Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

20 000, 20 000 i smutne pożegnanie

Licznik odwiedzin stopniowo się zwiększa. Tak bardzo chciałam, aby w okolicach daty moich urodzin wykazał on około 20 tysięcy odsłon. Tymczasem ten wynik, a nawet wyższy, udało mi się osiągnąć miesiąc wcześniej. Tego się nie spodziewałam. Dziękuję Wam wszystkim za uzyskanie takiego wyniku. Za to, że jesteście, komentujecie, wspieracie. Chociaż nigdy nie czułam specjalnego parcia na komentarze, to jednak każdy z nich mnie cieszy. A jednocześnie jestem zadowolona z Was, komentujących. Tak, tak, w przeszłości różnie bywało, niektórzy za wszelką cenę chcieli mi narzucić własne zdanie nie licząc się z moim. A teraz? Teraz mam swobodną wymianę myśli bez obrażania siebie wzajemnie i innych komentujących.
Dzisiaj na warszawskich Powązkach pożegnano jednego z moich ulubionych polskich aktorów, pana Jerzego Kamasa. Zmarł 23 sierpnia, kiedy ja byłam na pielgrzymce do Częstochowy, dlatego o jego odejściu dowiedziałam się dosyć późno, bo dopiero w środę. Trochę mi się głupio zrobiło na tą wiadomość, ponieważ, jak już pisałam, bardzo go lubiłam i ceniłam za jego grę aktorską. Ostatnio coraz rzadziej widziałam go na ekranie. I chociaż w swoim życiu zagrał wiele ciekawych ról, dla mnie zawsze zostanie Stanisławem Wokulskim z ekranizacji powieści Bolesława Prusa "Lalka", wujem Stefanem z telenoweli "Klan" oraz Alfredem z serialu dla dzieci pt.: "Trzy szalone zera". Takim też go chcę zapamiętać. 
Jako Stanisław Wokulski w "Lalce"

niedziela, 30 sierpnia 2015

Podsumowanie pielgrzymkowej akcji "Bilet dla brata" oraz coś o dożynkach miejskich

Niemal wszystkie tegoroczne piesze pielgrzymki do Częstochowy wpisane miały w swój program przygotowania do przyszłorocznych Światowych Dni Młodzieży. Nie inaczej mogło być i w naszej, Sosnowieckiej Pielgrzymce. Poza niesieniem przez pielgrzymów emblematów wydarzenia, podczas poniedziałkowej Mszy świętej pieniądze z tacy zostały przeznaczone na akcję "bilet dla brata"*. Nie będę się tutaj rozpisywała na temat tego ile zebraliśmy pieniędzy i po prostu pozwolę sobie zamieścić oświadczenie, jakie w ostatnim czasie pojawiło się w tej sprawie na stronie mojej diecezji:
źródło: http://www.diecezja.sosnowiec.pl/dokumenty/komunikaty-biskup-diecezjalny/3863-biskup-dziekuje-pielgrzymom-za-wsparcie-biletu-dla-brata
Mam cichą nadzieję, że zebrane pieniądze wystarczą na dofinansowanie do przyjazdu przynajmniej dwóch osób zza wschodniej granicy. A tak na marginesie zobaczcie jak to się wszystko dziwnie poukładało: na ŚDM, które w 1991 roku odbywały się w Częstochowie po raz pierwszy uczestniczyli pielgrzymi zza wschodniej granicy. Ćwierć wieku później ich potomkowie będą mogli zobaczyć nasz kraj dzięki ofiarności wiernych. Bo trzeba wiedzieć, że sam przyjazd do naszego kraju to nie wszystko. Trzeba jeszcze pomyśleć o noclegach, jedzeniu, każdy uczestnik wydarzenia powinien zakupić sobie pakiet pielgrzyma. Skąd na to mają wziąć ludzie pochodzący z biedniejszych krajów? Jednocześnie ważne jest uświadomienie społeczeństwa, że akcja "bilet dla brata" nie funduje nikomu pobytu w 100%, a jedynie go dofinansowuje, czyli dajemy tym ludziom wędkę, a nie rybę. 

W naszym mieście od paru lat istnieje taka piękna tradycja obchodzenia dożynek miejskich. Wiąże się ona z tym, że chociaż miejscowość w której dane mi jest mieszkać można zaliczyć do typowo przemysłowej, to wiele dzielnic wchodzących w jej skład jest po prostu wsiami. Każdego roku gospodarzem tych uroczystości jest inna dzielnica. Jeszcze nie tak dawno mieszkańcy musieli jeździć do owych dzielnic, aby wziąć w nich udział(przez to nie byłam na koncercie mojego ulubionego niegdyś zespołu "Ivan i delfin", który odbywał się w odległej dzielnicy, a buuu! chlip, chlip!). W ostatnich latach dożynki zostały przeniesione do parku miejskiego, dzięki czemu większa liczba osób może wziąć w nich udział. Na początku jest Msza święta inauguracyjna całe przedsięwzięcie, która odbywa się w naszej bazylice, a następnie w barwnym korowodzie wszyscy przechodzą do parku, gdzie następuje część artystyczna. Na czele przemarszu zmierza wieniec zrobiony z tegorocznych plonów.
Formowanie się korowodu
Wieniec z tegorocznych plonów w kształcie korony
"A powszechnego chleba racz nam dać, na pokuszenie nigdy nie wódź nas... Ojcze Nasz, dziś prosimy Cię..."
Zapewniam Was, że był smaczny :)
Miejska Orkiestra Dęta
Wieniec w całej okazałości - a w tle Matka Boska Anielska
I jeszcze raz wieniec w roli głównej
Na uroczystościach nie mogło zabraknąć ważnych osobliwości, w tym władz miejskich
W tym roku było nader skromnie, ponieważ był tylko jeden wieniec dzielnicy będącej gospodarzem imprezy - czyli Błędowa(niektórzy pewnie kojarzą ją z jedyną w Europie Pustynią Błędowską, i w sumie słusznie), ale pamiętam lata, kiedy tych wieńców było kilkanaście. Po przyjściu pod scenę następuje przywitanie wszystkich przez naszego prezydenta i dziekana, a następnie pokrojenie dożynkowego chleba i rozdanie go zgromadzonym ludziom. Następnie na scenie pojawiają się Koła Gospodyń Wiejskich i lokalne zespoły, które umilają czas wszystkim zgromadzonym. Możemy się pochwalić tym, że w naszym mieście działa 12 takich Kół. Mnie jednak najbardziej do gustu przypadł występ krakowskiego Zespołu Pieśni i Tańca Hamernik, który promował folklor podhalański. A że Lolek zawsze miał słabość do góralskich rytmów(gdybym odpuściła sobie koncerty "GolecuOrkiestry", chyba bym była tak samo "chora", jak po nieobecności na "Ivanie i delfinie), to było oczywiste, że będzie koczować z rozdziawioną twarzą pod samą sceną. Oj rwały się nogi do tańca, rwały. I tylko mały żal w człowieku był, że nigdy nie będzie w stanie tak wywijać stopami i rękami jak oni. Gwiazdą wieczoru był zaś zespół "Ira", ale że to nie moje klimaty, to wolałam wrócić do domu. Oficjalnie po to, aby nakarmić Pusię. A nieoficjalnie żeby doczytać "Znachora". Zawiodłam się trochę brakiem "akcji towarzyszących" dożynkom: z reguły od nadleśnictwa Siewierz można było dostać sadzonki iglaczków, miasto oferowało też wymianę surowców na krzaczki. A tym razem nici. Czyżby susza aż tak dała się we znaki? Nie było też pszczół z pasieki ani zwierzątek domowych. Nawet słynne pajdy chleba z smalcem i ogórkiem kiszonym podrożały i musiałam obejść się smakiem. No trudno, będzie trzeba czekać na Dni Miasta do ostatniego weekendu maja przyszłego roku. Jednak zważając na to, w jakim tempie ostatnio upływa mi czas śmiem twierdzić, że stanie się to szybciej, niż się spodziewam.
Gospodarze dożynek

* "bilet dla brata" - to projekt polskich wolontariuszy, którego zadaniem jest utworzenie dzieła pomocy młodym pielgrzymom ze Wschodu, pragnącym przyjechać na Światowe Dni Młodzieży do Polski w 2016 r. Dla wielu młodych ludzi z krajów Europy Wschodniej i Zakaukazia ŚDM w Krakowie, to najbardziej dostępne z dotychczasowych spotkań młodzieży – choć wciąż nieosiągalne z przyczyn finansowych. Dla Polaków, to niepowtarzalna możliwość pomocy młodzieży ze Wschodu w zrealizowaniu marzenia o udziale w Światowych Dniach Młodzieży. Właśnie dlatego powstał  BILET DLA BRATA - DZIEŁO POMOCY PIELGRZYMOM ZE WSCHODU.

sobota, 29 sierpnia 2015

Cała prawda o ludziach...

Przeglądając kiedyś jeden z zaprzyjaźnionych blogów natrafiłam na komentarz, w którym zagorzale deklarująca się chrześcijanka pisała, że ufa jedynie Bogu, a nie ludziom, ponieważ On jej nigdy nie zawiódł. Czy jednak naprawdę warto jest nie ufać ludziom?
Idąc na pielgrzymkę wiedziałam, że w pewnym stopniu będę uzależniona od innych. Nawet głupiej herbaty nie jestem w stanie przenieść na dłuższe odległości. Co ja piszę o przenoszeniu, jak mam gorszy dzień to mam nawet problem z doniesieniem szklanki do ust. Z w miarę szybkim sznurowaniem butów też mam problem. A takie są wbrew pozorom dla mnie najlepsze. O całej masie innych prozaicznie prostych codziennych czynnościach nie wspomnę. No i jeszcze do tego dochodzi zwykła ludzka słabość i zmęczenie. Czy sądzicie, że gdybym nie ufała ludziom, nawet tym zupełnie obcym, to zdecydowałabym się na taki krok?
A ludzie? Na lepszych nie mogłam trafić - pomogli donieść herbatę na miejsce, nalali chochelką zupy, poszli do sklepu po wodę, podzielili się chlebem, zatroszczyli się o nocleg drugiego człowieka, pomogli rozłożyć i złożyć karimatę, zanieśli bagaż na samochód, zawiązali sznurowadła, pomogli założyć pelerynę przeciwdeszczową... Ech, długo by wymieniać. I to wszystko z uśmiechem na ustach, a w dodatku bezinteresownie. Bo do dzisiaj nie dostałam rachunku za to wszystko hi, hi, hi. Pomijam już fakt, że wszyscy się dziwili, iż idę sama. W sumie to nawet nie miałabym z kim z rodziny iść. I tutaj koło się zamyka - jeżeli ma się niewielkie wsparcie w rodzinie, i nie chodzi mi tutaj bynajmniej o wsparcie od strony duchowej, to podświadomie szuka się go wśród obcych.
Osobiście z reguły mam to szczęście, że niemal od pierwszych chwil życia trafiam na przychylnych sobie ludzi. W ogóle zazwyczaj bezbłędnie wyczuwam tych dobrych i to nimi staram się otaczać. I to się sprawdza, bo dobry człowiek, nawet niewierzący, zawsze będzie chciał dla drugiego jak najlepiej. A co robię z tymi złymi? Nie, nie odtrącam ich, aczkolwiek staram się ich unikać i nie wdawać w niepotrzebne dyskusje. Tylko szkoda mojego zdrowia i moich nerwów. Nawet na blogu wolę pewnych grup osób nie gościć, niż potem się wściekać czytając ich wyuzdrane komentarze(nie mam tutaj na myśli nikogo z obecnie komentujących).
Jesteśmy osobami żyjącymi w społeczeństwie, nie da się więc uniknąć kontaktów z innymi ludźmi. Chociaż często jesteśmy ranieni w taki czy inny sposób, to myślę, że należy dawać szansę kolejnym poznawanym osobom. Ja tak zawsze robię i z reguły nic nie tracę. Zresztą kieruję się też myślą, że w każdym człowieku jest cząstka Boga. I jakbym żadnemu z nich, nawet ateistom, nie ufała, to tak, jakbym nie ufała też samemu Najwyższemu. A z drugiej strony potrafię powiedzieć "NIE", kiedy ktoś wykorzystując moją ufność próbuje mną manipulować. Ważne, a zarazem trudne, jest bowiem też to, aby swoją ufnością nie dać się zmanipulować. Zarówno ufność, jak i rozwaga są trudnymi umiejętnościami, ale możliwymi do osiągnięcia. Trzeba tylko wykorzystywać je z umiarem, a wszystko będzie dobrze.

piątek, 28 sierpnia 2015

Audycja o pielgrzymce w Radiu Katowice

W poniedziałkowy wieczór słuchacze "Polskiego Radia Katowice" mogli odsłuchać relacji z XXIV Pieszej Pielgrzymki Sosnowieckiej. Jako jednemu z jej uczestników nie dane mi było tego dokonać, ze względu na panujące warunki. Na szczęście poprzez stronę diecezji dotarłam do audycji, którą ktoś umieścił na znanym portalu youtube. Ponieważ blogger w miarę przyjazny sposób pozwala na umieszczaniu na swoich blogach filmików, postanowiłam się nim z Wami podzielić. Jednak uprzedzam - audycja nie jest krótka, trwa ponad 30 minut. Niemniej sądzę, że w bardzo ciekawy sposób uzupełnia moją wczorajszą relację z pielgrzymki, chociażby o autentyczne wypowiedzi jej uczestników na temat m.in. trasy przemarszu, a także zawiera zapis kazania wygłoszonego przez biskupa Grzegorza Kaszaka podczas Mszy świętej inauguracyjnej.
Powoli zaczynam odczuwać skutki ponad 60 kilometrowej drogi - prawa, ta bardziej obciążona stopa, trochę mi spuchła. Doraźnie obłożyłam ją "Alcasetem". Zobaczymy jak rozwinie się sytuacja, ja jednak wierzę, że to zwykłe nadwyrężenie i w miarę szybko wszystko wróci do normy. Najwyżej będzie to jedyny uszczerbek na zdrowiu, jaki poniosłam. Jakaś ofiara musi być, a skoro nie mam nawet bąbli na stopach to widać będę miała jedną z nich opuchniętą.

czwartek, 27 sierpnia 2015

"Idziemy Matko drogą pielgrzymki, Tobie dajemy nasze wysiłki. Boś Ty opieką nam"

Kiedy w niedzielny poranek wychodziłam z mieszkania, tak naprawdę nie wiedziałam co mnie czeka. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że czeka mnie długa piesza wędrówkę, ale do końca nie potrafiłam sobie tego wszystkiego wyobrazić. Kierując się jednak hasłem, że do odważnych świat należy postanowiłam nie martwić się na zapas i iść na przysłowiowy żywioł. 
Cała pielgrzymka zaczęła się w niedzielny poranek Mszą świętą pod przewodnictwem naszego biskupa, jego ekscelencji księdza Grzegorza Kaszaka. Muszę powiedzieć, że mamy wyjątkowego biskupa, który mówi krótkie, aczkolwiek treściwe kazania. Tym razem nawiązywało ono do hasła tegorocznej pielgrzymki: "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię". Zachęcał do spojrzenia na swoje życie w tym właśnie kontekście. Czy na pewno jesteśmy nawróceni? Czy wierzymy w to, co głosi Ewangelia? Za kim idę? Kogo słucham?Trudne pytania, aczkolwiek bardzo potrzebne dla każdego katolika(już nie piszę chrześcijanina, żeby nie było ale, że uogólniam).
Podczas przystąpienia do Komunii świętej byłam świadkiem pięknego widoku - otóż ministrant, który trzymał patenę miał wyraźnie widoczny zespół Downa. A więc da się i takich ludzi dopuścić do posługi przy ołtarzu. Trzeba tylko chcieć. 
Po Liturgii oraz otrzymaniu błogosławieństwa na drogę pielgrzymi zaczęli formować się w grupy, które najczęściej odpowiadały dekanatom w naszej diecezji. Mnie akurat przyszło iść w grupie 7, czyli dekanacie bazyliki Najświętszej Maryi Panny Anielskiej, o której już kilka razy wspominałam na blogu. Było nas w sumie 107 osób, a cała pielgrzymka liczyła ponad 1200 pątników rozlokowanych w 12 grupach. 
Uformowani w zbitą grupę ruszyliśmy przed siebie. A ponieważ był jeszcze wczesny ranek(było ledwie po 8) zaczęliśmy śpiewać godzinki. Każdy pielgrzym otrzymał w ekwipunku niewielki śpiewniczek z pieśniami oraz kilkoma modlitwami, więc wymówka, że się nie umie była nie do przyjęcia. Ewentualnie można było kombinować z tym, że nie ma się talentu muzycznego :). Chociaż śpiew naszego parafialnego kleryka P. skutecznie zagłuszał wszystkie nasze fałsze hi, hi, hi. Dzień powoli budził się do życia, a my z każdym momentem coraz bardziej zachwycaliśmy się jego pięknem. 
W tle widać zamek w Będzinie. 
"Każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka"
Trochę zdziwiła mnie trasa wyjścia z Będzina - zrobiliśmy niezłe koło. Rozumiem jednak, że wszystko było ze względów bezpieczeństwa na bezpieczeństwo pielgrzymów. W końcu Będzin to spore miasto, a nie wieś. W godzinę dotarliśmy do miejsca pierwszego postoju - kościoła w jednej z dzielnic Będzina, Łagiszy. Zaraz po dotarciu na dziedziniec parafii wszystkie grupy miały zdjęcia. Nasza prezentowała się właśnie tak:
Tradycyjnie ledwie mnie widać, ale z M. policzę się w odpowiednim czasie :D
Poza tym był to doskonały czas, aby posilić się przed dalszą drogą. Wszak następny postój był dopiero o 13:00 w Targoszycach. Gościnni parafianie przygotowali dla nas dodatkowo pyszne ciasta. Posileni, z pieśnią na ustach ruszyliśmy partiami w dalszą drogę. Oglądając telewizyjne relacje z pielgrzymek zastanawiałam się zawsze, po co są między poszczególnymi grupami odstępy. Teraz już wiem - po prostu po to, aby wjeżdżały w nie samochody. Bo wiadomo - pielgrzymi idą jedną stroną drogi, druga jest dla jeżdżących w obie strony pojazdów. Ale co zrobić, jeżeli jadą znad przeciwka? Po prostu się wymijają wjeżdżając w taką przerwę.
Zgodnie z planem tuż przed 13:00 dotarliśmy do Targoszyc. Pierwsze co zrobiłam, to poszłam do tamtejszego kościoła. Nie wypada być na terenie świątyni i do niej nie wejść. Parafianie mieszkający naprzeciw przygotowali dla nas zupę pomidorową. Musieliśmy tylko przejść na drugą stronę ulicy i wejść na podwórku. W dodatku wynieśli dla nas talerze. Co prawda miałam blaszany litrowy garnuszek na wypadek rozdawania zupy w plastikowych talerzach(z powodu spastyki rąk istniało duże prawdopodobieństwo, że po prostu wyleję całą ich zawartość na siebie), teraz jednak nie musiałam go wyjmować. Pomidorowa nieco mnie wzmocniła. Coś w tym jednak jest, że człowiek powinien w ciągu dnia zjeść przynajmniej jeden ciepły posiłek. Potem na chwilę przysiadłam na ziemi, żeby nabrać sił. Bo przecież o 14:30 ruszyliśmy w dalszą drogę.
Kolejny etap drogi kończył się nabożeństwem pokutnym połączonym ze spowiedzią świętą na placu przed OSP w Mierzęcicach. Nie było co prawda konfesjonałów, ale ich funkcje pełniły dwa krzesła ustawione wokół placu. To właśnie w Mierzęcicach został uszkodzony kij z numerem grupy - otóż osoba która go niosła zamiast położyć go na ziemi to oparła o krzak. Po chwili był mały huk i poszukiwanie taśmy klejącej do złączenia dwóch osobnych kawałków. Bo o gwoździach i młotku raczej nikt nie marzył hi, hi, hi. Na nabożeństwie ponownie mogliśmy nieco odpocząć. Nie bez powodu ściągnęłam sobie adidasy - wszak stopy też muszą sobie odpocząć po marszu. Zwłaszcza, że czekało nas jeszcze 2,5 godziny drogi do niejakiego Zendka.
No i muszę się przyznać, że na ostatnich kilkuset metrach drogi dopadł mnie kryzys. Nie miałam siły, żeby dojść pod kościół, aby odebrać swój bagaż. Pocieszające jest to, że nie był on ciężki. Potem poszłam rozlokować się w szkole, gdzie spała większość z nas, a następnie wróciłam do świątyni na wieczór adoracyjny zakończony Apelem Jasnogórskim.
Drugi dzień naszego pielgrzymowania rozpoczęliśmy wcześnie, ponieważ od 6:15 do 7:00 musieliśmy zdać bagaże na samochód. A że ze szkoły do kościoła był kawałek, to musiałam wyjść odpowiednio wcześnie. Ku mojemu zaskoczeniu przed kościołem czekały na każdego... cieplutkie bułeczki prosto z pieca i mleko. Pyszotka. To taki miły gest ze strony tutejszych mieszkańców. Jednak na konsumpcję musieliśmy poczekać na dojście na postój. Krótko po godzinie 7 wyszliśmy na dalszy szlak. Oczywiście z godzinkami na ustach. Po 1,5 godziny marszu w pyle i kurzu dotarliśmy na niewielką polankę na zasłużone śniadanie składające się ze wspomnianej bułki i mleka. Co prawda nie powinnam go pić, ale ci! Nic o tym nie wiecie, OK? Grunt, że nic mi nie było ;). I nie zastanawiajmy się, co by było, gdyby stało się inaczej. Śniadanie trwało pół godziny, po czym wystartowaliśmy w następną, półgodzinną drogę, która kończyła się dwugodzinnym postojem w niewielkim miasteczku Woźnikach. Po drodze oprócz pieśni i miejscowej ludności byliśmy dopingowani przez samego biskupa, który niespodziewanie do nas dołączył i każdemu uczestnikowi pielgrzymki podał dłoń. Tego się nie spodziewałam.
Powitanie pielgrzymów
W Woźnikach mieliśmy do dyspozycji przepiękny ogród należący do tamtejszej parafii. W dodatku siostry zakonne rozdawały drożdżówki z marmoladą, do dyspozycji była też ciepła i zimna woda, można było zrobić sobie coś do picia, albo zalać danie błyskawiczne. A i sklepy spożywcze były tuż za bramą kościoła. Ksiądz biskup krążył pomiędzy pielgrzymami, zagadywał. Żal było wyruszać w dalszą drogę. Ale jak pielgrzymka, to pielgrzymka. Miasteczko zostało pożegnane pieśnią "Żegnamy Was Alleluja". Po kolejnej godzinie dotarliśmy do Ligoty Woźnicka, gdzie została sprawowana Msza święta pod przewodnictwem księdza biskupa. Złagodzili nam nawet reguły liturgiczne i każdy miał prawo mieć czapkę na głowie oraz butelkę z wodą pod ręką. I znowu byliśmy świadkami krótkiego, acz treściwego kazania, odpowiadającego na pytanie Natanaela zawarte w usłyszanej Ewangelii: "Czy może być co dobrego z Nazaretu?". Oczywiście, że tak, przecież Syn Boże właśnie stamtąd pochodził. Tacę zebraną podczas Mszy świętej przeznaczono na "bilet dla brata" - dofinansowanie przyjazdu na ŚDM dla młodzieży ze wschodu.
Koncelebra Mszy św.
W skupieniu słuchamy Słowa Bożego
Duch Święty?(musiałam umieścić to zdjęcie)
Po skończonym nabożeństwie wyruszyliśmy w dalszą, tym razem dwugodzinną, drogę kończącą się postojem w Starczy. Słońce świeciło, aczkolwiek nie było gorąco, a dzięki śpiewom, modlitwie różańcowej i koronce do Bożego Miłosierdzia minęła wyjątkowo szybko i przyjemnie. I co ważne, przynajmniej dla mnie - powierzchnia po której szliśmy była równa, dzięki czemu uniknęłam zderzenia z podłożem.
"Krok, krok, za krokiem krok,
sił już brak, bo długi szlak.
Gdzieś tam na końcu dróg,
czeka nas Matka i czeka nas Bóg"
Do Starczy dotarliśmy z małym poślizgiem. A ponieważ powoli zaczynała się Msza święta w tamtejszym kościele, musieliśmy zachowywać się cicho. Nie było to trudne - każdy dostał serek homogenizowany, bułkę, łyżeczkę i szamał. Taka kolacja. Ostatni etap poniedziałkowego wędrowania trwał kolejne 1,5 godziny i kończył się na noclegu w Nieradzie. Tym razem udało się mnie umieścić w prywatnej kwaterze, chociaż w powietrzu wisiała perspektywa noclegu w remizie, w której nawet nie otworzono nam toalety. Na szczęście organizator ubłagał miejscowych i jakoś wszyscy z remizy zostali rozlokowani po domach. A w domu i czekał na nas przepyszny żurek, i możliwość ciepłej kąpieli, i herbata. Żyć nie umierać! W dziesiątkę spaliśmy w odstąpionym nam pokoju, mężczyźni ulokowali się w piwnicy. Przed snem pobawiłam jeszcze kota gospodyni, bo łasił się do mnie. Mała bestia, jeszcze mniejsza od Pusi, kiedy ją wzięłam do siebie. Co dziwniejsze, nie czułam zmęczenia pomimo przejścia 30 kilometrów w ciągu jednego dnia.
Następnego dnia wstaliśmy przed 6. Szybka toaleta, spakowanie swoich rzeczy, zaniesienie ich do samochodu i mogliśmy ruszyć na ostatni, liczący 12 kilometrów, odcinek drogi. Z Nierady wyszliśmy o 7:30. Po drodze dołączyła do nas pielgrzymka z Targoszyc(tak, tak, tych samych w których byliśmy pierwszego dnia) oraz Siewierza. Jeszcze tuż przed Częstochową mieliśmy dwugodzinny postój w Hucie Starej. Wręcz idealny na skonsumowanie swojskiego chleba, w który zaopatrzyła nas gospodyni. A także na zatańczenie słynnego tańca belgijskiego. Jeżeli ktoś nie wie o co chodzi, to jego kroki ilustruje poniższy filmik:
Wielu z nas było już zmęczonych, ale wydobyło jeszcze z siebie troszkę sił, aby zatańczyć powyższy układ. A ja podczas powyższej przerwy spotkałam moją polonistkę z liceum, która nie dość, że mnie poznała, to jeszcze wychwaliła przed znajomymi z parafii. Jaka miła niespodzianka? I na odwrót, ponieważ od pewnego czasu prowadzę parafialną kronikę, więc pani G. stwierdziła, że pani profesor zrobiła bardzo dobrą robotę wobec mnie.
Tymczasem grupy powoli zaczęły formować się do wyjścia na ostatnie 6 kilometrów drogi. Po drodze minęła nas I Sosnowiecka rowerowa pielgrzymka na Jasną Górę, która wystartowała dzień później. Chociaż większość kolarzy stanowili mężczyzn, to od czasu do czasu widać było kobiecą sylwetkę.
Wkrótce zamigotała nam w oddali sylwetka wieży klasztornej, jednak do osiągnięcia celu zostało nam jeszcze do pokonania. A ponieważ ludzie niosący krzyż i tabliczkę z numerem przyspieszyli, to nie pozostawało mi nic innego niż dotruchtanie na miejsce. W mieście musieliśmy też być nieco zdyscyplinowani - szliśmy raczej w zwartym szyku nie tylko w obrębie grupy, ale i całej pielgrzymki. Powoli wchodziliśmy na słynny trakt prowadzący do klasztoru. A na nim, coś wspaniałego, cały chodnik usiany był w miejscowej(chyba) ludności, która biła nam brawo. Ogólnie na całej trasie stali ludzie, machali do nas, wystawiali wodę i coś słodkiego. Na ostatnim etapie przypadł mi zaszczyt niesienia sztandaru z symbolem ŚDM. 
Tuż przed wejściem na słynne wały zastał nas deszcz. Cały dzień straszyło, straszyło, ale jak lunęło, to klękajcie narody. Nie wiedziałam czy ratować siebie, czy flagę hi, hi, hi. Na szczęście pod klasztor podchodziliśmy grupami, tak więc mogłam szybko zdjąć plecak, wyciągnąć z niego pelerynę, zarzucić na siebie i na nowo iść. Pod ołtarz polowy przyszliśmy jako drudzy. Zostaliśmy przedstawieni i przywitani przez naszego biskupa, księdza Grzegorza Kaszaka.
Widać mnie po prawej stronie w białej czapce i granatowej pelerynie(przynajmniej częściowo, ponieważ macham flagą)
Powitanie naszej grupy(i znowu widać tylko moją głowę, a raczej czapeczkę z daszkiem)
Po przywitaniu poszliśmy pokłonić się słynnemu obrazowi. Niektórzy poszli za ołtarz, ja jednak bałam się, że po prostu nie dam rady już wstać z tych klęczek. Tym bardziej, że jak już wcześniej pisałam, szłam z potłuczonymi kolanami i dłońmi. Nasz pokłon był dosyć krótki, ponieważ inne grupy też czekały, a i pielgrzymka z Tarnowa zbliżała się do celu swojej podróży. Ci szli aż 9 dni, a jedną grupę stanowili sami górale. 
Ponieważ Msza święta na Wałach przewidziana była na godzinę 19:00, mieliśmy prawie 6 godzin czasu wolnego. Niestety, pogoda nie sprzyjała do spacerowania. Udałam się więc na stołówkę na jakiś obiad. Za niecałe 10 złotych kupiłam żurek, ryż, kotlet schabowy, surówkę oraz kompot, a pani sprzedająca zaniosła mi wszystko do stolika. Kochani, da się w miarę tanio i smacznie zjeść. Tylko czasami trzeba dobrze poszukać. 
Wypogodziło się dopiero około godziny 17. Akurat wyskoczyłam na miasto po coś do picia. W klasztorze co prawda mają w miarę tanie jedzenie(o ile się je tanio skompletuje), za to ceny napojów w butelka powalają. A na mieście kupiłam małą butelkę z wodą za niecałą złotówkę. 
Pół godziny przed rozpoczęciem obrzędów liturgicznych poszłam pod wyznaczone miejsce, jakim były dwa drzewa po prawej stronie klasztoru. Znajdowało się pod nimi już kilka osób z naszej siódmej grupy. Nie ma to jak być zgranym. Punkt 19 rozpoczęło się ostatnie nabożeństwo nowenny przed uroczystościami Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej będące jednocześnie Wigilią tego święta. Kapłani koncelebrujący Mszę świętą przeszli w uroczystej procesji na ołtarz polowy z którego sprawowana była Najświętsza Ofiara. 

Kazanie zostało wygłoszone przez naszego księdza biskupa i dotyczyło nieposłuszeństwa ludzi pierworodnych, a w szczególności słów Boga Ojca skierowanych do węża: "Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i dzikich; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono ugodzi cię w głowę, a ty ugodzisz je w piętę.". Bardzo mi się podobało stwierdzenie, że bardzo często w dążeniu do własnego szczęścia pomijamy Boga, który schodzi na dalszy plan. To trochę tak jak Adam i Ewa - chcieli być szczęśliwi, więc sprzeniewierzyli się Woli Bożej. A przecież dla nas, chrześcijan, to Bóg powinien być na pierwszym miejscu.
Był wieczór, więc i zaczynało powoli powiewać chłodem. Zaczęłam żałować, że nie wzięłam sobie nic na szyję, a chusta identyfikująca była z materiału, który i tak by mnie nie ochronił. Na szczęście o 20:30 zaczęliśmy się zbierać do autokaru, który miał zawieść nas do domu. Ten, kto kiedyś był na Jasnej Górze wie, że parking jest tuż przy furcie klasztornej. Teoretycznie. Bo nasz autokar stał gdzieś na mieście. I znowu musieliśmy dojść. Jednak co to było przy pokonaniu tylu kilometrów? Tuż przed godziną 22 dotarliśmy pod Bazylikę, spod której rozeszliśmy się do naszych bloków i domów. Bagaże mogliśmy odebrać dopiero na drugi dzień, więc nie miałam dodatkowego obciążenia.

Ktoś niespełna 25 lat temu wydał wyrok, że nigdy nie wstanę na nogi, nie będę chodzić, widzieć, słyszeć, będę jak roślina. Tymczasem ta sama "roślina" ćwierć wieku później dociera na własnych nogach do jednego z najważniejszych miejsc sakralnych w naszym kraju, studiuje na kilku kierunkach, ma całkiem niezłą średnią na tych studiach, startuje w zawodach sportowych, pisze artykuły. Tak naprawdę nieznane są Boże Plany, a wręcz bywają zaskakujące. To tylko my, ludzie, czasami chcemy zrobić pewne rzeczy po swojemu.

sobota, 22 sierpnia 2015

To już jutro, czyli oczekiwanie na wędrówkę na Jasną Górę

Ręce i kolana jeszcze bolą, z rany na prawej dłoni jeszcze sączy się krew, ale już jest w miarę dobrze z moimi wczorajszymi obrażeniami. Obejrzałam dzisiaj moje kolana - tradycyjnie był z małej chmury duży deszcz, są zaledwie draśnięte. Najgorzej jest z prawą dłonią, bo to na nią poleciałam najbardziej. No nic, mamy plastry, więc nie będzie tak źle. A mówię o tym, ponieważ tak jak pisałam w jednym z poprzednich postów, w tym roku po raz pierwszy w życiu idę na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Miałam sporo obaw przed tym, czy powinnam iść, bo przecież z moim chodem jest różnie. Jednak chęć pójścia okazała się silniejsza od wszelkich wahań. Tym bardziej, że ja tą pielgrzymkę traktuję jako podziękowanie za moje 25 letnie życie, w sumie w miarę spokojnie przeżyte. Bo przecież mogło być ze mną różnie.
Jeszcze dzisiaj w południe podskoczyłam do Decathlonu po karimaty, bo jeszcze jej nie posiadałam, a na spotkaniu organizacyjnym prosili, aby każdy uczestnik ją posiadał. Oczywiście gapa ze mnie i zapomniałam, że w weekendy autobusy rzadziej jeżdżą. A do Centrum Handlowego to już wcale. No i zrobiłam sobie niemały spacer od Akademików i to w dodatku poboczem autostrady. Zajęło mi to niewiele ponad 15 minut. W sklepie w sumie poszło mi całkiem dobrze, kupiłam najtańszą karimatę, zapłaciłam i udałam się w drogę powrotną, też na nogach. W domu byłam po 16, a o 18 musiałam zdać bagaż, który ma jechać samochodem. W sumie wszystko spakowałam do jednej niewielkiej torby - koc, dwie pary spodni, koszulki, bieliznę, ręcznik, przybory higieniczne. Na 2,5 dnia dużo mi przecież nie trzeba. Biorę jeszcze plecak z jedzeniem, piciem, bluzą, peleryną i innymi niezbędnymi rzeczami. Torbę zaniosłam na plebanią kościoła dekanatowego. Trochę mnie zaskoczyło, że inni mieli walizki. No cóż, każdy bierze ile mu potrzeba. Żałuję tylko, że nie podpisałam swojej torby, ale może nie zaginie wśród innych. W zamian dostałam ekwipunek pielgrzyma, czyli identyfikator, smycz, program pielgrzymki, chustę oraz śpiewnik. Trasa naszej pielgrzymki wygląda mniej więcej tak:
Wyruszamy jutro o 8 rano, we wtorkowe popołudnie powinniśmy być na miejscu. Przynajmniej mamy taką nadzieję. Spać będziemy po ludziach, szkołach. W wtorkowy wieczór planowana jest diecezjalna Msza św. pod przewodnictwem naszego księdza biskupa. A potem powrót autokarem do domu. Teraz natomiast oglądam film "Wszystko będzie dobrze" opowiadający o kilkunastoletnim chłopcu, który miał taką wiarę, że uwierzył, że kiedy dobiegnie do Częstochowy, to jego matka zostanie cudownie uzdrowiona. Ja co prawda jestem realistką, jednak czasami lubię obejrzeć coś, co mnie zmotywuje do działania i do dalszego życia. A wspomniany film właśnie do takich należy, przynajmniej w moim odczuciu.
Mam nadzieję, że wytrwam do końca wędrówki, że nie ulegnę swojej słabości i nie poddam się. Że zwyciężę wszelkie trudy wyprawy i tam, przed jasnogórskim klasztorem powiem sobie - "Lolek, po raz kolejny dokonałeś czegoś pozornie niemożliwego".

piątek, 21 sierpnia 2015

Post o radości i krwi

Tak mi się dzisiejszy dzień pięknie do pewnego momentu pięknie układał. Rano całkiem nieźle udała mi się jajecznica, co nie jest takie proste dla osoby z trzęsącymi się rękoma i niekontrolowanym ścisku dłoni. Potem w drodze na praktyki przeczytałam 50 stron "Znachora" Tadeusza Dołęgi - Mostowicza. Tak, tak, na podstawie tej książki powstał sławny film pod tym samym tytułem. Co ciekawe, jeszcze nigdy nie widziałam ekranizacji. Do biura dotarłam w miarę punktualnie i trochę poplotkowałyśmy z K. Lubię rozmawiać z ludźmi pomimo mojej wady wymowy, a z K. jakoś od razu złapałyśmy wspólny język. Trochę żałowałyśmy, że te 4 tygodnie tak szybko minęły, ale cóż, rzeczywistość jest nieubłagana. W ciągu 7 godzin wprowadziłam 6 ofert pielgrzymek, przez co znowu usłyszałam, że jestem niezwykła pomimo wszystkiego. No, ale skoro pisze się na komputerze od zerówki, to wyrobiło już się w stukaniu w klawiaturę. Po drodze kierowniczka biura wypisała mi opinię do dzienniczka praktyk(jak ją przeczytałam opadła mi szczęka, aż TAK POZYTYWNEJ się nie spodziewałam), a następnie poprosiła mnie do siebie do gabinetu. Poszłam z małą obawą(ach, te wspomnienia z podstawówki, kiedy za byle co lądowało się u dyrektorki szkoły), okazało się jednak, że niepotrzebnie. Dyrektorka przyznała, że miała dotąd kilkunastu praktykantów, ale jeszcze nigdy takiego wydatnego. Dlatego zaproponowała mi, abym od czasu do czasu przyjechała do biura i wprowadziła kilka planów pielgrzymek, oczywiście za opłatą. W dodatku dała mi 50 zł w ramach wynagrodzenia za przepracowanie dużo więcej godzin niż przewidywała umowa. Trochę mi głupio było, bo nie zrobiłam tego dla pieniędzy, tylko z chęci odciążenia K. i R. obowiązkami. Ale nad propozycją pracy się zastanawiam. Tym bardziej, że K. jak najbardziej mnie ku temu namawia. Z biura wyszłam szczęśliwa trochę po 16:00, ale za to z K. Szłyśmy do tramwaju trajkotając o wszystkim, aż tu nagle czuję, że noga mi utyka, a po chwili moje ciało nieuchronnie zbliża się do szorstkich płyt chodnikowych. Ból przeniknął moje kolana i przeguby dłoni. K. spanikowała, ale zachowała zimną krew. Podniosła mnie z chodnika, zaprowadziła na ławkę przystankową i pobiegła do apteki po wodę utlenioną i bandaże. Krew lała się strumieniami, bo od zawszę mam słabą krzepliwość krwi. K. była bardzo dzielna, najpierw zdezynfekowała mi rany, a następnie zakleiła je plastrami. Tak naprawdę było więcej krwi niż bólu, bo na to drugie jestem w miarę odporna. W domu poodklejałam plastry, przemyłam rany wodą z mydłem. Oczywiście krew się wali, ale już mniej. Trochę mi głupio, bo wywaliłam się przed znajomą, a ona musiała mnie ratować, ale to przecież ani nie pierwszy, ani nie ostatni raz. A poza tym przewracanie się jest wpisane w moje schorzenie i traktuję je jako część mojego życia. Tak mi po prostu jest lepiej...

wtorek, 18 sierpnia 2015

"Mały Książę" - bajka nie tylko dla dzieci

- Lolek, cie ciecia! - głos Słowiczka wyrwał mnie z zamyślenia. Wszyscy w autobusie odwrócili się w naszą stronę. Co to jest cieciu? Bo raczej nie chodziło tutaj o powszechną definicję tego słowa. Odwoziłam akurat maluszka do domu, bo jego tacie coś wypadło i nie mógł po niego przyjechać.
- Cie-cia! Cie-cia! - siedmiolatek powtarzał, jakby był w transie.
- Co to jest cieciu? - spytałam go cicho.
- W kino idzie - odpowiedział mi śliczny blondynek. Szybko przeanalizowałam w swojej głowie repertuar kinowy z szczególnym uwzględnieniem pozycji dla dzieci.
- Czy chodzi ci o "Małego księcia"? - zapytałam już nieco głośniej.
- Ta! Cieciu! Cieciu!
- No dobrze Słowiczku, ale to ja wybieram dzień i godzinę.
Trudno mi było odmówić rozkosznemu dziecku wybrania się z nim do kina, zwłaszcza, że "Mały Książę" jest jedną z moich ulubionych książek. Pamiętam jak w gimnazjum przeczytałam książkę jednym tchem, żałując że skończyła się tak szybko. Wbrew pozorom najbardziej do gustu przypadła mi postać Lisa - zwierzęcia, które w większości bajek podawane jest jako symbol chytrości i przebiegłości, a tym razem przekazywało przybyszowi z innej planety piękne wnioski dotyczące miłości i przyjaźni. Skończyło się oczywiście tym, że podczas jakiegoś przedstawienia "Małego Księcia" dostałam rolę właśnie lisa. I tylko pozostał żal, że nie posiada się z tego spektaklu żadnego zdjęcia. Tym bardziej, że jego sukces był ogromny - graliśmy go nawet w ościennych miastach. Potem napisałam nawet dalszą część przygód chłopca z planety B-16. Trochę naiwną, ale zawsze. 
Korzystając z przywileju wybrania dnia i godziny przedstawienia zdecydowałam się na dzisiaj(Helios akurat we wtorki sprzedaje tańsze bilety), godzina 15:00, Sosnowiec. Miasto zostało wybrane nieprzypadkowo, ponieważ kino w nim sprzedaje najtańsze bilety w okolicy(wbrew pozorom jest różnica między 12, a 14 zł, za to 2 zł. mogłam kupić młodemu popcorn w "Biedronce" i zaoszczędzić kolejne pieniądze). Zgodnie z umową tata przywiózł Słowiczka pod budynek kina za kwadrans 15. Seans zaczynał się akurat o równej 15, więc ptaszynka nie zdążyła ani się znudzić, ani tym samym zbytnio narozrabiać. Ku mojemu zaskoczeniu nie było nawet tak dużo ludzi, dzięki czemu usiedliśmy w jednym z górnych rzędów na samym środku. Idealna pozycja. Jeszcze tylko przesypałam Słowiczkowi popcorn do specjalnie przygotowanego pojemnika z kartonu i z niecierpliwością czekaliśmy na film.
Szczerze powiedziawszy spodziewałam się jakiejś historyjki typowo dla dzieciaków opartej na książce. Tymczasem kolejny raz zobaczyłam pomysłowo przedstawioną adaptację książki, w której reżyser zawarł to co najważniejsze. Mała Dziewczynka o nieznanym imieniu przeprowadza się wraz z despotyczną mamą do nowego domu w ekskluzywnej dzielnicy. Kobieta planuje przyszłość swojego dziecka, chce je posłać do najlepszej szkoły, z dokładnością co do minuty tworzy plan jej każdego dnia. Tymczasem Dziewczynka jest tylko dziewięcioletnim dzieckiem, które potrzebuje też czasu na zabawę. Pewnego dnia w jej ręce trafia strona z dziwnym zapiskiem o jakimś chłopu, który przybył z innej planety. Jeszcze tego samego dnia odkrywa, że należy ona do jej sąsiada, staruszka będącego w przeszłości pilotem. Mężczyzna zaczyna opowiadać Dziewczynce najpiękniejszą przygodę, jaka zdarzyła się w jego życiu - spotkaniu Małego Księcia.
Muszę przyznać, że cały film oglądałam z zapartym tchem. I chociaż znałam treść książki, to jej przekazanie mnie zachwyciło. Reżyser miał wspaniały pomysł z przekazaniem jej w formie wspomnień pilota. Nie oszukujmy się, książka była napisana w latach 30 XX wieku, kiedy realia życiowe były trochę inne niż obecnie. Tymczasem widz widzi na filmie współczesne osiedla, nowoczesne samochody, komputery, rodziców podążających za karierą i nie mających czasu dla swoich pociech. I w tych wszystkich cudach współczesnego świata pojawia się staruszek cofający świat o kilkadziesiąt lat. Ładna grafika przyciąga uwagę, tak samo jak nastrojowa muzyka. Trochę zaskoczyło mnie zakończenie filmu, ale w końcu reżyser ma prawo do swojej wizji przekazu i dopisywania własnej historii. Film jest naprawdę ładnie i zrozumiało dla najmłodszych nakręcony. Słowiczek ani razu o nic nie zapytał, a to coś znaczy. A mnie się marzy zdążyć zobaczyć jeszcze "Papierowe miasta". Książkę czytałam, bardzo przypadła mi do gustu, teraz pora na ekranizację. Tylko kiedy to zrobić, skoro nie ma czasu?

niedziela, 16 sierpnia 2015

Jeżeli dzisiaj jest 16 sierpnia 2015 roku to znaczy, że...

możemy świętować 200 lecie urodzin wielkiego wychowawcy młodzieży, a także założyciela zgromadzenia salezjańskiego, świętego Jana Bosko. W mojej parafii, w której działają księża salezjanie, dzisiejszy dzień obchodzony był bardzo uroczyście. Same przygotowania zaczęliśmy już dwa lata temu, kiedy odwiedził nas sam święty. Zresztą sami zobaczcie jak to było:
Peregrynacja związana była właśnie z wielkim jubileuszem 200 lecia urodzin św. Jana Bosko, a trumienka z relikwiami turyńskiego księdza jeździły po całym świecie w celu odwiedzenia miejsc, w których działają księża salezjanie. Warto tutaj podkreślić, że nasza parafia była jedyną w diecezji(spośród dwóch salezjańskich), którą dotknął ten zaszczyt. Wtedy rok 2015 wydawał nam się bardzo odległym czasem i z całą pewnością większości z obecnych na tej uroczystości osób nie przyszło do głowy, że te dwa lata miną tak szybko.
A dzisiaj o godzinie 11:00 miała miejsce uroczysta Msza święta, w której pierwszą intencją było dziękczynienie za Boży Dar, jakim przed laty okazało się przyjście na świat Jana Bosko. Czy kiedy Małgorzata dokładnie 200 lat temu rodziła swojego najmłodszego synka, przypuszczała, że stanie się on świętą postacią? Czy śniący o bandzie chuliganów 9-letni Jasiu miał już plan na swoje dorosłe życie? Czy zakładając nowe zgromadzenie przypuszczał, że z czasem rozprzestrzeni się ono na cały świat? Czy kiedy 8 grudnia 1841 jako już ksiądz spotkał małego Bartłomieja i stanął w jego obronie, a następnie udzielił mu schronienia oraz pomógł uzyskać wykształcenie, mógł wiedzieć, że tworzy podwaliny nowego sposobu wychowania dzieci i młodzieży? A potem założył coś na wzór dzisiejszych domów dziecka, czy też domów poprawczych - Oratoria, które były nie tylko domem dla chłopców, którzy schodzili na złą drogę, ale i dawały im wykształcenie. Mało tego, czy zdawał sobie sprawę z tego, że przetrwają one do XXI wieku, a może i dłużej? Czy kiedy umierał 31 stycznia 1888 roku, któryś z jego podopiecznych zdawał sobie sprawę z tego, że stoi przed przyszłym świętym? Na te pytania prawdopodobnie nigdy nie uzyskamy odpowiedzi. Faktem jest, że św. Jan Bosko opierał swoje metody wychowawcze na systemie prewencyjnym, opierającym się na rozumie, wierze i miłości, a zakazującym kar cielesnych. Ten system po dziś dzień obowiązuje w placówkach salezjańskich. No i nie możemy zapominać o nabożeństwie do Wspomożycielki Maryi, kulcie, który został odnowiony przez księdza Bosko. 
Nabożeństwo miało niezwykle uroczysty charakter. Była procesja z darami(w tym z portretem księdza Bosko), piosenki o wychowawcy młodzieży, ucałowanie relikwii turyńskiego kapłana, a kościół był przystrojony na ten szczególny dzień. A na koniec... na koniec każdy wierny dostał "krówkę" z cytatem ks. Bosko na papierku :). Cieszę się, że należę do salezjańskiej parafii - poznaję zupełnie inny system pracy z dziećmi i młodzieżą, niż ten, który ukazywany jest w społeczeństwie. Ponadto od wielu lat żywo uczestniczę w życiu parafialnego Oratorium, czy to podczas letnich i zimowych półkolonii, czy też w czasie sobotniego pasma gier i zabaw dla najmłodszych organizowanych przez Dom Młodzieżowy. Jestem tym samym wdzięczna pierwszemu biskupowi diecezji sosnowieckiej, ś.p. Adamowi Śmigielskiemu(nota bene też salezjaninowi), że 20 lat temu skierował przedstawicieli tego zakonu do naszej parafii. Kto wie, może gdyby nie ten gest to czy wiedziałabym o salezjanach?
A zainteresowanych osobą św. Jana Bosko odsyłam do książki w formacie pdf(darmowej), którą napisał sam Jan Bosko, a zatytułował: "Wspomnienia Oratorium" -> http://oratoriumtg.salezjanie.pl/WspomnieniaOrat.pdf. Sama weszłam w posiadanie jej papierowej wersji(takie jednak najbardziej lubię) podczas peregrynacji i przeczytałam dosłownie w jeden wieczór. Natomiast "Sny księdza Bosko" -> www.oratorium.lublin.pl/dokumenty/sny.doc(uwaga, pobiera się automatycznie na komputer) przedstawia kilkadziesiąt snów księdza Bosko, z czego większość z nich okazała się prorocza! Wyobrażacie sobie śnić o czymś w rodzaju samolotu, kiedy ludzie nawet nie myśleli o latających maszynach? W dodatku każdy sen opatrzony został unikatowym komentarzem autora. Na szczególną uwagę zasługuje też list papieża Franciszka z okazji rocznicy urodzin świętego Jana Bosko -> polska wersja. Na koniec zaś dzielę się z Wami jedną z moich ulubionych piosenek o dzisiejszym jubilacie. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba.
video

sobota, 15 sierpnia 2015

Wyjątkowa książka o wyjątkowej osobie na wyjątkową rocznicę

Wczoraj wedle kalendarza katolickiego przypadło wspomnienie franciszkanina - Maksymiliana Marii Kolbego. Nawet w jednym z kościołów w moim mieście odbył się odpust z tego powodu(patronem parafii jest właśnie św. Maksymilian Kolbe). Dlatego dzisiaj chciałabym Wam polecić niezwykłą książkę zawierającą nie tylko biografię pierwszego świętego ogłoszonego przez papieża Jana Pawła II, ale i komendanta obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu - Rudolfa Hossa. Recenzja została napisana kilka lat temu na potrzeby portalu sztukater, promującego kulturę. Niestety sama książka gdzieś zaginęła. Wielka szkoda, ponieważ jest jedną z lepszych, jakie czytałam w ostatnich latach.

Tytuł: "Czterdzieści siedem lat życia"
Autor: Władysław Kluz OCD
Wydawnictwo: Wydawnictwo Ojców Franciszkanów Niepokalanów
Niepokalanów, 2006
Liczba stron: 328

                Czy czterdzieści siedem lat życia to dużo, czy mało? W świetle ludzkiego myślenia mało. Wiele razy mijając tablicę z nekrologami słyszę biadolenie staruszek: „Boże, zmarł w wieku czterdziestu siedmiu lat. Był taki młody. Jeszcze mógł pożyć”. Jednak w Bożym rozumowaniu to wystarczający czas, aby wykazać się zarówno heroicznością swoich cnót, jak i okrucieństwem wobec drugiego człowieka. Właśnie tyle, czterdzieści siedem lat, żyło dwóch niezwykłych ludzi – franciszkanin ojciec Maksymilian Maria Kolbe oraz twórca i komendant obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, Rudolf Hoss. Pierwszy z nich odznaczył się prawdziwą świętością decydując się na śmierć głodową w bunkrze w zamian za ojca rodziny, Franciszka Gajowniczka. Drugi wykazywać bezwzględność wobec osób przebywających w stworzonym przez niego piekle, bez mrugnięcia okiem wysyłał go komór gazowych nawet małe dzieci.
                O książce OCD Władysława Kluza, „Czterdzieści siedem lat życia”, usłyszałam podczas wielkopostnych rekolekcji w mojej parafii. Ksiądz rekolekcjonista tak ją zareklamował, że jeszcze tego samego dnia zamówiłam ją sobie w jednej z internetowych księgarni. Z niecierpliwością czekałam, aż kurier przyniesie ją do moich drzwi. Wreszcie po kilku dniach usłyszałam zbawienny dzwonek do drzwi, a po chwili trzymałam w dłoniach książkę w twardej, pięknej okładce przedstawiającej obydwoje jej bohaterów po dwóch stronach ogrodzenia oświęcimskiego obozu koncentracyjnego. Jednak czytelnik widzi tylko postać Maksymiliana Marii Kolbego. Rudolf Hoss jest przedstawiony jako cień człowieka, czarna sylwetka mająca na sumieniu tysiące niewinnych dusz.
                Autor podzielił biografię obu bohaterów na kilka rozdziałów obejmujących poszczególne dekady, bądź kilka lat z ich życia. Dodatkowo każdy okres czasu podzielono na rozdział A, odnoszący się do życia i działalności Rajmunda Kolbego, który w zakonie przyjął imię Maksymilian Maria oraz rozdział B, opisujący życie syna despotycznego ojca, Rudiego Hossa. Na początku ich życie wygląda podobnie – oboje pochodzą z katolickich rodzin, Hoss w dzieciństwie nawet służy do Mszy świętej. Wszystko zmienia się, kiedy ksiądz u którego spowiadał się chłopiec, idzie do jego ojca poskarżyć, że Rudi podłożył nogę szkolnemu koledze, przez co on złamał sobie nogę(co ministrant wyznał duchownemu podczas spowiedzi). Zdradzony chłopiec odsuwa się od kościoła. Po śmierci ojca wstępuje do wojska, podczas I wojny światowej. Po wyjściu z więzienia, w którym siedział za zabicie Waltera Kadowa, wstępuje do Związku Artamanów. Po 1933 roku zostaje skierowany do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie pracuje w oddziale wartowniczym oraz zarządzie obozu. Nabrawszy wprawy w kierowaniu takim przedsięwzięciu, 4 maja 1940 roku Rudolf zostaje mianowany komendantem powstającego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, który okazał się obozem śmierci. Tam spotkał się z niezwykłym franciszkaninem, Maksymilianem Marią Kolbe.
                Rajmund był od niego o sześć lat starszy. Chociaż urodził się w Zduńskiej Woli, dzieciństwo spędził w Łodzi i Pabianicach. Tam któregoś dnia modlącemu się Rajmundowi ukazała się Matka Boska. W rękach trzymała dwie korony – białą symbolizującą czystość i czerwoną, która oznaczała męczeństwo. Zapytała go, czy je chce. Chciał. Kilka lat później wraz z starszym bratem wstępuje do zakonu franciszkanów. Po ukończeniu edukacji w małym seminarium został wysłany na studia do Krakowa, a stamtąd skierowali go do Rzymu. Tam ukończył zarówno studia filozoficzne, jak i teologiczne. 28 kwietnia 1918 roku w Rzymie Kolbe przyjmuje święcenia kapłańskie. Przyjmuje wtedy imiona Maksymilian Maria. Po powrocie do wolnej Polski w 1919 roku postanawia, że ten kraj musi być królestwem Niepokalanej. Trzy lata później w Krakowie ukazuje się pierwszy numer Rycerza Niepokalanej. W 1927 roku w Teresinie, 42 kilometry od Warszawy, zakłada Niepokalanów. Kolbe pragnie poszerzyć swoją działalność i w 1930 roku wyrusza do Japonii, aby również tam założyć Niepokalanów. W 1931 roku zakłada tam nowicjat, a pięć lat później małe seminarium. Ojciec Maksymilian wraca do kraju. W czasie jego nieobecności jego dzieło podupada. Powoli udaje się je jednak podnieść. Kiedy wszystko wychodzi na prostą wybucha II wojna światowa. 19 września Niepokalanów zostaje zlikwidowany, a Maksymilian wraz z towarzyszami został umieszczony w obozie w Amtlitz, a następnie w Ostrzeszowie. Z tego ostatniego zostali zwolnieni 8 grudnia 1939 roku. Bracia wrócili do Niepokalanowa. Brat Kolbe został stamtąd ponownie zabrany w dniu 17 lutego 1941 roku na Pawiak, a ponad trzy miesiące później przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tam pociesza współwięźniów, niejednokrotnie oddając im swoje racje żywieniowe. Swoje czterdziestosiedmioletnie życie kończy 14 sierpnia, kiedy po dwóch tygodniach spędzonych w bloku śmierci zostaje dobity zastrzykiem z fenolu. Oddał życie za Franciszka Gajowniczka, który miał umrzeć za innego więźnia, któremu udaje się uciec z obozu.
                Istnieje plotka, że Rudolf Hoss spotkał się z ojcem Maksymilianem. Miało to się stać, kiedy na początku sierpnia wybierał osoby, które miały zginąć śmiercią głodową. Jak było naprawdę nie wiemy. Wiemy za to, że Rudolf Hoss został stracony 16 kwietnia 1947 roku w miejscu, w którym straciło życie tyle istnień. Wiemy, że wcześniej siedział w wadowickim więzieniu, gdzie poprosił o spowiedź. Tutaj kończy się historia tych dwóch postaci, ale tylko na pozór. Bo oto autor przenosi nas w czasie do dnia 17 października 1971. Na Placu Świętego Piotra papież Paweł VI ogłasza nowego błogosławionego – franciszkanina Maksymiliana Marię Kolbego. Wśród zgromadzonych znajduje się ubrany w garnitur siwiuteńki jak gołąbek staruszek – to Franciszek Gajowniczek, człowiek któremu nowy błogosławiony uratował życie. Teraz odwdzięczył się swojemu wybawcy niosąc w Darach kielich z krwią. A zaledwie jedenaście lat później papież Jan Paweł II zaznacza podczas Mszy świętej kanonizacyjnej, że można o Maksymilianie Marii Kolbem mówić jak o męczenniku za wiarę.
                Piękna książka, napisana pięknym językiem. Żałuję, że tak mało osób potrafi tak wspaniale opowiedzieć historię niezwykłych ludzi. Bo zarówno Maksymilian Maria Kolbe, jak i Rudolf Hoss do takich należeli. Niestety, tylko jeden z nich pokazał to określenie w pozytywnym tego słowa znaczenia.

piątek, 14 sierpnia 2015

"Czarna Madonno z Tobą idziemy, na Jasną Górę pielgrzymujemy"

...Bo Ty, tam czekasz nas"
Lipiec i sierpień od wielu, wielu lat są miesiącami, w których liczne grupy pątników pielgrzymują na Jasną Górę, aby pokłonić się najsłynniejszemu wizerunkowi Maryi Panny w naszym kraju. Różne są intencje z jakimi ludzie wyruszają na taką wyprawę - jedni chcą za coś podziękować, inni z intencjami, a jeszcze inni po prostu chcą przeżyć coś niecodziennego. Bo taki marsz nieraz i setki kilometrów w żarze słonecznym lub strugach deszczu, nie jest raczej codziennym wydarzeniem. W tym roku do grona pątników dołączam również i ja. Już od dawna chodziła za mną chęć wyruszenia w tą dwu i pół dniową podróż. Pamiętam jak jeszcze w szkole podstawowej pani od matematyki opowiadała, jak na studiach chodzili na takie pielgrzymki z Wrocławia. Poza tym co roku widziałam w telewizji relacje z takich pielgrzymek: tłum rozśpiewanych ludzi z entuzjazmem opowiadający o swoich powodach podjęcia marszu. Również z mojej diecezji co roku wyrusza pielgrzymka na Jasną Górę, a jej trasa wynosi niecałe 70 km. Mało to i dużo - w porównaniu z taką trasą prowadzącą powiedzmy z Pomorza to nic. Jednak zważając na to, że jestem osobą, której mięśnie nie do końca pracują tak jak powinny to jednak jest dużo. Kilka razy nawet w rozmowie z moimi bliskimi pojawił się wątek pieszej pielgrzymki do Częstochowy, ale nigdy nic z tego nie wyszło. Do tego roku. Wraz ze zbliżającymi się wakacjami coraz silniej pojawiała się we mnie myśl, aby się zapisać. W końcu nigdy się nie dowiem czy dam radę podołać trudom podróży, jeżeli nie spróbuję. Tym bardziej, że za równo mam za co dziękować i o co prosić, nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. W zeszłym tygodniu poszłam na zakrystię, aby się zapisać no i wpłacić pieniądze. A dzisiaj byłam na spotkaniu informacyjnym w kościele dekanatowym. Po drodze dogonił mnie nasz parafialny kleryk, z którym wymieniłam kilka zdań. Paradoksalnie jest to jedyny ksiądz, z którym z czystym sumieniem mogę być na ty. W końcu znamy się nie od dziś... Trochę głupio mi się zrobiło, bo tylko ja byłam osobą, która pierwszy raz idzie na pielgrzymkę. No, ale każdy z nas kiedyś był pierwszy raz. Będą dwa postoje na obiad, a następnie na nocleg po gospodach, trzeciego dnia około południa powinniśmy dojść na miejsce. Koniecznie trzeba wziąć ze sobą dobre buty, czapkę na głowę, a także wodę. No i wiem, że będę musiała skombinować sobie śpiwór oraz karimatę, bo tychże jeszcze nie posiadam. Nie wiem skąd, popytam po znajomych, najwyżej kupię sobie powiedzmy w Decatlonie. Na stronie internetowej sklepu podane jest, że najtańsza karimata kosztuje 20 zł., a jej gwarancja wynosi 10 lat, więc nie jest źle.
Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że idę! Mam nadzieję, że wytrwam do końca. Że pokonam siebie, swoją własną słabość, że nie poddam się słabości. To tak wiele dla mnie znaczy...

czwartek, 13 sierpnia 2015

Wyjątkowy prezent dla wyjątkowej osoby

Osiemnastka jednej z najbliższych mi osób zbliża się dużymi krokami. To już w listopadzie. Wypadałoby coś dać jej z tej wyjątkowej okazji. Wiem, że do tego czasu jest jeszcze kilka miesięcy, ale korzystając z wakacji, wolę o pewnych rzeczach już dzisiaj pomyśleć. 

Ostatnio wpadła mi w oko pewna sówka, którą można z powodzeniem zrobić samemu w domu. Co ciekawe, główną bazą z jakiej wykonuje się ją są... zwykłłe, szare gazety. Czyli coś, co jest na wyciągnięcie ręki. Do tego taśma klejąca, klej wikol, biały ręcznik papierowy, pióra, blok techniczny, folia aluminiowa... Czyli coś, co znajdzie się w każdym praktycznie domu. Zresztą wiele rzeczy zostało mi po zrobieniu jelonka, więc nie jest źle. Przydałyby się też styropianowe jajka oraz bombki, abym miała jakąś bazę do wykonania kształtów. Oczywiście przy jelonku obiecywałam sobie zakupić zarówno jedno, jak i drugie, jednak albo nie miałam czasu tego zrobić, albo środków. No trudno, na razie będę próbowała zrobić bazę z ugniecionych kartek papieru, zobaczymy co mi z tego wyjdzie. Na razie czekam na chwilę wolnego czasu, a także w miarę "spokojny" pod względem mojego układu nerwowego dzień. Piszę spokojny, ponieważ jak większość osób ze spastycznością mam od czasu do czasu niekontrolowane ruchy rąk, a same dłonie są zesztywniałe jak przy reumatyzmie. Na szczęście są momenty, w których spastyka mija i wszystko wraca do normy. Nie wiem co z tego wyjdzie, jako opcję zapasową mam zrobienie prezentacji multimedialnej z zdjęć z A., wiecie, takiej na wesoło. Muszę tylko pogadać z parafialnym fotografem, żeby mi je udostępnił. Nie powinno być z tym problemów, wszak przesyłam mu materiały do kroniki parafialnej. A że on tego nie wrzuca na serwer, to już inna historia. Do tego planuję dodać własnoręcznie zrobioną kartkę z życzeniami. Kurczaczek, pomysły mam, ale boję się, że z wykonaniem mogę nie podołać.

Mój projekt co do pewnej rzeczy odnośnie moich małych blogowych milusińskich powoli nabiera kształtów. Końcowy efekt postaram się w miarę możliwości umieścić na stronce. Mam nadzieję, że się spodoba nie tylko im :)

wtorek, 11 sierpnia 2015

Grunt to bycie czujnym

Ta moja praktyka to w gruncie rzeczy trochę monotonna jest. Bo owszem, wprowadzanie programów pielgrzymek stronkę jest fajne(brr, jak ja nie lubię tego słowa), dużo się uczę, ale po ponad 30 takich programach człowiek po prostu się wyłącza. Jeżeli dodamy do tego temperaturę panującą za oknem, to wychodzi z tego niezły młyn. Tym sposobem Lolek robi wszystko niczym robot. Co prawda jeszcze myślę nad poprawianiem ewentualnych literówek, znaków interpunkcyjnych etc., ale całą resztę, łącznie z zastanowieniem się, czy dany program jest poprawnie logistycznie ułożony, już pomijam. Dlaczego? Bo po prostu nie rzuca się w oczy. Nie jest jednak ze mną aż tak źle, ponieważ dzisiaj zauważyłam pewną "perełkę". Dla mnie to istne mistrzostwo napisać w jednym dniu przelot z Rio de Janeiro do Paryża, aby w następnym zamieścić przelot w odwrotną stronę i spędzenie dnia na plaży Copacabana. Na logikę brzmiało to tak, że zamiast z Francji udać się do Polski(wszak to był ostatni dzień), to oni mieli wrócić się do Brazylii :/. Takiego czegoś jeszcze nie widziałam, nie słyszałam, a tym bardziej nie potrafię sobie tego wyobrazić. Dlatego błąd czym prędzej został zgłoszony mojemu opiekunowi, a on ma już załatwić resztę. Mam nadzieję, że do jutra poprawi ten błąd i będę mogła wprowadzić program do systemu, zachowując jakiś porządek w całej bazie danych. Najwyżej Brazylia wymiesza się z Japonią. Mój kolega szukał Hiszpanii w Afryce, więc w ostateczności kraj z Ameryki Południowej może się znaleźć w Azji...

niedziela, 9 sierpnia 2015

A oni się dziwią, że ja się dziwię

Stałam dzisiaj podczas Mszy świętej przy mikrofonie. Niby nic szczególnego, wszak od kilku lat śpiewam w scholi. Jednak zważając na to, że ostatnio podczas Mszy świętej miałam mikrofon w kwietniu ubiegłego roku, to sprawa nabiera innego tempa. Co prawda dostałam z trzy razy mikrofon w maju podczas majówek, ale mnie się wydaje trochę nie fair nie mieć tej możliwości przez ponad rok. Ja nie chcę mieć mikrofonu na każdej Mszy świętej, broń Boże, ale trochę częściej niż raz na te 12 miesięcy to mogłabym mieć. Zwłaszcza, że czasami są wolne mikrofony. No, ale to nie ode mnie zależy. Dlatego cieszę się, w takich chwilach jak dzisiaj, kiedy okazuje się, że wiele rzeczy da się zrobić. I od razu człowiek czuje się bardziej dowartościowany, wręcz na równi z pełnosprawnymi. Bo doskonale wiem, że gdybym nie miała dziecięcego porażenia mózgowego, to wszystko wyglądałoby inaczej. A tak wszyscy patrzą na ciebie przez pryzmat choroby. Tutaj nie trzeba nic mówić, to da się wyczuć w gestach i słowach. A że jednocześnie reaguję na otrzymanie od scholi przyzwolenia na śpiewanie do mikrofonu zdziwieniem... No cóż, to chyba też powinno być zrozumiałe zważając na powyższe okoliczności. To nie moja wina, że w takiej chwili zdziwienie przysłania radość. W końcu jestem człowiekiem i mam prawo do własnego zdania i własnych uczuć. Tym bardziej, że jednak nikt się mnie nie zapytał, czy będę 15, chociaż do innych padło to pytanie. Ech, takie to życie dziwne jest... A potem człowiekowi różne myśli kołaczą się po łbie.

Poza tym od kilku dni robię pewną rzecz dla zaprzyjaźnionych dzieci. Ale o tym powiem kiedy indziej. Dzisiaj napisałam przedostatnią recenzję książki dla sztukatera. Oprócz tego czytam "Krzyżaków" na zmianę z kontrowersyjnym "Kodem Leonarda da Vinci" Browna i "Encyklopedią powszechną", a w kolejce jest "Potop". No i czekam na 23:00, bo wtedy na TVP1 pójdzie druga część "Titanica" z 1996 roku. Ta wersja jest o wiele bardziej wierna faktycznym wydarzeniom niż słynny film Jamesa Camerona, dlatego staram się go oglądać za każdym razem. A jutro od rana ruszam znowu na praktyki.

piątek, 7 sierpnia 2015

Uff, jak gorąco

Ostatnimi czasy lata w naszym kraju zrobiły się naprawdę gorące. Nie wiem, czy to za sprawą globalnego ocieplenia, czy też złożyły się na to też inne czynniki. Tym bardziej, że od pewnego czasu zauważyłam, że słońce nie grzeje - ono wręcz praży. Nie jest to optymistyczny znak, Zaczynam się zastanawiać jak będzie za kilka lat. I moje myśli nie są zbytnio optymistyczne. Nie lubię gorąca, źle się wtedy czuję. Może to przez leki, które przyjmuję na stałe? Sama nie wiem. Na szczęście biuro, w którym odbywam praktyki znajduje się w półpiwnicy. Nie potrzebują nawet wentylatora, nie mówiąc już o klimatyzacji. Cały czas panuje tam przyjemny chłodek. Jednak kiedy wychodzę z niego po skończonej dniówce, to niemal odrazu przy drzwiach uderza mnie podmuch gorącego powietrza. A potem jest już tylko gorzej. Wracam do domu w tramwajach i autobusach, które przypominają nagrzane puszki. Jechać takim czymś przez ponad godzinę to prawdziwa udręka. Butelka z wodą mineralną na niewiele tutaj się zdaje. Klimatyzacji brak, autobus pełen ludzi. Na szczęście w domu korzystam z kilku sposobów na przetrwanie tych dni. Nawet poświęciłam im notatkę na wiadomościach24: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/rady_na_nadchodzace_upaly_335055.html. Wiem, wiem, kilka z nich jest bynajmniej dziwnych, ale na pewno skutecznych. Przynajmniej dla mnie. Od tego gorąca to nawet sprzęt mi szwankuje. I całkowicie nie mam apetytu. Najbardziej jest mi jednak żal mojego kota. Zwierzak męczy się w tym swoim futerku, kładzie na kafelkach w celu ochłodzenia, sam nie wie co ma ze sobą zrobić. A ja nawet nie wiem jak mu pomóc. Na szczęście lato trwa tylko kilka miesięcy. A potem wszystko się wyrównuje. Byle do jesieni. A przynajmniej do chłodniejszych dni.
A na taką ochłodę dla mieszkańców wpadło wiele polskich miast

czwartek, 6 sierpnia 2015

Nowy prezydent, nowa Polska?

Dzisiejszego ranka pan Andrzej Duda został uroczyście zaprzysiężony na Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. Dokładnie o godzinie 10 złożył przyrzeczenie na Konstytucję przed Zgromadzeniem Narodowym. Zakończył je tradycyjnym już "Tak mi dopomóż Bóg". A potem wygłosił orędzie przed wszystkimi zgromadzonymi w Sejmowej. Na galerii łatwo można było dostrzec ustępującego prezydenta Bronisława Komorowskiego, a także Lecha Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewskiego. I chociaż w czasie trwania zaprzysiężenia byłam na praktykach, to dzięki Internetowi mogłam przeczytać sobie, co nowy prezydent mówił nie tylko do znajdujących się na sali, ale całego narodu -> >>KLIK<<. Jakoś mnie ten tekst zwyczajnie nie zachwycił, ani nie wzruszył. Podziękowania, plany na przyszłość, powoływanie się na zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego i odwołania do historii naszego narodu - tak w skrócie można podsumować pierwsze przemówienie. No i tradycyjnie obietnice. Ech, wiecie co, ja tam w przysłowiowe cuda na kiju nie wierzę. Ja tylko chcę jednego - aby była jak największa zgoda wśród rządzącymi naszym krajem. Bo kiedy będą unikać bezsensownych sporów, to dużo więcej zrobią dobrego dla naszego kraju. I może jeszcze mogli by uznać opiekę rodziców i opiekunów nad najciężej niepełnosprawnymi za pracę z najniższą średnią krajową, tak aby ci ludzie nie martwili się o emerytury na starość. Dużo się mówi o wzmocnieniu polskiej gospodarki, a tak naprawdę trzeba zaczynać od małych kroczków. A najczęściej ci rodzice na starość zostają z głodowym zasiłkiem. Dużo się spodziewamy po nowym Prezydencie. Jest zdecydowanie najmłodszy, ma zaledwie 43 lata, inaczej patrzy na pewne sprawy niż jego poprzednicy. Tak naprawdę to dopiero za pięć lat okaże się, jak wywiązał się z powierzonego mu zadania. Jeżeli pozytywnie, to z pewnością zostanie wybrany na drugą kadencję, jeżeli nie, pożegna się ze swoim stanowiskiem. Bo my, obywatele potrafimy patrzeć i oceniać. I to do nas należy większa część głosu w wyborze Prezydenta.
Ale trzeba mu przyznać, że twarz ma bardzo sympatyczną

środa, 5 sierpnia 2015

Podróże bez wychodzenia z gabinetu

Studia mają to do siebie, że wiele aspektów danego kierunku poruszanych jest tylko w teorii. Nawet tak zwane ćwiczenia nie są w stanie zapewnić odpowiedniego przygotowania do zawodu. Dlatego tak bardzo ważna jest praktyka, aktualnie obowiązkowa chyba na każdych studiach i typach. Jak dotąd miałam pecha do praktyk - na AWFie skończyło się na trzech podpisach("obowiązkowe były praktyki w trzech miejscach) i tyle było po poznaniu tajników pracy w służbie zdrowia oraz klubie sportowym. Powód odmówienia praktyki zawsze był ten sam: bo nic nie umie, bo poprzestawia nam kartoteki, bo nie ma doświadczenia. Ale przecież praktyka powinna być po to, aby je zdobyć. Tworzyło się więc błędne koło - nie przyjmiemy na praktykę, bo nie ma doświadczenia, nie ma doświadczenia, bo nie ma praktyki. W ostateczności podpiszemy dzienniczek, bo po co marnować komuś studia, ale więcej się nie widzimy. Cyrk na kółkach! Może gdybym była pełnosprawna, to nawet przy praktykach miałabym większe szanse?

Dlatego trochę obawiałam się, jak to będzie tym razem, przy turystyce religijnej. Pamiętając perypetie sprzed kilku lat miałam czarne myśli. Wątpiłam, czy ktoś zechce osobę, która nie dość, że niewyraźnie mówi, to jeszcze wolno pisze. Na szczęście dzięki zaangażowaniu opiekunki praktyk mojego roku udało się umieścić mnie w jednym z nielicznych biur pielgrzymkowych w naszym kraju - AVE w Katowicach. Oczywiście dyrekcja wiedziała, że będzie miała specyficznego praktykanta, który raczej nadaje się na pracę biurową niż do dyskusji z klientem. A mimo to nie zraziła się. Mało tego - znalazła odpowiednie dla mnie zajęcie: wprowadzenie na stronę Internetową gotowych już programów pielgrzymek. To coś odpowiedniego dla człowieka z moim schorzeniem. Bardzo szybko załapałam o co chodzi w programie, do którego wszystko wklikuję. Aż mój opiekun był zdziwiony tym faktem rzeczy. Zwłaszcza, że jego ostatni podopieczny nawet pod koniec praktyki nie wiedział do końca co i jak. Z trzech programów wprowadzonych przez 7 godzin doszłam do 7 :). Czyli jeden na godzinę. A byłoby jeszcze szybciej, gdyby ktoś kto je układa używał polskich znaków, znaków przystankowych, pisał gramatycznie i stylistycznie, a także używał poprawnych zapisów nazw miast. No i zapisywał "Mszę św." przez duże "M". Zaoszczędziłoby mi to sporo czasu. Bo to tak naprawdę jest "krecia robota" - zanim wrzuci się program na stronę, trzeba wszystko sprawdzić dosłownie wyraz po wyrazie, przecinek po przecinku i w razie potrzeby poprawić. Ale plan wycieczki to nie wszystko: trzeba jeszcze podać cenę, świadczenia, jakie obejmuje, okres w którym przewidywana jest wycieczka, ilość dni, środek transportu, miasta, które się pojawiają na drodze... W sumie chyba 8 różnych profili do wypełnienia. W sumie co to dla mnie. Przy okazji trochę podszkolę się w języku HTML hi, hi, hi. 

Co do wprowadzanych pielgrzymek, to zrobiłam już Wyspy Brytyjskie, Kubę, Perły Bałtyku, a teraz jestem na etapie Bawarii. Kurcze, ile można się z tego dowiedzieć. Często po powrocie do domu włączam komputer i oglądam sobie zdjęcia z miejsc, jakie oferuje dany program. Przy okazji poznaję miasta danego kraju, jego zabytki, najważniejsze miejsca sakralne oraz cuda natury. Czy sama bym je odkryła? Na pewno nie tak szybko. W sumie to fajne zajęcie takie układanie wycieczek. Co prawda ja tylko wprowadzam gotowce, ale przynajmniej wiem jak to wszystko powinno wyglądać. Zawsze, kiedy wklepuję kolejny program zastanawiam się, czy ja też tak bym ją zaplanowała? Co bym w niej zmieniła? Czy może inaczej poprowadziła daną trasę? Może więc w przyszłości to będzie moim zajęciem? Czas pokaże. Nie warto zbyt wybiegać w przyszłość. Zbyt wiele razy już się przejechałam na niepowodzeniach. Ale pomarzyć zawszę można...

wtorek, 4 sierpnia 2015

Z takim przygotowaniem, to mogę iść choćby do Częstochowy i filmiki z TdP

Wczoraj pisałam o paraliżu komunikacyjnym w Dąbrowie Górniczej, a dzisiaj przeżyłam nie mniejszy w Katowicach, gdzie kończył się trzeci etap tegorocznej edycji Tour de Pologne. Jeszcze wczoraj wychodząc z praktyk w biurze turystycznym zastanawiałam się, jak ja dzisiaj dotrę do niego i z powrotem do domu. Wszak Katowice to nie Dąbrowa Górnicza i w nich mam kawałek z centrum do biura. Co prawda dzisiaj zaczynałam je o 12., to jednak nie poprawiało mojej sytuacji. Im bliżej momentu wyścigu, tym większy paraliż miasta. Uznałam jednak, że będę tym martwić się dopiero dzisiaj. 
Wyszłam z domu odpowiednio wcześnie na pociąg. Jednak mijając przystanek autobusowy zauważyłam, że podjeżdża autobus do Katowic i to jeszcze z tych tzw. pospiesznych. Niewiele myśląc wsiadłam do niego. Ku mojemu zaskoczeniu, tuż przed Katowicami okazało się, że nie wjeżdża do centrum miasta i jedyne co jest nam w stanie zaoferować, to wysiadkę na ul. Porcelanowej. Szczerze powiedziawszy nic mi to nie mówiło, jednak zawsze lepiej wysiąść bliżej miasta, niż dalej. Na szczęście szybko okazało się, że tuż obok przystanku autobusowego był też tramwajowy. W dodatku zaraz nadjechał tramwaj, który dowiózł mnie na odpowiedni przystanek. Przynajmniej miałam pewność, że się nie spóźnię. Cztery godziny szybko minęły. Zdecydowanie za szybko. Kiedy wyszłam okazało się, że wszystkie ulice już są pozamykane i nie kursują ani tramwaje, ani tym bardziej autobusy. Cóż było robić - człowiek musiał użyć swoich dwóch kończyn i ruszyć na nich przed siebie. W dodatku akurat wystartował "Nutella mini Tour de Pologne" i na przejściach dla pieszych czy się chciało, czy też nie, musiało się przepuścić młodych kolarzy. Na szczęście większość mojej dzisiejszej trasy biegła przez Park Kościuszki, toteż nie dość, że mogłam spokojnie iść własnym tempem, to jeszcze korony drzew chroniły mnie przed słońcem. Musiałam tylko uważać, żeby wyjść odpowiednią ścieżką, potem poszłam jak do AWFu, odbijając w pewnym momencie w prawo i potem znowu plantami i bocznymi uliczkami prosto do dworca. Myślałam, że nie zdążę na pociąg do Częstochowy, na szczęście dobiegłam do niego w ostatniej chwili wywijając orła i rozbijając prawe kolano tuż przed samym wejściem do niego. Trzeba mieć talent... Nie zdążyłam w tym wszystkim podejść do kasy biletowej, na szczęście mogłam kupić bilet u konduktora. I tak też zrobiłam. I nawet gościu zrozumiał co do niego mówię. Kwadrans później wysiadłam już w centrum mojego miasta. Po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu, bo w lodówce hula wiatr, a i rajstopy nowe musiałam kupić, bo w tych co miałam na sobie podczas upadku wytarła się dziura. No nic, jedni zaciągają oczka, a inni notorycznie drą kolana. 
Tak sobie myślę, że dzisiejszego dnia pokonałam niezłą trasę. Zważywszy na odcinek, jaki pokonałam od ulicy na której znajduje się biuro do wejścia do parku, a następnie ten, który przeszłam w nim oraz do dworca PKP, to myślę, że będzie to jakieś 4 km., jak nie więcej. I wcale nie jestem zmęczona. Zobaczymy czy jutro nie będę umierać z zakwasów.
A na koniec wrzucam filmiki obrazujące drugi etap wyścigu Tour de Pologne oraz amatorskie nagranie wczorajszej kraksy tuż przed metą. Miłego oglądania :).

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Tour de nerwy

Po raz kolejny na trasie kolarskiego wyścigu Tour de Pologne znalazło się moje miasto. Co więcej, to właśnie w nim był finisz drugiego etapu sportowych zmagań. Dekoracja, bannery na barierkach przy linii tramwajowej, specjalnie ustawiona scena i pomieszczenie dla obsługi, podium dla zwycięzców, promocja dla miasta, uśmiechnięte hostessy... Wszystko ładnie i pięknie, tylko dlaczego w tym całym przedsięwzięciu najmniej pomyślało się o przeciętnym Kowalskim, który nie ma samochodu, a chce wydostać się z miasta? Z informacji zamieszczonych na stronie urzędu miasta wynikało, że ruch na głównej ulicy zostanie wstrzymany dopiero od 11. Ucieszyłam się, ponieważ praktyki mam w Katowicach dopiero od 9. Dlatego zaplanowałam tradycyjnie przed 8 wsiąść w autobus do Katowic. Jednak kiedy doszłam do przystanku okazało się, że ostatni autobus odjechał... godzinę wcześniej. KZKGOP co  prawda wywiesiła lakoniczną informację, ale że Lolek do gigantów nie należy, więc jej nie doczytał. No nic, puściłam się biegiem na stację kolejową. Po drodze dowiedziałam się, dlaczego ruch do Katowic został wstrzymany tak wcześnie, co przestało mnie już dziwić:



Ekipa montażowa za wcześnie przyjechała i zdezorganizowała zamierzone plany. Ale z drugiej strony musieli wyrobić się przed "Nutellą mini Tour de Pologne". Na szczęście akurat jechał pociąg do Katowic, więc nie było źle. Co prawda serce zaczęło mi mocniej walić, kiedy zobaczyłam stację końcową(po prostu pomyliłam dzielnice Katowic), okazało się jednak, że jest ona właściwa. Potem już tylko musiałam przejść się na odpowiedni tramwaj i już byłam na miejscu. Spóźniłam się zaledwie 5 minut, ale w tej sytuacji było to całkowicie zrozumiałe. Wracałam też pociągiem. Nasz dworzec daje dużo do życzenia, szczególnie jeśli chodzi o perony, jednak raz na jakiś czas da się przeżyć. Myślałam że pociągi będą normalnie kursować, tym czasem mieliśmy przymusowy, półgodzinny postój w Sosnowcu, ponieważ trasa wyścigu biegła przez jedno z przejazdów kolejowych. Reakcja konduktora - K... mać! To co oni ścigają się po torowisku? Ja rozumiem, że zamknęli ulice, bo kolarze po nich jadą, ale żeby wstrzymywać pociągi? - bezcenna. Tym sposobem z sporym opóźnieniem dotarłam do stacji docelowej. Zdążyłam jakimś cudem jeszcze wstąpić do banku po pieniądze, dziwnym trafem nie było w nim ludzi, a że byłam w centrum, to poszłam pooglądać sobie kolarskie zmagania. Akurat kończyli okrążać pierwszą pętlę. Czyli jeszcze mieli przed sobą cztery. Usadowiłam się w dogodnym miejscu, z którego wszystko widziałam zarówno na żywo, jak i na ustawionym telebimie. Na ostatnim okrążeniu emocję wzięły górę. Wszyscy czekali na peleton, a tutaj na mecie pojawiło się raptem... kilku zawodników. Gdzie reszta? Jednak zerkając na telebim wszystko okazało się jasne, dosłownie tuż przed metą, podobnie jak kilka lat temu doszło do kraksy. I znowu nerwy, czy ktoś nie ucierpiał. Oj, coś Dąbrowa nie lubi tych kolarzy.  A może znak, że tego typu impreza nie powinna się u nas odbywać?