Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 31 lipca 2015

Niezwykła wycieczka do sierpnia 1944 roku

Filmów, które ukazywały Powstanie Warszawskie było wiele. Jednak scenariusze do nich napisali reżyserzy, którzy bardziej lub mniej ubarwili swoją wizję. Jedni coś do niego dodali, drudzy wyidealizowali. I chociaż moja wiedza historyczna opiera się głównie na książkach, to jednak czegoś mi w nich brakowało. Realizmu? Tragizmu sytuacji? A może pokazania normalnego życia ówczesnych ludzi? Sama nie wiem. 

Dzisiaj z okazji jutrzejszej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, Telewizja Polska wyemitowała film, który powstał z nakręconych w czasie jego trwania ujęć. Dzięki nowoczesnej komputeryzacji możliwe było nadanie ciemno-białemu filmowi kolorów. Co więcej, cały sztab ludzi pracował nad tym, aby chociaż w części odczytać z ruchu warg wypowiadane kwestie. Głosy powstańcom podkładała plejada polskich gwiazd, m.in. Agnieszka Kunikowska, Jacek Czyż, Mirosław Zbrojewicz, Ewa Kania, czy też Tomasz Bednarek. Raj, przynajmniej dla moich uszów. No i mogłam obejrzeć jak wyglądało codzienne życie w ciągu tych 6 dni. Bo przecież powstanie to nie tylko walki na froncie. To też troski i zmartwienia prostych ludzi, śluby, porody, pogrzeby, pływanie żołnierzy w Wiśle, zabawy dzieci, które chociaż w ten sposób chciały odepchnąć od siebie widmo toczonych wokół siebie walk. Szczególną uwagę zwróciłam na narrację "operatorów" powstańczej kamery - Karola i Witka(głosy Michała Żurawskiego oraz Macieja Nawrockiego), którzy w zabawny sposób starali się komentować otaczającą ich rzeczywistość. Oczywiście tutaj pałeczka należała do reżysera, ponieważ prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, czy rzeczywiści operatorzy kamer coś mówili, niemniej wybrnął z tego obronną ręką. Starszy, Karol, nie raz informował Witka, co ma robić, a co nie, niejednokrotnie ratując mu życie. 

A tuż po "Powstaniu Warszawskim" obejrzałam symulację Warszawy po Powstaniu zrobioną komputerowo z lotu ptaka. Po raz kolejny w mojej głowie pojawiła się myśl, jak po takich zniszczeniach udało się odbudować naszą stolicę? Ile potrzeba było determinacji w ludziach, aby dosłownie podnieść ją z gruzów?

Warto było zrezygnować z obejrzenia części "Harrego Pottera i czary ognia". Wszak Powstanie Warszawskie jest częścią historii naszego kraju. Coraz mniej osób biorących w nim udział żyje. Dlatego ważne jest, aby powstało jak najwięcej tego typu filmów.

środa, 29 lipca 2015

Roczek

No i stało się. Dokładnie rok temu na blogu została opublikowana pierwsza notatka. Przez ostatnie 366 dni opublikowałam ich blisko 186, czyli średnio jedną na dwa dni. 186 notatek zaskutkowało 234 komentarzami, a czego większość jest autorstwa odwiedzających mnie osób. Blog doczekał się prawie 18 tysięcy odsłon. 

Co się złożyło na jego treść? Przede wszystkim moje życie, jako osoby niepełnosprawnej ruchowo. Ten rok był niezwykle dla mnie intensywny, a wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że przyszły będzie jeszcze bardziej. Na bieżąco starałam się zamieszczać bliskie mi sprawy, takie jak studia, szkoły policealne, klub sportowy. Chciałam też otworzyć drzwi do mojego świata, do moich marzeń i pragnień. Pokazać, że niepełnosprawni też potrafią uczestniczyć w życiu społecznym. Trzeba tylko tak niewiele zrobić - zaufać im. To trudne, ale jakże ważne. Dzięki blogowi poznałam też wiele wspaniałych osób, które niejednokrotnie podtrzymały mnie wirtualnie na duchu. Wiele chciałabym poznać w realu. Czy mi się uda? Kto to wie?

Dziękuję wszystkim odwiedzającym za wejście na stronę. Nie wiem, czy ktoś skorzystał z tego co tutaj piszę. Ale jeżeli chociaż jeden pełnosprawny zaczął myśleć "trochę inaczej" o nas, niepełnosprawnych, to bardzo się z tego cieszę. Na koniec zapraszam wszystkich na skromny wirtualny torcik urodzinowy. Częstujcie się kochani, śmiało :)

wtorek, 28 lipca 2015

Gorliwość nie zawsze popłaca, czyli o zakończeniu pewnego etapu w życiu

Udałam się dzisiaj na moją byłą uczelnię, w celu wypełnienia zaświadczenia o średniej uzyskanej za studia licencjackie. Co prawda mam mieszane uczucia związane z katowickim AWFem, a po otrzymaniu listu z wiadomością o skreśleniu z listy studentów postanowiłam nie przekraczać progu tej uczelni, to jednak sytuacja życiowa zmusiła mnie do schowania ambicji do kieszeni i jednak udać się do niej. Bądź co bądź licencjat dobrze wspominam, mimo że z nauką bywało różnie. Jeszcze wczoraj sprawdzałam na stronie wydziału, czy dziekan będzie dzisiaj dostępny, wszak jego podpis był niezbędny do zaświadczenia. Był! To się naprawdę rzadko zdarza, dlatego byłam podwójnie zadowolona. Wystarczyło tylko wydrukować jedną stronkę i podjechać rano do Katowic. Wyjątkowo szczęśliwa jechałam na uczelnię. Weszłam do dziekanatu pytając się o doktora H, a jednocześnie pokazując karteluszkę. Skierowano mnie do pokoju 219. Poszłam. Przed pomieszczeniem czekałam dobre 40 minut - ktoś omawiał z wykładowcą swoją pracę licencjacką/magisterską/doktorancką(?). Ok. doczekałam się. Wchodzę do pokoju kierując się stwierdzeniem, że do odważnych świat należy. Doktor mnie poznał, nawet ucieszył się na mój widok. Ale na kartki już nie. I wysłał mnie do dziekanatu, aby tam ją wypełnili. Ku mojemu zaskoczeniu zrobili to od ręki, bez zbytniego marudzenia. A pamiętam jak jeszcze kilka lat temu na pytanie "Co chcielibyście zmienić na uczelni", całym chórem potrafiliśmy odpowiedzieć: "Panie w dziekanacie!". A tutaj taki szok w pozytywnym tego słowa znaczeniu. I okazało się, że gdybym nie była taka gorliwa w interpretacji zapisku "podpis dziekana", to załatwiłabym całą sprawę o wiele szybciej. Tym bardziej, że dziekan nie ma średnich studentów z ostatnich 5 lat. Na szczęście ja wiedziałam, że wynosiła ona jedyne 4,05. I taką mi wpisali. W trzy minuty :). Na szczęście z opowieści pań z dziekanatu wynika, że nie tylko ja jestem takim gagatkiem, co nieco mi ulżyło. A potem udałam się na praktyki. Ale to już temat na osobny post. Wychodząc z uczelni zdałam sobie sprawę z tego, że zostawiam za sobą pewną część swojego życia. Ale tak to już jest, że czasami trzeba z czegoś zrezygnować, żeby pójść do przodu. Mam tylko nadzieję, że uda mi się spełnić niektóre z moich marzeń. Staram się stawiać cele realne do osiągnięcia. Ale czasami potrzeba do tego nie tylko wytrwałości...

poniedziałek, 27 lipca 2015

Legalizacja marihuany?

- Lolek, a co ty myślisz o legalizacji marihuany ze względów zdrowotnych - głos K. wyrwał mnie z zamyślenia. - W końcu sama masz napady padaczki, więc ten temat nie powinien być ci obcy. No i nie jest. Jednak co do legalizacji tego narkotyku mam mieszane uczucia. Prawda jest taka, że nigdy nie byłam leczona narkotykami, przynajmniej w czystej postaci, dlatego nie chcę wypowiadać się co do skuteczności tej metody. Sama od lat przyjmuję lekarstwa zawierające w swoim składzie kwas walproinowy, karbamazepinę oraz topiramat(padaczka lekooporna ma to do siebie, że leczy się ją dawką skojarzeniową lekarstw), które umożliwiają mi w miarę normalne życie, redukując napady epileptyczne do minimum. Dodatkowo w okresie szkoły podstawowej byłam poddawana zabiegom biofeedback, które wpłynęły na jakoś i szybkość mojego myślenia. Zastanawia mnie jednak to, czy gdyby w okresie mojego dzieciństwa rodzice wiedzieli o korzyściach płynących z wdrążeniu marihuany do leczenia dziecka, to podjęliby się tego? Nie oszukujmy się - marihuana to narkotyk, który podawany w niewielkich, ale czystych dawkach uzależnia. I jakoś nie przekonuje mnie opinia, że pożywienie osłabia jego działanie. Skoro osłabia, to po co podawany jest jako lek? Dla mnie to błędne koło. Inną sprawą jest to, że nawet uprawiana w własnym ogródku na potrzeby zdrowotne marihuana może być wykorzystana do niewłaściwych celów. Ba, nawet hodowana w doniczce może stać się potencjalnym kąskiem dla złodzieja. A co jeżeli zje ją nieświadome niczego dziecko, albo zwierzę? Kto wtedy będzie winnym? Dlatego zanim zdecydujemy się na apel o legalizację jakiegoś narkotyku rozważmy wszelkie za i przeciw. Może medycyna pójdzie na tyle do przodu, że znajdzie się jakiś środek o równie szerokim spektrum działania jak marihuana.

niedziela, 26 lipca 2015

Piękno niejedno ma imię oraz o pewnym odliczaniu

Włączyłam sobie wczoraj wieczorem transmisję z wyborów miss na wózkach 2015. W internecie oczywiście, bo w naszej polskiej telewizji jeszcze długo nie zobaczymy czegoś takiego. Nie ukrywajmy, niepełnosprawni nie są zbytnio medialni. Na szczęście na OFONie(forum dla niepełnosprawnych, na którym jestem moderatorem kilku działów) podano cynk, że kanał internetowy youtube będzie transmitował na żywo całą galę. Ucieszyłam się z tego, ponieważ w finale znalazła się moja dobra koleżanka, jeszcze z czasów przedszkola. Po ludzku chciałam zobaczyć jak jej pójdzie, czy nie zje ją trema, czy urzeknie wszystkich swoim uśmiechem. 
Wybory już trzeci rok z rzędu została zorganizowana przez fundację jedyna-taka i miała na celu wyłonienie spośród kandydatek najpiękniejszą. Werdykt wydaje jury, a kandydatki wyłaniane są za pomocą głosowania SMSowego i przyznania dwóch dzikich kart. Jakiś czas temu na forum rozgorzała dyskusja, po co w ogóle organizować takie konkursy, skoro one nic nie dają. Ale czy na pewno? Czy kobieta poruszająca się na wózku inwalidzkim jest mniej kobieca niż ta, która chodzi na szpilkach? Tym którzy tak twierdzą proponuję obejrzeć sobie kiedyś takie wybory. Tam prawie każda z uczestniczek miała uśmiech od ucha do ucha, z gracją poruszała się na swoim wózku po parkiecie, w razie potrzeby kierowanym przez wolontariusza. Niektóre z nich miały nieruchome ciała, ale piękne, urodziwe twarze. Każda mówiła o swoich zainteresowaniach oraz planach na przyszłość, które w większości przypadków nie odbiegały od hobby i pragnień ich zdrowych rówieśniczek. A w niektórych przypadkach wręcz mogły je zaskoczyć. Bardzo podobał mi się układ choreograficzny całej dwunastki. Chociaż nie do końca był zharmonizowany, bo jednak niepełnosprawność niepełnosprawności nierówna, to jednak miał w sobie to coś. I chociaż tytuł miss był tylko jeden, to dla mnie każda z nich była piękna. Bo można być niedoskonałym w sensie fizycznym, ale pięknym w sensie duchowym. Można nie mieć rąk, nóg, ale mieć śliczną twarz. A przede wszystkim jeżeli sami siebie nie zaakceptujemy, to nie będziemy dostrzegać tego piękna, które niejedno ma imię.

A dokładnie za rok odbędzie się niezwykła impreza jaką są Światowe Dni Młodzieży. Podświadomie nie mogę już się nich doczekać. Nie wiem, czy będę mogła uczestniczyć w nich na żywo, ale jedno jest pewne - Polska ponownie na kilka dni stanie się przysłowiowym pępkiem świata.

sobota, 25 lipca 2015

Na ślubie Rafała

Kilka dni temu pisałam o naszej oratoryjnej paczce. A dzisiaj miałam przyjemność być na ślubie jednego z nas, czyli Rafała. Rafał od początku prężnie działał zarówno w parafialnej scholi, jak i wspólnocie, do tego był lektorem. Dzięki temu miałam okazję go poznać. Ukończył Edukacje Techniczno-Informatyczną na Uniwersytecie Śląskim. Potem postanowił iść na oligofrenopedagogikę, aby poszerzyć swoje kompetencje o pracę z dziećmi niepełnosprawnymi. Ku mojemu zdziwieniu pewnego dnia podszedł do mnie po niedzielnej Mszy świętej i zapytał się, czy może wykorzystać moją jednostkę chorobową w swojej pracy dyplomowej. Trochę zaskoczyła mnie ta sytuacja, nie powiem, że nie. Rafał jednak motywował podjętą decyzję tym, że mało kiedy zdarza się, aby osoba z tak wieloma schorzeniami prowadziła tak aktywne życie. Studia, schola, oratorium, kościół, klub sportowy, wolontariat, pisanie recenzji, realizowanie swoich pasji. Umówiliśmy się do mnie na herbatę połączoną z wywiadem i opowieścią o swoim życiu. Wcześniej już kilka osób pisało pracę magisterską na mój temat, wtedy jednak odpowiedzi na zadawane pytania udzielali moi rodzice. Teraz byłam zdana tylko na siebie. Szczerze powiedziawszy nie lubię mówić o swojej chorobie, a tym bardziej przeszłości, ale wtedy zrobiłam wyjątek. Praca została napisana, Rafał zdał ją z wyróżnieniem. Żałuję tylko, że nie było mi dane jej przeczytać. No nic, może kiedyś będę miała tą okazję. A z drugiej strony, może to i lepiej, że jej nie widziałam. Nie warto budować w sobie próżności. Cieszę się jednak, że mogłam komuś chociaż w ten niewielki sposób pomóc. 
Kiedy usłyszałam że ma dziewczynę, szczerze kibicowałam mu w tym związku. I wreszcie usłyszałam podczas Mszy świętej zapowiedzi tej dwójki. Cieszę się, że na dzień złożenia przed Bogiem przysięgi małżeńskiej wybrali właśnie 25 lipiec, ponieważ jeszcze tydzień temu wypoczywałam na obozie sportowym. Gdyby wtedy odbyła się uroczystość, to raczej bym w niej nie brała udziału. 
Ponieważ ślub odbył się w naszej parafii, poszłam sobie oglądać wszystko z poziomu chóru. Nie tylko nie chciałam przeszkadzać oficjalnym gościom, ale też natchnąć się na któregoś z moich byłych nauczycieli. A trochę ich się tam zebrało. Zresztą ja bardzo lubię siedzieć na chórze, a na co dzień nie mam niestety takiej możliwości. Śpiewanie w scholi wymaga poświęceń.
Wczoraj przygotowałam do nowożeńców specjalny brystol, na którym złotym brokatem napisałam życzenia. Ponadto dostali kieliszki do wódki. No i jeszcze sypałam im na głowę ryż na szczęście. Cieszę się, że miałam okazję wziąć udział w tej dostojnej uroczystości i życzyć młodym dużo szczęścia. Oby ich związek trwał jak najdłużej w szczęściu i zgodzie, a przede wszystkim miłości. A jako podsumowanie zamieszczam piosenkę doskonale pasującą do dzisiejszego dnia:

piątek, 24 lipca 2015

Mowa - bezcenny dar

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałby Wasz świat, gdybyście nie potrafili nic powiedzieć. A może inaczej: doskonale wiecie czego chcecie, ale nie potraficie tego przekazać otoczeniu, bo ono po prostu Was nie rozumie. Od razu uprzedzam, że pisać też nie możecie, a Wasze ruchy są tak ograniczone, że siedzicie na wózku. Trudne, prawda? Zwłaszcza, kiedy ktoś Was nie zna. 

Byłam uczestnikiem takiej sytuacji na tegorocznym turnusie rehabilitacyjnym. Razem z organizatorami wyjazdu, państwem B., wybraliśmy się pewnego dnia na festyn militarny odbywający się na miejscowym poligonie. Z F., synem państwa B., chodziłam do przedszkola, podstawówki i gimnazjum. F., podobnie jak ja zmaga się z mpd, z tym że w cięższym stopniu: jest spastyczny, nie chodzi, nie mówi, porusza się na wózku, ewentualnie na kolanach. Ale jest też mądry i doskonale wie czego chce. Ale nie zawsze potrafi to przekazać. Zwłaszcza kiedy nie ma ze sobą zeszytu z symbolami blissa.

Tego dnia na poligonie nic się nie działo. Były za to rozłożone kramy i namioty z akcesoriami militarnymi. Rodzice F. poszli poszukać peleryny idealnej do podglądania zwierząt w lesie w czasie deszczu, natomiast ja z F. zostałam przed namiotem. Najpierw patrzeliśmy w stronę wiatraków, a potem F. odwrócić głowę w kierunku mężczyzny siedzącego w namiocie.
- Eee! - próbował zwrócić na siebie jego uwagę. Sprzedawca odwrócił głowę w stronę F.
- Cześć, jak leci? Podoba się? - zadał pytanie. F. pokiwał twierdząco głową.
- Eee! - rozległo się znowu. Tym razem F. przyłożył zaciśniętą pięść do klatki piersiowej.
- Ty też chcesz być żołnierzem kolego? Nie ma sprawy, masz już nawet własny czołg.
Tą uwagę mógł sobie darować. Ja jednak wiedziałam, że F. chodzi o konkretną rzecz.
- On czegoś chce - rzuciłam w stronę sprzedawcy - F. chcesz bluzkę moro?
- M-m.
- Koszulkę?
- M-m.
- Karabin :O?
- M-m.(w tonie mruku słychać zniecierpliwienie)
- Granat? Kapiszon? Lornetkę? Latarkę?
- M-m! (zniecierpliwienie zamieniło się w frustracje, a dłoń F. zaczęła kreślić nieporadne koła).
- F, czy ty mi pokazujesz coś w języku migowym(a nóż, widelec coś umie)
- M-m!(Myśl Lolek, myśl! Co on może lubić? Dlaczego uderza o koszulkę? Dlaczego pokazuje koła? Koła? Co jest okrągłe? Czy chodzi o...) 
- F. czy chodzi ci o button?
- Aaa - uśmiech na twarzy chłopaka mówił sam za siebie. Po wielu próbach doszliśmy do tego, co chciał F. Gdyby potrafił mówić, nawet niewyraźnie, szybciej doszlibyśmy do tego, o co mu chodzi. Sprzedawca nie miał aktualnie żadnych plakietek, ale obiecał odłożyć jedną dla B., kiedy już je dostanie.

Powyższa sytuacja pokazuje jak bardzo ważna w prawidłowym funkcjonowaniu w społeczeństwie jest ludzka mowa. Dzięki niej możemy wyrazić nasze emocje, zdanie w danej sprawie, powiedzieć na co mamy ochotę. Niestety, nie zawsze jest mądrze wykorzystywana. Niejednokrotnie jesteśmy świadkami rzucania wiązanki przekleństw przez osoby w różnym wieku, mówienia nieprzemyślanych rzeczy - żeby tylko było nas słychać, plotkowania. Czy zastanawiamy się wtedy, co by było, gdybyśmy byli niemi? Jak wyglądałby świat bez słów? Osobiście w teorii nie powinnam mówić, jednak dzięki pracy z logopedą stało się całkiem inaczej. Może moja mowa jest niezbyt wyraźna, ale jest! I dlatego staram się ją traktować jak dar, a nie własność.

czwartek, 23 lipca 2015

Sztuka kupowania butów

Po obozie sportowym zostałam praktycznie bez butów sportowych. Adidasy donoszone po pani trener rozpadły się wniwecz, drugim oderwała się podeszwa podczas wyjazdu, trzecie, z racji tego że się je wkłada, a nie sznuruje, są bardziej do szybkiego wypadu po coś z domu, niż do dłuższego wyjścia. Białe mam do alby w kościele, a trampki do zajęć na halach sportowych lub w naszym Oratorium, w dodatku trampki i halówki nie mają usztywnionych zapiętków, więc też nie są  odpowiednie dla mnie. Zostają jeszcze tzw. kolce, lecz je się zakłada tylko na starty sprinterskie. A ja potrzebuję butów sportowych, typu adidasy, najlepiej męskich, sznurowanych, żeby stabilnie trzymały mi stopę. 

I nagle w telewizji pojawiła się reklama najnowszego asortymentu w "Lidlu". Wśród wymienianych produktów były adidasy za 59 złotych. A ponieważ rano byłam w banku po pieniądze(pani w okienku nawet mnie poznała i wypytała o studia), to decyzja o wybraniu się do supermarketu była o wiele łatwiejsza. Dodatkową motywacją była obawa, że mój rozmiar buta, 36, zostanie szybko wykupiony. Wszak to tylko cztery przystanki tramwajem.

Co ciekawe, pokonałam tą samą drogę, jaką przez wiele lat docierałam do szkoły podstawowej i gimnazjum. I chociaż zazwyczaj chodziłam te dwa kilometry na nogach, to zdarzało się, że zaspałam i musiałam podjechać tramwajem. Wspaniałe wspomnienia wspaniałych lat. Aby dojść do "Lidla" musiałam jednak cofnąć się trochę do tyłu. Wchodzę na parking sklepu, a tutaj mama D., mojego szkolnego kolegi, która w dodatku mieszka na tym samym osiedlu co ja. Kiedy dowiedziała się, że przyjechałam po buty, stwierdziła, że poczeka na mnie i odwiezie swoim samochodem. Co więcej, poszła za mną do sklepu. 

Buty były wystawione w jednym z ostatnich segmentów, tak że musieliśmy przejść cały sklep. Kiedy zobaczyłam stoisko z deczko się załamałam, ponieważ były same rozmiary 40+. Gdzie na moją wąską, szczupłą nogę wejdzie taki kajak? Wróć, wejść wejdzie, ale ile bym w takim czymś przeszła bez zaliczenia spotkania z ziemią? Bez nadziei przyglądałam się obuwiu, aż moim oczom ukazały się dosyć małe adidaski. Sprawdzam rozmiar - 37. Ale doskonale wiem, że rozmiar rozmiarowi nierówny i warto by je przymierzyć. Tutaj z pomocą przyszła mi wspomniana już wcześniej pani Z. W sumie jej rola ograniczyła się do poluzowania sznurówek w kupowanym bucie i odchyleniu języka, dla mnie to jednak duuużo. Ku mojej uciesze pasowały - ani za małe, ani za duże. W dodatku kolorystyka bardzo mi się podoba. 

Ponieważ to był jedyny mój zakup w "Lidlu", poszłyśmy z panią Z. do kasy. Przy niej spotkałyśmy jeszcze panią W., która uczy w ośrodku, do którego niegdyś uczęszczałam. Co za przyjemna niespodzianka. Niestety, nie było czasu na rozmowę, a ja tą panią wyjątkowo lubiłam. Zapłaciłam za zakup i wsiadłam do samochodu pani Z. Powrót do domu trwał niecałych 5 minut, a ja mogłam na żywo zdać relacje z zawodów. W końcu D. też trenował LA. 

W domu niemal natychmiast założyłam moje nowe buty i muszę przyznać, że chodzi mi się w nich znakomicie. Miękkie, wygodne, łatwo można przyciągnąć sznurówki. Mają rewelacyjną, grubą i elastyczną podeszwę, dzięki której nie powinny się szybko przedziurawić. No i "noski", które powinny nadać estetyki wszystkiemu. Mam nadzieję, że starczą mi na jakiś czas.
Zdjęcie może nie najlepszej jakości, bo robione kamerką internetową z laptopa, ale ukazuje mój nowy nabytek

środa, 22 lipca 2015

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Dzisiaj około godziny 12 wróciłam do domu po blisko 10 dniowym wypoczynku. A może powinnam napisać 23 dniowym? Wszak nie zdążyłam odpocząć pomiędzy przyjazdem znad morza, a wyjazdem na obóz sportowy. Co ja piszę odpocząć - ja nawet nie zdążyłam wyprać rzeczy znad morza, które kisiły się w walizce po dzień dzisiejszy. Automatycznie przypomniała mi się sytuacja sprzed 15 lat, kiedy z Zielonej Szkoły pojechałam niemal na drugi dzień na turnus rehabilitacyjny do przepięknego Polańczyka. Ech, tak bardzo bym chciała tam jeszcze kiedyś pojechać... Ale wtedy o wszystkim pamiętała moja mama. Teraz jest zgoła inaczej. Na szczęście poza czapką z daszkiem niczego nie zapomniałam. A raczej przyjechałam z nadwyżką.

Wiecie co? Mimo wszystko stęskniłam się za tą moją kawalerką. Może nie mam w niej luksusów, ale przynajmniej żadne smarkacze nie mówią mi co mam robić. Szybko nastawiłam pranie i poszłam do sklepu, ponieważ w lodówce dosłownie hulał wiatr. Na szczęście market mam pod nosem. Trochę zastanawiałam się na co mam ochotę, wszak temperatura na dworze nie zaostrza apetytu. W końcu padło na ziemniaki z kefirem i jajkiem sadzonym. Co prawda zamiast jajka sadzonego wyszła mi jajecznica, ale kto by się tym zbytnio przejmował? Przy okazji i kociątku coś się zwartło. Mój kochany futrzak, przynajmniej wiem, że ktoś na mnie czeka w mieszkaniu. Puśka dostała saszetkę, a zadowolona była na całego. Aż położyła się na grzbiecie, aby jej buszek wygłaskać. W telewizji leciało więc "Wspaniałe stulecie", a ja je oglądałam z kotem na kolanach. Potem wyjęłam pranko i wyrzuciłam na sznurek za oknem. Pogoda piękna, niech schnie! A potem zabrałam się za ścieranie kurzów i mycie podłogi. Oj nazbierało się kurzu, nazbierało. A teraz kładę się spać ze świadomością, że będę leżała we własnym łóżku z osobistą pościelą. Ale wcześniej coś sobie poczytam. A co tam, w końcu mam wakacje!

wtorek, 21 lipca 2015

Już pożegnania nadszedł czas...

Pamiętam, jak jeszcze w sobotni wieczór, tuż po powrocie z turnusu nad morzem, pakowałam się na nowo na kolejny wyjazd, tym razem na doroczny obóz sportowy klubu sportowego, w którym trenuję lekką atletykę. Szczerze powiedziawszy, to był pierwszy tego typu wyjazd, na który wahałam się, czy jechać. Tak jak pisałam w poście z dnia 11 lipca, w sobotę miałam temperaturę, skutkiem czego nie pojechałam na wycieczkę organizowaną przez parafialne półkolonie. Do tego dochodzą moje dziwne bóle brzucha o nieznanym jak na razie podłożu, ale to akurat jestem w stanie znieść. No, chyba że mnie nagle złapie kłucie, to wtedy jest gorzej i muszę się położyć. Bardziej jednak dokuczał mi ten kaszel. Zastanawiałam się co będzie, jeżeli okaże się, że mój stan zdrowia jest jednak poważny, wszak do piątku 10 tylko mnie kaszlało. Co prawda odkrztuszałam lepką wydzielinę, ale nie towarzyszyła temu podwyższona temperaturę. Na początku jeszcze myślałam, że jest to kaszel alergiczny, wszak alergię mam na masę rzeczy, jednak ten mokry kaszel i brak poprawy po zażyciu środka antyalergicznego nie pozostawiały mi żadnych złudzeń. Kupiłam sobie "Mucosolvan" w tabletkach, w nadziei, że mi przejdzie. A tutaj klops. Oczywiście w sobotę rozważałam możliwość, że dzwonię do prezesa klubu, że jednak nie jadę, albo dojadę później, jednak przypomniawszy sobie jak usilnie prosił mnie, abym przeniosła praktyki na późniejszy termin, nie miałam serca tego robić. Tym bardziej, że miejsce obozu znajdowało się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od mojego domu(z Zawiercia jedzie nawet do nas pociąg i właśnie w taki sposób rok temu dojechałam kilka dni później do reszty) i w razie gwałtownego pogorszenia stanu mojego zdrowia, mogłam w miarę szybko wrócić z powrotem. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Co prawda oszczędzili mnie podczas porannego rozruchu(czyli nie biegałam z biegaczami, paradoksalnie, ponieważ większy wysiłek powodował u mnie mocny atak kaszlu) oraz wypraw na basen (buuu, a tak chciałam przedyskutować z trenerem pływaków mojego nieszczęsnego pseudodelfinka), ale z resztą rzeczy nie było zmiłuj. Tak samo jak inni brałam udział w wyścigach rzędów(przez przypadek wydałam jedną z moich w-fistek twierdząc, że w pierwszej gimnazjum nie mieliśmy czegoś takiego, oj, pani B. będzie miała przekichane we wrześniu hi, hi, hi!), grach zespołowych takich jak policjanci i złodzieje, dwa ognie, łapanka i ringo(to pierwsze jeszcze jakoś szło, nawet udało mi się ponownie schować tak w krzakach, że mnie nie znaleźli, jednak z grami łapanymi sobie nie radziłam z powodu spastyki dłoni buuu), podbijaniu piłki oraz skokach przez skakankę. Tak samo jak reszta pojechałam do jaskini głębokiej, o czym pisałam tutaj, nad tutejsze jezioro, a w niedzielę do skansenu grodu średniowiecznego obok Ogrodzieńca. I chociaż każdy wysiłek kończył się u mnie napadem kaszlu, to z uśmiechem podejmowałam każde wyzwanie. Zwłaszcza, że prezes niemal codziennie serwował mi seansik w saunie oraz grocie solnej. Tak, abym się wygrzała i oczyściła sobie zatoki. Kurcze, takiego przeziębienia dawno nie miałam, przez co po saunie nie mogłam wskoczyć zgodnie z procedurą do basenu. Oczywiście dostałam też reprymendę od mojej byłej trenerki, że niby ją zaraziłam, ja jednak się tym nie przejęłam. Znam ją i jej pomysły od jakiś... hmmm... piętnastu lat i wiem, czego mogę się po niej spodziewać. Poza tym opanowałam technikę nalewania sobie kompotu do szklanki oraz zupy do talerza bez rozlewania wszystkiego dookoła, a także donoszenia talerza z szwedzkiego stołu do stolika, bo z tym też różnie bywało. Herbaty jeszcze sama nie donoszę - zawsze prosiłam o to moją współlokatorkę. Na szczęście skończyły się już czasy, kiedy wychowawcy sprawdzali, czy to co Loluś ma na talerzu jest zgodne z tym, co może jeść przy swojej alergii pokarmowej i refluksie żołądkowym. W końcu ma się prawie te 25 latek i  samemu jest się świadomym co można jeść, a co nie. A wracając do wieku, to dziewczyny z mojego pokoju oceniły mnie na... 12 lat. Nieźle, co? Dzisiaj zaś był chrzest nowych obozowiczów i z samego rana wszyscy poszliśmy zbierać szyszki, po których później "zapchlone koty" musiały przebiec. Akurat ja stałam na tej stacji i pomagałam innym, zwłaszcza maluszkom i niewidomym, poprzez podanie im ręki. Najbardziej zadziwił mnie swoją pomysłowością J., chłopiec z krótszą jedną nóżką. Przeszedł po szyszkach... na czworakach. Zuch chłopak! Oprócz stania na stacji do mnie należało również ułożenie przysięgi ślubowania po przejściu całego toru przeszkód. Odniosłam się w niej nie tylko do sportu, ale też i do życia codziennego. A wieczorem zamiast kolacji było ognisko z kiełbaskami i podsumowaniem całych 10 dni. Tradycyjnie mieliśmy jeden wypadek, skutkujący umieszczeniem ręki jednego z uczestników w szynie, poza tym jeden chłopiec zatruł się czymś, no i moje przeziębienie było jedynymi chorobami na obozie. Każdy uczestnik dostał dzisiaj dyplom uczestnictwa, a mój pokój dodatkowo nagrody za największą czystość. Na początku obozu zostaliśmy podzieleni na dwa rywalizujące ze sobą zespoły. Dzisiaj ogłoszono wyniki i okazało się, że zespół w którym ja byłam bezapelacyjnie wygrał. A teraz trzeba się pakować tak po prostu. I wrócić do szarej rzeczywistości.

Muszę jednak przyznać, że warunki mieszkaniowe w tym roku miałyśmy świetne. Dwupokojowy apartament, w każdym pokoju po dwa łóżka. Pierwszy pokój był tak przestronny, że spokojnie osoba na wózku mogłaby po nim manewrować. Co prawda w naszym pokoju nie było takież, aczkolwiek chcę to zaznaczyć. Do tego przestronna łazienka z licznymi podpórkami, brodzikiem i wanną. W pokoju mieliśmy też telewizor plazmowy, wi-fi, lodówkę, w samym budynku były dwie windy, a także brak progów i liczne podjazdy. Teren przyjazny, w lesie, z dala od huku. Można odpocząć, zrelaksować się. Żyć nie umierać.

Dostaliśmy zaproszenie na następny rok, ja jednak z powodu Światowych Dni Młodzieży, które przypadają w tym samym terminie, z niego nie skorzystam. Prezesik wyraził ubolewanie w tej sprawie, ale jakoś będzie musiał to przeżyć. A ja wracam do domu z rozwalonymi klapkami, obdartym prawym kolanem, obolałym prawym, prawie brakiem kaszlu oraz nowymi okularkami do pływania i koszulką. To ostatnie w ramach nagród za najczystszy pokój oraz pierwsze miejsce drużynowo. A przed nami "Zielona noc". Będzie się działo...

sobota, 18 lipca 2015

W kilku zawsze jest raźniej

Ja, Ania, Patrycja, Agata, Dorotka, Gosia, Marcin, Asia, Michał jeden, Michał drugi, Krystian, Agnieszka, Rafał, Kasia... Swego czasu tworzyliśmy całkiem niezłą grupę nazwaną "Oratorium księdza Bosko", na której czele stał nieoceniony ksiądz Wojtek. Jak to się stało, że trafiłam do Oratorium? Z większością dziewczyn z grupy znałam się jeszcze ze scholi. A że zawsze traktowały mnie na równi ze sobą, pełnosprawnymi, pewnego razu postanowiłam do nich dołączyć. Traf chciał, że poszłam na spotkanie, którego nie było. Ale może to i lepiej, przynajmniej miałam okazję pogadać z nowym opiekunem wspólnoty - księdzem Wojtkiem. Pomimo moich obaw nie miał problemów ze zrozumieniem mojej wymowy. Co więcej, z czasem stał się moim księdzem spowiednikiem, jak zresztą wszystkich członków wspólnoty. Wróćmy jednak do samego Oratorium. Kolejne spotkanie, już naprawdę, było tydzień później. Wszyscy przyjęli mnie na nim bardzo serdecznie, wręcz z otwartymi rękoma. Tego dnia była próba śpiewu przed niedzielną Mszą świętą. Czyli coś, co Lolki lubią najbardziej. Oczywiście po pierwszej próbie nie ośmieliłam się iść na Mszę śpiewać, a raczej zostać po Mszy na której śpiewałam ze scholą, ale po drugiej i owszem. A że tego dnia miałam 20 urodziny, to śpiewanie do mikrofonu potraktowałam jako prezent na nie. Od tego momentu przez przeszło dwa lata wspierałam wspólnotę w różnych przedsięwzięciach nie tylko muzycznych, ale też wolontariackich. Półkolonie wakacyjne i feryjne, popołudniowa i weekendowa praca z dziećmi to były momenty, podczas których zacierała się przepaść pomiędzy osobami pełnosprawnymi, a mną. Nie wspomnę już o tych wszystkich Mszach świętych, nabożeństwach oraz akademiach, w których brałam czynny udział. A nasza pomyłka podczas parafialnego festiwalu piosenki maryjnej? A piątkowe spotkania na bilardzie i ping-pongu? Tam nikt nie zważał na to, że Lolek nie trafia kijkiem w bile, albo paletką w piłeczkę. Tam liczyło się, że Lolek jest. Oratorium to także była wspólna modlitwa w oratoryjnej kaplicy. Cicha, spokojna, z głębi serca, poprzedzona fragmentem czytania z Pisma Świętego oraz krótkim objaśnieniem usłyszanych słów. A że kaplica jest bardziej kameralna od kościoła, to łatwiej było się skupić. Sielankę przerwało przeniesienie księdza Wojtka do innej parafii nawet do innego województwa, a żaden inny ksiądz nie potrafił nas aż tak ogarnąć jak on. Owszem, zdarzały się różne zatargi i sprzeczki, jednak moc wspólnoty i  wzajemne zaufanie zawsze zwyciężały. Teraz nie ma już naszego oratorium, ale zostały przyjaźnie, które przetrwały po dzisiejszy dzień. Bo przyjemnie jest dostać takiego zwyczajnego SMSa z pytaniem "Cześć Lolek, co u Ciebie słychać?". O życzeniach urodzinowych i świątecznych nie wspominając. Pozostały też piękne wspomnienia i radość, że przynajmniej przez jakiś czas było tak po prostu normalnie, a zarazem tęsknota za tym, co przeminęło.
Z biskupem - marzec 2011
Wigilia wspólnotowa 2011

piątek, 17 lipca 2015

Nienawidzę jaskiń

Jest kilka rzeczy, których nie lubię. Jedną z nich jest zdecydowanie łażenie po jaskiniach. Dlaczego? Sama nie wiem. Bo są mokre, ciemne, zimne, najczęściej jest w nich stromo i ślisko. A dzisiaj właśnie pojechaliśmy na wycieczkę do pobliskiej jaskini. Wypoczywamy na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, więc mamy ich tutaj pełno. A że obóz sportowy nie musi być całkowicie sportowy, to kadra postanowiła zrobić nam wycieczkę. A co. Dwa busiki, dosłownie siedem minut i jesteśmy na miejscu. Potem jakiś filmik, poczekanie na to, aż jedna nasza grupa zwiedzi jaskinię i mogliśmy do niej wejść. Oczywiście uprzednio gubiąc się w lesie prowadzącym na miejsce. Przygody muszą być. A wewnątrz, brrr, zimno, ślisko i jeszcze musiałam słuchać jęczenia trenerki. Aha, do kompletu spadał mi kask z łebka. Czyli ful-wypas. Całe szczęście, że zwiedzanie trwało tylko 30 minut, bo dłużej bym nie zniosła. Tą wycieczką załatwiłam sobie uprzedzenie wchodzenia do jaskiń na następnych kilka lat.

czwartek, 16 lipca 2015

Nad jeziorem

Dzisiaj, z racji pierwszej od kilku dni pięknej pogody, pojechaliśmy całą ekipą nad tutejszy zalew. Ekstra, pomimo tego, że w mojej miejscowości są aż cztery jeziora, to jakoś nigdy nie mam czasu, aby nad nie jechać. Zresztą nie mam też z kim, a w pojedynkę to tak jakoś mi się nie chce. Wraz z koleżanką z pokoju, O. spakowałyśmy się do jednego plecaka, ponieważ mój jest mega duży. Na szczęście O. nie robiła z tego powodu jakiś problemów. Przekraczając wszelkie przepisy bezpieczeństwa wsiedliśmy do naszego kochanego klubowego busika(pytanie ile osób może pomieścić 9 osobowe auto?) i ruszyliśmy przed siebie. Początkowo mieliśmy upatrzone inne miejsce, jednak dzisiaj było ono niedostępne, toteż musieliśmy się cofnąć na inną plażę. To nic, ponieważ okazało się, że była ona całkowicie pusta. Tak więc cała brygada wyładowała się z pojazdu i zaczęła rozkładać na piasku. W przygotowaniu były też pontony. Nad wodą spędziliśmy cztery godziny. Jak dla mnie nieźle. Ale mnie naprawdę dużo do szczęścia nie trzeba - ręcznik, olejek do opalania, książka, dobre towarzystwo i heja. Nie wiem jak to się stało, że nie wzięłam z mieszkania czapki z daszkiem, bo dzisiaj by mi się przydała. Analogicznie założyłam sobie kaptur na głowę. Tak też można. Zresztą stroju dwuczęściowego też nie wzięłam :/. Ale kto by pomyślał, że będziemy jeździć nad jezioro! Na szczęście kremu z filtrem nie zapomniałam. Mam jasną karnację, więc byłoby ciekawie. A to wszystko dzięki temu, że tylko przepakowałam moją kosmetyczkę z walizki do plecaka, bez zmieniania jej zawartości. Czas spędziłam głównie na czytaniu, ale żeby nie było żem samotnik, to od czasu do czasu zamieniłam słowo z tym i owym. Nie dałam się tylko namówić na ponton. Po prostu było w nim za mokro, a ja miałam tylko spodenki. To był bardzo udany wyjazd.

A mnie nabrała ochota, aby zacząć chodzić na nasze dąbrowskie Pogorie. Ech, trzeba wyciągnąć A i M, bo samemu tak jakoś ciężko, a oni tolerują mnie taką, jaka jestem. Ale tym się zajmę już po powrocie z obozu, czyli za 5 dni.

środa, 15 lipca 2015

Grunwald 2015

Zważając na dzisiejszą rocznicę znalazłam animację Bitwy pod Grunwaldem wykonaną przez znanego z produkcji "Katedry" Tomasza Bagińskiego. Spot był co prawda przygotowany na 600-lecie walki Polaków z Krzyżakami, uważam jednak, że warto go tutaj pokazać właśnie w dniu dzisiejszym:
Oglądając ten krótki filmik zaczęłam się zastanawiać nad kolejami tego naszego losu. Najpierw książę Konrad Mazowiecki sprowadził zakon Krzyżacki do Polski w 1224 roku, aby pomogli mu w walkach z Prusami, Jaćwingami oraz Litwinami. Przez niespełna dwieście lat zakon tak urósł w siłę, że na początku XV wieku zaczął zagrażać terenom Żmudzi. Za panowania Władysława Jagiełły, dokładnie 15 lipca 1410-roku, wybuchła moim zdaniem najważniejsza bitwa w historii średniowiecznej Polski, popularnie zwana Bitwą pod Grunwaldem. Chociaż zdawaćby się mogło, że losy polskiej armii są z góry przesądzone, a zwycięstwo wrogów niemal pewne, to szala zwycięstwa przeważyła się jednak na naszą stronę. Duża w tym zasługa doskonałej strategii walki polskich wojsk. Krzyżacy musieli się poddać, a tym samym opuścić zajmowane w naszym kraju tereny.

Tak się zastanawiam jak wyglądałaby taka bitwa w naszych czasach. Bo powiedzmy, że wydarzenia sprzed ponad 600 lat potoczyły się całkiem inaczej i wojska krzyżackie po dzisiaj dzień okupowały Rzeczpospolitą obojga narodów. Czym walczylibyśmy? Czy tak jak wtenczas tarczą i mieczem, czy może poszlibyśmy z duchem czasu i użylibyśmy najnowszej broni, być może nawet atomowej? Co zastąpiłoby poczciwe konie? Jaka miejscowość zostałaby wybrana na współczesny Grunwald? Czy nasza armia składałaby się z Wojska Polskiego, czy może z innej warstwy społecznej? I chyba najważniejsze pytanie - kto stanąłby na jej czele? Czy mamy dosyć charyzmatycznego oraz strategicznego polityka, który podjąłby się temu niełatwemu zadaniu?

Odpowiedzi na te pytania na szczęście nie poznamy, ponieważ po prostu nie musimy. Nie przeszkadza mi to jednak przeprowadzać własnego gdybania. Tym bardziej, że w liceum chodziłam do klasy o profilu humanistycznym. A swoją drogą chciałabym kiedyś pojechać do Grunwaldu, zobaczyć miejsca, po których stąpał Władysław Jagiełło. W liceum co prawda nasza klasa miała wycieczkę w to miejsce, ja jednak nie pojechałam ze względu na zaziębienie. Może kiedyś się uda...

wtorek, 14 lipca 2015

Każdy ma prawo do swojego życia

Wszyscy z obozu pojechali na basen, a przeziębiony Lolek został sam jak palec w ośrodku wypoczynkowym. Mam na to pozwolenie, wszak już dawno ukończyłam 18 rok życia. Pocieszające jest, że nie mam temperatury, a i kaszel z katarem zaczynają mi schodzić. Rano byłam z resztą towarzystwa na sali gimnastycznej, gdzie mieliśmy wyścigi rzędów. Basen musiałam już sobie odpuścić. Mam laptopa, więc przynajmniej nie utraciłam kontaktu ze światem zewnętrznym. Oprócz tego tradycyjnie już zaopatrzyłam się w książkę - "Obóz świętych". Miała być ciekawa wizja przyszłości, ale mnie to jakoś nie chce wciągnąć. Z drugiej strony skoro się zobowiązałam ją przeczytać i zrecenzować, to jakoś muszę ją przeboleć. Ewentualnie mam jeszcze dwa e-booki do recenzji. Nie cierpię e-booków, ale z drugiej strony nie mam półek z gumy.

Taką odskocznią od czytania było obejrzenie w czasie nieobecności współmieszkanek naszego pokoju filmu p.t. "Być jak Kazimierz Deyna". Już dawno chciałam go obejrzeć, pamiętam jak poszłam do kina na "Karol, człowiek, który został świętym" i zobaczyłam zwiastun tego filmu. Brakowało mi jednak na to czasu, a nawet tutaj nie miałam kiedy go włączyć, ponieważ zawierał sporo niecenzuralnych słów, więc przy dzieciakach nie wypadało go oglądać.

Film przedstawia historię Kazika, chłopca który urodził się w tym samym dniu, w którym słynny polski piłkarz Kazimierz Deyna strzela gola w meczu z Portugalią. Ojciec Kazia bierze to za dobry znak i postanawia, że jego syn zostanie tak samo dobrym piłkarzem, jak jego imiennik. Już od malutkiego trenuje z synkiem kopanie piłki, a następnie zapisuje go na treningi piłki nożnej do miejscowego klubu sportowego. Niestety, bycie piłkarzem nie jest przeznaczone wrażliwemu chłopcu, którego bardziej od boiska i dwóch bramek pociąga pisanie wierszy. Kiedy 1 września 1989 roku, w dniu w którym odnosi największą swoją życiową porażkę dociera do Polski informacja o śmierci Kazimierza Deyny, mały Kazik postanawia, że od tego momentu będzie szedł swoją własną drogą, bez względu na uwagi i rady innych.

Oglądając film wiele razy utożsamiałam się z jego głównym bohaterem, małym Kaziem. Przecież mnie też wiele razy dawano dobre rady, które jednak nie były tak do końca dobre. Czy jakbym wcześniej uparła się na studia w Krakowie, to dzisiaj miałabym tytuł magistra? Czy jakbym poszła do tego liceum, do którego chciałam iść, to byłabym lepsza z języków? Takich pytań jest w moim i zapewne wszystkich ludzi życiu tysiące. Ostatnio coraz częściej jestem zdania, że każdy z nas musi sam decydować o swoim życiu, oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe. To my jesteśmy jego "właścicielami", to my najlepiej wiemy, na co mamy w nim ochotę. Nikt za nas go nie przeżyje i co więcej, nie wiemy, czy dostaniemy w nim jeszcze jedną szansę na zrobienie tej, czy innej rzeczy. Dlatego musimy robić wszystko, aby go nie zmarnować.

sobota, 11 lipca 2015

Jak to dobrze mieć porządek w papierach

No i nie pojechałam do Krakowa. Rano obudziłam się z 38 stopniami temperatury. Jeszcze musiałam dokładnie przyjrzeć się czerwonemu słupkowi rtęci, bo nie chciało mi się wierzyć, że mam aż tyle. No cóż, zważając na fakt, że jutro jadę na obóz sportowy, dzisiaj musiałam zrezygnować z wycieczki do Krakowa. Jakoś tego jednak nie żałuję, ponieważ w ciągu roku akademickiego codziennie bywam w tym królewskim mieście. Rano wysłałam więc mojej A. SMSa, że zostaje w domu, a następnie do taty, czy by mi czegoś nie przyniósł, bo przecież w moich zasobach lekowych są tylko te, które zażywam na stałe, a trochę ich jest. Dlatego miejsca na te sporadyczne brak. W ogóle to nie choruje się latem, więc czuję się niejako usprawiedliwiona tym brakiem. Czekając na działanie tabletek włączyłam sobie drugą część wspomnianej wczoraj bajki - "Samoloty". I muszę przyznać, że tym razem byłam mile zaskoczona. Zazwyczaj drugie części są gorsze od pierwowzoru, jednak w przypadku "Samolotów" sprawa się ma zupełnie inaczej. Tym razem bajka dostała na filmwebie zasłużone 8/10 :).
Po obejrzeniu bajki miałam ochotę poczytać sobie książkę Iwony Kienzler dotyczącą Zofii Nałkowskiej, jednak byłam tak słaba, że po prosto zasnęłam. A koteczek razem ze mną. Stęsknił się skubaniec i nie opuszcza mnie ani na krok. A tutaj czeka nas kolejna, tym razem dziesięciodniowa, rozłąka. I znowu sierściuszek wyląduje u rodziców. Już nie wiem, kto jest w tym wszystkim biedniejszy - kot, czy człowiek.

Po południu zalogowałam się natomiast na stronie rekrutacyjnej krakowskiego AWFu. Już jakiś czas temu postanowiłam, że ponownie złożę papiery na studiach magisterskich, tym razem z przyczyn logistycznych w Krakowie. Jak ja to pogodzę, nie wiem. Ale pogodzę. Nie mogę się poddać, tylko dlatego że ktoś miał "ale" do mojej wymowy. Nikt nie jest doskonały. I należy go akceptować takim, jakim jest. Tym bardziej, że nie wymagałam cudów. Mam nadzieję, że teraz pójdzie mi lepiej. Jedyne co mnie martwi to limit miejsc dla studentów z drugiego kierunku - tylko 18. Niby licencjat skończyłam ze średnią powyżej 4, a mimo to mam obawy, że się nie dostanę. Póki co postanowiłam poszukać potrzebnych dokumentów. W tym celu sięgnęłam po gigantyczny segregator z dosłownie wszystkim, zaczynając od świadectw szkolnych, poprzez całą masę dyplomów, aż po dokumentację medyczną. Szukałam, szukałam i zonk! Wiedziałam nawet w której koszulce powinnam szukać, dlatego wszystko z niej wyjęłam. Akurat mam to szczęście, że z reguły wiem co gdzie trzymam. Tym razem jednak się pomyliłam. Zgońmy to na karb przeziębienia. Nie pozostawało mi nic innego niż na nowo wszystko sobie ułożyć. To akurat robota niewymagająca wstawania z łóżka. Podczas układania kartek dostałam olśnienia, żeby sprawdzić jedną z podpisanych teczek, czy w niej nie ma wymaganych dokumentów. Bingo! Wiedziałam, że coś mi zostało z poprzedniej rekrutacji. Tym bardziej, że dokładnie pamiętałam, że po egzaminie licencjackim dostałam dwa druczki potwierdzające jego zdanie. Teraz muszę tylko wnieść opłatę rekrutacyjną i czekać na werdykt komisji. Ale tym się zajmę dopiero po powrocie z obozu.

piątek, 10 lipca 2015

Się porobiło

Wróciłam z nadmorskich wojaży... przeziębiona. Tak też można. Katar leci mi hektolitrami, kaszlę jak w ostatnim stadium gruźlicy. Temperaturę mam jednak przepisową - 36,6. A przecież jutro czeka mnie wycieczka do Krakowa w ramach półkoloniach, pojutrze zaś wyjeżdżam do Huciska na obóz sportowy. Chorowanie nie jest więc wskazane. Kupiłam sobie "Mucosolvan" w tabletkach. Syrop odpada - mam kłopoty z przełykaniem gęstych, lepkich cieczy. No i za nic na świecie nie naleję sobie go najpierw na łyżeczkę, a następnie trafię nią do paszczy. A taka tabletka to pikuś. Zresztą przy tym co na co dzień zmuszona jestem przyjmować to naprawdę nic. 
Zainspirowana końcówką bajki przewodniej tegorocznych półkolonii - "Samoloty", postanowiłam obejrzeć sobie całość na CDA. I doszłam do jednego wniosku - albo ja się starzeję, albo amerykańskie bajki robią się coraz bardziej kiczowate. No bo takiego "Króla Lwa", "Zakochanego kundla", a nawet "Mojego brata niedźwiedzia" kiedyś oglądało się na okrągło. A "Samoloty" oglądałam trochę na siłę. Nie wiem, może się nie znam. Ale na filmwebie dałam mu 6/10. 
A teraz po raz enty oglądam Harrego Pottera. Swoją drogą to dziwne - jeszcze nigdy nie przeczytałam tej słynnej sagi o małym czarodzieju. Kiedy wszyscy w podstawówce zachwycali się kolejnymi tomami, ja wzgłębiałam się w trylogię "Władcy Pierścieni" Tolkena. Ale teraz planuję wypożyczać kolejne części Harry'ego Pottera z wojewódzkiej biblioteki. No, chyba że po przeczytaniu pierwszej z nich szlak mnie trafi i stwierdzę, że to nie dla mnie.