Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 29 listopada 2015

Adwent nie tylko po katolicku

Zapalona pierwsza świeca na wieńcu adwentowym, zarówno tym w kościele jak i na moim domowym, uświadomiła mi, że właśnie wkroczyliśmy w okres radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie, tradycyjnie już zwany Adwentem. Okres ten kończy się wraz ze zmierzchem 24 grudnia. Przypomina on o oczekiwaniu na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa. Jest to równocześnie rozpoczęcie nowego roku liturgicznego, który trwa trochę inaczej niż rok oficjalnie przyjęty(od pierwszej niedzieli Adwentu do niedzieli poprzedzającej kolejny Adwent, zwanej Niedzielą Chrystusa Króla).
Adwent ukazuje postacie znane ze Starego oraz Nowego Testamentu, tzw. figury mesjańskie(zapowiadali życie i dzieła Jezusa z Nazaretu, m.im.: Maryja, Izajasz i Jan Chrzciciel). To czas oczekiwania w ciszy oraz odpowiedniego przygotowania do tego, co ma się wydarzyć - w kościołach odbywają się rekolekcje. Chociaż Adwent nie ma charakteru pokutnego w takim wymiarze jak Wielki Post, posiada jednak charakter refleksyjny.
W okresie Adwentu, podobnie jak w Wielkim Poście, dominuje fioletowy kolor szat, który symbolizuje pokutę i pojednanie z Bogiem oraz ludźmi. Odstępstwem od tej reguły jest III niedziela, kiedy to kapłani mogą zastąpić fioletowe szaty różowymi. 
Nabożeństwem charakterystycznym dla Adwentu są roraty(Msze odprawiane ku czci Maryi Panny). W jeszcze nie tak dawnych czasach roraty odbywały się wcześnie rano. Aktualnie parafie coraz częściej przenoszą nabożeństwo na wieczór. Dzieci idące na roraty niosą w swoich dłoniach rodzaj lampki wykonanej z czworoboku zamkniętego z ściankami przypominające witraże oraz małą żarówką, bądź latarką wewnątrz - to lampiony. Lampiony oświetlają pierwszą część Mszy, kiedy w kościołach panuje ciemność i symbolizuje przypowieść Pana Jezusa o pannach roztropnych, które z płonącymi lampami czekały na przyjście Oblubieńca(Mt 25, 1-13).
W tradycji katolickiej Adwent trwa cztery tygodnie, z tym że ostatni tydzień nie zawsze może być pełny. Widać to w wieńcu adwentowym stojącym u stóp ołtarza, na którym stoją cztery świece. W każdą niedzielę zapalana jest kolejna z nich. Pierwsza niedziela nazywana jest niedzielą pokoju, druga - wiary, trzecia - miłości, czwarta zaś nadziei. W wieńcu zawarta jest pewna symbolika: zielone gałązki to życie połączone z nadzieją, zapalone świece to Światłość, która ma nadejść, okrągła forma wieńca odzwierciedla zaś powracający cykl życia. Pierwsze czytania pochodzą z Księgi Proroka Izajasza i mówią o wyczekiwaniu na przyjście Zbawiciela. Sam Adwent, oprócz podziału na cztery niedziele, można podzielić na dwa okresy:
  1. - od początku Adwentu do 16 grudnia(szczególne oczekiwanie na ponowne przyjście Pana Jezusa)
  2. - od 17 do 24 grudnia(bezpośrednie przygotowanie do uroczystości Narodzenia Pańskiego)

Oprócz wieńca adwentowego na ołtarzach możemy zobaczyć charakterystyczną świecę, nazwaną od nabożeństwa roratką. Symbolizuje ona Najświętszą Maryję Pannę, tą, która niesie ludzkości światło Jezusa Chrystusa. Biała bądź błękitna wstążeczka, przepasająca świecę przypomina o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Umieszczana jest najczęściej na prezbiterium obok ołtarza lub tuż przy ołtarzu poświęconym Marii Pannie.

Powyższy opis z grubsza odpowiada Adwentowi obchodzonemu w Kościele Katolickim. A jak wygląda w innych odłamach chrześcijaństwa?
Adwent w Kościele Ewangelicko-Augsburskim - tak jak w Kościele Katolickim, Adwent rozpoczyna w Kościele Ewangelicko-Augsburskim nowy rok kościelny. Trwa również w tym samym czasie. Ołtarz przykrywa się obrusem w kolorze fioletowym, a na nim stawia wieniec adwentowy z czterema świecami i każdą z nich zapala się w kolejną niedzielę. W wybrany dzień tygodnia odprawiane są cotygodniowe nabożeństwa adwentowe. Podczas liturgii myśl adwentowa przejawia się podczas nabożeństwa z Sakramentem Komunii Świętej. Przed modlitwą Ojcze Nasz zmawiana jest przez księdza kolekta, która kończy się słowami: "Na Jego [Chrystusa] powtórne przyjście czekamy i wraz z całym Kościołem wołamy: Przyjdź rychło, Panie." Jako odpowiedź padają słowa: „Przyjdź, Panie Jezu”. Drugim motywem rozpoznawczym adwentu jest modlitwa po tzw. Słowach Ustanowienia: „Wspominając zbawczą śmierć i mękę naszego Pana Jezusa Chrystusa, Jego Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie oczekujemy na Jego przyjście w chwale.” Teksty modlitw podkreślają, że Kościół, z utęsknieniem wypatruje swojego Pana aż przyjdzie w chwale.
Adwent w protestantyzmie - podobnie jak u katolików, Adwent jest początkiem nowego roku liturgicznego oraz czasem radosnego oczekiwania na przyjście Zbawiciela. W niektórych regionach(np. na Śląsku Cieszyńskim) Adwent to czas głębokiej powagi podkreślany przez obchodzony 8 grudnia Dzień Pokuty. W tym dniu duchowni oraz wierni ubrani są w czerń, jak również wystrój świątyni jest żałobny. Na czas Adwentu protestanci ustawiają w domach oraz świątyniach wykonane z gałązek świerkowych wieńce adwentowe. Na przyozdobionym czerwonymi bądź fioletowymi wstążkami wieńcu umieszcza się cztery świece, które symbolizują nadejście światła. W każdą niedzielę przy śpiewie pieśni adwentowych, czytaniu proroctw o przyjściu Zbawiciela oraz wspólnej modlitwy, zapalana jest jedna świeca więcej. Ponadto świece zapalane są w czasie rodzinnej modlitwy, wspólnych modlitw i spotkań. Innym elementem adwentowym u protestantów jest gwiazda, która pojawia się w domach i zborach. Jest ona nawiązaniem do gwiazdy betlejemskiej prowadzącej mędrców ze Wschodu do Jezusa. 
Adwent w prawosławiu - w Kościele Prawosławnym Adwent jest 40-dniowym postem, zwanym filipowym(rozpoczyna się w dzień po wspomnieniu świętego Filipa). Zaczyna się zawsze 28 listopada, a ostatnim jego dniem jest wypadająca według kalendarza juliańskiego 24 grudnia Wigilia(w kalendarzu gregoriańskim jest to 6 styczeń). Łatwo więc obliczyć, że prawosławny Adwent jest dłuższy od tego, który obchodzą katolicy. Co ciekawe, ten post był przestrzegany już w początkach chrześcijaństwa, ale był od niego krótszy. Jego stałą datę i długość ustanowił sobór w Konstantynopolu w 1166 roku. Prawosławni duchowni tłumaczą, że post nie jest czasem przygotowaniem do świąt w sensie materialnym(np. poprzez sprzątanie domu i ubieranie choinki), ale ma przede wszystkim przygotować wiernych na spotkanie z Bogiem. Dlatego zachęcają do poświęcenia większego wymiaru czasu na modlitwę. Na czas Adwentu zaleca się także rezygnację z jedzenia posiłków mięsnych oraz nabiału. Jednak ścisłe przestrzeganie postu przez cały czas jest zależny od wiernych. Bezwzględny post obowiązuje natomiast w Wigilię Bożego Narodzenia.

sobota, 28 listopada 2015

Etap wielbłąda, lwa i dziecka, czyli po lekturze "Tak rzecze Zaratustra"

Wczoraj wieczorem skończyłam czytać filozoficzną książkę "Tak rzecze Zaratustra" autorstwa niemieckiego filozofa, Fryderyka Nietzsche. Na początku dosyć sceptycznie podeszłam do pozycji, ponieważ czytałam opinię o książce i nie były one pochlebne. Zarzucano w nich autorowi m.in. że tworzy ideologię podchodzącą pod sekty. Nie miałam jednak wyjścia i musiałam ją przeczytać, bo akurat taką lekturę wybrał prowadzący zajęcia na zaliczenie, więc co było robić.
Autor książki żył w latach 1844 - 1900. Do dzisiaj uważany jest za oryginalnego, a zarazem radykalnego myśliciela. Jego pisma mają charakter proroczy i poetycki, krytykują filozofię czasów, w których przyszło mu żyć. Przedstawiana przez niego filozofia jest atakiem na przekonanie, że istnieje niezależna, a za razem obiektywna struktura świata, na którą sposób ludzkiego postrzegania nie ma wpływu. Emocjonalny styl twórczości Nietzsche'go przyniosły jego poglądom powszechną popularność. Spowodowało to, niedocenienie niekiedy wartości intelektualnej jego myśli. Najważniejszym dziełem filozofa jest czteroczęściowy poemat "Tako rzecze Zaratrustra". Jego bohaterem jest perski mędrzec Zaratustra, a treść ma formę przepowiedni. Książka napisana jest językiem poetyckim, pełnym alegorii i wyszukanej symboliki. Nietzsche pisząc książkę przekonany był, że stanie się ona objawieniem dla całej ludzkości, wręcz manifestem nowej wiary, swoistym ewangelicznym credo ludzi współczesnych, którzy są zniechęceni do tradycyjnej religii.
Podstawowym wezwaniem książki jest teza "Bóg umarł". Jednak według Nietzscha narodził się nowy bóg o imieniu Zaratustra, który jest idealną istotą. Nie będę tutaj przedstawiać treści książki, bo to nie ma sensu. Skupię się jednak nad tym, co mnie najbardziej zaskoczyło, a mianowicie o przedstawieniu alegorii wielbłąda, lwa oraz dziecka, jako trzech stanów przemiany świadomości ludzkiej:
  1. Etap wielbłąda – jest najniższym punktem świadomości ludzkiej. Zaratustra zwraca się do niego rozkazem „powinieneś”. Wielbłąd to zwierzę pokorne, juczne oraz gotowe na niewolę. Co więcej, nie potrafi się zbuntować i powiedzieć „nie”, kiedy się z czymś nie zgadza. To sprawia, że staje się istotą, która bezgranicznie ufa, wiernym niewolnikiem. Nietzsche uważa go, za najszpetniejszą istotę w świecie zwierząt. Co więcej, jego brzydota nie może być jeszcze bardziej pogłębiona. Wielbłąd ma wręcz piekielny wygląd. Człowiek będący uosobieniem wielbłąda czuje lęk przed wolnością, ponieważ boi się czekającej go przez nią odpowiedzialności. Jest za razem gotowy na to, aby przyjąć na siebie maksymalny ciężar, a kiedy już to nastąpi, czuje szczęście. Najniższa świadomość jest więc obładowana nie swoją, lecz zapożyczoną wiedzą. Ponadto żyje ona w ignorancji i nieświadomości, poprzez nieustanne poddawana jest ślepej wierze na czyjeś słowo. Ślepo przez to ufa, nie potrafi ani zaprzeczyć, ani przeciwstawić się nikomu. Ten, kto nie potrafi powiedzieć „nie”, pozbywa się automatycznie swojej godności. Żaden człowiek posiadający godność nie może sobie na to pozwolić.
  2. Etap lwa – to druga faza ludzkiej świadomości, do której Zaratustra zwraca się słowami „ja chcę”. Ponieważ wielbłąd jest słaby, musi przeistoczyć się we wspaniałego lwa. Zwierze to woli umrzeć, niż popaść w niewolę. Nie pozwoli też uczynić z siebie zwierzęcia jucznego, gdyż posiada godność, czego nie można powiedzieć o innych zwierzętach. O godności nie świadczą żadne dobra(gdyż ich nie posiada), lecz pozbawiony lęku i obawy sposób bycia. Lew jest gotowy zbuntować się, a nawet powiedzieć „nie”, ponieważ nie boi się ryzyka śmierci. Taki sposób bycia zmywają z lwa wszelki brud pozostawiony przez wielbłąda. Jednak lew nie jest ostatnim etapem w rozwoju świadomości. Odważne „nie” wypowiedziane przez lwa umożliwia wypowiedzenie najświętszego „tak” przez dziecko.     
  3. Etap dziecka – stanowi szczyt ludzkiej ewolucji świadomości. Dziecko symbolizuje czystość, niewinność, pragnienie poznania wszystkiego tego, co niepoznane i tajemnicze. Jest za razem początkiem i przygotowaniem do życia. W ogóle ludzkie życie powinno być takie jak życie dziecka: radosne, czyste, wiecznie pytające i szukające odpowiedzi na te pytania. Wreszcie dziecko wyraża zgodę, poprzez najprostsze słowo – „TAK”. Mówi „tak”, ponieważ kocha, ufa, a także jest niewinne, nie potrafi sobie wyobrazić, że ktoś je oszuka, a nie ze strachu, czy obawy. Według Nietzschego jedynie zgoda powiedziana poprzez pełne ufności „tak” zaprowadzi człowieka na najwyższy etap świadomości, czyli tego, co boskie. Wedle tego bóg nie może być wrogiem człowieka, ani jego panem – sam dla siebie nim będzie. Należy tutaj zauważyć, że „tak” dziecka jest zupełnie inne niż „tak” wypowiedziane przez wielbłąda. Wielbłąd zawsze się zgadza, jednak zgoda niewolnika nie ma żadnej wartości. Potrzebna jest umiejętność zaprzeczenia, czy wręcz zbuntowania się. Co prawda lew ją posiadł, jest jednak niedoskonały, ponieważ brakuje mu umiejętności powiedzenia „tak”, co byłoby niezgodne z jego naturą(„tak” przypomina lwu wielbłąda, od którego udało mu się wyzwolić, nie jest więc w stanie powiedzieć tego słowa, które oznaczałoby dla niego zgodę na niewolę). Dziecko nie ma zaś pojęcia ani o lwie, ani o wielbłądzie. Posiada czyste spojrzenie oraz odpowiedni potencjał, żeby powiedzieć „nie”, ponieważ nie ma żadnych uprzedzeń. Nie sprzeciwia się jednak z powodu bezgranicznej ufności. Kiedy zaś „tak” wywodzi się z ufności, oznacza największą metamorfozę ludzką. Pojawia się tutaj cnota, która wypływa z wnętrza człowieka. Wolność nieodłącznie powiązana jest z nienarzuconą przez nikogo lecz naturalną odpowiedzialnością. Wolny człowiek nie może być ani zniewolony, ani rządzony, zaś Bóg przestaje być tym, kogo należy słuchać.
Tak sobie przy okazji pomyślałam, że chyba jeszcze jestem na etapie wielbłąda. Umiem mówić "nie", ale tego sprzeciwu nikt jakby nie słyszy. Nie umiem się przebić ponad inne osoby, nie potrafię im nawet dorównać... Ale będą próbowała to zmienić. Nie wiem jeszcze jak, ale zrobię to!

piątek, 27 listopada 2015

Manualne prace z wieńcem adwentowym w tle

Ostatni wolny piątek w tym semestrze postanowiłam wykorzystać na wykonanie wieńca adwentowego. Tak, tak, w tą niedzielę w kościele katolickim rozpoczynamy adwent, czyli cztero-niedzielny okres oczekiwania na dzień upamiętniający przyjście na świat Zbawiciela. To wcale nie tak dużo zważając na fakt, że np. w religii prawosławnej adwent poprzedzony jest dodatkowo czterdziestodniowym postem nawiązującym do 40-dniowego postu Jezusa Chrystusa na pustyni. Ale o nim postaram się napisać kiedy indziej. 
Jednym z charakterystycznych symboli adwentu jest wieniec adwentowy. Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę z tego, że zwyczaj ten zapożyczyliśmy od protestantów, a ściślej przywędrował do nas z Niemiec. Pierwszy wieniec adwentowy miał powstać w hamburskim przytułku dla sierot około 1839 roku. Początkowo liczba umieszczonych na nim świec odpowiadała liczbie dni adwentu, po czasie została zredukowana do 4 - czyli ilości tygodni "radosnego oczekiwania na przyjście Pana". I tak pozostało do dzisiaj, a każda świeca jest zapalana w kolejną niedzielę. Chociaż wieńce adwentowe zazwyczaj spotyka się w kościołach, nic nie stoi na przeszkodzie, aby gościły też w naszych domach.
Jakiś tydzień temu w TESCO była możliwość zakupienia czterech świec adwentowych w całkiem rozsądnej cenie(niecałe 8 złotych). Pokusiłam się o jedną paczkę, zwłaszcza że świece wyglądały naprawdę okazale. Teraz musiałam tylko wykombinować sam wieniec. Co prawda na rynku można kupić całą gamę przeróżnych wieńców adwentowych, ja jednak postanowiłam być oryginalna i samodzielnie wykonać ten adwentowy symbol. Dlatego jeszcze w listopadzie kupiłam sobie okrągłą bazę na wieniec o średnicy ok. 10, który z powodzeniem wykorzystałam teraz. Takie okrągłe bazy z drutu oraz cienkich witek często można zdobyć na giełdach kwiatowych(czasami są to gotowe już wieńce, dlatego warto zawczasu pozbyć się otaczających ich gałązek igłowych, które raczej i tak nie wytrzymają do świąt). Dodatkowo musiałam dokupić gałązki iglaka oraz druciki, którymi przytwierdzałam je do bazy. Wcześniej jednak podzieliłam za pomocą sekatora gałązki na mniejsze części. W przeciwnym razie miałabym spore trudności z przymocowaniem ich. 
Gałązki przymocowywałam rotacyjnie, tj. trochę okalały drucianą bazę. Każdą z nich w dwóch miejscach okalałam drucikami. Kolejne gałązki nachodziły na siebie, tak że po pewnym czasie zakryły zarówno druty, jak i wzajemne swoje brązowe końcówki. Odstające końcówki cienkich drucików przycinałam nożyczkami. Tak gotowy wieniec przystroiłam kolorowymi kokardkami zrobionymi z pociętej taśmy oraz szyszkami, które wcześniej pomalowałam sprayem na złoto. Szyszki też przymocowałam drucikami. Zostało mi tylko ustawienie świec, ale tym zajmę się jutro.
Niestety, kolejny raz nie mogę pochwalić się moim dziełem z powodu braku aparatu cyfrowego. A szkoda, bo efekt przerósł nawet moje przewidywania. Trochę bolą mnie dłonie, bo jednak igły kuły, ale to nic. Jakoś to przetrzymam. Zwłaszcza, że to też mogę chyba podpiąć pod ćwiczenia manualne, prawda?

czwartek, 26 listopada 2015

Szok połączony z niedowierzaniem

Dostałam dzisiaj do ręki nowiutkie, świeżuteńkie orzeczenie o niepełnosprawności. Jeszcze po drodze rzuciłam na nie okiem:
...
stopień niepełnosprawności: umiarkowany
orzeczenie wydaje się do dnia: na stałe.

itd. itd... Lolek wróć, bo coś tu nie gra. Mimowolnie przeniosłam wzrok kilka linijek wyżej, a mianowicie do linijki: "orzeczenie wydaje się do dnia: na stałe.". Rzesz! Zachodzę w głowę jak to możliwe, skoro moi znajomi z niepełnosprawnością znaczną mają tylko tymczasową grupę. Nawet na naszej wycieczce w Paryżu były "gorzkie żale" niektórych jej uczestników, że we wszystkich miastach ościennych wszyscy mają orzeczenia na stałe i tylko niepełnosprawni z naszego miasta nie. Pomijam fakt, że ostatnim razem przyznali mi orzeczenie na trzy miesiące(nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać, ale wywnioskowałam z tego, że w MOPSie są bardzo religijni ludzie, którzy wierzą w cudowne uzdrowienie). Dopiero interwencja w Wojewódzkim Orzecznictwie poskutkowała orzeczeniem wydanym na 5 lat. A teraz nagle dostałam je na stałe. Szok, niedowierzanie. W dodatku całość jest skonstruowana jak najbardziej na moją korzyść. W końcu teoretycznie ten papierek ma być ważny do końca mojego życia. Bo jaka będzie praktyka, to się okaże. Na dzień dzisiejszy zbieram dokumentację co, gdzie mam zanieść w związku z tym stanem rzeczy. 

Rany, w końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i wydedukowało, że pewnych zmian chorobowych nie cofnie się za pomocą przysłowiowej aspiryny. Tak naprawdę to w moim wypadku, z medycznego punktu widzenia, wypadałoby w pewnym stopniu przeszczepić mi uszkodzone komórki mózgowe. Na razie jest to abstrakcja(pomijam tutaj różne inne aspekty i dziedziny nauki), a raczej scenariusz SF. Tym razem sprawdziło się powiedzenie, że zmiana ludzi na stołkach = zmiana polityki. No i muszę oswoić się z myślą, że jedną z urzędniczych batalii mam na razie za sobą. Oraz że jestem na stałe przypisana do osób z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności. Ale czy to ostatnie coś zmieni w moim życiu? Chyba nie...

niedziela, 22 listopada 2015

2 x celujący na jednych zajęciach

Zajęcia w szkole policealnej mają to do siebie, że system oceniania jest identyczny z klasycznym systemem w normalnych szkołach, czyli w skali od 1 do 6. Na początku trochę byłam zaskoczona, wszak przywykłam do uczelnianej skali ocen, która mieści się w przedziale 2 - 5. Nawet kiedy usłyszałam od znajomej, że dostała 6, byłam przekonana, że to tylko takie gadanie. Jednak kiedy sama wylądowałam na techniku administracji, a ostatnio także na techniku archiwiście, przekonałam się, że jest to najprawdziwszą prawdą. Kolejny szok, bo przecież przez poprzednich kilka lat przyzwyczaiłam się do czegoś innego. Ale za razem przekonałam się, że otrzymanie oceny celującej nie jest taką prostą sprawą, jak na poprzednich etapach nauki i teraz trzeba się naprawdę o nią postarać.
Dzisiaj pisaliśmy pierwsze trzy sprawdziany z podstaw archiwistyki. Właściwie był to jeden test jednokrotnego wyboru podzielony na trzy tematyczne bloki, każdy podlegający osobnemu sprawdzeniu, stąd tyle ocen. Wczoraj jeszcze powtarzałam sobie wszystkie definicje, których sporo było. Co więcej, kolejny raz musiałam liczyć tylko na swoją wiedzę, ponieważ wszystkie notatki mam na laptopie, którego nie używam podczas testów wyboru(nie popadajmy już w taką skrajność, mam kłopot z pisaniem, nie zaznaczaniem). Co prawda prowadząca kompletnie nas olała i wyszła z sali na cały czas pisania testu(o efekty nie musicie pytać - wyszła w większości praca zbiorowa), nauczona jednak własnym doświadczeniem bazowałam tylko na swojej wiedzy, nie słuchając komentarzy innych. Poza tym, jak dobrze pójdzie, to za dwa lata zasiądę przed państwowym egzaminem na technika archiwistę, podczas którego będę zdana tylko i wyłącznie na siebie. Pewnie nawet nie będę miała możliwości od kogo ściągnąć, ponieważ zważając na moje ograniczenia, najprawdopodobniej będę zdawać go na komputerze w osobnej sali. Więc lepiej od początku na bieżąco się uczyć, niż potem jęczeć. Wiele rzeczy wiedziałam, nawet pytania z zagadnień bhp nie były mi straszne(na drugim kierunku ostatnio miałam z tego egzamin), a czego nie wiedziałam, brałam na logikę. Udało mi się nawet zmieścić w czasie. Testy zostały nam od razu sprawdzone i co się okazało? Jako jedna z dwóch osób dostałam dwie szóstki. 
Nie wiem jak to się stało, że napisałam te testy nawet lepiej, niż osoby pracujące na co dzień w archiwum. Pomału, pomału wychodzę na prostą i dążę do realizacji swoich konkretnych marzeń i pragnień - praca w biurze turystycznym na stanowisku biurowym. Nie wiem co z tego wyjdzie, ale też jeżeli teraz nie wezmę się za edukację, będzie mniejsze prawdopodobieństwo, że osiągnę zamierzony cel.

A w Krakowie w tym tygodniu czeka mnie środowe kolokwium z patrologii. Jak je zaliczę będę jedno do przodu.

piątek, 20 listopada 2015

Czasami nie warto szperać w swojej przeszłości

Kiedy w lutym tego roku w mediach pojawiła się informacja, że po raz pierwszy polski film dostał prestiżową nagrodę Oscara, zaczęłam się zastanawiać, co też "Ida" Pawła Pawlikowskiego musiała mieć w sobie, że udało jej się tego osiągnąć. Jak wiadomo, kilka polskich filmów było kandydatami do tego wyróżnienia(m.in. "Faraon", "Potop", "Noce i dnie", a z nowszych "Katyń" i "W ciemności"), jednak zawsze kończyło się na nadziejach. A tutaj proszę, w końcu się udało. Co prawda "Ida" zdobyła wiele nagród, ale Oscar, to Oscar. 
Przez długi czas szukałam tego filmu na Internecie, jednak każda wersja była dostępna za opłatą :/. Nie było co marudzić, wiedziałam, że wcześniej, czy później puszczą ją w telewizji. Nie myliłam się. Wczoraj w cyklu "Kocham Kino" w godzinach nocnych można było ją zobaczyć.
Akcja filmu rozgrywa się w latach 60 ubiegłego wieku. Młoda dziewczyna o imieniu Anna całe dzieciństwo spędziła jako sierota w zakonie. Nic nie wie ani o swojej rodzinie, ani tym bardziej pochodzeniu.
Postanawia więc wstąpić do zakonu i wieść życie takie, jakie zna - w spokoju, harmonii i zadumie. Kilka dni przed złożeniem ślubów zakonnych zostaje wezwana do matki przełożonej. Tam dowiaduje się, że odezwała się jej krewna, siostra jej matki, Wanda Gruz. Zdziwiona dwudziestokilkoletnia kobieta, zgodnie z wolą swojej przełożonej postanawia odwiedzić swoją ciotkę. Pierwsze spotkanie obu kobiet nie jest zbyt miłe: ciotka, będąca surową panią prokurator, a za razem komunistką, oschle przyjmuje siostrzenicę, jednocześnie bez emocji informuje ją, że tak naprawdę na imię ma Ida i jest żydówką, po czym wyprasza ją z mieszkania. Zaskoczona Anna idzie na dworzec autobusowy. Tam po pracy znajduje ją Wanda i zabiera do swojego domu. Z każdą chwilą kobiety stają się sobie coraz bliższe. Postanawiają dowiedzieć się, w jaki sposób zginęła rodzina Idy i gdzie spoczywają ich szczątki, dlatego udają się do rodzinnego miasteczka nowicjuszki, Szydłowa. Na miejscu odwiedzają dom, w którym w dzieciństwie mieszkała Ida z rodziną, a także znajdują niejakiego Szymona Skibę, który najpierw ukrywał rodzinę Lebensteinów, a następnie pozbawił ją życia. Niestety, staruszek leży w ciężkim stanie w szpitalu. Z pomocą przychodzi im syn Szymona, Feliks, który w zamian za zostawienie ojca w spokoju, pokazuje miejsce zakopania żydowskiej rodziny, z której został tylko płaszcz. Kobiety postanawiają "pochować go" w rodzinnym grobowcu. Tymczasem Szydłowo obchodzi 550-lecie istnienia. Z tej okazji w hotelu, w którym zatrzymały się kobiety, odbywa się impreza. Jednym z muzyków jest grający na saksofonie Lis który zwraca uwagę na urodę zakonnicy. Bezskutecznie próbuje poderwać przyszłą zakonnicę. Anna pozostaje jednak wierna swoim zasadom. Wraca do klasztoru. Jednak przez ostatnie dni jej wiara tak osłabła, że zrezygnowała ze ślubów. Straciła swoją tożsamość nie wiedząc, czy bliżej jej do chrześcijaństwa, czy też judaizmu. Po jakimś czasie dociera do niej informacja o śmierci ciotki, która poprzez swój tryb życia postanawia popełnić samobójstwo. Wracając w rodzinne strony Anna ponownie spotyka Lisa z którym spędza noc. Chłopak marzy o przyszłym życiu z Idą, jednak ona woli iść swoją drogą... 
Film jest doskonałym odzwierciedleniem wewnętrznej rozterki kogoś, kto w jednej chwili dowiaduje się, że nie jest tym, kim przez całe życie się uważał. Anna-Ida w jednej chwili straciła swoją tożsamość: wychowana w wierze chrześcijańskiej okazała się Żydówką, a w konsekwencji sama nie wiedziała z jaką religią powinna się utożsamiać: czy z tą, w której się urodziła, czy może tej, w której się wychowała. Urzeka tutaj rola debiutującej na ekranie Agaty Trzebuchowskiej, która w genialny sposób wcieliła się w tytułową Idę. Drugą ważną rolę odegrała jej imienniczka, Agata Kulesza. Jej postać wzorowana była na autentycznej postaci - Helenie Wolińskiej, prokuratorce i działaczce komunistycznej żydowskiego pochodzenia, która zmarła kilka lat temu w Oxfordzie. Trudna rola ukazująca m.in. wstyd za religię, z której się wywodzi, czy też skutki alkoholizmu oraz życia w wielu związkach. Całość jest doskonałym psychologicznym obrazem rozterek po czymś co było, zniknęło nagle i już nie wróci. W doskonały sposób ukazuje sytuacje duchową sporej części dzieci żydowskich, które tak samo jak Ida straciły swoją religijną tożsamość wychowując się w katolickich rodzinach i przytułkach. Dodatkowo atmosferę tamtych lat podkreśla tak zapomniany czarno - biały obraz. Klimatyczne wioseczki, malutkie miasteczka bez kolorowych bilbordów reklamowych - to na prawdę może wywołać nutkę sentymentu. 
Podobał mi się. Nawet bardziej niż "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego, którym wszyscy naokoło się zachwycali, a ja wcale go nie zrozumiałam. No cóż, kwestia gustu. A o gustach się nie dyskutuje.

P.S. Po tym filmie jeszcze bardziej nie chcę znać swojej przeszłości i pozostać przy moim aktualnym stanie wiedzy. 

czwartek, 19 listopada 2015

Po komisji orzekającej o niepełnosprawności

Wraz z końcem października skończyła mi się ważność orzeczenia o niepełnosprawności. W naszym mieście jest tak, że zaświadczenie wydaje się na kilka lat, a potem się je odnawia. Nie do końca widzę sens tej machiny, ponieważ np. w moim przypadku schorzenie nigdy nie zostanie wyleczone. Owszem, rehabilitacja i lekarstwa znacząco wpływają na komfort mojego życia, ale, nie oszukujmy się, z dziecięcego porażenia mózgowego ani się nie wyrasta, ani nie ma lekarstwa, po którym by to minęło. A taka kartka z oficjalnym uznaniem mnie za chorą umożliwia mi chociażby zdobycie dofinansowania do studiów z programu Aktywny Samorząd. O innych sprawach już nie wspomnę.
Na początku października złożyłam do MOPS-u papiery dotyczące przyznania mi nowego orzeczenia. Od razu miałam wyznaczony termin - 19 listopada. Super, jakby nie patrzeć, to w świetle prawa przez dwa i pół tygodnia byłam w pełni sprawnym człowiekiem. No nic, jakoś tak nie specjalnie się tym przejęłam. Wystarczyło się tym zbytnio nie chwalić i przetrwać do dzisiejszego dnia. Tym bardziej, że tydzień temu dostałam zawiadomienie o komisji wraz z godziną i numerem pokoju. Ponieważ godzina była bardzo późna, postanowiłam pojechać do Krakowa chociaż na część zajęć, tak aby jak najmniej stracić. Tak naprawdę urwałam się tylko z niemieckiego, więc nie jest źle.
W czasie powrotu do domu zadzwonił do mnie telefon z MOPSu z pytaniem, czy dam radę dotrzeć na komisję wcześniej. Trochę się tym zdenerwowałam, ponieważ na piśmie, jakie dostałam w sprawie komisji miejskiego orzecznictwa pisało, że mam być na 18:20, a tu nagle wzywano mnie na wcześniejszą porę. Tymczasem ja byłam dopiero w połowie drogi, a nie mogłam przecież przewidzieć, jaka będzie dalsza. Mimo wszystko grzecznie powiedziałam, że postaram się być najszybciej, jak to tylko możliwe.
Na szczęście wczoraj wieczorem wszystko sobie naszykowałam, toteż po powrocie do domu szybko zdjęłam plecak i wymieniłam go na stojącą w przedpokoju reklamówkę. Pusia tak żałośnie mruczała, że aż żal mi się jej zrobiło. Dzisiaj jednak koteczek musiał poczekać na porcję czułości, ponieważ pańcia miała ważniejsze sprawy na głowie. Któregoś razu ten kot naprawdę się na mnie obrazi. Ale na pewno nie dzisiaj.
Na razie musiałam dotrzeć na posiedzenie komisji. Na szczęście to tylko dwa przystanki autobusowe. W dodatku przystanek jest tuż przy budynku MOPS-u. Cóż więcej chcieć od życia? Zgłosiłam się do sekretariatu, gdzie niemal od razu zostałam przyjęta przez lekarza. Zadał mi kilka pytań, coś tam odnotował na kartce i kazał iść do gabinetu obok, gdzie była druga lekarka. U niej też poszło jak z płatka. Zapytała o studia i pracę, o to skąd mam środki na utrzymanie, poinformowała o możliwości wyrobienia sobie karty parkingowej, dała mi kwitek z którym mam się zgłosić w przyszłym tygodniu i tyle.
Kurczaczek, nie wiem nawet na ile dostałam orzeczenie. I czy w ogóle mi je ponownie przyznano. Chociaż z moim schorzeniem to nie powinnam mieć co do tego wątpliwości. Całość zaś trwała raptem kwadrans. Czyli tyle co nic. Jestem też z siebie troszkę zadowolona - wszystko zrobiłam całkowicie sama. Da się, tylko trzeba chcieć.

środa, 18 listopada 2015

Co nas nie zabije...

Ostatnio wzięłam się poważniej do nauki. Ciągnięcie czterech kierunków jest wymagające, a przede wszystkim wymaga systematyczności. Wiele wykładów ze studiów dziennych nagrywam na dyktafon. Oczywiście za zgodą profesorów. Staram się więc na bieżąco uzupełniać nagrane informacje. Czasami poświęcam na to całe wieczory, chociaż z miłą chęcią położyłabym się spać. Z drugiej strony jednak wiem, że i tak bym nie zasnęła, wiedząc ile mam pracy. 
Tak naprawdę to jest jedyny mój problem związany z nauką. Bo przedmioty mam naprawdę ciekawe. Te z AWFu w większości już poznałam w Katowicach. Mimo wszystko muszę zaliczyć: socjologię czasu wolnego, prawo gospodarcze, regiony turystyczne, metodologię badań naukowych, statystykę, język francuski, informatykę, tenis i taniec. Z pierwszych trzech mam egzaminy, reszta zaś kończy się tylko oceną, bądź, jak to jest w przypadku tenisa i tańca, tylko zaliczeniem. Udało mi się otrzymać Indywidualną Organizację Studiów na ten semestr na tym kierunku, więc trochę mi to ułatwia godzenie studiów na AWFie z studiami na Uniwersytecie Papieskim. Pierwszy rok zleciał nawet nie wiem kiedy i oto mogę się tytułować studentką drugiego roku. Wbrew pozorom na tym drugim roku wcale nie jest łatwiej. W tym semestrze mam zajęcia z takich przedmiotów, jak: filozofia, podstawy turystyki, liturgika, geografia pielgrzymowania i turystyki, język łaciński, niemiecki i rosyjski, organizacja ruchu turystycznego, patrologię, zabytki Bliskiego Wschodu oraz archeologię krajów śródziemnomorskich. Tutaj egzaminy mam tylko z filozofii i podstaw turystyki, reszta jest tylko na ocenę. Trochę tego jest, nie powiem, że nie. Z niektórych przedmiotów(czyt. patrologia) trzeba naprawdę się przyłożyć. Jutro jadę na Ruczaj wypożyczyć sobie "Zasady" Orygenesa. Nie, nie zwariowałam, ale muszę ją przeczytać w ramach lektury obowiązkowej z patrologii. Pomimo swoich ograniczeń staram się aktywnie brać udział w zajęciach na obydwóch uczelniach, często się odzywam, wyrażam własne zdanie. Czasami zdarza się, że profesorzy nie rozumieją, co mówię, ale na szczęście mam wspaniałe osoby w grupie, które spieszą z tłumaczeniem. Nie wiem czy dam radę przez dwa lata tak lecieć, ale nie dowiem się, dopóki nie spróbuję. 
Do tego dochodzą zajęcia w szkole policealnej. Na razie pewna jestem oceny z bhp w administracji - z egzaminu otrzymałam bhp. Ale prościutki był i bardzo życiowy. W sobotę mam zaś końcowy z wykonywania pracy biurowej. I tego się boję, bo ma dotyczyć zagadnień ekonomicznych, a tych zbytnio nie przerabialiśmy. Poza tym czekają mnie egzaminy z takich przedmiotów, jak: rachunkowość w administracji, prawo administracyjne, prawo pracy oraz postępowanie w administracji. W sumie tylko 6 przedmiotów, więc luzik(w poprzednim semestrze było ich 8 i jakoś przeżyłam). Zaś w drugiej policealnej mam tylko trzy przedmioty: prawo archiwalne, podstawy archiwistyki i metody pracy w archiwum zakładowym. Z podstaw archiwistyki mam już w tą niedzielę sprawdzian. Nawet ten materiał nie jest zbytnio skomplikowanie. Oczywiście wszystko mam dostosowane do moich możliwości i kiedy mam opisówki, to zazwyczaj dyktuję prowadzącemu odpowiedzi ustnie. Po przebojach z angielskim wolę nie pisać nic już na laptopie. Śmieję się, że nie mam nawet jak zgapić odpowiedzi na pytania. Najwięcej swobody mam przy testach - to już daję radę sama napisać. 
Tak więc mam co robić. Przynajmniej nie mam czasu na mędrkowanie nad przyszłością. Tak naprawdę co ma być to będzie i nie warto prorokować. Bo życie na prawdę lubi płatać nam figle.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Efekt europejskiej paniki uzyskany

Nawet nie przypuszczałam, że piątkowe zamachy w Paryżu wywołają takie reakcje u moich rówieśników. Tymczasem siedzimy dzisiaj sobie w szatni przed zajęciami z tenisa ziemnego i co słyszę?
  1. Jedna z moich koleżanek mieszka w ścisłym centrum Krakowa. W takim razie jeżeli jakiś terrorysta zechce wysadzić w powietrze np. sukiennice, albo kościół Mariacki, to i jej dom może się rozlecieć. Najlepszym rozwiązaniem tego problemu będzie przeprowadzka(w takim razie i ja muszę zmienić swoją trasę marszu na Papieski, wszak codziennie mijam Rynek przynajmniej 2x);
  2. Druga zaś boi się iść sama do Galerii Krakowskiej po kurtkę, ponieważ taki obiekt handlowy jest doskonałym punktem ataku. Dlatego szukała kogoś, kto poszedłby z nią(taa, im więcej ofiar tym lepiej, a tak naprawdę to znowu będę musiała zmienić trasę przejścia, tym razem w stronę dworca autobusowego)
  3. Trzecia zaś usłyszała podczas niedzielnego kazania, że na pewno zbliża się koniec świata, co też ciekawie na nią wpłynęło(bo to pierwszy raz? Ten z 21 grudnia 2012 roku jakoś nie wypalił)
Rozumiem, że to co się dzieje w świecie może różnie wpływać na ludzi, ale sądzę, że nie powinniśmy dać się zwariować. Tak jak już to kiedyś pisałam - zło czai się wszędzie, możemy stracić nasze życie w każdej chwili. Przecież uciekając przed "terrorystą" możemy przez nieuwagę wpaść pod koła samochodu i też zginąć. Ale mimo wszystko musimy żyć dalej, pracować, uczyć się. Mimo wszystko świat w dalszym ciągu się kręci, a my jesteśmy jego cząsteczką. Jakże uniwersalny w tych momentach wymiar przybiera słynna modlitwa Bułata Okudżawy...

niedziela, 15 listopada 2015

No i co z tymi uchodźcami?

Po piątkowym ataku na ludność zamieszkującą Paryż powstała w społeczeństwie taka dziwna nagonka potępiająca przyjmowanie uchodźców do krajów Unii Europejskiej. Ja szczerze powiedziawszy nie mam nic przeciwko takiej polityce działania. Ostatnio na Papieskim prowadzona była nawet ankieta na temat naszego stosunku do uchodźców i zważając na komentarze moich kolegów i koleżanek z grupy, śmiem twierdzić, że jako jedna z nielicznych nie miałam nic przeciwko nim? Dlaczego? Ponieważ w miarę dobrze znam historię naszego kraju i np. podczas zaborów nasi rodacy musieli emigrować na zachód. W szczególności dotyczyło to naukowców i ludzi związanych ze sztuką i kulturą, ale nie wykluczone że i np. szlachta też nie uciekała przed represjami. Historia czasami przemilcza pewne fakty. My to nazywamy delikatnie emigracją, ale czyż w tych okolicznościach nie można tego nazwać po prostu uchodźstwem? A czasy po drugiej wojnie światowej? Ileż to ludzi musiało zbiec przed szykanami do Anglii, Francji, Stanów Zjednoczonych? Przez wiele lat funkcjonowała również instytucja prezydent na uchodźstwie, czyli sami przed sobą się przyznawaliśmy, że jesteśmy uchodźcami. I czym tak naprawdę różniliśmy się od Syryjczyków, mieszkańców Bliskiego Wschodu? Wyznawaną religią? Przecież "czysty" islam nie każe zabijać, tylko jego skrajne odłamy. Zresztą chrześcijanie też potrafią zabić, tylko zauważyłam, że to taki drażliwy temat. Bo przecież Bóg w mniemaniu wszystkich to dobry Bóg, każący kochać ludzi, zaś Allach nakazuje zabijać w jego imię. A tak wcale nie jest. Nie jest też prawdą, że muzułmanie, przynajmniej ci wyznający podstawowy islam, uważają chrześcijan za złych. Podczas jednego z wykładów ksiądz profesor opowiadał nam, jak w Syrii grupa nastolatków zaatakowała go kamieniami. Kiedy wiadomość ta dotarła do ich ojców, ci tak ich zbili, że ośmielili się napastować katolickiego księdza, że im aż krew leciała. A potem duchowny musiał zjeść kilka obiadów w ramach przeprosin. Zauważmy też, że większość piątkowych terrorystów, mimo że była wyznawcami islamu, to jednak miała obywatelstwo Francuskie. Czyli prawdopodobnie urodzili się już w Francji, czyli w świetle prawa nie była uchodźcami, tylko prawowitymi obywatelami kraju. Ich problem polegał jednak na tym, że prawdopodobnie nosili w sobie jakąś traumę z wojny, na której mieliby walczyć. A takim człowiekiem łatwiej manipulować. Ogarnięci frustracją i presją dali się namówić na tak haniebny czyn. Tym ludziom nie było potrzebne wydalenie z kraju, czy choćby miasta, bo podejrzewam, że zrobiliby to samo w każdym innym mieście. Tym ludziom była potrzebna fachowa pomoc psychologiczna. Inną sprawą jest to, że może Francja zbyt obsesyjnie walczy z Państwem Islamskim i skutki tego są jakie są. Ale żeby potępiać za to zwykłych uchodźców? To tak, jakby napisać UCHODŹCA = TERRORYSTA. Czy tak na serio myślimy?

I tak na zupełny koniec - pomyślmy też czasem o tym, że to my jesteśmy w roli takiego uchodźcy, który ucieka z ogarniętym wojną kraju. Czy chcielibyśmy tak tułać się po świecie i w każdym kraju słyszeć - "nie masz tutaj wstępu bo jesteś ...". Chyba nie. Łatwo jest osądzać żyjąc w miarę spokojnym państwie, trudniej wczuć się w sytuację innej osoby.

sobota, 14 listopada 2015

Wszyscy dziś bądźmy solidarni z Francją...

Co tu dużo pisać - po raz kolejny Dżihadyści pokazali, że przewyższają wszystkich swoim okrucieństwem. Znowu były strzały, krew niewinnych ludzi, płacz i niedowierzanie. Po Nowym Jorku, Moskwie, Madrycie, Biesłanie i Londynie przyszedł czas na kolejne miasto - Paryż. I pomyśleć, że kiedy byłam na wrześniowej wycieczce zapewniano nas, że w samej stolicy jest bezpiecznie, że najgorzej jest na jej obrzeżach. Wczorajsze zdarzenie pokazało, że tak nie jest. Nigdzie nie jesteśmy bezpieczni. Co więcej, nigdy jeszcze nie byliśmy w takim niebezpieczeństwie jak teraz. Osobiście płaczę razem z rodzinami ofiar i całym narodem Francuskim, tak jak to było po poprzednich zamachach. O ile jestem jeszcze zrozumieć to, że taki fanatyczny muzułmanin popełniając samobójstwo wierzy, że idzie do Nieba, o tyle tego, że zabija wszystkich dookoła bo tak mu się podoba, już nie. I zadaję sobie jedno proste pytanie - Boże, gdzie Ty jesteś? Dlaczego pozwalasz ginąć bezbronnym ludziom. Ale niestety nie znajduję na nie odpowiedzi. 
Czarny piątek w Paryżu - 13 listopad 2015, pokój wszystkim ofiarom tego zamachu
A tak katowicki Spodek solidaryzuje się z Francją
A wracając do wczorajszej notki, która powstała jeszcze przed tymi koszmarnymi wiadomościami, to takie małe sprostowanko: chyba nie tylko nie potrafiłabym żyć w średniowiecznym Paryżu, we współczesnym też nie. I to nie tylko ze względu na zagrożenie zamachami terrorystycznymi.

piątek, 13 listopada 2015

A gdyby tak żyć w średniowiecznym Paryżu...

Wokół pomnika Żeglarzy, miejsca pogańskiego kultu, gdzie św. Dionizy spotkał tutejszych Celtów znajduje się jedna z najbardziej rozpoznawalnych budowli Paryża, obok Wieży Eiffla, Katedra Marii Panny*, nam, Polakom, bardziej znana pod nazwą Katedra Notre Dame. Jest to gotycka katedra wybudowana na brzegu przepływającej przez stolicę Francji Sekwany w latach 1163-1345. Wzniesienie budowli było głównym zadaniem mieszkańców miasta żyjących na przełomie XII i XIII wieku. Do dzisiaj w Katedrze można znaleźć ślady wiary pięciu pokoleń budowniczych, którzy w jej powstanie włożyli nie tylko wysiłek finansowy, ale też techniczny i artystyczny. Całość osadzona jest w kontekście kulturowym, w jakim przyszło pracować murarzom i ich duchownym doradcom, angażującym w doradztwo również uczonych pochodzenia żydowskiego, jak i muzułmanów. Paryska Katedra cała zwrócona jest w stronę jednego oblicza, Jezusa Chrystusa. Ciekawostką jest, że jeżeli przez przeciwległe narożniki kwadratu fasady Katedry poprowadzi się dwie łączące je linie, to przetną się one dokładnie w miejscu, w którym znajduje się figura Matki Bożej z Dzieciątkiem, którą dodatkowo podkreśla promieniejąca wokół niej rozeta. Całą budowlę możemy podzielić na takie części, jak**: 
źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Architektura_gotycka_we_Francji
  1. fasadę zachodnią, 
  2. portal św. Szczepana
  3. portal św. Anny
  4. portal Ukoronowania 
  5. portal od strony rue du Cloitre
  6. portal Sądu Ostatecznego
  7. rozeta południowa
  8. róża kamienna
  9. rozeta zachodnia
  10. rozeta północna
  11. nawa
  12. północna ściana prezbiterium
  13. południowa ściana prezbiterium
  14. prezbiterium
  15. ściana wschodnia Katedry
  16. absyda
Drzwi do środka ozdabiają gałęzie przypominające wejście do Ogrodu Rajskiego, tym razem otwartego dla wszystkich. Na gałęziach można zauważyć gniazda, w których znajdują się piękne ptaki. Zapowiadają one liturgiczny śpiew niosący modlitwę do wnętrza kościoła. Symbolika roślinna przekształciła filar nawy w okute liśćmi drzewa. Sprawia to wrażenie, jakoby wchodziłoby się do lasu - tak drogiego miejsca dla ludzi średniowiecza. Liczne portale znajdujące się na zewnątrz budynku przedstawiają życie Chrystusa. Stają się w ten sposób wielkim hymnem optymizmu. Uwagę zwracają również okazałe rozety. Swoim kształtem przypominają ludziom, że każdy będzie mógł zająć kiedyś miejsce u Tego, który ma moc wyzwolić go ze strachu przed Bogiem. Na początku XII wieku troska o rozwój intelektualny młodzieży sprawiła, że duchowieństwo Katedry otworzyło przy świątyni Uniwersytet, gdzie nauczano w takich dziedzinach, jak prawo, medycyna, architektura i teologia. Pamiątką po tym okresie są płaskorzeźby u dołu portalu św. Szczepana, które ukazują życie codzienne zarówno studentów, jak i profesorów.

Byłam - a oto dowód :)
W tym roku po raz drugi miałam okazję zwiedzić Katedrę Marii Panny w Paryżu. Pierwszy raz miał miejsce w 2007 roku, podczas wycieczki szkolnej. Niestety, niewiele z niego pamiętam. Teraz było inaczej. Bo oto po ośmiu latach stałam się świadomym turystą, który nie tylko biernie odbiera to, co mu oferują, ale przede wszystkim zadaje pytania odnośnie interesujących go rzeczy, a nawet samodzielnie szuka na nie odpowiedzi. Skoro chcę wiązać swoją przyszłość w jakiś sposób z turystyką, to pora zacząć już teraz działać. Oprócz przewodniczki pomocna okazała się też polska wersja folderu o Katedrze, którą udało mi się wypatrzeć w sklepiku przy świątyni. Oczywiście w Internecie też jest wszystko, ale kiedy nie ma się do niego dostępu, trzeba sobie radzić w inny sposób. Po zwiedzaniu Katedry mieliśmy ponad dwie godziny czasu wolnego, toteż przyłączyłam się do państwa P., żeby samemu nie pałętać się po obcym mieście. Chociaż z P. byłam już kiedyś na turnusie rehabilitacyjnym, to tak naprawdę poznałam ich rok temu i szczerze polubiłam. Zresztą należą oni do tych ludzi, których nie da się nie lubić. Podczas spaceru rozmawialiśmy o różnych rzeczach i w pewnym momencie nasza pogawędka zeszła na film o słynnym Dzwonniku z Notre Dame, a następnie na temat książki autorstwa Victora Hugo, na podstawie której został on oparty. I nagle uświadomiłam sobie, że przecież posiadam tą powieść w domowej biblioteczce. Dlatego zaraz po powrocie do Polski wzięłam się za jej czytanie. Dwa tomy przeczytałam w dwa miesiące. Kiepski jak na mnie wynik, ale też czasu na przyjemności mało.
Nie będę tutaj szczegółowo streszczać treści powieści, bo chyba odstraszyłabym moich czytelników. Zainteresowanych odsyłam do wikipedii -> >>Klik<<(wybaczcie, staram się jak najmniej korzystać z metody kopiuj-wklej). Podzielę się jednak pewnymi spostrzeżeniami. W trzeciej części powieści znajdziemy szczegółowy opis średniowiecznego Paryża, jaki można było zobaczyć z katedralnej wieży. Nam, ludziom żyjącym w XXI wieku trudno uwierzyć, że niegdyś w mieście nie było ani Wieży Eiffla, ani kontrowersyjnego kabaretu Moulin Rouge, ani Łuku Triumfalnego, zaś Pola Elizejskie były zwykłymi polami uprawnymi. Powoli powstawały Uniwersytet na Sorbonie i Pałac w Luwrze. Przez środek miasta leniwie wiła się Sekwana. Prym w mieście wiodła właśnie gotycka Katedra, w której miał mieszkać zniekształcony mężczyzna imieniem Quasimodo. Przyznam się bez bicia, że przez tą część, nie wiedzieć czemu, najtrudniej mi było przebrnąć. Może za długie rozdziały, może za bardzo szczegółowe opisy? Nie mam pojęcia. W każdym razie niektóre zdania czytałam po kilkakroć. I wiem jedno - średniowieczny Paryż jest nie dla mnie. Za to bardzo polubiłam kózkę imieniem Dżali, towarzyszkę Esmeraldy, jednej z głównych bohaterek powieści, a jej sztuczki powodowały u mnie uśmiech na twarzy. Miłość Klaudiusza do cyganki - nieco przewidywalna, za to jeden z końcowych gestów Quasimodo - już nie. Zaskoczył mnie też koniec - mimo wszystko autor mógł wymyślić bardziej oryginalny ślub Quasimodo. Z jednej strony książka może i ciekawa, jednak nie dla mojej wyobraźni, która tym razem nieco galopowała z przekazywanymi jej treściami. Może z "Nędznikami" będzie lepiej? Wszak to już XIX wiek, czyli trochę bliższe mi czasy i problemy. Czas pokaże.

A tak w ogóle to Lolek postanowił się zreflektować i odpisać na komentarze do poprzednich wpisów. To tak, jakby ktoś był zainteresowany...

Informacje o katedrze pochodzą z polskiej wersji folderu "Paryska Notre-Dame. Katedra - świadek historii" autorstwa Marie-Jeanne Coloni
** W wymienionej przeze mnie pozycji wszystkie te elementy zostały opisane, pozwólcie jednak, że podaruję sobie z przepisywaniem tego wszystkiego i ograniczę wszystko do konkretów.

czwartek, 12 listopada 2015

Wałęsa, człowiek z...

Tak się jakoś złożyło, że w dniu wczorajszym Telewizja Polska puściła w godzinach wieczornych film przedstawiający sylwetkę jednej z najbardziej charyzmatycznych i rozpoznawalnych Polaków na świecie, Lecha Wałęsy. Od razu przypomina mi się anegdotka opowiedziana podczas wykładu przez profesora, że kiedy w Ameryce Łacińskiej powiedział, że jest z Polski, tubylec na temat naszego kraju wiedział tylko tyle, iż pochodzi z niego Jan Paweł II oraz... Lech Wałęsa. Zastanawiam się, czy wiedział on w ogóle, gdzie się ta cała Polska znajduje. Skoro Japończyk potrafi umiejscowić ją na Półwyspie Synaj, to może dla takiego Amerykanina jest ona, bo ja wiem, w Afryce... W każdym razie chwała mu za to, że kojarzył nasz kraj z tymi dwoma postaciami, a przez ten czas poszerzył swoją geograficzną wiedzę.
Kim był Wałęsa chyba nie trzeba nikomu mówić - owiany legendami pracownik Stoczni Gdańskiej, który stał na czele komitetu strajkowego w sierpniu 1980 roku. Dwa lata później został internowany, a w 1983 roku kapituła Komitetu Noblowskiego przyznała mu Pokojową Nagrodę Nobla. W jego imieniu odebrała ją jego żona, Danuta Wałęsa, wraz z najstarszym synem. Lechowi odmówiono wydania paszportu. Wałęsa odegrał znaczącą rolę w Obradach Okrągłego Stołu - był m.in. współzałożycielem Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ "Solidarność". 31 sierpnia 1988 roku podczas spotkania z generałem Czesławem Kiszczakiem, doszedł do porozumienia w sprawie rozpoczęcia obrad rządu z opozycją w zamian za wygaszenie fali strajków, którą zorganizowała "Solidarność". Rozmowy Okrągłego Stołu zaczęły się 6 lutego 1989 i trwały dwa miesiące. Dzięki nim możliwa była zmiana Konstytucji PRLu oraz pierwsze wolne wybory do parlamentu w czerwcu tego samego roku. W następnym roku Lech Wałęsa został wybrany na prezydenta i pełnił tą funkcję przez jedną kadencję.
Film słynnego polskiego reżysera, Andrzeja Wajdy, przedstawia dwie dekady z życia Lecha Wałęsy. W jednej z pierwszych scen przychodzi na świat jego pierwszy syn, Bogdan. Film zamyka scena przemówienia przyszłego prezydenta w gmachu ONZ w 1989 roku(po polsku, rzecz jasna, wszak podejrzewam, że Lech Wałęsa może znać jeszcze rosyjski). 
Większość fabuły filmowej opiera się na wywiadzie słynnej włoskiej dziennikarki, która pewnego dnia 1981 roku przyjeżdża na gdańskie blokowisko, aby przeprowadzić wywiad z przywódcą "Solidarności" - Lechem Wałęsą. Za pośrednictwem rozmowy przenosimy się o dekadę wstecz, kiedy na wybrzeżu wybucha bunt przeciwko władzy komunistycznej. Niespełna 30 - letni Wałęsa, elektryk w Stoczni Gdańskiej, wpada w ręce funkcjonariuszy SB. W tym samym czasie przychodzi na świat jego pierworodny. Po podpisaniu odpowiednich dokumentów Lech wychodzi na wolność i wraca do pracy w stoczni. Pomimo tego, że na świat przychodzą kolejne jego dzieci, nie rezygnuje z działalności konspiracyjnej. Kiedy w stoczni wybucha strajk, on pomimo zwolnienia, staje na czele protestujących. Następnie, już nie za pośrednictwem dziennikarki, jesteśmy świadkami jego kilkumiesięcznego internowania oraz reakcji na otrzymanie Pokojowej Nagrody Nobla. Reżyser w ciekawy sposób przedstawia postać żony Lecha Wałęsy - nie jako żonę przywódcy, ale jako gospodynię ogniska domowego. Bo kiedy jej małżonka nie było w domu, to na niej spoczywało wychowywanie dzieci. A to nie takie proste, kiedy najstarszy urządza na wzór ojca strajki w szkole, a pozostałe krzyczą i biegają po mieszkaniu jak nakręcone.
Szczerze powiedziawszy, po obejrzeniu "Człowieka z marmuru" i "Człowieka z żelaza" spodziewałam się czegoś lepszego. Tym czasem film po prostu do mnie nie do końca przemówił. Może za dużo w nim było dzieci? Bo co chwilę jakieś Wałęsiątko pojawiło się w kadrze. Może sama postać Wałęsy do mnie nie przemawia. Może za dużo w niej legendy, a za mało faktów. Na filmwebie dałam jednak 8/10 - za narty, z którymi Bogdan Wałęsa wrócił z Oslo.

środa, 11 listopada 2015

Dusza w letargu

Tytuł jednego z rozdziałów "Lalki" Bolesława Prusa doskonale oddaje mój ostatni stan ducha. Przez kilka poprzednich dni rozmyślałam o mojej przyszłości, jaka ona będzie, co nią będzie kierowało. Mam za sobą kilka nieprzespanych z nerwów nocy. Dotąd nie miałam takich dylematów, wyznaczałam sobie jasne, sprecyzowane cele i konsekwentnie do nich dążyłam. A teraz? Teraz mam masę wątpliwości. Bo czuję się tak, jakbym była zawieszona pomiędzy dwoma światami - światem marzeń, do którego nikt nie ma dostępu, i świata realiów, który każdy doskonale zna. W tym i ja. Prawda jest jednak dużo bardziej brutalniejsza, niż mogłoby się wszystkim tzw. pełnosprawnym wydawać. Bezrobocie w naszym kraju jest, nie oszukujmy się. Z jednej strony więc chcę studiować, zdobywać wiedzę. Z drugiej jednak zastanawiam się jaki będzie tego efekt końcowy. Czy znajdę pracę? Czy w ogóle ukończę te studia? Awaryjnie robię więc sobie technika administracji. Zdaję sobie sprawę z tego, że najlepsza będzie dla mnie praca typowo biurowa, którą de facto da się połączyć z turystyką. Ale i tutaj kłębią się problemy. Sen z powiek spędza mi bowiem czerwcowy egzamin czerwcowy. Nie boję się, że sobie nie poradzę. Bardziej się boję, że to ministerstwo nie podoła z umożliwieniem mi zdania go w przystępny sposób. O szczegółach napiszę kiedy indziej. Jedno jest pewne - będzie ciekawie. I raczej na nudę emocjonalną nie mogę narzekać. 

czwartek, 5 listopada 2015

Jak w pięć minut odebrać człowiekowi chęć do życia i samokształcenia

Czasami jest tak, że człowiek cieszy się z tego co osiągnął, do czego doszedł. Cieszy się z tego, że pomimo znacznych ograniczeń radzi sobie całkiem nieźle w tym życiu. Stara się iść przez to życie do przodu. I nagle na jej drodze pojawia się osoba, która niekoniecznie świadomie, burzy budowaną przez jakiś czas satysfakcję. Bo jej się wiele rzeczy wydaje...
Rano wsiadłam do autobusu i mimowolnie zajęłam miejsce obok pewnej znajomej. Zazwyczaj rozmawiamy sobie na różne tematy, przez co podróż szybciej nam mija. Tak było i dzisiaj. W pewnym momencie zapytała mnie, dlaczego poszłam na taki kierunek, a nie inny. Trochę się zdziwiłam, bo akurat jej się nie chwaliłam gdzie studiuję, ale z drugiej strony kilka dni temu powiedziałam naszej wspólnej znajomej co nieco o studiach na Papieskim, więc pewnie ona się wygadała... Powiedziałam jej zgodnie z prawdą, że wolę wiązać swoją przyszłość w jakimś stopniu z moimi zainteresowaniami, niż na siłę studiować coś, czym może i się interesuję, ale studia przerastają mnie pod względem manualnym(np. matematyka), albo coś, co mnie wcale nie pociąga. A że turystyka religijna jest dziedziną dosyć wąską... Czasami lepiej jest mieć wiedzę w konkretnej specjalizacji i umieć ją wykorzystać w praktyce, niż mieć szeroką wiedzę w ogólnym zagadnieniu, ale za to bezużyteczną. Takie jest przynajmniej moje zdanie. A poza tym bardziej ogólną wiedzę zdobywam na studiach magisterskich z TiRu na AWFie, o których de facto nikt nic nie wie. Niestety, moja znajoma za wszelką cenę starała się mnie przekonać, że wybrałam kompletnie nieprzydatny kierunek, po którym raczej nie znajdę pracy, bo ludzie i tak nie chcą wyjeżdżać na pielgrzymki. Dyskretnie jej przypomniałam, że kiedy zaproponowałam kiedyś, że mogę zorganizować wycieczkę dla scholi do Wadowic, to głównie jej rodzina miała ale co do terminu. Oczywiście kot musiał zostać odwrócony ogonem i po primo usłyszałam, że skoro tak, to mogłam sobie organizować tą wycieczkę(wiosną pletła co innego), a po sekundo, koszty, koszty i jeszcze raz koszty. Tylko, że mi, po obliczeniu cen biletów, wyszło 11 zł bez autokaru w przypadku dziecka. A to głównie o dzieci chodzi, żeby one zobaczyły coś. Autokar podniesie je o około 10 zł. 21 złotych to nawet mniej niż wycieczka do Krakowa na Misterium Męki Pańskiej... Poza tym jak ja sobie z moim schorzeniem wyobrażam pracę, przecież przewodnik powinien mieć dobrą dykcję? Ale na miłość boską, turystyka nie kończy się na oprowadzaniu. To przecież też praca biurowa, układanie wycieczek, wyszukiwanie ofert w sieci. Do tego nawet nie trzeba teoretycznie umieć mówić. A wiedza zawsze się przyda.
Tak mnie ta rozmowa wytrąciła z równowagi, że praktycznie cały dzień przepłakałam w ostatniej ławce. Wszyscy próbowali dojść co się stało, jednak mój problem polega na tym, że wszystkie negatywne emocje tłamszę w sobie. Bo studia, zaledwie jedne jak i drugie, bardzo mi się podobają. Pamiętam moją radość, jak po egzaminie wstępnym na Papieski okazało się, że mnie przyjęli. Zrozumiałam wtedy, że mogę dużo więcej, niż mi się wydaje. Pomimo szeregu ograniczeń, zaczynając od problemów z notowaniem, poprzez godzenia obydwóch kierunków w dwóch uczelniach w różnych częściach Krakowa, a kończąc choćby na dojazdach uczelnia-dom, całkiem nieźle sobie radzę. Wczoraj oddali nam kolokwia z patrologii i okazało się, że jako jedna z nielicznych zaliczyłam je. Co więcej, zaliczyłam na 4, chociaż materiał był obłędny. Wykładowcy rozumieją mój problem w pisaniu i idą mi na rękę przy sposobie zaliczania kolokwiów. Mam wspaniałe osoby w grupach, które nie dość, że akceptują mnie taką, jaka jestem, to jeszcze zawszę mogę na nie liczyć. Cóż jeszcze trzeba chcieć od życia? A jednak dzisiaj po usłyszeniu kilku cierpkich słów mój zapał opadł. Bo po cóż dążyć do samorealizacji, jeżeli osoby które szanujesz są przeciwko tobie? Naprawdę, skutecznie odechciewa się wszystkiego. I już nic się nie będą odzywać przy niektórych osobach na temat mojej dalszej edukacji. Przynajmniej do momentu otrzymaniu dyplomu. O ile oczywiście do tego dojdzie.

środa, 4 listopada 2015

Patron - drogowskaz życiowy

Większość z nas ma swojego świętego patrona. Nie mówię, że wszyscy, bo nie wszyscy przecież są wierzący, a i nie każdego imię wiąże się z jakimś świętym. Faktem jest, że niemal każdy z nas ma kiedyś imieniny. I to wynika nie z religii, ale bardziej z tradycji. Dawniej dziecko dostawało imię świętego, którego czczono w dniu jego narodzin, ewentualnie patrona parafii, w której przyjmowało chrzest. Dzisiaj mamy pełną dowolność w tym, jak nazwiemy swoją pociechę. Co prawda niektórzy ciut przesadzają w doborze imienia dla dziecka(osobiście wątpię, aby kosmiczne imię je uszczęśliwiło, raczej może stać się obiektem kpin odnośnie jego osoby), na ogół przeważają jednak tradycyjne imiona.
Na mojego patrona ktoś kiedyś wybrał Karola Boromeusza. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. Tym bardziej, że równe dwa tygodnie później, przypada wspomnienie Karoliny Kózkówny. No, ale ona nie jest świętą, tylko błogosławioną. Mnie to co prawda nie robi różnicy, ale dla innych może wydawać się nieco dziwne. Bo przecież Karol, jak sama nazwa wskazuje, to rodzaj męski, tymczasem ja, jak stwierdzono tuż po moim pojawieniu się na świecie, jestem rodzaju żeńskiego. Co prawda często biorą mnie za chłopaczka z powodu moich włosów, ale to da się przeżyć. Więc może dlatego Karol? Chyba jednak nie o to komuś tam chodziło w moim patronie. 
Święty Karol Boromeusz
Zamiast więc zastanawiać się dlaczego jest tak, a nie inaczej, pozwolę sobie przytoczyć biografię mojego patrona. Karol Boremeusz przyszedł na świat 3 listopada 1538 roku we włoskim mieście Arona. Jego ojca wyróżniała prawość charakteru, głęboka religia i miłosierdzie dla ubogich. Ta ostatnia cecha szczególnie będzie się wyróżniała w życiu Karola. Od najmłodszych lat Karol posiadał spory majątek. W wieku zaledwie 7 lat otrzymał suknię klerycką, co było znakiem, że jest przeznaczony do stanu duchowego. Dwa lata późnej zmarła matka chłopca. Aby posiadać odpowiednie warunki na przyszłość, został mianowany w wieku zaledwie 12 lat opatem. Nastolatkowi nie podobał się ten zwyczaj, toteż wymógł na ojcu przekazywanie dochodów z opactwa najuboższym. Pierwsze nauki pobierał na rodzinnym zamku. Po ukończeniu studiów w domu wyjechał do Pawii, gdzie zdobył podwójny doktorat(z prawa kościelnego i cywilnego). Kiedy w 1559 roku wuj Karola został papieżem(Pius IV) on sam trafił do Wiecznego Rzymu, w którym w wieku 22 lat został mianowany protonotariuszem apostolskim i referentem w sygnaturze, a w następnym roku kardynałem i arcybiskupem Mediolanu. W kolejnych latach Karol został mianowany kardynałem-protektorem Portugalii, Niderlandów, katolików w Szwajcarii, jak również opiekunem wielu zakonów i archiprezbiterem bazyliki Matki Bożej Większej w Rzymie. Wszystko to dawało Boromeuszowi ogromny dochód, jednak te pieniądze przeznaczane były na cele dobroczynne i kościelne. Sam Karol starał się żyć ubogo. Po pewnym czasie Karol stał się pierwszą po papieżu osobą w Kurii Rzymskiej. Dzięki temu uporządkowano wiele spraw i usunięto wiele nadużyć. Zyskał tym licznych wrogów, jak choćby Piusa V, za którego rządów musiał opuścić Rzym. Wbrew pozorom ucieszyła go ta wiadomość, ponieważ mógł się teraz zająć archikatedrą mediolańską. Z całą swoją energią zabrał się do pracy. W 1564 r. otworzył jedno z pierwszych na świecie wyższych seminariów duchownych, a w kilku innych miastach założył niższe seminaria, tak, aby do mediolańskiego dostarczyć odpowiednio przygotowanych kandydatów. Seminaria prowadzili oblaci św. Ambrożego. Popierał zakony pomagając im materialnie, dla świeckich ludzi zakładał bractwa. Zwołał 13 synodów diecezjalnych i 5 prowincjonalnych w celu przeprowadzenia reform i uchwał Soboru Trydenckiego. W celu umożliwienia ubogiej młodzieży studiów wyższych, powołał w Pawii osobne kolegium, zaś w Mediolanie założył szkołę wyższą filozofii i teologii, którą powierzył jezuitom. Teatyni zaś prowadzili szkoły i kolegia dla młodzieży szlacheckiej. Ufundował liczne przytułki. Po przeprowadzonej w 1582 roku reformie mszału i brewiarza, obronił dla swojej diecezji obrządek ambrożański. Podczas kilkakrotnych wybuchów epidemii, kazał otworzyć wszystkie miejskie spichlerze i rozdać żywność ubogim. Zachęcał również duchowieństwo, aby szczególną troską otoczyło zarażonych i ich rodziny. W czasie zarazy w 1576 roku sam niósł pomoc ubogim karmiąc kilka tysięcy osób dziennie i zaopatrując ich w najpotrzebniejsze rzeczy. Podczas epidemii ospy zarządził procesję pokutną, którą prowadził idąc boso. W 1572 był poważnym kandydatem na papieża podczas konklawe. Do największych zasług Karola zalicza się Sobór Trydencki. Z powodu złej organizacji trwał on aż 18 lat. Dopiero po działaniach Karola, można było szczęśliwie go dokończyć. Jego głównymi tematami były prawdy wiary, wprowadzenie dwóch dekretów odnośnie karności w kościołach, wprowadzenie wizytacji kanoniczych, regularny obowiązek zwoływania synodów, regularnej katechizacji, czy też cenzury do pism katolickich i indeks książek zakazanych. Karol był inicjatorem większości z powyższych postulatów, jak również utworzenia osobnej kongregacji kardynałów mającej pilnować, aby uchwały soboru wszędzie były stosowane. Karol Boromeusz zmarł w Mediolanie 3 listopada 1584 roku z powodu febry. Zachorował na nią podczas odprawiania rekolekcji. Beatyfikowany został w 1602 roku, kanonizowany osiem lat później. Jego szczątki spoczywają w krypcie katedry w Mediolanie. Patronuje boromeuszkom, diecezji w Lugano i Bazylei, uniwersytetowi w Salzburgu, bibliotekarzom, instytutom wiedzy katechetycznej, proboszczom i profesorom seminariów.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Wczoraj jeszcze z nami, dzisiaj gdzieś daleko...

Zygmunt Sierakowski: 24 marca 1945 - 13 listopad 2014; polski aktor filmowy
Jadwiga Piłsudska - Jaraczewska: 28 lutego 1920 - 16 listopad 2014, córka Józefa Piłsudskiego, polska pilot
Janusz Kubicki: 27 maja 1931 - 26 listopad 2014, polski aktor filmowy
Stanisław Mikulski: 1 maja 1929 - 27 listopad 2014, polski aktor filmowy
Krzysztof Krauze: 2 kwietnia 1953 - 24 grudzień 2014, polski reżyser i operator
Stanisław Barańczak: 13 listopad 1946 - 26 grudzień 2014, polski poeta i krytyk literacki
Michał Hernik: 30 styczeń 1975 - 6 styczeń 2015, polski motocyklista
Józef Oleksy: 22 czerwiec 1946 - 9 styczeń 2015; polski polityk, premier Polski w latach 1995 - 1996
Abd Allah: 1 sierpień 1924 - 23 styczeń 2015, król Arabii Saudyjskiej
Demis Roussos: 15 czerwiec 1946 - 25 styczeń 2015, grecki piosenkarz
Charles Townes: 28 lipiec 1915 -  27 styczeń 2015, amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla
Jan Skrzek: 21 listopad 1953 - 29 styczeń 2015, polski muzyk, kompozytor bluesowy
Zbigniew Kurtycz: 16 maj 1919 - 30 styczeń 2015, polski piosenkarz i kompozytor
Val Fitch: 10 marzec 1923 - 5 luty 2015, amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla
Jerzy Regulski: 9 lipiec 1924 - 12 luty 2015, polski ekonomista,
Marian Szeja: 20 sierpień 1941 - 15 luty 2015; polski bramkarz, zdobywca złotego medalu na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium
Borys Niemcow: 9 październik 1959 - 27 luty 2015; rosyjski polityk, opozycjonista i obrońca praw człowieka
Leonard Nimoy: 26 marzec 1931 - 27 luty 2015; amerykański aktor
Camille Muffat: 28 październik 1989 - 9 marzec 2015; francuska pływaczka, mistrzyni olimpijska z Londynu
Agnieszka Kotlarska: 18 marzec 1971 - 10 marzec 2015; polska aktorka
Lee Kuan Yew: 16 wrzesień 1923 - 23 marzec 2015; pierwszy premier Singapuru
Robert Leszczyński: 10 luty 1967 - 1 kwiecień 2015; polski krytyk muzyczny
Barbara Sass: 14 październik 1936 - 2 kwiecień 2015; polska reżyserka i scenarzystka filmowa i telewizyjna
Władysław Pożoga: 8 styczeń 1923 - 6 kwiecień 2015; polski działacz państwowy
Gunter Grass: 16 październik 1927 - 13 kwiecień 2015; niemiecki pisarz, laureat Nagrody Nobla
Percy Sledge: 25 listopad 1940 - 14 kwiecień 2015; amerykański muzyk takich nurtów jak soul czy R&B
Władysław Bartoszewski: 19 luty 1922 - 24 kwiecień 2015; polski historyk, polityk i dyplomata
Maja Plisiecka: 20 listopad 1925 - 2 maj 2015; rosyjska tancerka i choreografka
Kenan Evren: 17 lipiec 1917 - 9 maj 2015; turecki prezydent, wojskowy
Tadeusz Kukiz: 9 maj 1932 - 14 maj 2015; polski lekarz, promotor kultury kresowej, ojciec Pawła Kukiza
B. B. King: 16 wrzesień 1925 - 14 maj 2015; amerykański gitarzysta i wokalista bluesowy
Jan  Prochyra: 2 grudzień 1948 - 20 maj 2015; polski aktor i reżyser sztuk
John Nash: 13 czerwiec 1928 - 23 maj 2015; amerykański matematyk i ekonomista, laureat Nagrody Nobla
Basty Palmer: 1 listopad 1926 - 29 maj 2015; amerykańska aktorka 
Pierre Brice: 6 luty 1929 - 6 czerwiec 2015; francuski aktor, legendarny odtwórca roli Winnetou
Christopher Lee: 27 maj 1922 - 7 czerwiec 2015; brytyjski aktor i wokalista
Suleyman Demirel: 1 listopad 1924 - 17 czerwiec 2015; turecki polityk, prezydent Turcji
James Horner: 14 sierpień 1953 - 22 czerwiec 2015; amerykański kompozytor muzyki filmowej
Omar Sharif: 10 kwiecień 1932 - 10 lipiec 2015; egipski aktor
Satoru Iwata: 6 grudzień 1959 - 11 lipiec 2015; japoński przedsiębiorca, prezes i dyrektor firmy Nintendo
Jules Bianchi: 3 sierpień 1989 - 17 lipiec 2015; francuski kierowca wyścigowy
Weronika Migoń: 24 czerwiec 1977 - 24 lipiec 2015; polska reżyserka
Bobbi Kristina Brown: 4 marzec 1993 - 26 lipiec 2015; amerykańska piosenkarka, córka Whitney Houston
A. P. J. Abdul Kalam: 15 październik 1931 - 27 lipiec 2015; prezydent Indii
Jan Kulczyk: 24 czerwiec 1950 - 29 lipiec 2015; polski przedsiębiorca, najbogatszy Polak
Jerzy Płażewski: 27 sierpień 1924 - 5 sierpień 2015; polski krytyk filmowy i historyk filmu
Jerzy Kamas: 8 lipiec 1938 - 23 sierpień 2015; polski aktor
Roman Wierzbicki: 25 luty 1937 - 27 sierpień 2015; polski polityk
Wes Craven: 2 sierpień 1939 - 30 sierpień 2015; amerykański reżyser
Marcin Wrona: 25 marzec 1973 - 19 wrzesień 2015; polski reżyser
Jacqueline Jill Collins: 4 październik 1937 - 19 wrzesień 2015; brytyjska pisarka
John Guillermin: 11 listopad 1925 - 27 wrzesień 2015; brytyjski reżyser
Franciszek Walicki: 20 lipiec 1921 - 3 październik 2015; polski dziennikarz muzyczny
Arpad Goncz: 10 luty 1922 - 6 październik 2015; prezydent Węgier
Bogdan Chruścicki: 16 październik 1946 - 16 październik 2015; polski dziennikarz sportowy