
Wie, kiedy coś mi dolega i próbuje mnie wtedy pocieszyć.
Cierpliwie wysłuchuje wszystkiego, co do niej mówię.

Panie i panowie, leidis and geltermens - kilka dni temu minął rok, odkąd Pusia jest ze mną. I przez ten czas ani razu nie żałowałam podjętej wtedy decyzji. Mam wesoło w domu, a w dodatku jestem zajęta czymś innym, niż nauką. A jakie to mądre stworzenie... Tak, przyjęcie Puśki pod dach było jedną z najlepszych decyzji w moim dotychczasowym życiu.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Dzieciństwo osoby niepełnosprawnej nie musi być wcale złe

Dzisiaj przypada jeden z najważniejszych dni dla najmłodszych obywali naszego kraju - Dzień Dziecka. Warto tutaj wspomnieć, że jego początki sięgają roku 1954 i jest obchodzony we wszystkich krajach członkowskich ONZ. Jednocześnie nie wszędzie obchodzi się go 1 czerwca - we Francji przypada on 6 stycznia, jako Dzień Rodziny, w Japonii aż dwa razy, bo 3 marca i 5 maja, zaś Organizacja Narodów Zjednoczonych, jako całość, czci ten dzień 20 listopada w rocznicę uchwalenia Deklaracji praw dziecka. 
W takich dniach zastanawiam się jakie było moje dzieciństwo jako osoby niepełnosprawnej ruchowo. I muszę przyznać, że pomimo zaliczenia przysłowiowego falstartu z pojawieniem się na tym świecie(aż dwa i pół miesiąca przed czasem, co przy warunkach w początku lat 90 ubiegłego wieku było czymś ciekawym), oraz czterech lat nicnierobienia(w szczegóły nie będę wnikać) było ono fantastyczne.
Dziecięce porażenie mózgowe wykryto u mnie dopiero w wieku czterech lat. Choroby współtowarzyszące wykryto albo wcześniej(np. pęcherz neurogenny), albo później(alergie pokarmowe i wziewne). Od tego czasu zaczęła się walka o jak największą moją sprawność. Nie było to łatwe, ponieważ miałam cztery lata w plecy. Na szczęście o ile fizycznie byłam na poziomie kilkumiesięcznego szkraba(nawet siedzenie w krzesełku przypięta pasem było dla mnie nie lada wyzwaniem), to umysłowo rozwijałam się znakomicie. Zresztą moje życie, pomijając oczywiście rehabilitację, niczym nie różniło się od życia przeciętnego przedszkolaczka lat 90. Rano na kilka godzin trafiałam do przedszkola, gdzie m.in. nauczyłam się jeść łyżką i widelcem, a następnie do szkoły, po czym popołudnia spędzałam w domu z rodzicami, albo na spacerach. Tak jak inne dziewczynki miałam lalki, które woziłam w wózku i dawałam im jeść. "Gotowałam" rodzicom obiad, "leczyłam", gdy byli "chorzy". Z zainteresowaniem słuchałam czytanych bajek oraz słuchowisk w radiu, lubiłam układać puzzle, klocki i inne układanki. Pomimo kłopotów z utrzymaniem w palcach kredek(prawda jest taka, że rysowałam i dalej rysuję, trzymając przybory w zaciśniętej lewej dłoni) kochałam zapełniać kolejne kartki bloku rysunkowego oraz kolorowanek.
Cieszę się, że rodzice nie wstydzili się mnie, nie chowali przed światem. Często jeździliśmy do wujka ze strony mamy mieszkającego pod Białymstokiem, a także do brata taty w góry. Oboje mieli sporą gromadkę dzieci, toteż miałam z kim się bawić. Trochę się pewnie irytowali kiedy nie mogli mnie zrozumieć, pamiętam jednak taką sytuację, kiedy kuzynki ścigały się moim i ich brata wózkiem i kiedy obydwoje z kuzynem równocześnie wylecieliśmy z naszych bryk niczym z katapulty. Było śmiesznie, a za razem kuzynki nauczyły mnie wielu zabaw, które wykorzystuję w pracy z dziećmi w Oratorium. Poza tym chodziliśmy do lasu i na pobliskie łąki. W rodzinnym mieście zaś królowały place zabaw pod blokiem, a zwłaszcza huśtawki, na których mogłam spędzać całe dnie. Lubiłam też karuzele oraz wycieczki do cyrku.
Na pozór mogłoby się wydawać, że życie dziecka niepełnosprawnego to samo cierpienie i ból, że jest ono wypełnione rehabilitacją i terapiami. Nic bardziej mylnego. Nawet najbardziej upośledzone umysłowo dzieci potrzebują chwili wytchnienia i jakiejś rozrywki. Może to być taniec w wózku albo na rękach mamy w rytm muzyki, "rozmowa" z dzieckiem, pójście na spacer. Wbrew powszechnemu przekonaniu my też chłoniemy świat, może inaczej, a jednak, my też jesteśmy jego częścią. To nie jest tak, że niepełnosprawni nic nie rozumieją, nie odbierają tego świata. Zresztą jak można oceniać kogoś, po zewnętrznym widoku!
Osobiście poczytuję kilka blogów prowadzonych przez mamy niepełnosprawnych dzieci. Kibicuję im z całego serca, czasami wesprę jakimś słowem. Nie sposób przejść obojętnie obok dzielnego Franka, walecznego Aleksa, Zoszki-Radoszki, śpiącej Agusi, Antka, Szymona i Michała, Wojtka, Huberta, Binaszki, Boryska, Olusia, Ignasia, Natalki, braci Peterczyc, Marcelka i Aleksa, Dawidka, czy też Łukasza i Bartosza Jaszczur. Wszystkim im życzę samych szczęśliwych dni w swoim życiu tym, które mają. Chociaż każde z nich zmaga się z inną chorobą, to jednak są jeszcze dziećmi. I mają pełne prawo być szczęśliwe jak inni.