Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 31 października 2015

Reset

Podczas ostatniego zjazdu w Progresie zostałam namówiona przez moją koleżankę z grupy na wypad do schroniska w sąsiednim mieście. R. działa w nim od roku. W sumie to nic nie stało na przeszkodzie, abym miała nie jechać, bo zjazdów w tym tygodniu nie miałam, a i jakaś odskocznia od codzienności była mi potrzebna. Uwierzcie mi, lub nie, studiowanie na kilku kierunkach jest w sumie niezłe, ale od czasu do czasu trzeba zrobić sobie jakąś przerwę i zająć czymś innym. A już wyjście na spacer na świeże powietrze jest wręcz wskazane. Co z tego, że motywacji brak? Bo, a to za dużo ma się do zrobienia, a to po prostu jest się zmęczonym. Ale teraz powiedziałam sobie, że muszę wyjść, bo inaczej zwariuję.
Z R. umówiłam się w tramwaju. Trochę się zdziwiłam, kiedy do niego weszłam, a jej nie było, ale wkrótce uświadomiłam sobie, że R. wsiada w centrum, a ja przystanek wcześniej. Nie myliłam się. Czas, mimo długiej trasy, minęła mi w miarę szybko. Duża w tym zasługa R., z którą niemal natychmiast znalazłam wiele wspólnych tematów do rozmowy.
Na miejsce dotarłyśmy przed 9, a o 9:30 była pierwsza tura wyprowadzania psów. Na początek trafił nam się kundel o zupełnie niepasującym do niego imieniu, Diablo. Spodziewałam się, że będzie to typowy diabełek w skórze psa, tymczasem dostałyśmy nieco ospałego osobnika, dla którego spacer był ostatnią rzeczą, na którą to zwierzę miało ochotę. R. dosłownie musiała go ciągnąć na smyczy, aby szedł. Natomiast na drugi spacer przypadła nam Molly(zboczenie hobbistyczne od razu nasunęło mi na myśl "niezatapialną Molly Brown" ze słynnego Titanica). Suczka jest wyjątkowa, bo nie słyszy. Dlatego trzeba ją podwójnie pilnować, co nie jest takie proste, ponieważ Molly to prawdziwy wulkan energii, a jej prawdziwym żywiołem jest woda. R. nieźle się z nią siłowała, kiedy przechodziłyśmy obok jeziorka. Na chwilę jednak pozwoliła suczce wejść do wody, a my w tym czasie powtarzałyśmy wiadomości z wykonywania pracy biurowej. Czyli typowe połączenie przyjemnego z pożytecznym. Druga tura wyprowadzania skończyła się o 13. Wbrew pozorom byłam już po niej padnięta, ale w pozytywnym tego słowa znaczenia.
Co prawda nabór na wolontariuszy został już niestety zakończony, co nie przeszkadza mi przyjeżdżać potowarzyszyć R, prawda? Przyjemnie jest pochodzić z kimś, pogadać tak po ludzku, powtórzyć zadania. A przy okazji zresetować się od codzienności, spróbować nowych rzeczy, nabrać doświadczenia. Coś czuję, że dzisiaj będę wyjątkowo dobrze spała. A tego potrzebuję najbardziej...

piątek, 30 października 2015

A gdyby tak nie reformy Soboru Watykańskiego II

We wtorek mam pierwsze kolokwium z języka łacińskiego. Tematycznie jak najbardziej nawiązuje do profilu uczelni - In nomine, Pater noster, Ave Maria, Gloria Patri i Credo(Znak krzyża, Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Chwała Ojcu i Skład Apostolski). Co prawda nie jestem na kierunku ściśle teologicznym, jak się wydaje niektórym moim znajomym, ale że na wydziale teologicznym, to postanowiono uszczęśliwić nas tym językiem. Chociażby po to, abyśmy potrafili przeczytać i przetłumaczyć napisy na murach. W tej dziedzinie wykazałam już się kilka lat temu tłumacząc werset napisany na jednej z bram na Wawelu(to akurat było proste - to werset z Listu do Rzymian: "Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam"/"Si Deus nobiscum, quis contra nos?"; Rz. 8, 31).
Ogólnie nie powinnam narzekać, wszak miałam język łaciński jako obowiązkowy w szkole średniej i jakieś podstawy języka mam(przynajmniej w teorii), ale zapamiętanie tych kilku modlitw przychodzi mi z trudem. Zwłaszcza Credo. To nie jest tak, że nie umiem przetłumaczyć tekstu, czy też poszczególnych słów. Nie, sens całego Składu Apostolskiego przecież znam z pacierza. Ja najbardziej boję się, że pokręcę końcówki, czy też zrobię tak głupie literówki, jak w patrologii. Oj, wychodzą reformy Soboru Watykańskiego II, wychodzą. Od tego momentu Msze święte zaczęto odprawiać w językach narodowych, a nie jak dotąd po łacinie. Z jednej strony dobrze, bo ludzie przynajmniej rozumieją co kapłan mówi w poszczególnych częściach Mszy, jednak z drugiej, gdyby chociaż modlitwa "Ojcze nasz" w Kościele odprawiana była w języku łacińskim... Może wtedy łatwiej by mi ona weszła do łba?

A swoją drogą pamiętam jak w 2011 roku podczas sierpniowego odpustu w Kalwarii Zebrzydowskiej był jakiś kapłan z Bałkanów i Msza święta odprawiana była w języku łacińskim(z pominięciem czytań i kazania), a lud odpowiadał w języku polskim. I wcale nie było tak źle. Wystarczyło tylko orientować się w kolejności odpowiedzi na poszczególne wezwania i jakoś to poszło. Wbrew pozorom chciałabym jeszcze kiedyś uczestniczyć w nabożeństwie odprawianym w ten sposób.

czwartek, 29 października 2015

Gdzieś w sercu na dnie...

Powoli zbliża się listopad, miesiąc, który w naszej tradycji wiąże się z pamięcią o zmarłych. Również i mnie dopadła mała jesienna melancholia(co przy moim nadmiarze obowiązków nie powinno się zdarzyć). Chodziłam do szkoły z wieloma ludźmi, wiele z nich nie ma już wśród nas. Pierwsze odejście kogoś ze szkoły, jakie zapamiętałam, to była śmierć Moniki w 1999 roku, w Dzień Matki był jej pogrzeb. Co prawda byłam wtedy zaledwie w drugiej klasie podstawówki, Monika zaś ją kończyła. Ale rok wcześniej chodziliśmy do jednego oddziału i jej mama często przynosiła nam jakieś książki(pracowała bodajże w księgarni). Miała guza, zbyt późno wykrytego. Tak samo jak Dominika z zespołem Downa. Z tym, że Dominiki i tak by nie zoperowali z powodu wady serca. A pomiędzy nimi była jeszcze kilkuletnia Ola z rozszczepem kręgosłupa. Potem do wieczności odeszła Martusia, też z rozszczepem kręgosłupa, a następnie Łukasz. Śmierć Łukasza przeżyłam szczególnie, gdyż zdążyłam go już dojrzale poznać. Miał dystrofię mięśniową, zdążył jeszcze ukończyć gimnazjum i złożyć papiery do liceum. Nie zdążył już jednak do niego iść - zmarł w wakacje poprzedzające zmianę szkoły podczas pobytu w Kijowie. Potem umarł cierpiący na to samo Bartuś. No i bracia Michał i Rafał z ciężką postacią MPD. A pamiętam, jaką miłością darzyli ich rodzice, jak się nimi opiekowali podczas wycieczek szkolnych. Tak samo jak zaledwie rok starszy ode mnie Łukasz i Tezeusz. Zmarła również moja koleżanka z klasy - Ewa, która zachorowała na białaczkę.
Wszyscy ci mieli przed sobą całe życie. Może trochę bardziej nastawione na uniedogodnienia, ale zawsze. Przecież celem każdej osoby urodzonej jest życie i walka o nie. A oni przegrali je w nierównej walce. I to nie dlatego, że nie chcieli żyć, bo pewnie na swój w jakiś świadomy sposób chcieli. Ale dlatego, że walczyli z nierównymi przeciwnikami, a jednym z nich była niepełnosprawność, która zazwyczaj utrudniała, czy wręcz uniemożliwiała im tradycyjne leczenie. Kimże by byli, gdyby przeżyli? Czy czegoś by dokonali? Czy byli by szczęśliwi? Tego nie wiem. Pozostaje mi tylko wiara, że w tym "innym" życiu są szczęśliwsi i już nie cierpią.
Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy chcą umrzeć nie dlatego, że przytłacza ich cierpienie i ból, ale dlatego, że boją się przyszłości. Nikt z nas nie jest prorokiem i nikt nie wie, co się zdarzy za te kilka, kilkanaście lat. Dzisiaj jesteśmy przekonani, że będziemy zdani na łaskę innych, a za kilka lat okaże się, że jesteśmy wystarczająco samodzielni. Znam to z autopsji - jeszcze na początku studiów moim rodzicom pewnie się nie śniło, że będę kiedyś samodzielnie mieszkać. Nie z MPD, epilepsją i pęcherzem neurogennym. Sama też miałam pewne obawy, bo przecież jestem świadoma swojej choroby. Wystarczyło jednak zrobić mi pewien zabieg i zmienić leki i już od trzech lat nie dość, że jestem samodzielna i sama mieszkam, to jeszcze studiuję na dwóch kierunkach, uczę się w dwóch szkołach policealnych i dorabiam w biurze podróży. Pomimo czterokończynowego porażenia mózgowego i schorzeń towarzyszących wyszłam na prostą i nawet się realizuję. 
Nie warto więc przekreślać swojego życia pod chwilą emocji i przypuszczań. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Bóg dla każdego człowieka przygotował piękny plan. Trzeba tylko robić wszystko, aby się wypełnił, a poprzez zamartwianie się na temat swojej przyszłości i snucie ciemnych wizji na pewno nie przyczynimy się do jego wykonania.

środa, 28 października 2015

Wszystko wydaje się trudne, jeżeli jest nieznane

Kiedy tydzień temu profesor wykładający patrologię zapowiedział nam na dzisiaj kolokwium i zakres materiału na niego, wszyscy mieliśmy nietęgie miny. Wczoraj mało nas było na zajęciach - większość wolała zostać w mieszkaniach i uczyć się. Niezastąpione okazały się tutaj zrobione przeze mnie notatki, na podstawie tego, co nagrałam na dyktafon. Przynajmniej tak twierdzili inni. Chociaż jedna korzyść z mojego poświęcenia. Hi, hi, hi. Ja też nie poszłam wczoraj na wykłady na AWFie(prawo gospodarcze oraz regiony turystyczne), tylko pojechałam do Wadowic, w celu powtórzenia sobie jeszcze materiału. Oczywiście uczę się na bieżąco, ale zwyczajnie przeraził mnie zakres i język materiału. Siedziałam więc sobie na łóżku z kubkiem ciepłej herbaty i herbatnikami i uczyłam się w dosłownym tego słowa znaczeniu. Żeby było sprawiedliwie, to w pokoju obok pewien dziewięciolatek przyswajał sobie modlitwę "Pod Twoją obronę". Wbrew pozorom nie poszłam jednak zbyt późno spać, ponieważ znam już dosyć dobrze swój organizm i wiem, że kiedy jestem niewyspana, to po prostu nie myślę. Faktem jest to, że jeszcze nie odespałam nocy z soboty na niedzielę i jestem w związku z tym rozkojarzona nieco. Dlatego wczoraj już o 22 powiedziałam sobie "pas", zagasiłam światło i poszłam lulać. 
Nazajutrz wstałam o 5:15, a pół godziny później jechałam już w busie na uczelnię. Znowu poświęciłam zajęcia z informatyki na AWFie i powtarzałam ostatnie biografie Ojców Kościoła. Kolokwium było dosyć późno, bo dopiero po 13. Tym gorzej dla mnie, bo stres przybrał na sile. Oczywiście spóźniłam się, bo poprzednie zajęcia mieliśmy w zupełnie innym budynku, na szczęście tylko kilka minut.
Test w skali trudności od 1 do 5 oceniam na 2. Obawiałam się rozbudowanej biografii Ojców Kościoła, a tutaj definicje, rozszyfrowanie skrótów, wyjaśnienie dlaczego chrześcijanie byli prześladowani, dwie biografie. Czyli pełen luzik - bluzik :). Pisałam co wiedziałam, a nagle mnie oświeciło i wiedziałam zadziwiająco dużo. Przynajmniej tak mi się wydaje. 
Nie no, 4 może będzie.

niedziela, 25 października 2015

Patrologia, czy patologia?

W tym semestrze na turystyce religijnej mamy taki przedmiot jak patrologia. Sądzę, że dla większości z Was jest to nic niemówiący termin. Zresztą dla mnie na początku też był on prawdziwą zagadką. Spieszę więc z wyjaśnieniem co to jest. Najprościej mówiąc patrologia jest nauką o Ojcach Kościoła. Przedmiot, który powinien być przyjemny, zwłaszcza, że nie jest on zbyt znaczący w naszej specjalizacji. Jednak tak nie jest - trafił nam się wyjątkowo ciężki wykładowca, który chyba zbyt bardzo przejął się swoją rolą. Wymyślił sobie 3 kolokwia(pierwsze już w tą środę), egzamin i zaliczenie jakiejś tam lektury(swoją drogą muszę podpytać co to za książka). Nieźle.
Notowania jest co niemiara, już na pierwszych zajęciach wiedziałam, że nie dam rady zanotować nawet przy pomocy laptopa. Dlatego nagrałam sobie ostatni wykład na dyktafon i prawie przez całą ostatnią noc przepisywałam to, co się nagrało. Tak, tak, kiedy większość ludzi spała godzinę dłużej, ja godzinę dużej pracowałam. Ale przynajmniej mam notatki, które zajęły mi aż 5 stron czcionką 12. A to tylko jeden wykład. Dzisiaj, korzystając ze skróconych zajęć z powodu wyborów(nie było rachunkowości w administracji, ale jakoś mnie to nie martwi - dojrzewam, czy co?) i wcześniejszego powrotu do domu, uzupełniałam zaś pierwszy i drugi wykład na podstawie zestawu podręcznik + Internet. I po kilku godzinach coś mnie zaczęło brać. Bo zamiast zabrać się za przedmioty typowo turystyczne(juro mam na przykład wejściówkę z regionów turystycznych ze Skandynawii), ja tracę czas na szukanie informacji na temat Ojców Kościoła. Żeby to jeszcze były jakieś ciekawe rzeczy... Ale nie, to są tak szczegółowe informacje, że człowiek nawet nie wie, które z nich zanotować, a które sobie odpuścić. Więc notuje wszystko. A w środę kolokwium pt. na jakiego Ojca Kościoła wypadnie, na tego bęc! No nic, trzeba będzie poświęcić najbliższe noce na zaprzyjaźnienie się z podręcznikiem księdza Franciszka Drączkowskiego, "Patrologia", i jakoś to przeżyć. Dam radę, przecież zaliczyłam już tyle kolokwiów, to i to pokonam.

piątek, 23 października 2015

Bo to nie sztuka skopiować referat z inetrnetu

Dwie godziny - tyle zajęło mi napisanie referatu na jutrzejsze zajęcia z wykonywania pracy biurowej. Temat: sprawozdania finansowe w przedsiębiorstwie. Poczytałam co nieco na ten temat w internecie i zaczęłam pisać. Tak, pisać, a nie przepisywać. To co przeczytałam starałam się ująć we własne słowa. Zostało mi tak jeszcze z czasów, kiedy nie miałam internetu i nie miałam możliwości napisania referatu na zasadzie kopiuj - wklej. Czasami musiałam coś streścić, czy wręcz napisać swoimi słowami, aby napisać daną pracę. I ten nawyk został mi do dzisiaj. Dobrze, źle? Wszystko ma swoje plusy i minusy, nie czarujmy się. Jedno jest pewne - nikt nie zarzuci mi plagiatu. A że trochę więcej czasu spędzam przed monitorem? Czasami trzeba się poświęcić. 

Mój referat liczy zaledwie dwie strony, ale starałam się w nim zawrzeć kwintesencje ogólną tematu. Moja przewaga jest taka, że miałam podobny temat na techniku rachunkowości, więc wiedziałam o co chodzi. Fakt, nauczyciel nauczycielowi nierówny, ale powinno być dobrze wszystko. Przynajmniej mam taką nadzieję, a to nigdy nie zaszkodzi.

Dobrze, że dzisiaj kupiłam tusz do drukarki - jutro nie będzie bieganiny w poszukiwaniu czynnego punktu ksero :).

czwartek, 22 października 2015

Pusia tu, Pusia tam, Pusia tu i tam

Nie wytrzymam, po prostu oszaleję z tą moją Pusią, a raczej z jej pomysłami na życie. Rozumiem, żywe stworzenie, to i musi się wyszaleć. Najpierw zaczęła biegać z szybkością błyskawicy, wybiegać z mieszkania na korytarz, a następnie zbiegać po schodach w dół(raz mi czmychła do samej piwnicy i szukaj Pusi w polu), potem skakać pod niebiosa, tak że zapala światła we wszystkich pomieszczeniach, ale ostatnio przechodzi już samą siebie. Nauczyła się wskakiwać po tapczanie i półce na piec kaflowy. Albo najpierw na szafkę pod telewizor, następnie na regał, aż w końcu na szafę. Ostatnio nawet przeskakuje z pieca kaflowego na kredens w kuchni przez okno w pokoju. I siedzi tam merdając ogonem z oczami jak pięć złotych. No bo wskoczyć łatwo, a zeskoczyć z powrotem na dół już nie. Tak samo z wchodzeniem do różnych miejsc, łącznie z odpływem z prysznica. Jak ta kotka się tam znalazła, nie mam pojęcia. Zwłaszcza że zastawione jest ono płytką. Jak widać dla chcącego nic trudnego. W sedesie też się wykąpała, nie myślcie sobie, że nie. Tak w ramach polowania na latające muchy. Co robi Pusia w opałach? Zaczyna się przenikliwe "miau-miau!". Na to całe Pusiowe "miał" pędzę jak oszalała do miejsca, z którego się wydobywa. I nie raz sama kombinuję jak ją uwolnić z danego miejsca. Zwłaszcza, że krnąbrny zwierzak potrafi przede mną uciekać. Na szczęście zawsze jakoś ratuję ją z opresji. Przy okazji zwala różne rzeczy z szafek, szaf, półek, parapetów etc., bo przecież musi zrobić porządek po swojemu. Pamiętam jak w wakacje moja jedyna paprotka, zresztą od tej samej osoby, która dała mi Puśkę, lądowała na podłodze, bo kociak chciał akurat tam wygrzewać się na słońcu. Dzisiaj zaś po powrocie do domu zastałam pozwalywane świeczki zapachowe. Obawiam się, że mój wychuchany model "Titanica" jest zagrożony...

Zastanawiam się czy lepiej przywiązać kota smyczą do kuwety i dać mu w pobliżu papu, czy lepiej zamknąć w łazience o chlebie i wodzie?

Ale i tak życie bez Puśki byłoby o wiele mniej ciekawe i wesołe. Dobrze że ją mam...

środa, 21 października 2015

Szaleństwo internetowe, czyli komputer też się musi namyśleć

Wszystko zaczęło się w niedzielę - akurat kończyłam pisać zaliczeniowe sprawozdanie z filozofii i powoli zastanawiałam się, co chcę napisać w referacie z podstaw pracy biurowej. Pusia(mój kotek) siedział sobie obok mnie na tapczanie(nie potrafię pisać na laptopie, kiedy mam go na stole - za wysoko mam wtedy dłonie i strasznie się męczę, za to kiedy trzymam komputer na kolanach, to wysokość mam optymalną). Piszę kolejne zdania, od czasu do czasu sprawdzam coś na komputerze(głupia nie nagrałam sobie wykładu na dyktafon w telefonie, więc niektóre informacje musiałam zweryfikować w sieci). Od pewnego czasu zauważyłam, że mam z lekka przerwany kabel będący połączeniem laptopa z internetu. Oczywiście od jakiś dwóch lat mam router, ale jakoś przez ten czas łącze bezprzewodowe nie chciało zaskoczyć. Na początku myślałam, że to coś z odbiornikiem, ale potem sprawdzałam połączenia wi-fi w różnych miejscach i z reguły działał. Dlatego przyczyny szukałam w źle skonfigurowanym urządzeniu. Zresztą stacjonarny komputer też nie otwierał stron internetowych, mimo że sprzęt wzajemnie się widział. Doraźnie więc ratowałam się podłączeniem laptopa do routera kablem, wypinanym za każdym razem, kiedy komputer był brany na uczelnię(czyli codziennie). Nic dziwnego, że w końcu się przerwał. Miałam kupić nowy, jednak jakoś nie miałam czasu. Zwłaszcza, że internet działał. Do czasu. Kiedy w niedzielę chciałam coś sprawdzić i wklikałam kolejne hasło w wyszukiwarkę google, na ekranie pojawiła się informacja, że strona jest niedostępna. Już kilka razy tak mi się działo, więc kilkakrotnie nacisnęłam klawisz F5 w celu odświeżenia strony. Zazwyczaj to pomagało. Jednak nie tym razem. Minęła godzina, druga. I nic. W międzyczasie próbowałam na nowo skonfigurować bezprzewodowe połączenie. System niby widział sieć, ale tak jakby nie wiedział jak jej użyć, sygnał zwrotny nie docierał. Trudno, sprawozdanie napisałam z pamięci. Miałam je wysłać koleżance na meila, żeby przekazała profesorowi, a ja poszłabym na zajęcia z regionów turystycznych na awf-ie. Rzeczywistość zweryfikowała jednak moje plany i zamiast na kolokwium pojechałam na PAT oddać pracę z filozofii. A potem gnałam na złamanie karku na socjologię czasu wolnego na AWF. 
Przy okazji zastanawiałam się, kiedy podjechać do jakiegoś sklepu komputerowego po kabel, bo przecież bez internetu nie wiem nawet, jakie mam zajęcia w weekend w szkole policealnej. Wyszło mi, że najlepiej mi będzie dzisiaj, ponieważ w domu jestem stosunkowo szybko - już po 17(W poniedziałek jestem po 20, we wtorki zaś w ogóle nie wracam do siebie, tylko nocuję w Wadowicach, wszystko dlatego, że ostatni wykład kończę przed 20). Najbliższy tego typu sklep jest czynny do 18. Dlatego spokojnie zdążyłam do niego podskoczyć zaraz po powrocie z Krakowa. Oczywiście nie kupiłam kabla, bo nie mieli trzymetrowych na stanie, ale obiecali zamówić. Na jutro. Czyli na piątek, bo jutro jestem u siebie po 19.
Po powrocie do mieszkania włączyłam laptopa, bo chciałam powoli zacząć przepisywać nagrane na dyktafon wykłady z patrologii. Tym bardziej, że w przyszłą środę mamy kolokwium, a obiecałam ekipie, że podzielę się z nimi notatkami. Do tego akurat nie potrzebuję łącza z siecią. Widzę jak powoli mi się wszystko ładuje, cierpliwie czekam. I nagle jak gdyby nigdy nic pojawia się reklama "gg". Uwierzycie! Bo ja myślałam, że padnę. Owszem, mam ustawioną sieć jako automatycznie logującą się, hasło też mam automatycznie zapisane. Ale jak dotąd nie załapywała. A tutaj proszę - viola. I nawet sprawnie chodzi.
Więc co? Wystarczyło na nowo skonfigurować urządzenie i zresetować komputer. A może to tylko tak jednorazowo? No nic. Wszystko się okaże. A ja i tak zakupię ten kabel. Choćby awaryjnie. 

sobota, 17 października 2015

Doctor honoris causa dla nuncjusza apostolskiego w Polsce, czyli inauguracja roku akademickiego po raz drugi

Tradycją Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie jest uroczysta inauguracja w dniu wyboru Karola Wojtyły na papieża. Wiąże się to też z pewnym faktem w historii - to właśnie z inicjatywy Jana Pawła II uczelnia została wyodrębniona z dawnego wydziału teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego w dniu 8 grudnia 1981 roku. Można więc przypuszczać, że gdyby nie Jan Paweł II, to raczej nie powstała by tego typu uczelnia.
O ile rok temu moja obecność na inauguracji wynikała z tego, że byłam świeżo upieczonym absolwentem Uniwersytetu, o tyle w tym roku moja obecność na uroczystości wynikała z ciekawości, jak wygląda uroczystość wręczenia Doctora honoris causa*. Wiele razy słyszałam o tym zaszczytnym tytule, jednak nigdy nie byłam świadkiem tak podniosłego wydarzenia. Więc kiedy nadarzyła się ku temu okazja(od początku października mówiono, że ten zaszczytny tytuł zostanie wręczony aktualnemu nuncjuszowi apostolskiemu w Polsce - abp. Celestinowi Miglioremu podczas inauguracji roku akademickiego), postanowiłam zrobić wszystko, aby w niej uczestniczyć.
Nie było to jednak takie proste - wszak w mojej byłej szkole miała miejsce akademia, do której osobiście  i samodzielnie napisałam scenariusz. Co prawda 3 lata temu, ale zawsze. W związku z uroczystością na uczelni przeniosłam akademię już na godzinę 9 - musiałam się wyrobić na 10:45, aby na 12:00 być w Krakowie. I tak wcześniej zebrałam się z uroczystości, ale na szczęście miałam już umówione zastępstwo(nawet potem dostałam SMSa, że wszystko poszło dobrze). W związku z szkolną akademią nie byłam na Mszy świętej, za to na część artystyczną wyrobiłam się idealnie :).
Podobnie jak w zeszłym roku, także i w tym uroczystość odbyła się w krakowskiej filharmonii. Zaniosłam swoją kurtkę do szatni i udałam się na salę główną. Na scenie stały już krzesła dla uczelnianego Senatu, bocznymi wejściami zaczęli schodzić się zaproszeni goście. Tuż przy wejściu dostałam biuletyn zawierający informacje o arcybiskupie Miglioremie oraz gazetkę uczelnianą, po czym zajęłam miejsce w jednym z ostatnich rzędów.
Laudacja, czyli wręczenie doctora honoris causa, było przedostatnim punktem uroczystości. Najpierw został odczytany życiorys kandydata, następnie wymienione zasługi, dzięki którym Senat przyznał mu ten zaszczytny tytuł. Wśród nich znalazły się:

  1. kompetentne reprezentowanie Biskupa Rzymskiego oraz Stolicy Apostolskiej na forum międzynarodowym w poczuciu odpowiedzialności za dobro wspólne oraz godność każdego człowieka.
  2. ważne oraz znaczące wystąpienia na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych, które ukazują jasny oraz czytelny głos Magisterium Biskupa Rzymskiego oraz Stolicy Apostolskiej w obronie najważniejszych wartości;
  3. chętny i czynny udział w różnych konferencjach oraz zjazdach naukowych
  4. żywe i twórcze, a także mądre oraz odpowiedzialne współdziałanie na rzecz Kościoła katolickiego w Polsce, jego należnego funkcjonowania instytucjonalnego, wraz z promowaniem dokumentów papieskich w Kościele lokalnym;
  5. wyróżniające wypełnianie od pięciu lat zadań Nuncjusza Apostolskiego w Polsce, przez co Arcybiskup dr Celestino Migliore wpływa niewątpliwie znacząco, swoją gruntowną wiedzą oraz zdobytym doświadczeniem – jako wybitna postać dyplomacji watykańskiej – na kształtowanie współczesnych relacji państwo− Kościół, przede wszystkim w aspekcie dobra wspólnego.
Sama laudacja została wygłoszona w języku łacińskim. Na szczęście liznęłam co nieco tego języka w liceum, więc coś tam zrozumiałam. A i w tym semestrze mam lektorat z tego starożytnego języka. Wyróżniony był wyraźnie wzruszony otrzymanym tytułem, co dało się wyczuć w jego głosie, podczas wygłaszaniu wykładu inauguracyjnego zatytułowanego "Format społeczny jako przestrzeń życia w relacji z innymi i transcendencją". Temat bardzo na czasie, zważając na falę imigracyjną ze wschodu. I co najważniejsze, wygłoszony po polsku... A to nie takie proste dla cudzoziemca.

* Doctor honoris causa (z łac. [doktor] dla zaszczytu) – akademicki tytuł honorowy nadawany przez uczelnie osobom szczególnie zasłużonym dla nauki i kultury. Nie wymaga posiadania formalnego wykształcenia, ale nadawany jest zazwyczaj osobom o wysokim statusie społecznym lub naukowym. Osoby obdarzone tytułem mają prawo dodawać do nazwiska skrót dr h.c., w przypadku kilku tytułów: dr h. c. mult.(źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Doctor_honoris_causa)

czwartek, 15 października 2015

Najgorzej jest patrzeć na cierpienie dziecka...

Już tylko jeden dzień pozostał do szkolnego przedstawienia dotyczącego jej patrona - Jana Pawła II. Zaraz po zajęciach na obydwóch uczelniach i dotarciu do mojego miasta, pojechałam do szkoły, aby uczynić ostatnie przygotowania przed tym wydarzeniem - najpierw generalna próba z rekwizytami, a następnie, kiedy dzieciaki wróciły już do swoich domów, wykonanie dekoracji wraz z kolegami jeszcze z czasów szkoły podstawowej i gimnazjum - P. i R. Przez tą pogodę kilka dzieciaków nam odpadło z uroczystości, ale to nic, na szczęście szybko znalazło się za nich zastępstwo. Bynajmniej nie zmienia to faktu, że jest mi po prostu szkoda, że ci co zachorowali nie będą mogli się zaprezentować. Tym bardziej, że nasza rozmowa mimowolnie spadła na jednego z aktualnych uczniów szkoły - Oliwera. Oliwer niedawno skończył 9 rok życia. Według diagnozy lekarskiej nie dane mu będzie dożyć 15 lat. Cierpi on bowiem na ultrarzadką chorobę - NBIA, genetyczne schorzenie powodujące odkładanie się żelaza w mózgu. Z pogodnego, sprawnego dziecka, Oliwer w przeciągu kilku miesięcy stał się niepełnosprawną kukiełką zależną od innych. Widoku jego powyginanych nóżek nie mogę wymazać z pamięci. Co gorsza, choroba ta postępuje. W zeszłe święta Bożego Narodzenia doszło do dramatycznego pogorszenia się stanu dziecka - mięśnie jego układu pokarmowego zostały porażone. Maluch nie przełyka pokarmów, nie wydala. Od tamtego momentu Oliwer jest pod opieką domowego hospicjum, przeszedł więc na nauczanie domowe. Karmiony jest przez PEGa, matka osobiście wyciąga z niego stolec. Co może czuć chłopiec w takiej chwili? Tego nikt nie wie. Jest chudziutki, waży niecałe 18 kg, dokuczają mu ciągłe, nieustanne przykurcze w stawach. Nie da się ich ani zmniejszyć, ani rozćwiczyć. Tak, jakby ktoś dał mu tam blokadę. Ostatnio jego oddech jest wspomagany respiratorem. A mimo to uśmiech nie znika z jego twarzy. Jakiś czas temu pojawiła się szansa na eksperymentalne leczenia, które dawałoby mu szansę na przedłużenie życia. Na przeszkodzie stanęła cholerna biurokracja. A przede wszystkim czas!
Rodzice wiedzą, że Oliwer w każdej chwili może odejść do innego świata. Że na tą chorobę nie ma lekarstwa. Są jednak rodzicami, przez to codziennie patrzą na cierpnie synka. Owszem, mogliby go oddać do jakiegoś zakładu, ale czy o to chodzi? Przecież zadaniem rodzica jest się opiekować swoim dzieckiem na dobre i na złe. Jeśli jest on innego zdania, to według mnie nie dorósł do swojej roli. Nie wiem ile zostało Oliwerowi czasu, wiem tylko, że przy wsparciu swoich rodziców dojdzie do kresu swojej ziemskiej wędrówki z godnością i poczuciem, że jest kochany. A ja będę ich wszystkich wspierać cichą modlitwą...

niedziela, 11 października 2015

Podstępna spastyka

Na ogół nie skarżę się na mój stan zdrowia, a raczej sprawności, ponieważ uważam, że pomimo czterokończynowego dziecięcego porażenia mózgowego jest ona w stosunkowo dobrym stanie, o czym świadczy chociażby fakt, że samodzielnie mieszkam. Są jednak momenty, w których moja własna słabość szczególnie daje mi się we znaki. Dzisiaj dla przykładu cały dzień zmagam się z spastyką dłoni. Warto tutaj powiedzieć, że spastyka w mniejszym lub większym stopniu dotyka większość osób z mpd, a okres jej szczególnego nasilenia przypada właśnie na porę jesienną. Jeżeli miałabym wyjaśnić co to jest spastyka, to powiedziałabym, że jest to stan, kiedy człowiek nią dotknięty chce wykonać jakiś zamierzony ruch, a nie może. Dochodzi tym samym do dużego zesztywnienia dotkniętej nią kończyny, w której mięśnie są bardzo napięte, wręcz powodując jej ból. 
Dzisiaj cały dzień byłam w szkole policealnej. Jakby nie patrzeć cały tydzień spędziłam przed laptopem notując w miarę ekspresowym tempie zdania wypowiadane przez poszczególnych nauczycieli. Wymaga to ode mnie maksymalnego skupienia, a trudno o nie, kiedy człowiek nie dosypia. No i w miarę szybkiego uderzania w poszczególne klawisze klawiatury mając do dyspozycji de facto cztery w miarę słuchające się swojego właściciela palce. Skończyło się to tym, że dzisiaj około godziny 13 mój organizm "powiedział" pas i w jednej chwili nie dość, że zesztywniały mi palce, to jeszcze ręce odmówiły mi posłuszeństwa. Wyglądało to tak, że ja chciałam nacisnąć jakąś literę, a moje zbuntowane palce trafiały tuż obok. Dodając do tego dyktowanie przez nauczycielkę tekstu w ekspresowym tempie uzyskujemy mieszankę iście ciekawą. Na szczęście po poproszeniu o powtórzenie jakiegoś zdania, zaraz ponownie je słyszałam. Niestety, a może i stety, wyniosłam z poprzednich lat nauki przekonanie, że prawie wszystko powinnam notować sobie sama i jakoś tak tego się trzymam od lat. Ręce bolały, bo napięcie robiło swoje, ale notatka została napisana prawie dobrze(jak mi przejdzie poprawię błędy).
W takich chwilach zastanawiam się, jak bardzo jestem bezradna wobec własnych ograniczeń. Walczę z nimi ile mogę, ale czasami wręcz brak mi na to sił. Bo co z tego, że ja zrobię krok w przód, kiedy choroba cofnie mnie krok w tył? Owszem, są leki zmniejszające spastykę, ale ja nie chcę brać kolejnej dawki medykamentów, bo i tak biorę ich niemało. Staram się jednak nie poddawać, bo to nie leży w mojej naturze. Od pierwszych dni swojego istnienia jestem na coś skazana - najpierw na walkę o życie, a potem o sprawność i jak największy jego komfort. Ale ta walka mnie zahartowała, dzięki niej jestem wytrzymała na porażki. Tylko ta cała spastyka spędza mi sen z powiek. Żeby jeszcze nie była taka bolesna. Ale z drugiej strony życie to nie tylko wzloty, lecz i upadki. A każdy upadek pozwali mi jeszcze bardziej poznać jego sens.

piątek, 9 października 2015

Echa urodzin...

Chociaż urodziny obchodziłam dwa tygodnie temu, to ciągną się one za mną po dzisiejszy dzień. Najpierw od jednej z koleżanek ze scholi dostałam tomik wierszy Jana Twardowskiego zatytułowany "Potrzebne do szczęścia". Prezent trafiony w 10, ponieważ Twardowski jest jednym z moich ulubionych poetów. Do tego A. wpisała mi taką dedykację, po której dosłownie łzy popłynęły mi z oczów. Moje kochanie. Niby taka niepozorna, a jednak. To już mój trzeci zbiór wierszy Twardowskiego. Pierwszym są znane "Patyki i patyczki", który miałam dosłownie od zawsze. Drugi to "Tylko miłość się liczy" otrzymany w wakacje 2011 roku, po udanym debiucie na półkoloniach parafialnych. Tak samo jak "Potrzebne do szczęścia" posiadał dedykację, a przeczytanie całości zajęło mi nota bene jeden wieczór. Potem co jakiś czas wracam do niektórych z zamieszczonych w nim wierszy, aby się nad nim dłużej zastanowić, przemyśleć. "Potrzebne do szczęścia" czekają na swoją kolej, czyli na odrobinę wolnego czasu, abym mogła spokojnie nad nimi zasiąść. Czyli gdzieś do listopada, ponieważ 11 wypada gdzieś w środku tygodnia. 
Inna koleżanka podarowała mi obrożę dla kota z dzwoneczkiem. O reakcję raczej wypadało by zapytać nową właścicielkę, jednak słuchając jej mruczenia mam prawo sądzić, że przypadło jej do gustu. Jednocześnie dostałam też "nauczycielski" organizatorek na rok szkolny 2015/2016. Oj, będzie mi on pomocny w pogodzeniu wielu spraw w moim życiu. 
Moja ukochana grupa z Uniwersytetu Papieskiego też zrobiła mi prezent, a jakże. Dostałam od nich kubek z fotografią całej naszej ekipy, a do tego album "Sanktuaria i miejsca kultu w Polsce". Zważając na nasz kierunek studiów, może być bardzo przydatna. Już ją z grubsza przejrzałam i zawiera nie tylko barwne ilustracje, ale i bardzo przydatne informacje na temat poszczególnych miejsc. Na pewno się przyda, choćby podczas planowania wycieczek dla naszej parafialnej scholi. Bo wstępnie umówiłam się, że zorganizuję coś na wiosnę w ramach praktyki studenckiej. No i zobaczę, czy czegoś się nauczyłam podczas trzech dotychczasowych semestrów studiów.
A dzisiaj dostałam od sąsiadki trzy książki poświęcone znanej Ani Shirley. Tak w ramach spóźnionego prezentu urodzinowego. Używane, ale zawsze coś. Zresztą większość książek w moim domu jest po prostu odziedziczone po kimś, bo nie zawsze ma się pieniądze na coś innego, a jeżeli ktoś ma wyrzucić dobrą książkę, to przecież lepiej je komuś oddać. O ile "Anię z Zielonego Wzgórza" przeczytałam, o tyle "Ania na uniwersytecie" oraz "Opowieści z Avolnea" są mi zupełnie obce. Do tego dorzuciła kilka książek nieznanego mi jeszcze Johna Galsworthy'ego. Chociaż mój tata stwierdził, że kiedyś słyszał coś o tym autorze. Dziwne, bo ja nie. Ale to nic, przyjdzie czas, kiedy to wszystko nadrobię. A przynajmniej mam taką nadzieję. Na razie książki leżą na stoliku nocnym i czekają, aż albo je przeczytam, albo po raz enty zrobię remanent na regale. Przydałaby mi się jakaś dodatkowa półka na książki, bo mam ich sporo. Albo zamiast tapczanu - półkotapczan i automatyczne przeniesienie się w czasy PRL-u. No nic, na razie żyję jutrzejszym dniem w szkole policealnej. Chcę się skupić na nauce, bo ostatnio przywiązuję zbyt dużą wagę do pobocznych rzeczy, takich jak na przykład akademia z okazji dnia papieskiego w mojej byłej szkole. Na szczęście w przyszły piątek będzie teoretycznie po wszystkim. A ja znowu będę musiała pogodzić występy dzieciaków z inauguracją roku akademickiego na Papieskim. Życie...

Kurczaczek, coraz bardziej zaczyna do mnie docierać, że żyję już 25 lat. 

czwartek, 8 października 2015

Zaskoczyć germanistę

Studiowanie na dwóch uczelniach w obcym mieście wymaga niezwykłej sztuki zarządzania własnym, cennym czasem. Moje ostatnie dni wyglądają tak, że wstaję rano około godziny 4:30, ponieważ w przeciwnym razie nie mam szans na zdążenie na godzinę 8, a dwa razy w tygodniu nawet na 7:45 na zajęcia. Składając papiery na krakowski AWF liczyłam się z tym, że niektóre zajęcia będą się pokrywać. No i miałam rację - w poniedziałek turystyka regionalna jest w tym samym czasie co filozofia, potem język francuski na AWFie nachodzi mi na geografię pielgrzymowania i turystyki na Papieskim, we wtorek zajęcia z w-fu na AWFie mam w tym samym czasie co język łaciński na Papieskim, zaś równocześnie z zakończeniem łaciny zaczynam statystykę na AWFie. No i wieczorem będę spóźniać się na wykład z socjologii czasu wolnego, bo o 16:30 kończę zajęcia z rosyjskiego. W środę zaś poranne zajęcia mam w obydwóch uczelniach. No nic, dzisiaj zaniosłam do dziekanatu turystyki i rekreacji podanie o przyznanie mi indywidualnego toku studiowania. Jak się uda, będę kombinować z zamianą grup, tak aby jak najwięcej chodzić.

Jednak nawet w obrębie jednej uczelni potrafią zdarzyć się nieprzewidziane sytuacje z przedmiotami. We wtorek zorientowałam się, że na Uniwersytecie Papieskim mam w jednym czasie język rosyjski i język niemiecki. A że sklonowanie się na razie nie jest możliwe, postanowiłam załatwić od razu całą sytuację. Już nieraz pisałam na tym blogu, że trafiłam na wspaniałą germanistkę i teraz po raz kolejny to potwierdzam. Z pełnym zrozumieniem zapoznała się z moją sytuacją i zaproponowała mi przeniesienie się do grupy o poziom wyżej, która ma zajęcia w czwartki o godzinie 15:00. Tutaj pojawił się kolejny problem pod tytułem kończenie zajęć z metodyki pracy naukowej o tej godzinie na AWFie i jeszcze dotarcie na PAT, ale to chyba da się przeżyć. Tym bardziej, że spóźniłam się jedynie półgodziny. Cóż to jest wobec półtoragodzinnych zajęć? Żartuję, bo tak na prawdę z reguły przykładam się do nauki, a co za tym idzie, do samych zajęć. Pomimo spóźnienia udało mi się w miarę sprawnie pracować. Ba, nawet pozytywnie zaskoczyłam nauczycielkę. W jaki sposób? Otóż w kserówce mieliśmy fragment wiersza Johanna Wolfganga Goethego. Tak sobie jakoś skojarzyłam go z wierszem z liceum, który mieliśmy wyuczyć się na pamięć i wyrecytować przed klasą - "Król olch". Zapytałam więc prowadzącej, czy to ten tekst, tylko że w oryginale. Biedna kobieta była w pozytywnym szoku, ponieważ tego typu tekst poznaje się dopiero na studiach z germanistyki, a polskie tłumaczenie znacznie odbiega od oryginału. Heh, jednak opłacało się wykuć kiedyś coś na pamięć, tym bardziej, że tekst był dużo przyjemniejszy od "Cierpień młodego Wertera", czy choćby "Fausta", które przyszło mi przeczytać w ramach lektury. A i dzięki temu prowadząca poszła mi na rękę pozwalając legalnie spóźniać się na zajęcia - jednak dojazd robi swoje. Mam nadzieję, że nie spadnę przez to ze średnią. A na koniec pozwolę sobie wrzucić "Króla olch" w tłumaczeniu Wisławy Szymborskiej:
Ten obraz też pamiętam - Mortiz von Schwind

Noc padła na las, las w mroku spał, 
Ktoś nocą lasem na koniu gnał. 
Tętniło echo wśród olch i brzóz, 
Gdy ojciec syna do domu wiózł. 

- Cóż tobie, synku, że w las patrzysz tak? 
Tam ojcze, on, król olch, daje znak, 
Ma płaszcz, koronę i biały tren. 
- To mgła, mój synku, albo sen. 

"Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las! 
Wesoło będzie płynąć czas. 
Przedziwne czary roztoczę w krąg, 
Złotolitą chustkę dam ci do rąk". 

- Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew? 
To król mnie wabi, to jego śpiew. 
- To wiatr, mój synku, to wiatru głos, 
Szeleści olcha i szumi wrzos. 

"Gdy wejdziesz, chłopcze w ten głuchy las, 
Ujrzysz me córki przy blasku gwiazd. 
Moje córki nucąc pląsają na mchu, 
A każda z mych córek piękniejsza od snu". 

- Czy widzisz, mój ojcze, tam tańczą wśród drzew 
Srebrne królewny, czy słyszysz ich śpiew? 
- O, synku mój, to księżyc tak lśni, 
To księżyc tańczy wśród czarnych pni. 

"Pójdź do mnie, mój chłopcze, w głęboki las! 
Ach, strzeż się, bo wołam już ostatni raz!" 
- Czy widzisz, mój ojcze, król zbliża się tu, 
Już w oczach mi ciemno i brak mi tchu. - 

Więc ojciec syna w ramionach swych skrył 
I konia ostrogą popędził co sił. 
Nie wiedział, że syn skonał mu już 
W tym głuchym lesie wśród olch i brzóz.

wtorek, 6 października 2015

O historii, która zatoczyła koło

Pamiętam jak całkowicie rozpoczynałam swoją przygodę ze studiami. Nie mogłam się wtedy doczekać dnia inauguracji roku akademickiego 2009/2010. Dlaczego? Ponieważ cały czas powtarzano nam, że tego dnia zostaniemy oficjalnie włączeni w poczet studentów Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Wtedy uroczystość została zaplanowana na piątek, 23 października. Jednak ku mojemu zaskoczeniu miała się ona odbyć nie w Katowicach, ale w teatrze w Zabrzu, gdzie mieścił się zamiejscowy oddział uczelni. A to oznaczało dla mnie ponowny sprawdzian samodzielności i zaradności. Bo o ile Katowice jako tako znałam i wiedziałam czego gdzie szukać, o tyle Zabrze było dla mnie nieznanym miastem. Sytuacja była o tyle skomplikowana, że żaden z rodziców nie mógł ze mną podjechać. A więc człowieku radź sobie sam pomimo wszelkich swoich ograniczeń od werbalnych zaczynając, a na ruchowych kończąc. Kilka dni wcześniej uzgodniłam z rodzicami, że pojadę pociągiem, ponieważ tylko tak mogę bezpośrednio dotrzeć na miejsce. Jadąc autobusami, chociaż za darmo, musiałabym dwa razy się przesiadać. Sprawdziliśmy też drogę, jaką musiałam pokonać z dworca kolejowego do teatru. Starałam się zapamiętać poszczególne ulice, aby potem jakoś się według nich kierować. Całą noc poprzedzającą inaugurację nie spałam, zastanawiając się, jak to będzie. Pamiętałam ślubowanie z poszczególnych etapów edukacyjnych, ale przecież studia de facto nie są obowiązkowe. Mimo tego rozmyślania, rano nie czułam się zmęczona. Wręcz przeciwnie. Rodzice w prezencie urodzinowym kupili mi taki śliczny, stalowy kostium, w którym pierwszy raz się prezentowałam. Pasował na mnie jak ulał. Z mieszkania wyszłam przed czasem. Miałam obawy czy w kasie biletowej zrozumieją to co mówię - zrozumieli. Pamiętam, jak jadąc pociągiem siedziałam obok germanistki, która sprawdzała sprawdziany swoich uczniów. W samym Zabrzu szłam przed siebie z duszą na ramieniu. Na szczęście udało mi się dojść na miejsce bez większych przygód. Z samej uroczystości niewiele pamiętam: prezentację multimedialną poświęconą Jerzemu Kukuczce - patronowi AWFu w Katowicach, ślubowanie, ukłon w moją stronę wykładowcy z historii gospodarczej, pogadankę o projekcie "Z hałdy w Himalaje", nastrojowe światło, a nade wszystko wykład inauguracyjny, uwaga, uwaga, Justyny Kowalczyk, która kilka miesięcy później zdobyła złoto na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver. Z uroczystości wyszłam z przeświadczeniem, że muszę zrobić wszystko, aby nie zmarnować danej mi przez los szansy. W tej intencji modliłam się wieczorem w moim kościele, podczas nabożeństwa różańcowego.

Życie pisze różne scenariusze. Czy wtedy podejrzewałam, że po sześciu latach ponownie wyląduję na AWFie, z tym, że w Krakowie. Owszem, początkowo miałam plany po uzyskaniu tytułu licencjata przenieść się na studia magisterskie do Krakowa, jednak nie myślałam o tym na poważnie(kto na pierwszym roku studiów myśli o tym, co będzie za kilka lat?), a potem otworzyli w Katowicach studia magisterskie z turystyki i rekreacji i to na nie ostatecznie złożyłam papiery, zresztą dostałam się na nie już w pierwszym podejściu. Niestety, ten wybór nie okazał się szczęśliwy. Postanowiłam jednak się nie poddawać i ponownie spróbować swoich sił na tym kierunku, tym razem w Krakowie. Udało się - od tygodnia uczęszczam na zajęcie na krakowskim AWFie. A dzisiaj odbyła się uroczystość rozpoczęcia roku akademickiego 2015/2016. Tym razem rzecz się działa w auli uczelnianej. Niewielkiej, toteż wiele osób po prostu stało. Przyciemnione światło dawało wrażenie tajemniczości. Siedziałam sobie w jednym z najwyższych rzędów i tak jak sześć lat temu, wytrzeszczałam oczy z ciekawości. Jedyna różnica pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami była taka, że przed inauguracją byłam na PACie na zajęciach z języka łacińskiego. Tymczasem na scenie pojawił się uczelniany Senat, z rektorem, Andrzejem Klimkiem na czele. Ponieważ jego kadencja w tej funkcji dobiega do końca, cała uroczystość rozpoczęła się od powitania przybyłych gości, a następnie podsumowań. Otóż okazało się, że AWF w Krakowie jest najlepszą uczelnią tego typu w Polsce. Znacznie poprawiły się wyniki zawodników, sama uczelnia wybiła się na czołówkę w wszelkich rozgrywkach sportowych. Poza tym dokonano masę modernizacji większości obiektów znajdujących się na terenie uczelni. Tak naprawdę zostało tylko wybudowanie lodowiska i całe zaplecze sportowe będzie gotowe. Kadra naukowa też prężnie się rozrasta, co zresztą było widać po promocjach doktorskich oraz doktorów habilitowanych. Dziękowano pracownikom uczelni, którzy odeszli na emeryturę. Oczywiście odbyło się ślubowanie studentów pierwszego roku i uroczyste rozdanie indeksów. Miała również miejsce sympatyczna sytuacja, podczas której absolwenci akademii sprzed 50 lat życzyli wszystkim pierwszorocznym samych sukcesów w nauce. Wyobrażacie to sobie? Ponad siedemdziesięcioletni profesorowie tak po prostu ściskali nam dłonie. No i na deser został nam wykład inauguracyjny... doktor Justyny Kowalczyk. Tym razem o roli mediów w sporcie. Nie pamiętam wykładu sprzed 6 lat, ale teraz miałam wrażenie, że wszystko napisała w ostatniej chwili. A może naprawdę zjadła ją trema? Sama nie wiem.

Cała uroczystość trwała do 13. Było na niej wiele przedstawicieli innych uczelni, w tym AWFu w Katowicach. Zabrakło tylko kogoś z Poznania i Gdańska, ale tam dzisiaj też mieli uroczystość rozpoczęcia roku akademickiego. Umówili się, czy jak? Ja zaś mimowolnie porównuję te dwie inauguracje - sześć lat temu w Katowicach i dzisiaj w Krakowie. I sądzę, że były tak samo rewelacyjne. Z auli wyszłam z przeświadczeniem, że to będą wspaniałe dwa lata i nadzieją, że zaowocują tytułem magistra. Czy mi się to uda? Nie mam pojęcia, ale wierzę w to. I tylko żal serce ściska, że nie mogłam iść do kościoła pomodlić się o szczęśliwy czas...

niedziela, 4 października 2015

Dobry prezent nie musi kosztować fortuny

W naszym życiu pojawiają się osoby, które wywierają na nie znaczący wpływ. Od ponad dwóch lat mogę z czystym sercem zaliczyć do nich wikariusza pracującego w naszej parafii - księdza Franciszka. Ksiądz Franciszek został do nas przeniesiony z parafii salezjańskiej w Lubinie. To typ człowieka, którego nie da się nie lubić. Otwarty, serdeczny, dla każdego znajdzie dobre słowo, czy też chwilę na rozmowę. Głosi piękne, uderzające kazania, które na długo zapadają w pamięć i serca wiernych. Świetnie gra na organach oraz gitarze, ma też niebywały talent w dziedzinie śpiewu. W końcu to on został opiekunem naszej parafialnej scholi. I choć niektórym to nie w smak, to jednak ja nie narzekam. Po prostu następca księdza Bosko z powołaniem. Jeden z nielicznych osób, które wspierają mnie w dążeniu do ukończenia studiów. Nie będę ukrywać, że po odejściu księdza W., to on stał się moim spowiednikiem. Wiem, wiem, ze spowiedzią można iść do każdego księdza, bo on tylko jest pośrednikiem pomiędzy nami, a Panem Bogiem. A jednak mam w sobie takie przekonanie, że jedni księża bardziej mnie rozumieją, a inni mniej. Ksiądz Franciszek zdecydowanie należy do tych pierwszych. Kiedy tydzień temu miałam małe przyjęcie urodzinowe w naszym Oratorium, przyszedł, posiedział, pogawędził z gośćmi. Tak po prostu, jak człowiek.

Za tą jego dobroć i bycie sobą postanowiłam jakoś mu się odwdzięczyć, chociaż wiem, że żadne słowa ani gesty tego nie dokonają. A ponieważ nadchodziły jego imieniny, postanowiłam mu dać jakiś prezent. Co prawda schola dała mu kwiaty i kartkę z życzeniami, ba, nawet poszłam jako jej przedstawiciel, ale ja chciałam zrobić coś, coby mu kojarzyło się ze mną. Długo nie myślałam, bo już dawno rzucił mi się w oczy ten krążący po internecie szkic papieża Franciszka:
Niemal od razu wiedziałam, że muszę przerysować owy portret na kartkę z bloku. Wbrew pozorom nie było to takie proste, bo jednak spastyka i atetoza robią swoje, zwłaszcza po całym dniu. Nie byłam więc zbytnio zadowolona z efektu końcowego, w którym tak naprawdę najbardziej udała mi się prawa dłoń wzniesiona w geście hm... błogosławieństwa, czy też pozdrowienia. Głowa, a w szczególności okulary wcale mi nie pykły, alba i peleryna raczej też mogłyby być lepsze. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że kiedy pokazałam mój szkic niektórym osobą, rozległo się: "Wow! Masz talent". Tak jak pisałam, mój Franciszek został trochę zniekształcony i moim zdaniem mogłabym go lepiej naszkicować, ale może wtedy efekt byłby inny? 

Bo oto po Mszy świętej stanął przed księdzem człowiek, któremu dobrze nie wróżono. Ba, człowiek, który nawet nie potrafi "po ludzku" wziąć ołówka w palce, ani samodzielnie zrobić sobie notatek. Człowiek, który ma ogromny kłopot z mową. A mimo tych problemów stara się żyć normalnie, jak jego rówieśnicy, a nawet robić drobne prezenty. Ksiądz Franciszek był zaskoczony moim, bądź co bądź skromnym prezentem. Nie wiem czy się cieszył z niego naprawę, czy tylko dlatego, że tak wypada. Ale wiem, że warto czasami zrobić coś czego nikt się nie spodziewa, choćby dla samego siebie. Dla pokonania swoich lęków i słabości, dla udowodnienia, że się da, tylko trzeba chcieć.

Kopii mojej pracy niestety nie posiadam, może następnym razem uda mi się coś zeskanować? Muszę sobie koniecznie kupić skaner. Chociaż, tak jak pisałam, z efektu końcowego nie jestem zadowolona.

sobota, 3 października 2015

Czasami dzień jest zbyt krótki

Obudziłam się dziś z zamiarem pojechania do Krakowa w celu zakupu biletu semestralnego umożliwiającego poruszanie mi się komunikacją miejską. Pewnie niektórzy pytają się - po co mi taki bilet? Już wszystko wyjaśniam. 
W tym roku udało mi się ponownie złożyć papiery na studia drugiego stopnia z turystyki i rekreacji, tym razem na AWFie w Krakowie. Po roku oraz wielu rozmowach z osobami, które bardzo sobie cenię zrozumiałam, że byle anglistka nie może mnie pozbawiać możliwości zdobycia tytułu magistra, zwłaszcza z tak błahego powodu, jakim jest niezrozumienie mojej mowy. Jednak do AWFu w Katowicach zraziłam się bardzo i raczej szybko tam nie wrócę. Pozostało mi więc próbowanie swoich sił w rekrutacji na ten sam kierunek, ale w innej uczelni tego typu. Mój wybór nieprzypadkowo padł na Kraków, bo po 1. zaraz po Katowicach leży najbliżej mnie, a wiem, że nie dam rady opłacić akademika i mieszkania, po 2. - AWF w Krakowie cieszy się doskonałą opinią na temat poziomu nauczania i po 3 - i tak od roku studiuję w Krakowie turystykę religijną na Uniwersytecie Papieskim, więc teoretycznie powinnam wszystko jakoś pogodzić. A to się wiąże z ciągłymi dojazdami, ponieważ obie uczelnie dzieli od siebie odległość 9 przystanków, co daje ok. 20 minut jazdy. Widziałam plany obu uczelni i wiem, że bez IOS na AWFie się nie obejdzie. Ale to i tak w pewnym momencie daje aż 3x przejazd tramwajem w jedną i w drugą stronę. Co prawda ulgowy bilet 20-minutowy kosztuje 1,40, ale kiedy pomnożymy to choćby razy 6 to daje nam w sumie 8,40. Sporo, jak na kieszeń studenta.
Na szczęście w Krakowie istnieje wykupienie biletu semestralnego, ważnego aż przez 150 dni za 184 złotych. Koszt niemały, ale na pewno bardziej opłacalny niż ciągłe kupowanie jednoprzejazdówek. I myślę, że zwróci mi się tak samo szybko, jak miesięczne do Krakowa.
Korzystając z wolnego dnia pojechałam sobie do Krakowa. Idąc na przystanek autobusowy nie przypuszczałam, że będzie aż tyle ludzi. Suma sumarum zmuszona byłam stać te 80 minut, ale to nic, przecież nie można mieć wszystkiego. Na dworcu autobusowym wysiadłam w udałam się do miejskiej kasy biletowej. Mówię kasjerce spokojnie co chcę, a tu klops. Zrozumiała mnie, ale jednocześnie zaczęła mi mówić o wyrobieniu miejskiej karty. Serce zabiło mi mocniej, toż to nic na ten temat nie pisało na stronie Internetowej, a ja wzięłam pieniądze tylko na ten semestralny bilet. Na szczęście okazało się, że ta karta nic nie kosztuje. Ufff... kamień z serca.
Wróciłam na dworzec autobusowy, a tu okazuje się, że o 11:35 nie jedzie mi bus do Sosnowca. Nie ma to, jak być gapą! Następny miałam dopiero za godzinę. Usiadłam więc sobie na ławeczce z książką w ręce i czekałam. Ponownie okazało się, że muszę stać. Tyle tylko, że kierowca już mnie zna i wysadził mnie przystanek wcześniej. Dzięki temu mogłam zrobić zakupy. 
Zakupy w hipermarkecie robię w soboty. Raz, że tanio, dwa, że mam czas, trzy, że z domu wyniosłam, że niedziela jest dla rodziny i odpoczynku, a nie szlajania się po sklepach. Jeszcze przed wyjściem z domu zrobiłam sobie listę co kupić - a raczej co mi jest potrzebne, a co nie. Na szczęście potrzeba mi niewiele.
Do mieszkania przyszłam o 16. Idealna pora na obiad, czyli zupę jarzynową, niezabielaną śmietaną. Oczywiście musiałam nakarmić moją Pusieńkę, a następnie przebrać jej kuwetę. Mój czyścioszek błyskawicznie opanował gdzie ma się załatwiać. Zdążyłam jeszcze podlać moją paprotkę od J. oraz nastawić pranie i poszłam do kościoła na nabożeństwo różańcowe. A przy okazji wreszcie przystąpiłam do spowiedzi, bo wczoraj nie zdążyłam, a po Mszy świętej żaden ksiądz się nie kwapił, aby wyjść. Trudno, poszłam więc do domu. Na szczęście dzisiaj było inaczej.
Po powrocie do mieszkania zrobiłam sobie kolację, po której pozmywałam wszystkie naczynia i blaty szafek w kuchni, a następnie umyłam podłogę. Ponieważ w łazience doszło już pranie wyciągnęłam je i rozwiesiłam. Na koniec wzięłam się za kończenie prezentu imieninowego dla wikariusza w naszej parafii. Czy będzie z niego zadowolony? Zobaczymy. Chciałam jeszcze dzisiaj poukładać przeczytane książki na półkach, ale nie mam już siły. Na szczęście zdążyłam się już umyć, więc gaszę komputer i idę spać.