Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

środa, 30 września 2015

Sześć lat temu o tej samej porze...

Nasz kalendarz charakteryzuje to, że jest cykliczny, to znaczy układ dat w poszczególnych dniach tygodnia jest taki sam co jakiś czas. Bo co prawda w każdym kolejnym roku dana data przesuwa się o jeden dzień, a w przypadku lat przestępnych o dwa, to jednak w pewnym momencie nasze urodziny przypadną w tym samym dniu, co jakiś czas wcześniej.
Taki sam układ jak w tym roku miał też rok 2009. Był to dla mnie bardzo ważny rok, ponieważ zdałam w nim w sumie zadziwiająco dobrze maturę i dostałam się na studia, co oznaczało dla mnie wkroczenie w nowe, dorosłe życie. Co prawda osiemnastkę skończyłam rok wcześniej, jednak w liceum byłam jeszcze nieporadnym pisklaczkiem, bojącym się wszystkiego i wszystkich. Może gdybym była bardziej odważniejsza, to studiowałabym wymarzone dziennikarstwo albo matematykę. Tymczasem wylądowałam na zarządzaniu w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych. Bo tam wedle szkolnej pani pedagog i mojej wychowawczyni miało mi być najlepiej. Sama nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tym kierunku. Lubiłam i dalej lubię sport chociaż bardziej w formie czynnej niż biernej. Lekka atletyka, pływanie, narty - to mój żywioł. W sumie to studia w jakiś sposób nawiązywały do niego, ale czy na pewno?
Pamiętam, że 30 września, w środę, był dzień organizacyjny - szkolenie bhp, zebranie z dziekanem. Cieszyłam się, a jednocześnie czułam niepokój. A po powrocie do domu, w ramach relaksu, zaczęłam czytać książkę. Pamiętam też, że wieczorem długo myślałam jak to będzie. Czy uda mi się utrzymać poziom? Czy znajdę bratnie dusze? Czy znowu będę popychadłem, czy też nie? Na szczęście na licencjacie trafiłam na naprawdę wspaniałe osoby, które akceptowały mnie taką, jaka jestem. Gdybym tylko wiedziała to dzień przed 1 października. Miałam jednak nadzieję, że po pięciu latach nauki otrzymam tytuł magistra. Tutaj jednak się przeliczyłam, a perspektywa otrzymania pełnego dyplomu ukończenia studiów oddaliła się w czasie... Chyba za szybko chciałam wszystko osiągnąć, pokazać, że da się. Życie jednak skutecznie nauczyło mnie pokory do samej siebie i nie wychylania się poza szereg.
Teraz jestem trochę bardziej odważniejsza. A jednak w niedzielę miałam podobne obawy jak te 6 lat temu. Jednak nie z powodu powrotu na Uniwersytet Papieski, o nie. Doskonale wiem, że tam wszyscy akceptują mnie taką zwyczajną, jaka jestem. W wakacje jednak ponownie złożyłam papiery na USM z turystyki i rekreacji, tym razem, zgodnie z moimi zamierzeniami z początku studiów, w Krakowie. Miałam obawy, co do złożenia podania, wszak jestem już na jednych studiach w Krakowie, w dodatku AWF wprowadził limit dla ludzi studiujących na dwóch kierunkach - dla nich było przewidzianych tylko 18 na 180 miejsc. A jednak mi się udało. Co więcej, byłam na dosyć wysokiej pozycji na liście przyjętych. Potem trafiłam na wspaniałą doktor od medycyny pracy, która widziała mnie w roli studenta. Dostałam zgodę na studiowanie - kolejny cud. Dzięki temu w ten poniedziałek pierwszy raz przekroczyłam próg Akademii Wychowania Fizycznego im. Bronisława Czecha w Krakowie. Czy tym razem mi się uda zdobyć dyplom magistra? Tego nie mogę powiedzieć. Wiem jednak jedno - jeżeli nie uda mi się tego dokonać, to daję sobie spokój z magisterką. Może nie jest on dla mnie?

wtorek, 29 września 2015

Chciałabym Ci Panie list napisać

Drogi Panie Boże,
nie będę się Ci przedstawiać, ani pisać coś więcej o sobie, ponieważ Ty wiesz o mnie o wiele więcej, niż ja sama o sobie. Dobrze wiesz, że kilka dni temu przekroczyłam granicę 25 lat, a raczej jak trudno mi było tego dokonać. Jednak dzięki wierze w Ciebie, w Twoją opiekę, o wiele więcej staje się możliwe.
Dobrze znasz moje życie, znasz wszystkie moje wzloty i upadki o wiele lepiej ode mnie samej. Widziałeś całe moje życie, które znasz od początku do końca. A mimo to dałeś mi wolną wolę, abym mogła po trochu o nim decydować. Dzięki temu mogę wybierać co najbardziej chcę robić, czym się interesować, a nawet o której iść spać. Bo przecież to Ty mogłeś mi to wszystko nakazać.
Dziękuję Ci za wszystkie osoby, które spotkałam na dotychczasowej ścieżce życia. Nie tylko za te dobre, ale też za te, które wyrządziły w moim życiu wiele zła. Za te drugie to może nawet więcej. Bo każda osoba która nie do końca była dla mnie dobra mimo wszystko wzbudzała we mnie uczucie pokory wobec życia. Zaś dobrzy ludzie z czasem stają się moimi przyjaciółmi, a przynajmniej dobrymi znajomymi.
Staram się w życiu iść drogą, którą wskazał Twój Syn. Nie zawsze mi to wychodzi, wszak jestem tylko człowiekiem, który błądzi na tej drodze. Ufam jednak, że podczas każdej mojej porażki jesteś ze mną. Że kochasz mnie "mimo wszystko", a nie "ponieważ". Bo przecież taki jesteś - kochający i wyrozumiały. Wybaczający, kiedy ktoś szczerze żałuje, surowy, kiedy błądzi, wspierający, kiedy błądzi. Jesteś moim najlepszym powiernikiem.
Dziękuję za życie, które mi dałeś, że mnie nie opuściłeś przez wszystkie 25 lat mojego życia. Chciałabym do końca życia z pewnością w głosie wypowiadać słowami mojej ulubionej pieśni "Tyś jest moim życiem, boś Ty żywy Bóg, tyś jest moją drogą, najpiękniejszą z dróg. To jest moją prawdą, co oświeca mnie, Boś odwiecznym Synem Ojca, który wszystko wie. Nic mnie nie zatrwoży już wśród najcięższych burz, Bo Ty Panie jesteś ze mną. Tyś jest moją siłą, w Tobie moja moc, Tyś jest mym pokojem w najburzliwszą noc, Tyś jest mym ratunkiem, gdy zagraża toń, Moją słabą ludzką rękę ujmij w swoją dłoń. Z Tobą przejdę poprzez świat w ciągu życia lat I nic złego mnie nie spotka". Mam nadzieję, że szczególnie dwa ostatnie wersy znajdą odzwierciedlenie w moim przyszłym życiu. Ale to nie moja wola, a Twoja niech się dzieje Panie. W końcu Panie tylko Ty znasz treści moich dni.
Umacniaj moją wiarę Panie, abym nigdy jej nie straciła.
Lolek

poniedziałek, 28 września 2015

Kto spał dzisiaj o 4 rano niech żałuje

Podczas tegorocznego turnusu nad morzem kilka razy udało mi się wstać przed godziną 4, aby podziwiać wschód słońca. Warto tutaj zaznaczyć, że są one nie mniej widowiskowe, jak zachody, chociaż na pewno trzeba cieplej się ubrać. Zwyczaj ten został u mnie zapoczątkowany przez moją wychowawczyni podczas szkolnych kolonii. Niestety, nie miałam go kiedy kultywować, ponieważ mało kiedy wyjeżdżam nad morze. 
Wczoraj wieczorem usłyszałam informację, że dzisiejszej nocy można będzie zobaczyć niezwykłe zjawisko - zaćmienie księżyca. Po trochu interesuję się astronomią, więc postanowiłam poczytać sobie coś więcej na ten temat. Z wiadomości znalezionych na stronach internetowych wynikało, że księżyc podczas zaćmienia nie znika, ale przybiera czerwony kolor. W dodatku w ubiegłą noc księżyc znajdował się bardzo blisko naszej planety, w odległości zaledwie 357 tysięcy kilometrów, co daje wrażenie powiększenia naszego naturalnego satelity o około 10%. Połączenie tych dwóch zjawisk dawało niesamowite wrażenie. Żal nie zobaczyć, zwłaszcza, że podobne zdarzenie będzie miało miejsce dopiero w 2033 roku.
Przyznam się bez bicia, poszłam wczoraj spać dopiero o 22:30. Powód wyjaśnię jednak innym razem. Jeszcze przed położeniem się do łóżka rzuciłam okiem na informacje na temat zaćmienia zamieszczone na Internecie. W sumie nie było to trudne, bo niemal każdy portal zamieścił na swojej stronie wzmiankę. Zgodnie z obliczeniami astronomicznymi zaćmienie miało trwać ok. 4 godzin: od 2 do 6. Nastawiłam więc sobie budzik na 2 i poszłam spać.
Jeżeli myślicie, że wstałam o 2 z uśmiechem na ustach, to jesteście w wielkim błędzie. Nie, cztery godziny snu, to dla mnie zdecydowanie za krótko. Nawet mój sierściuszek po mnie nie skakał - biedne zwierze chyba czuło, że coś jest na rzeczy, bo siedziało napuszone w łazience. No, ale z drugiej strony zawszę mam tak, że jak sobie coś ubzduram, to zazwyczaj udaje mi się to wykonać. Założyłam sobie bluzę polarową na piżamę, zrobiłam herbatę do kubka termicznego i mało pedagogicznie rozwaliłam się na stole. Mogłam oczywiście na łóżku, ale:
a) mam je ustawione w niedogodnym miejscu i ściana po lewej zasłaniałaby mi całe widowisko
b) sądzicie, że bym nie zasnęła?
Krzesło odpadało z powodu b - żeby nie było. A tak nawet gdybym kimała, to obudziłby mnie upadek ze stołu. Na szczęście nic takiego się nie stało. Emocje chyba jednak zrobiły swoje. Tym bardziej, że warunki do podziwiania widowiska miałam idealne - wbrew pozorem było ciemno, mimo że mieszkam w środku miasta. O 2 w nocy jednak większość ludzi śpi w najlepsze. Niech żałują, bo widok był obłędny. Dodatkowym plusem oglądania zaćmienia księżyca jest fakt, że nie trzeba mieć do tego filtrów, tak jak podczas zaćmienia słońca. Można więc bez przeszkód patrzeć w niebo. Co prawda nie posiadam cyfrówki, więc i własnych zdjęć brak, pozwolę więc sobie wrzucić link do strony ze zdjęciami ->  http://wiadomosci.onet.pl/kraj/krwawy-ksiezyc-tak-wygladal-na-swiecie/5bn00r.
Zjawisko "Krwawego księżyca" jest naprawdę fenomenem. Cieszę się, że wytrwałam do końca, zwłaszcza, że dzisiaj startowałam z zajęciami na uczelni i odebrałam owo zaćmienie, jako dobry omen. Nie jestem zabobonna ani przesądna, ale pamiętam, jak kilka lat temu idąc na egzamin zastało mnie zaćmienie słońca i wtedy napisałam najlepiej z całej grupy. Może więc zaćmienie księżyca będzie dobrym znakiem.

piątek, 25 września 2015

"Oto jest życia mała garść"

"Pochyl się nad nią, oceń, patrz.
Czy jest tak, jak człowiek chciał,
czy ktoś inny z niej do syta brał,
czy ktoś inny z życia twego radość brał?"

No i zebrało mi się na wspominki, nie ma co. Generalnie należę do ludzi, którzy żyją przyszłością, rzadko kiedy patrząc w przeszłość. A jednak zdarzają mi się momenty, w których patrzę na to moje życie z perspektywy lat i pewnych wydarzeń i zastanawiam się, jakie ono jest? Czy na pewno wartościowe, czy może takie nijakie, puste, bezwartościowe. Staram się żyć najlepiej jak mogę, w zgodzie z własnymi przekonaniami, jednak nie zawsze mi to wychodzi. Czasami nie udaje mi się wytrwać w swoich postanowieniach i po prostu upadam. Często nie potrafię też się podnieść po kolejnych upadkach i to nie tylko w sensie dosłownym. Staram się działać w różnych organizacjach pomagających tym najsłabszym: wolontariat w szkole specjalnej do której sama chodziłam, w parafialnym Oratorium. Pracuję z dziećmi, często z problemami zdrowotnymi lub społecznymi ponieważ to lubię. Ale czasami zastanawiam się, czy to wszystko na pewno ma sens? Przecież sama życia nie zmienię. Bo co z tego, że zrobię krok naprzód, skoro postępowanie niektórych osób sprawia, że automatycznie cofam się w tył? Co prawda staram się nie przejmować i robić swoje. Nie wiem dlaczego, ale lubię pomagać innym, sprawiać im radość, chociażby w tak banalny sposób, jak wykonanie w zwyczajnym programie paint kartki urodzinowej czy też napisanie scenariusza w taki sposób, aby jak najwięcej osób mogło wziąć udział w danej akademii.

"Oto jest wspomnień mała garść,
zapytaj: ile jesteś wart?
Niech prowadzą w miejsca te,
gdzie ci było dobrze i gdzie źle.
Niech prowadzą teraz ciebie miejsca te"

Nie wiem ile moje życie jest warte. Może niewiele, a może wręcz przeciwnie, bardzo dużo. Przecież gdybym miała umrzeć, to pewnie już by się to stało, okazji było mnóstwo. Ale ja żyję i na przekór losowi realizuję się w tym życiu. Wolontariat, klub sportowy, schola parafialna, studia, szkoła policealna, podróże krajowe i zagraniczne, zwyczajne ludzkie życie, które tak naprawdę niewiele się różni od życia moich pełnosprawnych rówieśników. Chociaż ktoś mi kiedyś powiedział, że ludzie nie powinni dzielić się na pełno i niepełnosprawnych, ale na tych, którzy bardziej i mniej radzą sobie w życiu. A to wbrew pozorom nie zależy od sprawności człowieka. 
Z sentymentem wracam do moich lat szkolnych, kiedy wydawało mi się, że cały świat stoi przede mną otworem. Ale szkoła to nie tylko siedzenie po kilka godzin w szkolnej ławce. To też zabawy z rówieśnikami, gry planszowe na szkolnej świetlicy, treningi sportowe, wyjeżdżanie na wycieczki, zawody, olimpiady. To pierwsze miłości i pierwsze porażki. To też smakowanie życia, zwłaszcza wtedy, kiedy rozpoczęłam naukę w szkole średniej. Nie zawsze wszystko szło po mojej myśli, ale takie właśnie jest życie. Nadszedł czas studiów i jeszcze większa samodzielność, bo dojeżdżanie do Katowic. Studia podobały mi się, nie licząc zajęć z języka angielskiego. Jednak dzisiaj żałuję, że na magisterkę nie poszłam od razu do Krakowa. Człowiek uczy się na błędach. Do tej decyzji dojrzałam dopiero teraz. Lepiej późno niż wcale.
Na swojej drodze spotykam różnych ludzi. Z całą pewnością więcej jest tych, którzy dobrze mi życzą, niż tych, którzy rzucają mi kłody pod nogi. Proroctwo mojej matematyczki sprzed lat niejako się sprawdziło: "Nie możesz Lolku wstydzić się czy też bać prosić o pomoc innych. Jesteś nadzwyczaj samodzielny, jak na swoje schorzenie i wiek, jednak w pewnych przypadkach będziesz jej potrzebować. Na swojej drodze znajdziesz zarówno osoby z chęcią spieszących ci z pomocą, jak i takich, którzy odburkną ci, że nie mogą. Nie zrażaj się nimi, nie warto z ich powodu przestać prosić o pomoc. Zresztą ty jesteś tak sympatyczną osobą, że z pewnością tych pierwszych znajdziesz o wiele więcej, niż tych którzy nie będą chcieli ci pomóc". Zresztą ona sama była pierwszą osobą, która tak naprawdę pomogła mi odkryć swoją tożsamość jako człowieka. Szkoda, że nie zdążyłam jej za to podziękować.
Od trzech lat mieszkam samodzielnie, chociaż mogłabym z rodzicami. Ale co mi to da - rodzice nie będą przecież żyli wiecznie. Pamiętam, że na początku się bałam czy sobie poradzę. Dzisiaj sądzę, że była to najsłuszniejsza z możliwych decyzji. Dbam bardziej o bogactwo duchowe, niż materialne, bo wiem, że jedynie ciężka choroba może mi je zabrać. Zresztą żadnego bogactwa materialnego nie zabiorę ze sobą po śmierci, a chociaż pozostawię dobre wspomnienia. Z moim zdrowiem jeszcze nie jest tak najgorzej, przynajmniej nie do tego stopnia, żebym sobie nie radziła. Jedyne co mi doskwiera to samotność, ale jak to powiedziała tegoroczna wicemiss na wózkach, Kasia Szot: Karolina, to tylko stan przejściowy. I tego stwierdzenia będę się trzymać.

"Żyć, jeśli nawet nie masz nic,
i do zamkniętych musisz pukać drzwi.
Wiesz jak smakuje gorzki chleb
i zwykła ludzka łza.
Żyć, przecież to nie żaden wstyd!"
A jednak na starość człowiek staje się sentymentalny.

czwartek, 24 września 2015

O "prezentach urodzinowych", których byśmy nie chcieli otrzymać...

Tak jak pisałam w ostatnim poście, przeszło dobę spędziłam na oddziale gastroenterologicznim(co za skomplikowana nazwa :/) w celu wyjaśnienia moich dolegliwości brzusznych trwających od przeszło roku. Coś mi mówiło, że wyjdę ze szpitala z kolejną diagnozą, bo przecież tradycyjnie już muszę dostać jakiś prezent urodzinowy od losu. Żebym jeszcze usłyszała od lekarza, że coś się cofnęło, zaleczyło... Tymczasem coś się pojawia, narasta, pęka, zmienia itp. itd. 

Kiedy wczoraj wstawiłam się u ordynatora oddziału, zostałam zapewniona, że lekarz znajdzie to, co mi dolega. Tradycyjnie już wywołałam "zachwyt" wszystkich dookoła, że "taka mała i chora, a tak doskonale sobie radzi". No tak, już nawet wśród pracowników służby zdrowia jest stereotyp, że niepełnosprawna osoba to ta, która nie potrafi samodzielnie egzystować. Tymczasem Lolek od trzech lat samodzielnie mieszka i  jeszcze sobie nie zrobił krzywdy. Tak też można. O ile oczywiście się chce.

Tak jak obiecano, tak zrobiono. Gastroskopia, kolanoskopia, nic przyjemnego. Na szczęście zważając na moją ogólną sytuację zdrowotną, postanowiono zrobić mi je w narkozie. Może to i lepiej, przynajmniej nic z tego nie pamiętam. USG brzucha to jedyne, czego byłam w pełni świadoma. Tutaj na szczęście nic nowego nie wynikło, czyli zastawka i przetoka są w porządku. Tyle dobrze, bo dopiero cztery lata temu zrobiono mi to wszystko. Też tuż przed urodzinami - tak w ramach prezentu. Zastawka jak zastawka, ale przetoka bardzo ułatwia mi życie, a przede wszystkim sprawiła, że stałam się bardziej samodzielna. Ten kto mnie zna, czyli moi znajomi w realu, bo w świecie wirtualnym nie przekazuję wszystkiego ten wie, o czym piszę. 

Najbardziej pomocne w zdiagnozowaniu moich dolegliwości okazała się kolanoskopia, podczas której specjalista dopatrzył się tzw. błon rzekomych(są to szarożółte tarczki pokrywające błonę śluzową jelita grubego), czyli jedną z przyczyn zapalenia jelita. Już coś zaczęło świtać w głowie lekarzy, ale dla pewności pobrano mi wymaz z... No właśnie, sami sobie dopowiedzcie. W każdym razie na pobranym materiale wyhodowano bakterię Clostridium Difficile. Co ciekawe, nie dawała ona żadnych typowych objawów, czyli nie miałam ani wodnistej biegunki, ani wzdętego brzucha, ani nic o czym czytałam na temat bakterii w Internecie. Prawdopodobnie lekarstwa, które przyjmuję na co dzień zmieniły nieco tor działania tego cholerstwa. Dlatego też lekarz pierwszego kontaktu nie wpadł na to, aby przebadać mnie pod tym kontem. Nie mogę mieć o to niego pretensji, wszak jest lekarzem, a nie jasnowidzem. Zagadką pozostaje również to, w jaki sposób złapałam tą bakterię, może podczas jakiejś wizyty u lekarza, może przez nerwy obniżyła mi się odporność. Tych może jest wiele, ale to tylko gdybanie. Najważniejsze, że wiem na czym stoję, a odpowiednia kuracja powinna pomóc pozbyć się niechcianych gości z organizmu. Teraz przez ok. dwa tygodnie muszę przyjmować antybiotyk i potem zobaczymy co dalej.

P.S. 1. Wbrew moim postanowieniom przeczytałam tylko 25 stron "Katedry Marii Panny w Paryżu" co przypisuję zmęczeniu po badaniach.
P.S. 2. Do szpitala wzięłam laptopa, dzięki czemu nadrobiłam pisanie artykułów na stronę parafialną.
P.S. 3. Podczas przyjmowania do szpitala zostałam zważona i... od poprzedniego roku przytyłam cały kilogram. Zważając na moją niedowagę, a przede wszystkim nietolerancję pokarmową to naprawdę spory sukces!

wtorek, 22 września 2015

Strach ma zawsze wielkie oczy

Od jakiegoś czasu w okolicach dnia moich urodzin słyszę od lekarza kolejną zdrowotną diagnozę. Żeby jeszcze brzmiała ona jakoś pomyślnie. Niestety, tak nie jest. A każdy kolejny wprowadzany lek jest nie lada wyzwaniem nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla lekarzy specjalistów. Bo to oni muszą przemyśleć, czy dany składnik lekarstwa nie będzie kolidował z tymi, które przyjmuję na stałe, czy nie wywoła u mnie alergii, a jeżeli już to czym go można zastąpić. Kiedyś śmialiśmy się z rodzicami, że spokojnie mogłabym pójść na farmację, ponieważ jestem obeznana w tym co przyjmuję i w jakich ilościach. Studia farmacyjne jednak raczej mi nie groziły - bądź co bądź ani w gimnazjum, ani tym bardziej w liceum nikt nie zachwycił mnie chemią. A bez tego ani rusz.

Jakieś pół roku temu opublikowałam na blogu notatkę, w której zastanawiałam się nad przyczynami moich przewlekłych bóli brzucha. Potem co prawda milczałam na ten temat, co nie oznacza, że mnie nie bolało. Bolało, i to bardzo. Bywały dni, w których nie mogłam wstać z łóżka. Na szczęście takie sytuacje zdarzały się sporadycznie i w większości przypadków wystarczała mi zbawienna tabletka rozkurczowa. A miejsce na jeden dzień w szpitalu dostałam dopiero kilka miesięcy później. Bo ja jestem tak specyficzną osobą, której pewne badania trzeba robić pod narkozą i to nie ze względu na ból.

Na szczęście doczekałam się i na początku miesiąca dostałam termin zgłoszenia się na oddział - 23/24 września br. Dobrze, że jeszcze w tym roku, a nie w przyszłym. Bo przecież różnie z tym bywa, prawda? No i cieszę się, że wstrzeliłam się z terminem pomiędzy wycieczkę do Paryża, a rozpoczęcie zajęć na uczelni. Z wycieczki trudno by było się wycofać, a i szkoda mi opuszczać wykładów.

Tak więc biorę się za pakowanie rzeczy. A w bagażu na pewno znajdzie się miejsce na "Katedrę Maryi Panny w Paryżu" Victora Hugo oraz "Encyklopedię powszechną". Pamiętam, że jak dwa lata temu miałam robioną biopsję nerki, to też jedną noc spędziłam na oddziale. Dzięki temu nadgoniłam czytanie "Rekolekcji beskidzkich" Wandy Półtawskiej, książki zawierającej zbiór listów, które pisała do siebie z Karolem Wojtyłą. Książkę niezwykłą, bo otrzymaną za zajęcie 2 miejsca w ogólnopolskim konkursie literackim o Janie Pawle II. Czekała na przeczytanie, a potem była czytana miesiącami. Ale opłacało się. Zresztą ja i tak zawszę nudzę się leżąc w szpitalnym łóżku, więc przynajmniej zrobię coś pożytecznego(jeżeli tylko czytanie można tak nazwać). 

Kurczaczek, mam małego stracha przed tym, co mogę usłyszeć w czwartek. A mogę tak naprawdę usłyszeć wszystko...

poniedziałek, 21 września 2015

"Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od Was nie wymagali"

Te słowa wypowiedziane przez papieża Jana Pawła II na Jasnej Górze, a następnie powtórzone na Westerplatte niemal od zawsze było moją dewizą życiową. Szczerze powiedziawszy według mnie hasło to jest bardzo uniwersalne, pasuje do wszystkich ludzi bez względu na ich wiek, pochodzenie, a nawet wyznanie. Bo czy wyznawanie innej religii niż chrześcijaństwo, czy wręcz bycie ateistą zwalnia człowieka z wymagania od siebie pewnych rzeczy? Niekoniecznie.

Osobiście staram się wymagać od siebie dużo więcej, niż inni po mnie oczekują. Mam chore, niedoskonałe ciało, to fakt, na szczęście wszystkie cielesne braki zostały mi wynagrodzone umysłem. Staram się więc nie iść na łatwiznę, bo tak najlepiej. Sprawę szkolnej akademii z okazji wyboru Polaka na papieża rozwiązałam w ten sposób, że podzieliłam uczniów na dwie wymieszane ze sobą stopniami niepełnosprawności grupy - pierwsza wystąpi 16 października, druga kilka dni później podczas finału wiedzy biblijnej. Żeby zaś nie było, że dzielę na gorszych i lepszych, w obydwóch znaleźli się uczniowie z różnymi dysfunkcjami. Kilka dzieciaków wystąpi dwa razy. Wystarczyło wyjechać z Polski i problem sam się rozwiązał. Wiem, że to nie jest najlepsze rozwiązanie, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy. 

Na uczelni zazwyczaj sama notuję wszystkie wykłady. A jak czegoś mi brakuje, albo coś mnie szczególnie zainteresuje, to najczęściej idę do biblioteki i w książkach szukam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Rzadko przepisuję od kogoś notatki, to raczej ja staram się wszystkim wysyłać to, czego brakuje danej osobie. Nie uznaję ściągania na kolokwiach - wolę dostać gorszą, ale zasłużoną ocenę, niż oszukaną piątkę. Przyczyn swoich porażek szukam w pierwszej kolejności we mnie, dopiero później w innych(nie dotyczy to oczywiście tak skrajnych sytuacji, jaka miała miejsce na AWFie, gdzie wykładowca miał do mnie ewidentne uprzedzenia i nie zaliczył mi przedmiotu, bo mu się nie chciało).

Dzisiaj zaś wywołałam zaskoczenie na twarzy znajomego. Czym? Tym, że pamiętałam o jego urodzinach. Tak zwyczajnie, po ludzku. Co prawda obchodził je wczoraj, ale ja nie chciałam przeszkadzać w przyjęciu rodzinnym. Zresztą co to za różnica, dzień w tą, czy w tamtą? Ważne, że się pamięta, prawda? Bo przecież mogłam zapomnieć, tak jak większość ludzi zapomina o mnie. Ale czy o to chodzi? Czasami warto schować urazę i ludzką dumę do kieszeni i iść. Tym bardziej, że ja mam dobrą pamięć do dat urodzin, zwłaszcza tych, których znam osobiście. A pudełko marcepanowych cukierków chyba przypadła co niektórym do gustu. Swoją drogą to ciekawe, kiedy kilka lat temu przyniosłam jego żonie czekoladę nadziewaną truskawkami, usłyszałam od niej, że jest to jej ulubiona czekolada, dzisiaj zaś usłyszałam od znajomego, że najbardziej lubi właśnie takie cukierki marcepanowe. Umówili się, czy jak?

Skoro już jesteśmy w temacie urodzin, to pozwólcie, że pochwalę się jeszcze moim ostatnim pomysłem. Ostatnio kilkoro moich blogowych znajomych dzieciaczków miała urodziny. Nie mogłam osobiście każdemu wręczyć drobnego upominków, chociażby ze względów logistycznych. Mogłam jednak zrobić kartki z życzeniami. Wystarczyło tylko zdjęcie solenizanta, kilka postaci z bajek, które potem odpowiednio przerabiało się w zwyczajnym paincie(tak, żeby odpowiednie punkty były prześwitujące, a to umożliwiło nałożenie obrazka na zdjęcie). Zresztą cała kartka także powstała dzięki paintowi oraz edytorowi tekstu. Zawaliłam kilka nocy na zabawie z kolorowaniem, a w efekcie powstały takie twory:
Aleksowi
Franusiowi
Agusi
Kartki z opóźnieniem dotarły do solenizantów. Wszystkie zostały przyjęte, sądząc po wiadomościach zwrotnych z entuzjazmem. Mam nadzieję, że chociaż tym niewielkim gestem wywołałam chociaż cień radości w ich życiu.

A ja cieszę się ostatnimi dniami przed skończeniem ćwierćwiecza.

niedziela, 20 września 2015

Bonjour mesdames et messieurs

Jakiś czas temu napisałam na blogu, że jestem w trakcie czytania "Kodu Leonarda da Vinci" Dana Browna. Książka dosyć kontrowersyjna, zawierająca tezę, że Maria Magdalena była żoną samego Jezusa Chrystusa, a legendarnym Świętym Graalem wcale nie jest kielich z którego Syn Boży pił podczas Ostatniej Wieczerzy, a ich wspólna córeczka, Sara, która we Francji miała przedłużyć ciągłość Rodu Dawida. Według Browna potomkowie Sary żyją do dzisiaj, a sławne stowarzyszenie Opus Dei za wszelką cenę chce owiać to wszystko tajemnicą mordując każdego, kto mógłby ją zdradzić.
Lektura tej nieco kontrowersyjnej książki nie była przypadkowa. Jak wiadomo, część akcji rozgrywa się w Paryżu. A ja ostatnie 6 dni spędziłam w stolicy Francji na wycieczce zorganizowanej specjalnie pod kątem osób niepełnosprawnych. To zaś wiąże się z tym, że program był bardzo przystępny, to znaczy bez zbędnego pośpiechu. Nie chodzi tutaj o mnie, ale o osoby na przykład poruszające się o kulach, bądź mające jeszcze większe problemy z chodzeniem niż ja.
Paryż - miasto szyku i elegancji. Znany z takich obiektów jak słynna Wieża Eiffla, Pola Elizejskie, Wersal, Katedra Notre Dame, Luwr, Łuk Triumfalny, a także kabaret Moulin Rouge. Miejsce emigracji takich Polaków, jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Zygmunt Krasicki, Cyprian Kamil Norwid, Maria Skłodowska - Curie, czy też Fryderyk Szopen. To na ulicach Paryża toczy się akcja takich książek, jak wspomniany przeze mnie "Kod Leonarda da Vinci", "Nędzników" i "Katedry Marii Panny w Paryżu" Viktora Hugo, "Wynalazek Hugona Cabreta" Briana Selznicka, czy nawet fragment rodzimej "Lalki" Bolesława Prusa. O ilości filmów na temat Paryża już nie wspomnę. To tutaj była słynna Bastylia, to tutaj życie w tunelu straciła królowa ludzkich serc - Księżna Diana.
W Paryżu byłam już raz. W 2007 roku moje liceum organizowało wycieczkę do Luksemburga, Belgii i właśnie Paryża, też głównie pod kątem uczniów niepełnosprawnych. Tak się złożyło, że wśród uczestników znalazłam się także i ja. Pamiętam, że wyjechaliśmy wtedy na samą górę Wieży Eiffla, byliśmy pod Pałacem Sprawiedliwości, katedrą Notre Dame, siedzibą władz, w perfumerii, przejeżdżaliśmy obok Moulin Rouge. Na więcej w ciągu jednego dnia nie starczyło czasu.
Pod koniec zeszłego roku dostałam informacje, że tata mojego kolegi organizuje kolejną wycieczkę zagraniczną, tym razem do Paryża. Mając jeszcze w pamięci wycieczkę do Czech, Austrii i Węgier, a także do Rzymu moja decyzja była raczej szybka. Zważając na rozłożenie zwiedzania poszczególnych obiektów, nie miałam najmniejszych wątpliwości, aby pojechać. W końcu żyje się tylko raz.
Zwiedzanie Paryża rozłożone było na trzy i pół dnia. Na miejsce dojechaliśmy w poniedziałkowe popołudnie. W mieście zwiedziliśmy m.in. takie obiekty jak Ogrody Luksemburskie, Wersal, część Luwru, Plac Pigalle, Bazylikę Sacre-Coeur, Centrum Georgesa Pompidou, wnętrze Kaplicy Saint Chapelle oraz Katedry Notre Dame. Pochodziliśmy po słynnych Polach Elizejskich, pokazano nam domy, w których mieszkali nasi wieszczowie narodowi, a także miejsca związane z księżną Dianą. Zwieńczeniem całej wycieczki był godzinny wieczorny rejs stateczkiem po Sekwanie. Wszystko pięknie podświetlone, było czym cieszyć oczy... Jedzenie było dobre, na zasadzie szwedzkiego stołu, nie miałam więc problemów z moją nietolerancją pewnych pokarmów. Za kilka dni dostanę zdjęcia z wycieczki, więc pokażę Wam kilka z nich.
W całej wycieczce tak naprawdę najbardziej uciążliwa była podróż autokarem. O ile do Paryża jechaliśmy z noclegiem w Salzburgu, o tyle z powrotem przez 18 godzin jechaliśmy ciągiem do Polski. I chociaż mieliśmy co 4 godziny postoje, to pod koniec czuło się tą niecałą dobę jazdy. Ale za to obejrzałam w końcu film pt.  "Bogowie" opowiadający o profesorze Zbigniewie Relidze, a raczej o jego przygotowaniach do pierwszego w Polsce przeszczepu serca. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
To nie ostatnia zagraniczna wycieczka w naszym wykonaniu. Za rok chcemy podbić Anglię, w planach jest też Litwa, Ukraina, a nawet Ziemia Święta. Chcemy też odwiedzić kilka polskich miejscowości. Przecież świat jest taki piękny, że żal go nie zobaczyć, kiedy jest taka okazja. Bo to, że ktoś jest niepełnosprawny, czy nawet jeździ na wózku nie oznacza, że musi siedzieć w domu.

A kolejną moją książką, którą zamierzam przeczytać będzie "Katedra Marii Panny w Paryżu" Viktora Hugo, która od lat znajduje się na moim regale. A i z "Nędznikami" wypadałoby się zaprzyjaźnić...

piątek, 11 września 2015

Bijąc się z własnymi myślami...

Siedzę od dwóch dni nad scenariuszem szkolnej akademii na rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża, połączonej z obchodami XV Dnia Papieskiego. W tym roku hasło Dnia Papieskiego brzmi bardzo wymownie - "Jan Paweł II - patron rodziny". Trzy lata temu, w 2012 roku, hasło brzmiało prawie tak samo: "Jan Paweł II - papież rodziny". Z tej okazji osobiście napisałam scenariusz przedstawienia przedstawiający widzom powiązania rodzinne Karola Wojtyły. Dwanaście stron napisanych czcionką 18, czterdzieści sześć tekstów do rozdzielenia. Teksty zostały tak napisane, że w razie potrzeby można rozdzielić je na jeszcze drobniejsze fragmenty, zaś wiersze bez problemu dzielą się na strofki.

W placówce jest siedemnaście klas o różnej liczbie uczniów w zależności od charakteru schorzenia uczęszczających do nich dzieci. W przypadku klas z uczniami niepełnosprawnymi ruchowo liczba ta nie przekracza 12 dzieci, klas z osobami z upośledzeniem umysłowym w stopniu lekkim - 16 uczniów, w stopniu umiarkowanym zaś 8 uczniów. Oczywiście powyższe liczby nie są maksymalną ilością uczniów uczęszczających do danego oddziału, bowiem klas drugich szkoły podstawowych jest na przykład 3, trzecia gimnazjum jest jedna, zaś pierwszej gimnazjum wcale nie ma. Gimnazjum jednak nie bierze udziału w akademii z okazji wyboru papieża-Polaka, oni wykazują się w kwietniu na rocznicy jego śmierci. Nie licząc dzieciaków śpiewających w szkolnym chórze. Zostaje mi więc trzynaście klas, średnio po 14 uczniów. Razem daje mi to około 182 uczniów, którzy mogą wziąć udział w akademii. 182 ludzi na 46, może trochę ponad 50(jak całość jeszcze bardziej podzielę oraz coś jeszcze dodam) tekstów. Oczywiście, kilka osób nie przyjdzie, bo coś tam, nie wszyscy też przeczytają tekst, choćby był nie wiem jak był króciutki - tutaj mam głównie na myśli pierwszaczków. Ale dla kilku z nich będę miała zadanie :). Czyli muszę liczyć na około 100 potencjalnych kandydatów do czytania. 100 na 50 - na jednego ucznia teoretycznie przypada pół tekstu. 

Tak bym chciała, aby każde dziecko mogło się wykazać podczas występu. Muszę pamiętać, że są to dzieci najczęściej z problemami, które uniemożliwią im wykazanie się w innej instytucji. No bo kto da dziecku z problemem z wymową jakąś rolę? Co więcej, umyśliłam sobie, aby kilka dzieci, nie koniecznie potrafiących mówić, zaangażować w występ, poprzez np. przejście z zapalonym zniczem albo różami, kiedy będą czytane fragmenty o śmierci bliskich Karola Wojtyły, niektórzy mogę też pokazywać poszczególne osoby będące członkami rodziny Jana Pawła II na dużym drzewie genealogicznym. Nie wiem, najwyżej będę myśleć nad jeszcze innymi rozwiązaniami tego problemu.

Paradoksalnie nie powinnam mieć tego typu dylematu, zważając na fakt, że w scholi parafialnej raczej traktują mnie tak, jakby mnie nie było. Pewnie o przeczytaniu czegoś 16 października mogę sobie tylko pomarzyć... Ale ja nie mogę myśleć tymi samymi kategoriami co schola, w ten sposób daleko nie zajdę. Muszę bardziej stawiać na dzieci, niż na swoje sympatie, tak, aby jak najmniej z nich czuło się pokrzywdzonych. Wiem, że nie uszczęśliwię wszystkich, wiem, że przydzielając rolę wielokrotnie pokłócę się sama ze sobą, że dałam ten tekst temu, a nie tamtemu, że nie podzieliłam jakiegoś wystąpienia na jeszcze mniejsze partie. Ale z drugiej strony, nie możemy przecież wystawiać jednej akademii kilka godzin...

Czasami zastanawiam się, czy nauczyciele nie mają lepiej... Bo oni mogą nagrodzić daną rolą swoich ulubieńców. A ja jako zwykły wolontariusz staram się traktować wszystkich na równi bez względu na ich schorzenia, czy stopień upośledzenia umysłowego. To trudne, ale przy odrobinie dobrych chęci możliwe. W dodatku doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie i tak nie zobaczę efektu końcowego, bo po prostu będę na wykładach na uczelni... Będę się więc denerwowała, czy wszystko idzie tak, jak powinno.

Czemu to życie jest takie skomplikowane?!

środa, 9 września 2015

Wokół "Lalki" Bolesława Prusa, czyli o akcji Narodowe Czytanie

Tak się jakoś złożyło, że śmierć pana Jerzego Kamasa zbiegła się w czasie z akcją narodowego czytania, zapoczątkowaną jeszcze przez poprzedniego Prezydenta Polski, pana Bronisława Komorowskiego. W tym roku miała miejsce już piąta jej edycja, a utworem przewodnim była słynna "Lalka" Bolesława Prusa. Szczerze powiedziawszy jakoś umknęło mi to wydarzenie, może dlatego, że nigdy nie brałam w nim udziału, i kiedy w poniedziałek poprzedzający wydarzenie żona prezydenta Dudy czytała fragment opowiadający o Ignacym Rzeckim, bardziej przypisałam to do odbywającego się tego dnia pogrzebu Kamasa, niż do zapowiedzi narodowego czytania lektury ze szkoły średniej. Dopiero na koniec spotu dowiedziałam się o co w nim chodzi:
Jakoś się tym specjalnie nie przejęłam. Co prawda książkę posiadam w wszelkich możliwych formach, łącznie z wersją MP3, gdzie treść jest czytana przez samego Jerzego Kamasa, ale jakoś nigdy powieść nie była mi specjalnie bliska. Jednak w czwartek szukałam czegoś na stronie internetowej mojego miasta i tak zupełnie przez przypadek trafiłam na zaproszenie tego dnia do Miejskiej Biblioteki. Ponieważ i tak nie miałam konkretnych planów na sobotnie przedpołudnie, postanowiłam skorzystać z okazji i zobaczyć co Biblioteka ma tak naprawdę do zaoferowania z tej okazji. Tym bardziej, że na stronie można było przeczytać, że będzie literacki happening, gra miejska, quiz wiedzy o powieści i samym aktorze, a także głośne czytanie treści książki. Ponadto każdy powinien mieć ze sobą egzemplarz "Lalki". Z tym nie było kłopotów, ponieważ doskonale znam rozstawienie moich książek na regale i wiem, która gdzie jest.
Moje plany stanęły jednak pod znakiem zapytania, kiedy podrażniłam sobie oko. O godzinie 9 rano siedziałam na okulistyce i do końca nie wiedziałam, jak to się wszystko potoczy. Szybko jednak okazało się, że z moim okiem nie jest jeszcze najgorzej, a w każdym razie nie trzeba go amputować hi, hi, hi. W związku z tym spokojnie o 11 godzinie mogłam pojawić się w bibliotece. Na miejscu spotkałam jednego z parafialnych ministrantów, A., razem z mamą. Tak się jakoś złożyło, że byliśmy w jednej drużynie, zarówno podczas quizu, jak i gry miejskiej. Ta gra była głównie z myślą o dzieciach z podstawówki, które raczej nie czytały jeszcze "Lalki", ale wzięły udział w akcji z swoją nauczycielką. Na początku był quiz. Automatycznie przypomniały mi się szkolne kartkówki z treści lektur, a wśród nich z "Lalki". Tym razem nasze pytanie dotyczyło sekundanta Wokulskiego podczas pojedynku z baronem Krzeszowskim, którym był Szuman. W nagrodę każdy dostał lizaka. Potem wszyscy wyszli przed budynek biblioteki, aby odsłuchać fragmentu powieści opowiadający o interesach Wokulskiego. Przy okazji mogliśmy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z Izabelą Łęcką oraz Stanisławem Wokulskim.
Nasza drużyna(nawet moje oko prezentuje się nie najgorzej, chyba)
Następnie rozpoczęła się gra miejska, która miała miejsce w pobliskim parku. Wcześniej jednak musieliśmy wylosować kolor naszej drużyny. Bo wszyscy uczestnicy zostali podzieleni na trzy ekipy, tyle ile było tras. Nasza trzyosobowa grupa podążała kolorem zielonym. Nasze pierwsze zadanie polegało na ułożeniu puzzli przedstawiających okładkę "Lalki", na których odwrocie umieszczony był napis stanowiący rozwiązanie - "dziesięć rubli i pięćdziesiąt kopiejek". Drugim zadaniem było rozwiązanie krzyżówki na temat treści książki, a rozwiązaniem był wyraz "Wokulski". Tak naprawdę w krzyżówce nie znaliśmy tylko odpowiedzi na pytanie w jakiej gazecie w 1890 roku zaczęto drukować fragmenty powieści(czteroliterowy tytuł, trzecia litera to "W"). Grunt, że hasło główne nam wyszło. Kolejne zadanie polegało na obliczeniu równania matematycznego, a wynikiem był rok pierwszego wydania książki(1890). Czwarte zadanie to typowe odnalezienie odpowiedzi w książce. Na parkowym stoliku leżał egzemplarz "Lalki", a my mieliśmy na karcie odpowiedzi instrukcję gdzie szukać odpowiedzi. Jedynym mankamentem było to, że książka była jedna na trzy drużyny, a zważając na to, że na stanowisku pojawiliśmy się w podobnym czasie, to zrobiło się ciekawie. Zastosowaliśmy więc zasadę kto pierwszy ten lepszy, wedle której nasza drużyna miała pierwszeństwo. Rozwiązaniem zagadki okazało się słowo "teatr", ponieważ tam miał być Wokulski. Ostatnim zadaniem była praca z fragmentem tekstu i znalezienie rzeczy, których brakowało w przygotowanej walizce, a były w opisie bagażu Wokulskiego. I z tym zadaniem poradziliśmy sobie w miarę sprawnie. Teraz musieliśmy tylko wrócić do biblioteki i oddać kartę z odpowiedziami. Na miejscu okazało się, że pierwsi rozwiązaliśmy wszystkie zadania i w dodatku bezbłędnie. W związku z tym oprócz pamiątkowych dyplomów czekały na nas nagrody w postaci książek oraz audiobooków. Mi przypadła w nagrodę książka autorstwa Estebana Martina pt. "Malarz cieni" oraz dwupłytowe MP3 pt. "Prorok" Gibrana Khalila czytany przez Mirosława Neinerta.
Na początku myślałam, że są to biblioteczne pozycje, które nie znalazły czytelników, jednak po wnikliwym obejrzeniu stwierdzam, iż są to tzw. nówki :D. Tego się nie spodziewałam. A po powrocie do mieszkania włączyłam sobie płytę z "Lalką" czytaną przez Jerzego Kamasa. Co prawda w wersji okrojonej, ale zawszę... 
No cóż, czytać nie mogłam, więc chociaż sobie posłuchałam treści książki w cudownej interpretacji. Cieszę się, że kupiłam tą płytę, kiedy była taka okazja. A wczoraj nawet obejrzałam film na podstawie powieści.

Sobotnie przedpołudnie okazało się jak najbardziej udane. Nie tylko ciekawie spędziłam czas, ale i zawiązałam nowe znajomości. Mam nadzieję, że z mamą A. spotkamy się jeszcze nie raz. Tym bardziej, że jesteśmy z jednej parafii, a jej synka czasami mam w grupie podczas półkolonii.

wtorek, 8 września 2015

Krótkie info

Jestem! Przez własną nieuwagę na kilka dni musiałam ograniczyć korzystanie z wszelkiego rodzaju telewizorów, komputerów, a nawet wyświetlaczy telefonów  komórkowych. W piątkowy wieczór coś wleciało mi do oka, wyleciało dopiero na drugi dzień rano. Całą noc to coś tkwiło w moim oku skutecznie drażniąc jego powierzchnię, skutkiem czego w sobotni ranek nie potrafiłam nawet podnieść powieki, bo od razu czułam ból. Wiem, powinnam w piątek jakoś próbować to wyjąć, ale wtedy nie wiedziałam jak potoczy się cała sytuacja. W sobotę jednak nie mogłam czekać. "Dobrze", że to było prawe oko, w przeciwnym razie prawdopodobnie nie mogłabym też prawego oka otworzyć(z lewym nie mam tego problemu). Z samego rana zadzwoniłam po tatę, który przyszedł i zawiózł mnie do szpitala na okulistykę, bo oko wyglądało bardzo źle. Na szczęście okazało się, że w sumie to co było w oku, już z niego wypłynęło z łzami i wszelka interwencja okazała się zbyteczna. Na wszelki wypadek dostałam jednak antybiotyk do oka, głównie z tego względu, że nie wiadomo co to było. Ostrożności nigdy za wiele. Tak więc, aby nie forsować zdrowego lewego oka, miałam przymusowy trzydniowy urlop od wszelkich wyświetlaczy, a nawet książek(co najbardziej mi doskwierało, wszak jestem typowy mól książkowy). Ale za to nadgoniłam wszelkie prace domowe. I udało mi się wysłuchać "Lalki" w formacie MP3(o tym napiszę w kolejnej notce, bo to bardziej rozbudowana sprawa). Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło... :). Dzisiaj mija czwarty dzień od zdarzenia i wszystko wraca do normy. Opuchlizna i zaczerwienienie oka znikło, nie leci mi nic z nosa i tylko podrażniona skóra wokół prawej dziurki zdradza, że coś się ostatnio ze mną działo...

Przy okazji przypomniało mi się, jak trzy lata temu, w marcu, dziabnęłam się w oko otwierając mydełko(było w takiej twardszej folii - nie wiem jak to tworzywo precyzyjniej określić). Znowu był ból i łzawienie oka, w dodatku było to w czasie trwania roku akademickiego, więc i nie mogłam zbytnio ograniczyć korzystania z komputera(który z pewnych moich ograniczeń służy mi jako zeszyt, notatnik, itp.). Na szczęście wtedy też wszystko szybko się zagoiło, chociaż bez strachu, szczególnie moich rodziców, się nie obyło.

P.S. Cynia, mój meil to lolek90dg@gmail.com. Z niecierpliwości czekam na zaproszenie.

czwartek, 3 września 2015

Na szary, jesienny nastrój...

Jeszcze tak niedawno wieczorami było na tyle jasno, że mogłam czytać książki bez konieczności włączania sztucznego światła. Tymczasem mamy 3 września, godzina 20 i jest już ciemno. I zimno. W zaledwie dwa dni pogoda zmieniła się diametralnie. Jako typowy wcześniak jestem typem ciepło(ale nie gorąco) lubnych homo sapiens. A tutaj za oknem leje, wieje, chociaż na dobrą sprawę mamy jeszcze lato. Pamiętam, jak chodziłam do liceum, to mieliśmy takiego wspaniałego wychowawcę, który na którejś lekcji zaczął się o nas martwić, że przez ten krótszy dzień jesteśmy na dobrej drodze do zapadnięcia na depresję. Miłe, że ktoś się o ciebie troszczy. Zresztą wychowawca to trochę tak jak rodzic. Na szczęście z pewnych powodów depresja mi nie grozi. Kiedy popadam w handrę, czy też melancholię, po prostu biorę moją kotkę na ręce i się wtulam w jej mięciutkie futerko. Tak śmiesznie wtedy mruczy... Aktualnie wpadłam też w wir pisania zaległych artykułów na parafialną stronę internetową. To co napisałam na temat Sosnowieckiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę wrzuciłam także na serwis wiadomości24, o tutaj - http://www.wiadomosci24.pl/artykul/dwa_i_pol_dnia_wedrowali_do_maryi_336319.html. Na dobrą sprawę zostało mi jeszcze "nabazgranie" czegoś na temat Misterium Męki Pańskiej, o którym pisałam w TYM poście. Co prawda do samego przedstawienia mam pewne zastrzeżenia, nie mniej jednak nie chcę po raz kolejny pisać, że Wielki Post trwa 40 dni. W tle leci nastrojowa muzyka z repertuaru jednego z moich ulubionych zespołów muzycznych, czyli "Czerwonych Gitar". Kocham ten zespół podobnie jak Skaldów, czy też Waweli. Ogólnie lubię muzykę i teleturnieje muzyczne. Nie na darmo śpiewam w scholi parafialnym. Ponadto obiecałam pewnemu młodzieńcowi stworzyć krainę Jukoli. O co chodzi napiszę w przyszłości, a teraz zdradzę, że jestem na etapie projektowania tego wszystkiego. Sówka dla A-Połamańca też powoli nabiera kształtów. Do końca listopada powinnam zdążyć. Z niecierpliwością czekam na rozpoczęcie nauki. Z technikiem administracji ruszam już w przyszłym tygodniu. Nie mogę się już doczekać. Tak samo jak powrotu na uczelnie. No i czytam, czytam i jeszcze raz czytam. A raczej męczę słynny "Kod Leonarda da Vinci". Czy zdążę do niedzieli w przyszłym tygodniu przeczytać całość? Muszę.

środa, 2 września 2015

Żyć nie umierać

Zostałam wczoraj wyciągnięta przez kolegów, jeszcze z czasów gimnazjum, na film "Żyć nie umierać". Brzydale stwierdzili, że skoro przez przynajmniej 9 miesięcy Lolek siedzi w książkach, tak że wszelkie formy kultury są poza jego zasięgiem(nie powiedziałabym, z tym że ograniczam się raczej do oglądania filmów w domowym zaciszu), to warto się wybrać do kina już teraz. Zresztą mogę to potraktować jako prezent urodzinowy, a że dostałam go trochę wcześniej, to już jakoś przeżyję. O samym filmie napisałam opinię na moim drugim blogu, który ostatnio trochę zaniedbałam. Wszystko przez dojeżdżanie do Krakowa. Niby miało być dużo czasu na czytanie książek w pojeździe, a wyszło na to, że całą podróż potrafię przespać, a i w samym Krakowie brakuje mi czasu na zagłębienie się w lekturze. Ach ta ludzka słabość. Zainteresowanych moim zdaniem na temat filmu odsyłam tutaj -> http://recenzje-lolka.blog.pl/2015/09/02/zyc-nie-umierac-macieja-migasa/.

Po filmie podjechaliśmy natomiast do mojego Słowiczka, który obchodził siódme już urodziny. I pomyśleć, że nikt mu po porodzie nie wróżył dobrze, a gdyby nie natychmiastowa operacja maleńkiego serduszka, kto wie, czy dzisiaj byłby z nami. Właśnie wrócił z rozpoczęcia roku szkolnego z zestawem podręczniku do drugiej klasy pod pachą. Jestem pełna podziwu dla jego rodziców, którzy nie bali się puścić swojego wcześniaczka do pierwszej klasy rok wcześniej. Owszem, chodzi do szkoły specjalnej, gdzie ma zapewnioną rehabilitację, zajęcia z logopedą i psychologiem, ale uczy się z normalnych książek. Na klasowym zdjęciu jest najmniejszy z całej klasy, ale też najbardziej uśmiechnięty. W kuchni babcia ptaszynki robiła nam herbatę i kroiła ciasto, tymczasem my z maluszkiem najpierw oglądaliśmy jego podręczniki(darmowe, zakupione ze szkoły), a następnie odśpiewaliśmy mu "Sto lat" i daliśmy prezenty. Długo nie wiedziałam co mu podarować, jednak przechodząc obok księgarni zobaczyłam tą książkę:
Zważając na fakt, że dzięki Słowiczkowi poszłam w ogóle na bajkę dla dzieci, która zachwyciła mnie do reszty, postanowiłam sprezentować powyższe dzieło ślicznemu chłopczykowi. W końcu 20 złotych to nie majątek w porównaniu z radością, jaką sprawiłam malcowi: "Mai ciecio! Bede citaj z babu!" Tak, dla tych słów warto było się poświęcić. Chłopcy dorzucili do tego kubek z Zygzakiem McQuinem(jakkolwiek to się pisze) oraz koszulkę z napisem "Jestem super facet" i malec był w siódmym niebie. Dzisiaj nawet paradował w otrzymanym T-shercie po szkole. Przynajmniej tak mi donieśli. Kiedy zaś wracaliśmy z przyjęcia, D. stwierdził, że z dziećmi mi do twarzy. Sie wie. Tylko trochę szkoda, że na razie z cudzymi. Ale w przyszłości, kto wie?

A tak na marginesie to ostatnio coraz bardziej cieszę się życiem. Był taki okres, kiedy myślałam, że wszystko co dobre jest już za mną. Tymczasem zmieniłam uczelnię, środowisko, poszłam do szkoły policealnej i powoli całe moje życie na nowo zaczyna nabierać kształtów. Stawiam sobie cele, ale tylko możliwe do osiągnięcia. Staram się nie przejmować opinią innych, a dążyć do tego, co chcę osiągnąć. Czy mi się to uda nie wiem. Ale muszę próbować...