Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 31 grudnia 2015

Żegnając stary rok...

Za kilka godzin wejdziemy w Nowy rok, już 2016. Jak ten czas szybko leci! Dopiero co wkraczaliśmy w 2015 rok, a już dane nam jest go żegnać. Jak zwykle w takim dniu zastanawiam się, jaki był ten odchodzący rok. Czy był taki, jak chciałam? Czy może czymś mnie zawiódł? Jakie wydarzenia w tym roku zmieniły mój pogląd na świat?
Od samego początku wydawał mi się dosyć burzliwy. Tydzień po wejściu w nowy rok świat obiegła informacja o zamachu terrorystycznym na francuską redakcję Charie Hebdo, w którym zginęło dwanaścioro ludzi. Niestety, to nie był jedyny tego typu incydent w tym roku, a wręcz zapowiadały kolejne, jeszcze bardziej tragiczne w skutkach tego typu wydarzenia. Zaledwie dwa miesiące później w tunezyjskim Muzeum Bardo dokonano kolejnego ataku terrorystycznego, w wyniku którego zginęły 23 osoby, w tym trójka Polaków. Kolejny incydent miał miejsce zaledwie dwa tygodnie później, na terenie kampusu uniwersyteckiego w Kenii - bilans ofiar wyniósł 150 osób, w większości studenci. Pod koniec czerwca dowiedzieliśmy się o kolejnym ataku terrorystycznym w Tunezji, tym razem w wyniku strzelania terrorystów do turystów wypoczywających na plaży śmierć poniosło 39 osób. Również Bangkok stał się obiektem ataku terrorystycznego - zginęło w nim 25 osób. Jednak najtragiczniejszy atak terrorystyczny w tym roku miał miejsce 13 listopada w Francji. W czterech atakach zginęło 137 osób. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej na Synaju rozbił się samolot z Rosjanami wracającymi z wakacji. Z 250 osób przebywających na pokładzie nie ocalał nikt. I chociaż rząd Rosyjski się do tego nie przyznaje, to dużo mówi za tym, że był to kolejny zamach terrorystyczny. Nie można tutaj zapomnieć o marcowym rozbiciu się samolotu lecącego z Hiszpanii do Niemiec w francuskich Alpach oraz o tysiącach uchodźców zmierzających do Europy w poszukiwaniu lepszego życia. Dla Polski to rok spektakularnego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości oraz zdobycia prestiżowego Oscara za film "Ida".

A jaki był dla mnie prywatnie? Można powiedzieć, że był jednym z lepszych roków w dotychczasowym życiu. Wyłączając kilka mało przyjemnych chwil i rozmów nie było tak źle. Przede wszystkim pod względem naukowym. Na studiach licencjackich z turystyki religijnej idzie mi nieźle. Nie wiem dlaczego, ale bardzo obawiałam się sesji, zwłaszcza, że poziom uczelni jest dosyć wysoki. Tymczasem okazało się, że pomimo moich ograniczeń całkiem nieźle mi poszło - średnia ocen z pierwszego semestru wyniosła 4,08, z drugiego już 4,5. Dużym wyzwaniem było dla mnie podjęcie praktyk w katowickim biurze pielgrzymkowym "Ave", które doskonale uzupełniały od strony praktycznej zdobytą wiedzę. Wzięłam też udział w czterech konferencjach, dzięki którym pogłębiłam swoją wiedzę teologiczną. W wakacje spróbowałam jeszcze raz podejść do studiów magisterskich z turystyki i rekreacji, tym razem na AWF w Krakowie. I tym razem udało mi się dostać z całkiem przyzwoitą lokatą(38 miejsce na 180). Dalej mam obawy, czy ze wszystkim sobie poradzę, ale już mniejsze. Nie gorzej idzie mi w studium policealnym. Na techniku administracji jestem już na trzecim semestrze z jedną z lepszych średnich w klasie. Z technika rachunkowości zrezygnowałam na rzecz technika archiwisty. I nie żałuję, bo mam wrażenie, że trafiłam na całkiem kompetentnych nauczycieli, którzy biorą sobie swoją rolę do serca. Tym bardziej, że z dwóch ostatnich kierunków zdaję egzamin państwowy, gdzie mogę polegać tylko i wyłącznie na mojej wiedzy. Cieszy mnie też to, że na każdym kierunku znalazłam wspaniałych ludzi, którzy akceptują mnie taką, jaka jestem. W tegorocznym kalendarzu nie mogło więc zabraknąć wypraw w dalsze lub bliższe okolice. Kalwaria Zebrzydowska, Darłówko i okolice, Hucisko, piesza pielgrzymka do Częstochowy, Paryż - w tym roku to te miejscowości znalazły się na mapie moich podróży. W miarę możliwości starałam się też udzielać społecznie - bycie animatorem podczas półkolonii zimowych oraz w jeden dzień letnich to było coś dla mnie. No i jeszcze udział w akcji "Narodowe czytanie" wraz z wspaniałą grą miejską. Tak, naprawdę jest co wspominać.

Kochani, dziękuję Wam wszystkim za obecność w moim życiu, za słowa wsparcia, a czasami i krytyki. Dziękuję, że jesteście, że czytacie moje wypociny. Czasami zastanawiam się, czy to co piszę ma sens. Ale chyba ma, skoro w dalszym ciągu mi kibicujecie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku to się nie zmieni. 

Na nadchodzących najbliższych 12 miesięcy chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najlepsze, Wszelkiej pomyślności, wytrwałości w dążeniu do realizacji planów życiowych i zawodowych. Zdrowia - by było, żeby się szczęście mnożyło. Byśmy zawsze umieli dzielić się ze wszystkimi dookoła radością z życia. Aby ten rok obfitował w wiele wydarzeń, które będziemy wspominali z sentymentem. Byśmy byli dla siebie życzliwi i jak najmniej kłócili się ze sobą. Wreszcie, żeby na całym świecie odbywało się jak najmniej tragedii wstrząsającymi nami. Szczęśliwego Nowego Roku!

środa, 30 grudnia 2015

Ważna petycja - chcesz pomóc? Wystarczy podpisać

Rzadko o coś proszę za pośrednictwem bloga. Ale tym razem sprawa jest naprawdę ważna. I nic nikogo nie kosztuje. Może z wyjątkiem czasu potrzebnego na wpisanie swojego meila oraz podstawowych danych(imię, nazwisko, kod pocztowy i miejscowość).
Od pierwszego stycznia przyszłego roku zagrożona będzie edukacja dzieci niedostosowanych, chorych i najbiedniejszych. Dla wielu dzieci niepełnosprawnych szkoły domowe są jedynym sposobem na realizowanie obowiązku szkolnego. Trzeba tutaj wyjaśnić, że szkoły domowe nie są równoznaczne z nauczaniem indywidualnym. Edukacja domowa, to nauczanie dzieci przez ich rodziców i wyznaczone przez nie osoby odbywająca się poza systemem edukacji szkolnej. Innymi słowy, dzieci uczące się w ten sposób nie chodzą do szkoły publicznej, społecznej lub prywatnej, ale zdobywają wiedzę same z pomocą i pod kierunkiem swoich rodziców i opiekunów. Nauka odbywa się nie tylko w domu i nie tylko pod okiem rodziców, ale często uzupełniana jest podróżami, uprawianiem sportów, rozwijaniem zainteresowań. Nierzadko dzieci edukowane domowo odwiedzają się wzajemnie w celu spędzenia razem wolnego czasu bądź wymienienia się posiadaną wiedzą. Również rodzice takich dzieci dzielą się odpowiedzialnością za edukację dzieci w określonych tematach lub wynajmują nauczyciela specjalizującego się w wybranym przedmiocie. W Polsce z domowego nauczania korzysta ok. 3 tysięcy dzieci.
To doskonała opcja na przykład dla dzieci dotkniętych autyzmem, ale nie upośledzonych umysłowo. Mimo wszystko to schorzenie przeszkadza im funkcjonowanie w normalnych szkołach jest zbyt głośno lub zbyt tłoczno. Dlatego posłanie ich do zwykłej szkoły z góry skazane jest na klęskę - dzieciaki zamykają się w sobie co spowoduje trudności w zdobywaniu wiedzy. Większość z nich ma jednak potencję, żeby się rozwijać i uczyć na wysokim poziomie, ale w odpowiednich warunkach. Dzięki dotacją rządowym do edukacji domowej, rodzice nie muszą inwestować dziesiątek tysięcy złotych w urządzenie szkoły dla swoich pociech.
Tymczasem nowa minister edukacji(z PiS) zdecydowała, że edukacja domowa zostanie pozbawiona 40% dotychczasowej dotacji, co daje około 460 złotych miesięcznie na dziecko. Decyzja została podjęta bez żadnych konsultacji i wchodzi w życie już pojutrze.
Problem nie dotyczy tylko niepełnosprawnych dzieci, ale i ich zdrowych rówieśników uczonych przez rodziców alternatywnymi metodami. Dzieciaki zostały pozbawione zajęć sportowych i językowych, czyli tych, na które przysługiwała im dotacja. Drugie dno tej ustawy pozbawi dodatkowych środków pieniężnych szkoły wiejskie, pozwalających uchronić je przed likwidacją. Dzięki tym dotacją wiele uczniów z biednych wiosek studiuje teraz na renomowanych uczelniach.
Możemy jednak coś zrobić, aby temu zaradzić. Wystarczy podpisać petycję znajdującą się tutaj -> https://secure.avaaz.org/pl/petition/Pani_Minister_Edukacji_Narodowej_Anna_Zalewska_Wzywamy_do_niedyskryminowania_rodzin_edukacji_domowej/?fIHpTib&pv=6. Tak niewiele podpisów brakuje do 3000, czyli wymaganego progu do jej wysłania. Los wielu dzieciaków, a także szkół leży w naszych rękach. Nie zawiedźmy ich, a raczej dajmy im szansę na edukację dostosowanych do ich potrzeb. 

wtorek, 29 grudnia 2015

Snowdonia 1890

Nigdy specjalnie nie lubiłam programów typu reality-show. Zgodnie z definicją zamieszczoną na słynnej Wikipedii: reality show to typ programów telewizyjnych, w których z reguły występują osoby wcześniej niezwiązane zawodowo z telewizją. Osoby te w założeniu mają zachowywać się „naturalnie” przed kamerą w sztucznie zaaranżowanej, niekiedy ekstremalnej, sytuacji. Wiele z programów ma postać konkursu. Istotą programu jest postawienie widza w roli „podglądacza”. Z punktu widzenia oglądalności im bardziej będzie w programie naruszona intymność uczestnika i im drastyczniejsze sceny widz obejrzy, tym lepiej. Reality show rzadko bywają nadawane na żywo – z reguły jest to program rejestrowany i montowany. Jest tak zarówno dla zdynamizowania akcji, jak i dla ustrzeżenia nadawcy przed przypadkowym przekazaniem treści, przekraczających granice dozwolone prawem. Pierwszym polskim reality show był Agent nadany w telewizji TVN.
Kiedy moi koledzy i koleżanki z klasy zachwycali się tym co pokazują w popularnym niegdyś "Big Brohterze", czy też "Barze", ja żyłam w zupełnie innej, bardziej realnej rzeczywistości. Uczestników kojarzyłam ze słyszenia, bądź z gazet, ale jakoś nigdy mnie nie interesowało co kto robi w danym czasie i kto kogo wytypował do opuszczenia programu. I tak mi właściwie zostało do dzisiaj. Z jednej strony nie potępiam uczestników tego typu programów, ale z drugiej mam mieszane co do tego uczucia.
Ostatnio trafiłam jednak na niezwykle ciekawy program zatytułowany "Snowdonia 1890". Program ma formułę reality-show. Pięć lat temu dwie angielskie rodziny, Braddocków i Jenesów pozwoliły na przeprowadzenie eksperymentu polegającego na cofnięcie się o 120 lat w czasie. Tym sposobem znaleźli się z dnia na dzień w epoce wiktoriańskiej, w północnej Walii. 
Jest to region znany z uprawy zbóż, ziemniaków oraz hodowli bydła. W tamtejszych czasach ówczesne rodziny napotykały wiele trudności żyjąc na górzystym terenie. Trudna sytuacja była potęgowana przez dzierżawę gospodarstw rolnych przez chłopów od szlachty angielskiej. Ludzie żyli wtenczas ubogo, nieustannie pracowali. Dzieci od 10 roku życia pomagały rodzicom w większości prac. Trudne warunki sprawiły, że większość rodzin w tamtych czasach opuszczała gospodarstwa i udawała się do miast, gdzie znajdowała zatrudnienie w przemyśle.
W takie właśnie realia życiowe trafiły dwie rodziny z początków XXI wieku. Myślicie, że mają łatwo? Nie! Kobiety nie wiedzą co to lodówki i zmywarki, mężczyźni chodzą codziennie po kilka kilometrów do pracy w kamieniołomach, dzieci zamieniły komputery na pióra maczane w atramencie i system szkolny polegający na uczeniu się wszystkiego na pamięć. Pomimo tego, że mężczyźni ciężko pracują, pieniędzy z trudem starcza na życie. Kobiety muszą więc ratować domowy budżet sprzedając w pobliskim sklepie mleko, masło i ciasta z owocami.
Kurcze, wciągnął mnie ten program jak mało który. Może dlatego, że nie jest typowym reality-show, a pokazuje codzienne życie osób sprzed ponad wieku. Widzimy ich codzienne zajęcia, ubrania w jakich chodzili, jak mieli wyposażone mieszkania, jak się uczyli. Znamy ich troski i kłopoty. Denerwuje mnie tylko to, że nie zdążę obejrzeć wszystkich odcinków, w poniedziałek wracam na uczelnię. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Niczym Gall Anonim lub Jan Długosz







Czy coś mam wspólnego z wspomnianymi w tytule postu postaciami? Jak najbardziej. Podobnie jak niegdyś słynny Gall Anonim i jeszcze słynniejszy Jan Długosz piszę kronikę. Co prawda tylko parafialną i od zaledwie dwóch lat, ale piszę. Ostatnio zaczyna mi brakować na to czasu, jednak w każdej wolnej chwili siadam do komputera i wklepuję kolejne wyrazy do edytora tekstu. Wiem, wiem, tamci pisali wszystko gęsim piórem maczanym w atramencie siedząc nad pulpitami całymi nocami. Teraz jednak technika poszła do przodu i poczciwe gęsie pióro zostało zamienione przez nowoczesny sprzęt elektroniczny. Jest jednak coś co przetrwało przez wieki - podobnie jak oni w średniowieczu, tak samo i ja teraz spędzam nad spisywaniem sprawozdań z parafialnych wydarzeń długie godziny nocne.
Jak to się stało, że została mi powierzona tak specyficzna(a może odpowiedzialna) rola? Otóż ktoś kilka lat temu obudził się i stwierdził, że brakuje w naszej scholi kronikarza. Kronikarz kiedyś owszem był, ale się zbył. Przez dobre pięć lat nikt nie spisywał tego, co się dzieje w scholi, ani tym bardziej w parafii. Szkoda, bo to był naprawdę okres obfitujący w różne ciekawe wydarzenia. Ale któregoś dnia po niedzielnej Mszy świętej zbiegła się narada co zrobić z tym fantem. Poproszono mnie nawet o pozostanie chwilę na górze, ja jednak nauczona nieufności do pewnych osób postanowiłam zwiać do domu. Nie minęły trzy godziny jak zadzwonił do mnie telefon z propozycją prowadzenia scholowej kroniki. Moje pierwsze pytanie brzmiało bardzo prosto: "Dlaczego ja". Po drugiej stronie usłyszałam, że mam lekkie pióro("Opowieść o czwartym królu" jednak zrobiła swoje w ludzkich umysłach), dobrą pamięć, często jestem w kościele, a tak w ogóle to nie ma się kto podjąć tego zadania, a szkoda, aby wydarzenia dziejące się w naszej parafii pozostawały bez echa. Grzecznie poprosiłam o chwilę do namysłu, ponieważ nie lubię podejmować wyzwań, których potem nie jestem w stanie zrealizować. A taka kronika wymaga znalezienia chwili na napisanie notatki. Druga sprawa to fakt, że byłam na etapie pisania pracy magisterskiej i do końca nie wiedziałam jak to wszystko pogodzić. Jednak po przeanalizowaniu wszelkich za i przeciw zdecydowałam, że jednak dam radę od czasu do czasu coś skrobnąć, tym bardziej, że wszystko jest w wersji jak najbardziej dla mnie dogodnej, czyli elektronicznej. Dostałam namiary na administratora strony poświęconej naszej parafii, na którą mam wysyłać gotowe teksty.
Więc w każdej wolnej chwili piszę sprawozdania z tego, co się dzieje w naszej parafii i wysyłam. No może niezbyt na bieżąco, bo jednak studia też wymagają poświęcenie czasu na zrobienie notatek z dyktafonu, czy choćby przeczytania notatek z książki. Martwi mnie jednak to, że od roku żadna notatka, żadne sprawozdanie nie pojawiło się na stronce. Na początku myślałam, że po prostu nie dochodzą, ale nie. Administrator tłumaczy się brakiem czasu. Ja jednak boję się, że zostanę posądzona o niesłowność, a wręcz lenistwo, co jest nieprawdą. Wszystkie dotychczasowe artykuły mam na dysku zapisane, więc w razie czego mogę udowodnić, że piszę. Na razie pozostaje mi uzupełnić bieżące artykuły i ponownie je wysłać do gościa. Może teraz się uda?

niedziela, 27 grudnia 2015

A jednak przeceniłam swoje możliwości


Dochodząc do podnóży Jasnej Góry miałam ambitny plan przeczytania najpóźniej do dzisiejszego dnia "Potop" Henryka Sienkiewicza. Co prawda była to moja lektura bodajże w drugiej klasie liceum, jednak nie podołałam wówczas w jej przeczytaniu. A potem modliłam się, żeby nie było jej na maturze - ku mojemu zacieszowi były "Chłopi" Reymonta i "Pan Tadeusz" Mickiewicza. Pisałam więc z "Chłopów", bo chociaż przeczytałam całą naszą epopeję narodową, to jednak powieść o życiu we wsi Lipce była mi bliższa. Co ciekawe, z "Potopu" miałam całkiem niezłe oceny, w dużej mierze dzięki temu, że równocześnie przerabialiśmy podobny okres czasowy na historii.
Za czytanie książki wzięłam się właściwie zaraz po powrocie z pielgrzymki, jednak zawsze było coś ważniejszego, co odwodziło mnie od lektury. Oczywiście byłam zbyt leniwa, aby wziąć sobie książkę na uczelnię i czytać w przerwach pomiędzy zajęciami, ewentualnie w oczekiwaniu na busa do Sosnowca. Dlaczego zaś zależało mi, aby przeczytać całą powieść do dzisiaj? Jak wiemy z historii, dzień 27 grudnia 1665 roku jest uważany za koniec oblężenia klasztoru na Jasnej Górze. Dzisiaj mija więc zaledwie 350 lat od tej chwili. Nie mnie oceniać co się stało w tamtej chwili(tradycja mówi o cudownych znakach na niebie i ziemi, które odstraszyły wojska szwedzkie). Faktem jest, że niezwyciężona dotąd armia ugięła się po niemożności zdobycia klasztoru. Ludność polska widząc tą porażkę postanowiła poderwać się do walki. Wkrótce szala zwycięstwa przechyliła się na naszą stronę.
Wiem, że fabuła "Potopu" nie jest wiernym oddaniem tych wydarzeń, a tylko rozgrywa się na ich tle. Może jednak przedstawiać owe wydarzenia w zupełnie innym świetle, niż znam je dotychczas. Intryguje mnie też fikcyjna postać Kmicica, który jest jednym z głównych bohaterów powieści. Z lekcji dotyczących lektury wiem, że podkochiwał się on w Oleńce, zaś z filmu dowiedziałam się, że odegrał znaczącą rolę w obronie Jasnej Góry wysadzając szwedzkie działo w powietrze. Bo film obejrzałam. Dzisiaj bo dzisiaj, całe 5 godzin spędziłam przed telewizorem, ale obejrzałam. Podobał mi się średnio, ale Daniel Olbrychski nigdy nie był moim idolem, więc pewnie to wpłynęło na moją ocenę. Niemniej jednak kiedyś usłyszałam, że film w miarę wiernie oddaje treść książki i tego się trzymajmy. Ocenię dokładniej po przeczytaniu książki, czyli za jakieś... 2 i pół tomu :). Ech, kiedyś to przeczytam. Za 50 lat będzie 400 rocznica obrony Częstochowy, więc do tego momentu mam czasu, a czasu.

sobota, 26 grudnia 2015

Skarpeto-kapciochy i mieszane uczucia

Prezenty bożonarodzeniowe mają jednak swój szczególny wydźwięk - w tradycji chrześcijańskiej obdarowujemy się na pamiątkę prezentu, jaki Pan Bóg sprawił ludziom dając im to, co miał najcenniejszego - swojego syna. Ale kupić praktyczny prezent jest nie lada sztuką. Znając ten ból zastanawiania się, czy to, co podarujemy bliższej lub dalszej osobie spodoba się jej, zazwyczaj cieszę się z tego, co otrzymam. Nawet jeżeli jest to rzecz kompletnie nieprzydatna. Chociaż tak naprawdę taką sytuację miałam zaledwie raz w życiu, i to bardziej z powodu wadliwości owej rzeczy, niż jej przydatności. Sama wybierając prezent dla kogoś zastanawiam się, czy się on tej osobie naprawdę przyda, czy będzie tylko zbędną rzeczą. Czasami robię coś własnoręcznie. Kilka razy zdarzyło mi się nawet napisać dla kogoś książkę i wydrukować ją na zwykłej, domowej drukarce, a następnie zbindować w punkcie ksero. Dla chcącego nic trudnego.
Jednak w tym roku rodzinka naprawdę zaskoczyła mnie swoją pomysłowością. Znając moją odwieczną awersję do wszelkiego rodzaju kapci, klapek(czyli wszystko co jest wkładane bądź wsuwane) itd. postanowiła obdarzyć mnie... skarpetkami z antypoślizgową powierzchnią. Moja niechęć do tego typu obuwia wynika prawdopodobnie z faktu spadania ich z moich dość szczupłych stóp. Kiedy więc zobaczyłam te skarpetki pod choinką zaniemówiłam z wrażenia. Sporo już o nich słyszałam, ale nigdy nie miałam okazji wypróbować na własnych nogach. Teraz się to zmieni. Co prawda są na mnie "o numer za małe"(tylko dlaczego nikt nie pomyślał o nadaniu im numeracji na wzór tej z obuwia), ale to akurat nic w porównaniu z całokształtem. Automatycznie stały się imitacją znienawidzonych przeze mnie kapci. Skarpetki są ciepłe, mają ciemną, antypoślizgową powierzchnię, łatwo się je wkłada i zdejmuje, a nawet można sobie w nich uciąć popołudniową drzemkę(czego nie można powiedzieć o tradycyjnych kapciach, chociaż podobno dla chcącego nic trudnego). Podstawową ich zaletą jest jednak to, że trzymają się cały czas na nogach, jak normalne skarpetki. I o to wszystkim chodziło. Szkoda że nie można ich włożyć do butów, ale wtedy chyba bym się do końca rozleniwiła. Poza tym dostałam też nowy atlas geograficzny oraz zapewnienie sfinansowania mi wyrobienia nowego paszportu, bo stary już dawno stracił swoją ważność. Ja też obdarzyłam moich najbliższych skromnymi, symbolicznymi prezentami. Przecież liczy się sam gest, a nie materialna wartość prezentu, przynajmniej w mojej rodzinie.
Poza tym od pewnego czasu mam mieszane uczucia względem pewnej osoby. Z jednej strony mam wrażenie, że ciągle spycha mnie na drugi plan, ale z drugiej... Wszystko zaczęło się od wieczornego SMSa z życzeniami świątecznymi. Wiadomość, jakich wiele. Mnie jednak dała sporo do myślenia, a raczej gonitwy myślowej. Bo przecież dzień wcześniej, wiedząc że nie spotkamy się ani na pasterce, ani w pierwszy dzień świąt, podczas nabożeństwa roratniego złożyłam jej życzenia(mimo wszystko nic nie zwalnia mnie od serdeczności i grzeczności względem drugiego człowieka). Pomyślałam więc, że po prostu pomyliła numery telefonu, każdemu może się zdarzyć. Na wszelki wypadek postanowiłam jednak zapytać dzisiaj po Mszy o tą wiadomość. I wiecie co? Ku mojemu zaskoczeniu skierowany był on właśnie do mnie. Co prawda nie rozumiem komentarza pt.: "A co, wysłałam go mojemu szefowi?", bo na mój rozum w tym przypadku nie wiedziałabym o tej wiadomości, no ale dobrze. Przy okazji usłyszałam, że jestem osobą małej wiary w ludzi. Nie no, wierzę w ludzi. Ale oni też muszą we mnie wierzyć. A wcześniej jeszcze jak gdyby nigdy nic poprosiła mnie o poprowadzenie na koniec modlitwy scholi. Po kilku latach, ale jednak. I tutaj szczęście miesza się z niedowierzaniem, że wszystko ot tak sobie, zwyczajnie. No i co ja mam sobie myśleć, skoro przez cały rok jestem prawie niezauważana, a tutaj takie coś, no co? Święta Panie i Panowie, po prostu święta. I znowu rzeczywistością stały się słowa poniższej piosenki:

A może przemyślała moje słowa na pożegnanie w środach tzn.: "Akurat beze mnie to sobie poradzicie"? Kurczaczek, chyba nie wyszło to jak szantaż.

piątek, 25 grudnia 2015

Kiedy narodził się Jezus Chrystus?

Czytając cztery Ewangelie trudno jest znaleźć jednoznaczną odpowiedź na jedną z największych zagadek chrześcijaństwa - kiedy dokładnie narodził się Syn Boży. Ba, nawet rok urodzenia nie jest sprecyzowany. Rok zerowy, który został wyliczony za pomocą tablic chronologicznych w VI w. n. e. przez mnicha Dionizego Mniejszego, jest niestety wynikiem pewnej pomyłki. Bo chociaż lata naszej ery liczą się od przyjścia Jezusa Chrystusa na świat, to jednak badania naukowców każą powątpiewać w ich trafność. Wiadomo bowiem, że Herod Wielki, ten sam który zarządził słynną rzeź niewiniątek, zmarł w 4 roku, ale przed naszą erą. Wobec tego trudno by było, aby kazał zgładzić wszystkich chłopców do 2 roku życia zza światów. Jeżeli uznamy, że w chwili ucieczki Świętej Rodziny do Egiptu Jezus miał właśnie dwa latka, to możemy uznać, że urodził się on około 6 r. p. n. e. 
O ile można jeszcze pobawić się w wyliczanie przybliżonego roku narodzenia Chrystusa, o tyle z datą dzienną mamy większy problem. 25 grudnia jest bowiem datą umowną, zaczerpniętą z przypisu do Księgi Daniela z 204 roku, Chronographiai z 221 roku historyka chrześcijańskiego Sekstusa Juliusza Afrykańskiego. Tego dnia rzymianie obchodzili też swoje święto narodzenia boga Słońca, dzięki czemu ochrzczonym łatwiej było zapamiętać nowe święto. Ostatecznie 25 grudzień jako święto Bożego Narodzenia został ustanowiony podczas Soboru Nicejskiego I razem z dogmatem o bóstwie Jezusa Chrystusa w 325 roku.
Warto tutaj odnieść się do Kościoła w pierwszych wiekach. Znano już wtedy Ewangelie, które stawały się coraz bardziej popularną formą przekazu. Nie znajdowali w nich jednak nawet tak prozaicznej wzmianki, jaką byłaby pora roku, w której Józef z Maryją przybyli do Betlejem. Zwyczajowo została ona powiązana ze świętowanymi w starożytnym Bliskim Wschodzie obchodami zimowego przesilenia słonecznego, zwanego Słońcem Niezwyciężonego. Przypuszcza się więc, że owo święto stało się pierwowzorem chrześcijańskiego Bożego Narodzenia. Zresztą w początkowym okresie formowania się kościoła chrześcijańskiego nie obchodzono samego Bożego Narodzenia, a Epifanię, czyli połączenie kilku opisanych w Ewangelii wydarzeń(pokłonu Trzech Króli, chrztu Jezusa w Jordanie, a także przemiany wody w wino w Kanie Galilejskiej).
Jednak ostatnie badania naukowców pozwalają na wyliczenie daty urodzin Syna Bożego. W Ewangelii św. Łukasza czytamy o Elżbiecie, będącej krewną św. Marii, która zaszła w ciążę pół roku wcześniej. Czytając tą historię natchniemy się też na nadzwyczajne okoliczności tego wydarzenia: działo się to w tym samym czasie, kiedy mąż Elżbiety, Zachariasz, który był kapłanem świątynnym, składał ofiarę kadzenia w miejscu w świątyni, nazywanym Świętym Świętych. Z tej samej Ewangelii wiemy, że Zachariasz pochodził z zastępu Abbiasza. Badając wnikliwie źródła na temat zastępów, dojdziemy do tego, że wszystkich było 21, a każdy z nich sprawował ofiarę kadzenia dwa razy w roku przez okres jednego tygodnia. Naukowcom udało się zrekonstruować kolejność ich służby. Według obliczeń, druga ofiara kadzenia zastępu Abbiasza miała miejsce w żydowskim miesiącu tiszri, które odpowiada przełomowi września i października. Jeżeli Zachariasz ujrzał anioła w przybytku świątyni w tym czasie, oznacza to, że wtedy jego żona Elżbieta stała się brzemienna. Liturgiczny kalendarz kościelny wyznaczający daty poszczególnych wydarzeń, choć liczony od 25 grudnia, odpowiada informacjom Ewangelistów - święto Zwiastowania Najświętszej Marii Panny obchodzone jest dokładnie 9 miesięcy wcześniej(25 marzec), zaś święto Nawiedzenia św. Elżbiety przypada sześć miesięcy przed Zwiastowaniem - 25 września. A to oznacza, że Jezus mógł naprawdę urodzić się 25 grudnia.
Wiadomo, że np. prawosławni obchodzą święta Bożego Narodzenia dwa tygodnie po katolikach. Dlatego powyższy tekst odnoszę jedynie do katolickich świąt.

Źródła:

  1. https://pl.wikipedia.org/wiki/Bo%C5%BCe_Narodzenie
  2. https://pl.wikipedia.org/wiki/Herod_Wielki
  3. https://pl.wikipedia.org/wiki/Jezus_Chrystus
  4. "Życie na gorąco" nr. 52; 23 grudnia 2014, str. 14

czwartek, 24 grudnia 2015

Pomódlmy się w Noc Betlejemską

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,
w Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
by wszystko się nam rozplatało,
węzły, konflikty, powikłania.
Oby się wszystkie trudne sprawy
porozkręcały jak supełki,
własne ambicje i urazy
zaczęły śmieszyć jak kukiełki.
Oby w nas paskudne jędze
pozamieniały się w owieczki,
a w oczach mądre łzy stanęły
jak na choince barwnej świeczki.
Niech anioł podrze każdy dramat
aż do rozdziału ostatniego,
i niech nastraszy każdy smutek,
tak jak goryla niemądrego.
Aby się wszystko uprościło -
było zwyczajne - proste sobie -
by szpak pstrokaty, zagrypiony,
fikał koziołki nam na grobie.
Aby wątpiący się rozpłakał
na cud czekając w swej kolejce,
a Matka Boska - cichych, ufnych -
na zawsze wzięła w swoje ręce.
ks. Jan Twardowski

Ten przepiękny wiersz nieodżałowanego księdza Jana Twardowskiego poznałam w trzeciej klasie gimnazjum i od razu go pokochałam. Dlatego pozwoliłam sobie zamieścić go dzisiaj na moim blogu w ramach życzeń bożonarodzeniowych dla Was, moich czytelników. Oprócz tego życzę Wam prawdziwych rodzinnych świąt spędzonych w spokojnej atmosferze, odpoczynku, oderwania się od codzienności. To właśnie ten czas, czas na oddech i naładowanie akumulatorów do dalszego działania.
Wesołych i pogodnych świąt!

środa, 23 grudnia 2015

Najważniejsze jest zrobienie porządku we własnym sercu

Kilka dni temu zadzwoniłam w pewnej sprawie do znajomej. Akurat sprzątała wtedy w swoim mieszkaniu. Oczywiście przeprosiłam, że przeszkadzam, żeby nie było że Lolek to niekulturalny człowiek. Przy okazji zażartowałam, że kobieta jest w o wiele lepszej pod tym względem sytuacji, ponieważ u mnie wszelkie porządki przedświąteczne są w fazie tzw. planning'u, czyli czekają na chwilę wolnego czasu. Po drugiej stronie słuchawki najpierw rozległ się dobrze znany mi przyjazny śmiech, a następnie spostrzeżenie, żebym pamiętała przede wszystkim o zrobienia porządków w swoim wnętrzu. Bo tak na prawdę co nam po perfekcyjnie wysprzątanym mieszkanku, zrobieniu wystrzałowych prezentów oraz smakowitych potraw, cóż będzie znaczyła przepięknie ubrana choinka, kiedy w naszych sercach będzie zawiść, a nawet nienawiść do osób. Niekoniecznie musi to być nienawiść dla najbliższych nam osób, rodziny. Czasami negatywne uczucia możemy żywić do znajomych, sąsiadów, współpracowników. Może nadchodzące święta to czas, w którym warto podać sobie rękę, przeprosić za to, czy też tamto. Być może to będzie najpiękniejszym prezentem urodzinowym dla Jezusa.
Od pewnego czasu widzę, jak okres przedświąteczny przemienia się w "kult pieniądza". Kilka dni temu skończyły mi się pieniądze na bieżące wydatki i zmuszona byłam dobrać sobie z konta. Akurat wpłynęła mi renta, chyba też pielęgnacyjne(chociaż do dzisiaj nie wiem, kiedy dokładnie wpływa mi na rachunek to drugie). Zazwyczaj biorę 50-100 zł i to mi starcza na +/- półtora tygodnia(wyłączając sytuację, kiedy muszę zrobić bieżące opłaty, czy wykupić lekarstwa). Tradycyjnie weszłam do banku i chociaż przede mną było raptem 5 osób, to na swoją kolej czekałam ponad 2 godziny. Jak już kiedyś pisałam, nie lubię podsłuchiwać o czym rozmawiają inne osoby. Trudno jednak nic nie słyszeć, kiedy starsze osoby wręcz wymuszają głośniejsze mówienie do nich. Z strzępków rozmów zorientowałam się, że większość z nich przyszła wziąć pożyczkę, i to na wcale nie małe kwoty. I tak zaczęłam się zastanawiać, czy jest sens zadłużać się na tych kilka dni? Co będzie, jeżeli nie będą w stanie spłacić tych zobowiązań, lub, co gorsze, umrą? Na kogo przejdą te zobowiązania? 
Tak samo zastanawiam się, czy jest sens kupowania całej masy jedzenia. Ileż to razy wyrzucamy je, tylko dlatego, że nie zjedliśmy. A obok ktoś może nie mieć na chleb. Może warto zrezygnować z kolejnej puszki rarytasów, a za zaoszczędzone pieniądze kupić produkt długoterminowy i przekazać na biedne rodziny, a nawet kupić tabliczkę czekolady i dać dziecku sąsiadów, u których nie przelewa się zbytnio. Pamiętam, jak rok temu zrobiłam malutkie paczuszki - czekolada, czekoladowy mikołaj, mandarynki, soczek. Nic szczególnego, a do dzisiaj pamiętam radość moich małych sąsiadów, których tata właśnie stracił pracę. W tym roku nie szalałam z zakupami - na Wigilię idę do rodziców(już się umówiłam, że robię kluski z makiem i bakaliami oraz lepię uszka do barszczu). W pierwszy dzień świąt ma do mnie przyjść znajomy.


Porządków jako takich w domu nie zrobiłam. Śmieję się, że u mnie kot zamiata kurz swoim ogonem. A tak na serio to i tak regularnie myję podłogę. Choinki ze względu na zeszłoroczne zachowanie Pusi nie będzie. Ale dzięki wspaniałym ludziom z OFONu postanowiłam udekorować mieszkanie światełkami oraz jemiołą. Dodatkowo położę na stole mojego Jezuska na sianku, na biurku komputerowym postawię stojak z bombką, na firance powieszę aniołki. Ale czy to pięknie udekorowane mieszkanie będzie naprawdę godne przywitania Pana, skoro moje serce będzie byle jakie? Dlatego tradycyjnie uczestniczyłam w rekolekcjach adwentowych. Mimo natłoku zajęć znalazłam te półtorej godzinki, aby wysłuchać co ma do powiedzenia przybyły z leżącego pod Częstochową Kopca kaznodzieja. Głównym tematem tegorocznych rekolekcji był grzech, jego konsekwencje, a także przebaczenie. Dowiedziałam się czegoś bardzo ciekawego - spowiadanie się ciągle z tych samych grzechów nie jest niczym złym - jesteśmy ludźmi, istotami które często upadają. Ważne jest, aby z tego upadku powstać, aby uświadomić sobie, co takiego robię źle, czym zasmuciłem Boga. Nie warto zatajać przed księdzem własnych grzechów, co to nam da, skoro Bóg i tak nas widzi? Przed księdzem możemy coś ukryć, przed Bogiem już nie. Przeprosiłam też kilka osób za złe rzeczy, które się w tym roku wydarzyły, często też z mojej winy. Niestety, ja też jestem człowiekiem i też popełniam różne błędy w życiu, zdarza mi się też nie zgadzać z opinią innych osób, kłócić z nimi. Ale święta to czas, kiedy znikają wszystkie waśnie i nienawiści, kiedy chociaż na tych kilka dni stajemy się choć trochę lepsi. Wielu mówi, że tak nie powinno być, skoro cały rok sobie dogryzamy wzajemnie, lecz ja uważam, że w wypadku niektórych osób tych kilka dni spędzonych bez wzajemnych żali to bardzo dużo. Może nawet o wiele więcej niżby byli cały rok poukładani. Pomyślmy o tym, zastanawiając się, dlaczego "ten gbur" nagle stał się aniołkiem. Pozwólmy w tych dniach gościć w naszych sercach przede wszystkim Jezusowi, nie zapominając o cudzie, jaki się uczynił ponad dwa tysiące lat temu w maleńkim Domu Chleba - Betlejem. Wszak Wigilia bez Jezusa w sercu będzie miała inny wydźwięk niż ta, podczas której będzie on w nim obecny.

wtorek, 22 grudnia 2015

Odpocząć sobie czas

Wyszłam dzisiejszego popołudnia z uczelni bez oglądania się za siebie. I to nie dlatego że się spieszyłam, albo coś mnie zdenerwowało - po prostu wyrosłam już chyba z sentymentalnych rozstań z miejscem mojej obecnej nauki. W szatni po w-fie pożyczyłam wszystkim "wesołych świąt" itp. itd, najbliższym dałam pierniczki i na półtora tygodnia zamknęłam rozdział pt. "Jeżdżenie do szkoły".

Cieszę się, że święta wypadają mniej więcej w 4 miesiącu nauki. Najbardziej chyba z tego, że w założeniu wreszcie się wyśpię. Prawie codzienne wstawanie przed 5, często po 3-4 godzinach snu, bywa wyczerpujące. Jakoś funkcjonuję w tym trybie, aczkolwiek mały reset mi się z pewnością przyda. Planuję podgonić też notatki z zajęć, po powtarzać materiał. Kurczaczek, sesja się zbliża, a wraz z nią zaliczenia. Tak szybko to wszystko zleciało, zdecydowanie za szybko. Ale i tak przede wszystkim planuję postawić na wypoczynek. W końcu mi też się coś od życia należy, prawda?

sobota, 19 grudnia 2015

Przesyłka pachnąca pierniczkami

Spędzenie świąt w szpitalu nigdy nie jest spodziewanym wydarzeniem. Doskonale o tym wiem - sama cztery lata temu wylądowałam w nim tuż przed Bożym Narodzeniem z powodu zapalenia otrzewnej. A że moje dochodzenie do zdrowia trwało dwa i pół miesiąca, to i te radosne święta przyszło mi w nim spędzić, burząc plany mojej rodziny. Ma się ten talent. Zamiast potraw - odżywianie pozajelitowe, zamiast choinki - stojak z kroplówką, zamiast kolęd - monotonny dźwięk maszyn. A prezent sama sobie zafundowałam. Nic przyjemnego.
Dlatego kiedy kilka dni temu zadzwoniłam do Tosiaka z życzeniami urodzinowymi i dowiedziałam się od niej, że tego samego dnia miała operację podcinanie ścięgien w nóżkach, szczerze się zaniepokoiłam. Pomimo znacznej różnicy wieku bardzo się lubimy, na obozie sportowym wręcz traktowałam ją jak córkę. Nie, nie faworyzowałam, ale starałam się jak najwięcej jej pomagać. Na któryś zawodach sportowych wymieniłyśmy się numerami telefonu i jakoś tak zostało, że dzwonimy do siebie od czasu do czasu. To ważne, zwłaszcza, że mieszkamy w dwóch różnych województwach.
W pierwszym odruchu chciałam pojechać do szpitala w Oświęcimiu, w którym leży Toś, kierowana słowami uczynków miłosierdzia: chorych nawiedzić. Niestety, ogranicza mnie coś zupełnie nieubłaganego - to czas. Mimo to zaczęłam intensywnie kombinować jak umilić młodej pobyt w szpitalu. Pomysł przyszedł zupełnie niespodziewanie - z czym kojarzą się ludziom święta? Między innymi z pierniczkami. Kilkanaście upiekłam na początku grudnia i dojrzewały w pojemniku po czekoladkach. Wystarczyło je tylko udekorować lukrem. W płytach znalazłam też mp3 z utworami Juliusza Verne. Włożyłam kompakt do odtwarzacza. Działał. Ja już raczej wyrosłam z tej płyty, a Toś jest akurat w takim wieku, że twórczość Francuza jak najbardziej jest na czasie. Dodatkowo wyszperałam jakąś nieużywaną kolorowankę, dokupię do tego kredki, wrzucę do niej jeszcze drobną styropianową bombkę z motywem świątecznym i skromna paczka świąteczna będzie gotowa.
Wyobrażam sobie minę Toś, kiedy ją otrzyma. Taką przesyłkę, która po otwarciu pachnie pierniczkami. Czy będzie zadowolona? Mam nadzieję, że tak. Muszę tylko jakoś przyozdobić tą bombkę, znaleźć ciekawy motyw w książkach lub internecie i przenieść go na kulę. Wiem, że będzie to trudne, ale dla Toś gotowa jestem zrobić wszystko.

piątek, 18 grudnia 2015

Dobrze jest mieć niezłą średnią

Powoli zbliżam się do końca semestrów aktualnych studiowanych przeze mnie kierunków. Na studiach magisterskich z turystyki i rekreacji jest to równoznaczne z wybraniem sobie promotora, pod którego kierunkiem będziemy pisać nasze prace magisterskie. Na stronie wydziału znalazłam sobie informator na ten temat i zaczęłam przeglądać zebranych w nich pracowników uprawnionych do prowadzenia prac dyplomowych oraz tematyką, jaką się zajmują. Przeglądam, przeglądam, zastanawiam się, czy dany temat mi się podoba... W ostateczności mogłam wykorzystać moją niedoszłą pracę magisterską z Katowic. Badania miałam porobione, całość opracowaną. Przecież poświęciłam na nią trochę czasu i energii... Znalazłam jednak temat, który jeszcze bardziej odzwierciedla moje zainteresowania - TURYSTYKA OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH. Co prawda od osób uczęszczających na AWF w Krakowie słyszałam, że promotor, którego zakres tematyczny obejmuje ten obszar jest bardzo wymagający w stosunku do swoich podopiecznych, ale chyba lepiej jest mieć opiekuna, który trochę za dużo od ciebie wymaga, niż takiego, który nie wymaga nic. W Katowicach pierwotnie też miałam pisać z tej tematyki, jednak nie zdążyłam wpisać się na listę w dziekanacie. A ponieważ drugim interesującym mnie tematem był czas wolny dzieci i młodzieży niepełnosprawnych, to w ostateczności zajęłam ostatnie miejsce u profesorki od socjologii.
Teraz wszystko działo się w trochę innym trybie. Tydzień temu na zajęciach z prawa gospodarczego, które mamy z prodziekanem naszego wydziału, zapisywaliśmy się do poszczególnych katedr. Do wyboru mieliśmy: Katedrę humanistycznych podstaw turystyki, Katedrę nauk o środowisku przyrodniczym, Katedrę polityki turystycznej, Katedrę turystyki i rekreacji oraz Katedrę rekreacji i odnowy biologicznej. Mój wypatrzony temat znajdował się w ostatniej z nic. Ostatniej, co nie znaczy najmniej obleganej, a wręcz przeciwnie, to do Katedry rekreacji i odnowy biologicznej zapisało się najwięcej osób. Co ja piszę najwięcej? Przecież limit miejsc został kilkakrotnie wypełniony. Dziekani musieli więc wybrać jakieś kryterium przyjęcia nas do tej katedry. I wybrali - listę rankingową z rekrutacji. Ponieważ konkretne zebranie z kandydatami na promotorów mieliśmy dopiero wczoraj, przez cały tydzień denerwowałam się, jak to będzie? Czy miejsce 38 w rankingu z średnią za pierwszy stopień studiów 4,08 pozwoli mi dostać się tam, gdzie chcę? A co, jak mi się nie uda? W którym kierunku awaryjnie chciałabym iść? Im bliżej byłam tego momentu, tym więcej we mnie było niepokoju. I w końcu przyszło czwartkowe popołudnie, podczas którego miał być ogłoszony werdykt. Na początek poinformowano nas, ile studentów przyjmą poszczególne katedry - ta, do której ja się wybierałam zaledwie 22. 22 z około 60 pierwotnie zapisanych. Najpierw wyczytali studentów z Katedry humanistycznych podstaw turystyki. Nie została zapełniona liczba miejsc, toteż ktoś z ponaliczbowych musi do niej przejść. Druga w kolejności była moja wymarzona katedra. Chwila prawdy... i... tak, zmieściłam się w limicie. Uradowana udałam się wraz z innymi do salki w piwnicy, gdzie mieliśmy się dalej dzielić, już między samych promotorów. Znowu zgłaszaliśmy się wedle rankingu i znowu pojawiła się nutka niepokoju. Przede mną było 9 osób, a promotor do którego chciałam się zapisać mógł przyjąć jedynie czterech studentów. Teoretycznie jeżeli wszyscy przede mną zapisaliby się do niego, dla mnie nie byłoby już miejsca. A pozostali promotorzy nie mieli szczególnie interesujących mnie tematów. Co prawda zawsze można negocjować temat, ale wiadomo jak to jest.
Kiedy w końcu wyczytano moje nazwisko z drżącym sercem podeszłam do biurka, zupełnie nie wiedząc co mnie czeka. Nieśmiało spojrzałam na kartkę z nazwiskami profesorów. Tak, obok obieranego przeze mnie promotora było jeszcze miejsce na nazwiska studentów. Zdecydowanie powiedziałam jego nazwisko. - "Wspaniały wybór" - usłyszałam w odpowiedzi.
Po wpisaniu się na listy, kilka grup, w tym i moja, została na spotkaniu ze swoimi promotorami. Co prawda seminaria magisterskie zaczynają się dopiero w przyszłym semestrze, ale nasz opiekun chciał już teraz nas poznać, dowiedzieć się, gdzie wcześniej studiowaliśmy. Kiedy powiedziałam mu, że na AWFie w Katowicach, wymienił całą litanię wykładowców z zapytaniem, czy ich znam. Znam! Do pierwszych zajęć mamy się zastanowić nad tematyką naszych prac. Tak jak pisałam na początku, jednak będę skłaniała się ku turystyce osób niepełnosprawnych. Byłam już na trzech takich wyjazdach(Włochy, Czechy-Austria-Węgry i Francja), a w przyszłym roku w planach mamy podbicie Anglii :). Widziałam radość osób bardziej niepełnosprawnych ode mnie, ich zaciekawienie nowymi miejscami. Myślę, że to byłoby coś dla mnie do zbadania. A nawet jeżeli coś mi nie pójdzie, to zawsze mogę zmienić temat. Mój promotor ma akurat tak szeroki wachlarz tematów, że z pewnością wybiorę coś dla siebie.
Cieszę się niezmiernie z tego, że trafiłam właśnie do tego profesora. Zrobił na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie i wydaje się być bardzo kompetentnym człowiekiem. Oczywiście czas pokaże, czy się myliłam, czy też nie. Ale cieszę się z jeszcze jednego powodu - do tego samego promotora zapisała się też moja najlepsza koleżanka z uczelni, Domiś. No wiecie, taka na którą zawsze możesz liczyć. Wiem, że w razie czego mi pomoże, chociażby przetłumaczyć moją niewyraźną mowę. Z nią na pewno będę się czuła raźniej i pewniej.
Mam nadzieję, że tym razem nic już nie stanie mi na przeszkodzie w uzyskaniu tytułu magistra, chociaż jak wiadomo, wspomnienia, zwłaszcza te nieprzyjemne, nie zawsze nas mobilizują do działania, a z tyłu głowy pojawia się obawa o powtórkę historii sprzed półtora roku. Ale nie, teraz chyba nie będę miała takiego pecha. Przecież jak pisała nasza noblistka: "Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy...".

czwartek, 17 grudnia 2015

"Czarny czwartek"

Grudzień to jeden z najdziwniejszych miesięcy w historii naszego kraju - taki "krwawy" i "strajkowy". W niedzielę wspominaliśmy rocznicę niepotrzebnego wybuchu stanu wojennego, a dzisiaj wydarzeń rozgrywających się w grudniu 1970 roku w nadmorskich miastach. Przez te wydarzenia Gdańsk do dzisiaj bardziej kojarzy mi się z tym okresem, niż z strajkiem w Stoczni Gdańskiej mającej miejsce ponad dekadę później.
A wszystko zaczęło się w poniedziałek, 14 grudnia 1970 roku, kiedy wielotysięczny tłum robotników pracujących w Stoczni Gdańskiej im. Lenina odmówił podjęcia pracy i udał się pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. Przyczyną strajków była wprowadzona dwa dni wcześniej podwyżka cen detalicznych mięsa, przetworów mięsnych, jak i innych artykułów spożywczych. Decyzja w tej sprawie została podjęta w końcu listopada na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR. 12 grudnia wieczorem poprzez radio społeczeństwo zostało poinformowane o podwyżkach cen żywności jak i głównych artykułów o około 23%. Dzień później komunikaty o podwyżkach cen zostały podane w prasie. Pracownicy chcieli spotkania z pierwszym sekretarzem tego organu. Zaś od dyrektora stoczni wymagali m.in. negocjacji cofnięcia podwyżek. Ich postulaty nie zostały spełnione, a nawet doszło do pierwszych ulicznych starć z MO. Przed południem delegacja ze stoczni podjęła próbę z rektorem Politechniki Gdańskiej, co skończyło się szarpaniną z prorektorem uczelni. O 17:00 na dziedzińcu przed Gmachem Głównym uczelni podjęta została próba zorganizowania wiecu. Niestety, studenci mając w pamięci zdarzenia sprzed dwóch lat, kiedy stoczniowcy współpracowali z milicją podczas tłumienia studenckiego zrywu, nie chcieli ich poprzeć. Zawiedzeni stoczniowcy zrezygnowali ze zrywu i w pochodzie ruszyli w stronę Gdańska. Za wiaduktem Błędnik doszło do pierwszych starć robotników z MO. Po chwili dołączyła do nich spora liczba studentów z Akademii Medycznej w Gdańsku. Dzień później, we wtorek 15 grudnia, ogłoszony został strajk powszechny. Przyłączyły się do niego nie tylko inne gdańskie przedsiębiorstwa, ale też robotnicy ze Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni wraz z pracownikami z Elbląga. Żądano np. uwolnienia aresztowanych wcześniej działaczy. Podczas przemieszczania się na zapowiedziany wiec, pracownicy natchnęli się na oddziały MO. Nie chcąc dopuścić strajkujących pod budynek partii, władze podjęły decyzję o użyciu m.in. pałek, czego efektem były uliczne walki robotników z MO. Późnym wieczorem doszło do podpalenia budynku KW PZPR w Gdańsku. Został ogłoszony strajk okupacyjny, zablokowano porty i stocznie. W Gdynii spisano 8 główne postulaty(dostosowanie płac robotników do ostatniej podwyżki cen, podwyższenia minimalnego wynagrodzenia, zredukowanie rozpiętości zarobków robotników z zarobkami pracowników umysłowych, ustanowienie wysokości zasiłku chorobowemu w pełni odpowiadającemu utraconemu w czasie choroby zarobkowi) i przekazano je przewodniczącemu prezydium Miejskiej Rady Narodowej - Janowi Mariańskiemu. Obiecał przekazać je wicepremierowi Stanisławowi Kociołkowi, w zamian za rozejście się strajkujących do domów. W nocy aresztowano większość z nich. W Gdańsku około południa pracownicy stoczni zdobyli czołg i zabezpieczyli na terenie Stoczni Remontowej. Kiedy w Gdańsku płonął gmach komitetu wojewódzkiego partii, młodzież z domu poprawczego w Malborku zaczęła rabować sklepy przy ulicy Rajskiej. Część protestujących bez skutku próbowała ich powstrzymać. Z czasem do stoczniowców zaczęli dołączać kończący zajęcia na uczelniach studenci. Około godziny 16:00 przed dworcem kolejowym zastrzelono pierwszą osobę(być może zwykłego przechodnia). Strzał padł od strony wiaduktu Błędnik, a ponieważ w tym czasie nie było tam ani wojska, ani milicji, winę tą przypisuje się snajperowi ulokowanemu w pobliskim wieżowcu. Następnie pracownicy stoczni złożyli na środku dworcowej hali zwłoki kolegi, którego rozjechał czołg, rozbili dworcową kwiaciarnię i podpalili kasy. Kiedy do gmachu dworca zaczęli zbliżać się milicjanci z oddziałami wojsk, strajkujący uciekli, wsiadając do stojącej na dworcu kolejki elektrycznej. W środę Stocznię Gdańską otoczyło wojsko. Ludzie próbujący się zbliżyć do zakładu, byli brutalnie bici. Co więcej, coraz więcej zakładów na Wybrzeżu zaczęło strajkować, co nazwano w telewizji chuligaństwem. Czwartek, 17 grudnia, był najbardziej tragicznym dniem w całym strajku. W celu opanowania chaosu, władze wykorzystały pomoc wojska. Na skutek starć wiele osób, zarówno wojskowych, jak i strajkujących, zostało rannych. W wyniku tych zdarzeń w centrum Gdyni został uformowany pochód z biało-czerwonymi flagami. Ruszył w kierunku przystanku Gdynia - Stocznia, gdzie został rozproszony przez wojsko. Pochód zebrał się ponownie na ul. Czerwonych Kosynierów, skąd ruszył do centrum Gdyni. Wzięli w nim udział przedstawiciele wszystkich zawodów i grup społecznych. Na jego czele niesiono na drzwiach ciało zaledwie osiemnastoletniego Zbyszka Godlewskiego, a za nim pomazane krwią flagi narodowe. Kiedy pochód doszedł do Urzędu Miejskiego, doszło do kolejnych starć. Również na ulicach Elbląga i Słupska toczyły się demonstracje. Strajkujących wsparli pracownicy Stoczni Szczecińskiej, którzy z kilkutysięczną liczbą ludzi strajkowali w mieście. Kiedy podpalili gmach KW PZPR, wojsko i policja zmuszone były użyć wobec nich siły. W wyniku starć śmierć poniosło 16 osób, w tym spora liczba osób znajdujących się przypadkowo na terenie strajku i walk. W tym samym czasie MO zaczęła tłumić strajki i demonstracje na Wybrzeżu. Dzień ten przeszedł do historii pod nazwą "Czarny Czwartek". W piątek oddziały otoczyły stocznie w Szczecinie. W Elblągu użyto siły, co skutkowało starciami z demonstrantami. Do strajkujących miast dołączyły się takie miasta jak Białystok, Nysa, Oświęcim, Warszawa i Wrocław, jednak strajki w nich miały mniejszą skalę i były krótkotrwałe. W sobotę, 19 grudnia, strajk trwał tylko w Szczecinie(trwał do 22 grudnia). Stocznie i porty w Gdyni i Gdańsku nie działały, a we wszystkich objętych zamieszkami miastach wprowadzono stan wyjątkowy wraz z godziną policyjną.
O wydarzeniach grudnia 1970 roku opowiada niedawno nakręcony film Antoniego Krauze "Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł". Opowiada on o losach fikcyjnego pracownika Stoczni im Komuny Paryskiej w Gdynii - Brunona Drywy, jego rodziny oraz znajomych z pracy, którzy w tamtych dniach przyłączyli się do strajku. Film jest niezły, chociaż jak dla mnie za bardzo przewidywalny i, hmm... komputerowy? Ale mimo wszystko warto go obejrzeć żeby mieć jakieś rozeznanie w tym wszystkim.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Niezwykły kalendarz

Kalendarze są różne - jedne małe i bez obrazków, inne w formie wizytówki, jeszcze inne ścienne z pięknymi krajobrazami lub wizerunkami obiektów sakralnych. Do wyboru, do koloru. Jednak ponad tydzień temu na rynek wyszedł szczególny kalendarz, z tymi, którzy zadziwiają hartem ducha oraz rywalizacji, ale z drugiej strony nie są zbyt często pokazywani podczas ich zmagań sportowych - z polskimi paraolimpijczykami. Pierwsza jego edycja miała miejsce w zeszłym roku i cieszyła się dużym zainteresowaniem. Wydrukowano jedynie 300 kalendarzy, z czego większość trafiła do przedstawicieli władz państwowych, resztę można było wylicytować na aukcjach internetowych.
W tym roku organizatorzy przedsięwzięcia postanowili iść za ciosem i wyprodukować kolejny kalendarz, tym razem na rok 2016. Rok szczególny, ponieważ będą miały w nim miejsce igrzyska zarówno olimpijskie, jak i paraolimpijskie w odległym, jak dla nas, Rio de Janeiro. Warto więc przybliżyć osobom sylwetki niektórych z tych paraolimpijczyków, którzy będą reprezentować nasz kraj podczas sportowych zmagań. Jednak w kalendarzu znaleźli się także sportowcy specjalizujący się w sportach zimowych. Każdemu miesiącowi przypisany jest inny sportowiec:
1. styczeń - Janusz Rokicki(kulomiot)
2. luty - Mirosław Madzia(kulomiot, rzut dyskiem)
3. marzec - Tomasz Hamerlak(maratończyk na wózku)
4. kwiecień - Rafał Szumiec(narciarz alpejski i kolarz ręczny)
5. maj - Damian Kulig(podnoszenie ciężarów)
6. czerwiec - Jakub Tokarz(kajakarz)
7. lipiec - Robert Studziżba(kajakarz, podnoszenie ciężarów, kulomiot)
8. sierpień - Patrycja Haręza(szermierka)
9. wrzesień - Karolina Pęk(tenis stołowy)
10. październik - Jacek Czech(pływak)
11. listopad - Igor Sikorski(narciarstwo w pozycji siedzącej)
12. grudzień - Agnieszka Harasim(sprinterka)

Sama premiera kalendarza odbyła się 3 grudnia, czyli w Światowy Dzień Osób Niepełnosprawnych. Podobnie jak w zeszłym roku, zostanie rozesłany do przedstawicieli władz państwowych, szkół, domów dziecka. Jeden egzemplarz można wylicytować na allegro. Osobiście wysłałabym też kilka egzemplarzy do olbrzymich koncernów - byłaby szansa uzyskania od nich dofinansowania na wylot paraolimpijskiej kadry narodowej do Rio. A propos Rio - ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy i jest szansa na transmisje z paraolimpiady. Miejmy nadzieję, że ten pomysł wypali, bo będzie na co popatrzeć.

niedziela, 13 grudnia 2015

Czy świeczka w oknie na pewno jest znakiem naszej pamięci?


Dostałam po południu SMSa informującego mnie o wspólnej akcji IPN oraz Episkopatu Polski dotyczącej zapalenia świec w naszych domach z okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w naszym kraju. To już 34 lata od momentu, kiedy na ulice wielu miast po raz kolejny wjechały czołgi, a ówczesny minister obrony narodowej, Wojciech Jaruzelski, ogłosił wprowadzenie w całym kraju stanu wojennego. Była tak jak dzisiaj niedziela, tylko trochę bardziej mroźna i śnieżna. Ludzie zamiast przygotowywać się do świąt, zaczęli zastanawiać się, czy nie wybuchnie kolejna wojna, tym razem z Rosją. Musiano zachować szczególne środki bezpieczeństwa. Tutaj, na Śląsku sytuacja przyjęła szczególną postać. Kto nie słyszał o pacyfikacji kopalni "Wujek" w Katowicach, podczas której milicjanci zastrzelili 9 strajkujących górników. Wydarzenie, które po latach wymieniało się w szkolnych podręcznikach, jako symbol tamtych dni. Strajkowano też 23 grudnia w "Hucie Katowice", mówi się nawet, że kilku robotników zamknęło się w jednej z hal produkcyjnych grożąc wysadzeniem całego obiektu w powietrze. Dzielnie bronili się też pracownicy zatrudnieni w Kopalni Węgla Kamiennego "Manifest Lipcowy" w Jastrzębiu-Zdroju - dwa razy w ciągu jednego dnia(15 grudnia) wyparli atakujących ich oddziałów ZOMO, za trzecim razem funkcjonariusze zaatakowali strajkujących ogniem, raniąc czterech z nich. Chciałabym wspomnieć o jeszcze jednym strajku górniczym, który trwał najdłużej, a został "zapomniany" - w Kopalni Węgla Kamiennego "Piast" 1000 górników przez 14 dni przebywało pod ziemią. Stan wojenny niewątpliwie budzi kontrowersje, gdyż został wprowadzony, wbrew temu co mówili władze, niezgodnie z ówczesną Konstytucją Polskiej Republiki Ludowej. Zginęło 100 osób, kilkadziesiąt zostało internowanych. 
Od pewnego czasu w rocznicę tego wydarzenia w wielu polskich domach o 19:30 zapala się w oknach świecę na znak pamięci o ofiarach tych dni. Dlaczego? Kiedy wieść o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce dotarła do Watykanu, papież Jan Paweł II na znak zjednoczenia z oddalonym o kilkaset(kilkatysięcy(?)) kilometrów zapalił w oknie Pałacu Apostolskiego świeczkę. Na pamiątkę tego gestu wielu ludzi, nie koniecznie wierzących, robi tak samo 13 grudnia każdego roku. Dobrze, jeżeli ten gest wynika faktycznie z naszej pamięci, gorzej, jeśli z mody, czy choćby zaimponowania innym. Czasami jednak zamiast zapalonej świeczki wystarcza zwykłe przypomnienie sobie o tej sytuacji, porozmawianie o niej z innymi, zastanowienie się co by było, gdyby teraz zdarzyła się taka sytuacja, jak my byśmy się zachowali. Ten dzień przecież też należy do historii naszego narodu.

sobota, 12 grudnia 2015

Zwariowany dzień

Dzisiejszy dzień tak obfitował w nadmiar zdarzeń, że czuję się zmęczona jak nie wiem co. W sumie zmęczenie łatwo u mnie zauważyć - pogarsza mi się koordynacja ruchowa, wolniej wykonuję pewne rzeczy, bolą mnie napięte do granic możliwości mięśnie. Zresztą wydaje mi się, że większość osób z czterokończynowym porażeniem mózgowym ma podobne objawy. Nawet dzisiejszy post piszę z wysiłkiem, bo przecież spastyka mi nie odpuszcza. 
Rano tradycyjnie udałam się do szkoły. Lubię tam chodzić, wbrew pozorom spotkałam w niej bardzo dużo życzliwych mi osób, zarówno w osobie nauczycieli, jak i innych słuchaczy. Z ponad 40 osób na początku zrobiło nas się raptem 17. Ale za to zostali sami najlepsi. Zawsze można z kimś pogadać, wzajemnie pożyczamy sobie notatki. Jest zwyczajnie, to znaczy tak, jak być powinno - nie ma lepszych-gorszych, jesteśmy my. Jest kilka kontrowersyjnych osób, ale przecież nigdy nie będzie tak, że wszyscy będą się kochać.
Tak jak wczoraj wspominałam, w środku zajęć urwałam się na opłatek scholowy. Co prawda ostatnio więcej mnie nie ma niż jest, no ale siła wyższa. Nie sądzę aby zbytnio za mną tęsknili... No, ale postanowiłam być tym "mądrzejszym" i nie strzelać focha z byle powodu. Chciałam nawet zrobić na znak solidarności kluski z makiem i bakaliami - nie chcieli. Trudno, ich strata. Z drugiej strony nie byłam na całej uroczystości, ale z powodu szkoły przyszłam tylko po to, aby podzielić się opłatkiem i pożyczyć sobie różnych rzeczy. A swoją drogą ciężko jest wymyślić dla każdego oryginalne życzenie, jeśli jest 30 osób. Można każdemu życzyć zdrowia, szczęścia itp. ale czy o to chodzi? Chyba nie. Na koniec dostałam też paczkę ze słodyczami - w zeszłym roku były Jezuski na sianku, teraz czekoladę. Szkoda, że nie będę mogła jej spałaszować. No cóż, w życiu nie można mieć wszystkiego.
Potem wróciłam do szkoły, jednak zmęczenie zaczęło brać górę i nie byłam w stanie zanotować tego, co dyktowała nauczycielka. Na szczęście udało mi się pożyczyć do jutra zeszyt. Po zajęciach pobiegłam na roraty, głównie po to, aby zabrać sobie albę do wyprania na święta. Ale udało mi się też wcisnąć do scholi. Swoją drogą to bardziej wyglądam jak dziecko, niż 25-letni człowiek. I wbrew pozorom nie piję eliksiru młodości. 

piątek, 11 grudnia 2015

Pogodzić naukę ze wszystkim innym

Jutrzejszy dzień zapowiada się bardzo ciekawie: po pierwsze szkoła policealna z technika administracji, a w niej dziesięć godzin zajęć: pięć z podstaw prawa administracyjnego i pięć z postępowania w administracji. Luzik, co prawda z podstaw prawa administracyjnego to już ostatnie zajęcia w tym semestrze, mamy jednak nadzieję na przeniesienie egzaminu końcowego na któryś z dwóch zjazdów po świętach. Jak to wszystko szybko zleciało - dopiero co zaczynaliśmy trzeci semestr, a już zbliżamy się ku jego końcowi. Jeszcze jeden i podejdziemy do egzaminów zawodowych. Po ostatnich zmianach w ministerstwie zaczynam obawiać się czy uwzględnią moje schorzenie i pozwolą mi zdawać egzaminy za pomocą komputera. Dotychczas nie było z tym problemu, jednak nowe przepisy są niejednoznaczne. Dyrekcja szkoły zobowiązała się jednak powalczyć o mnie. Zwłaszcza, że widzą że się przykładam do nauki - poprzedni semestr zakończyłam ze średnią 5,0. No nic, zobaczymy co wskóra dyrekcja. Najwyżej okaże się, że łatwiej zdam egzamin magisterski niż zawodowy. 
Zastanawiam się, co będziemy robili na jutrzejszych zajęciach. Ostatnio na podstawach prawa administracyjnego mieliśmy o ministerstwie, na postępowaniu w administracji zaś robiliśmy praktyczne zadania egzaminacyjne. Może jutro będzie tak samo? Kto to wie?
Niestety, będę musiała na dwie godziny urwać się z zajęć z powodu wigilii scholowej. Kurczaczek, że też musieli ustalić ją na godzinę 11. Przypominają mi się czasy szkolne, kiedy wigilie klasowe były w czasie lekcji. Ale to zupełnie inna rzecz. Teraz nawet na Uniwersytecie mamy wigilię późnym popołudniem. Dobrze, nie marudzę, lecz cieszę się, że wpadnę na chwilę, chociażby po to, aby złożyć życzenia. Trochę żałuję, że nic nie przyniosę ze sobą, chociaż miałam pomysł na kluski z makiem i bakaliami, ale zwolniono mnie z tego obowiązku ze względów logistycznych. Chociaż z drugiej strony, skoro mogłam w Niedzielę Palmową biegać z palmą po szkole, to czemu teraz nie mogę biegać z miską z kluskami? Znowu by było ciekawie.
Biorę się za czytanie dalsze "O zasadach" Orygenesa, bo zaliczenie lektury zbliża się dużymi krokami. Wcześniej jednak dokończę referat o Wycenie rozrachunków z podstaw rachunkowości w administracji. Na szczęście jestem w końcowej fazie jego pisania, więc powinnam się wyrobić na czas. Do tego jeszcze materiał na studia stacjonarne. Trochę tego jest, ale dam radę. Tyle razy dokonywałam rzeczy niemożliwych, więc i teraz powinno mi się udać.

czwartek, 10 grudnia 2015

Wracając jeszcze do nowych polskich błogosławionych

Mój aktualny kierunek studiów licencjackich, turystyka religijna, ma to do siebie, że oprócz teoretycznych zajęć takich jak wykłady prowadzone w uczelnianych salach, mamy jeszcze masę zajęć praktycznych, polegających na chodzeniu po Krakowie w celu poznania zabytków oraz topografii miasta. W ten sposób na pierwszym roku poznaliśmy większość bardziej lub mniej znanych świątyń w mieście, nie tylko katolickich, ale też innych wyznań. Szczerze powiedziawszy najbardziej z tego wszystkiego podobała mi się jedna z synagog żydowskich(synagoga Remu) na Kazimierzu.
Na przeciwko naszej uczelni mieści się Wyższe Seminarium Duchowne Franciszkanów wraz z Klasztorem Franciszkańskim, w którym studiowali dwaj pierwsi polscy misjonarze - beatyfikowani w ubiegłą sobotę ojcowie Michał Tomaszek oraz Zbigniew Strzałkowski. Od razu pozwolę sobie sprostować pewną informację: nie studiowali oni bezpośrednio na PACie, ale w filii uczelnianej mieszczącej się przy Seminarium. Do samego klasztoru często zdarza mi się wstępować na chwilę modlitwy, kilka razy byliśmy w nim pod kontem przewodnictwa - m.im. w ramach poznania architektury świątyni, czy też osoby błogosławionej Anieli Salawej, której krypta mieści się w jednej z kościelnych kaplic. 
Wczoraj kolejny raz udaliśmy się w ramach warsztatów z liturgiki do kościoła świętego Franciszka z Asyżu. Tak trochę nietypowo, ponieważ zajęcia z tego przedmiotu powinny opierać się na rzeczach związanych stricte z liturgią(chociażby po to, aby wiedzieć jak się zachować w kościele, kiedy przyklęknąć itp., wbrew pozorom bardzo dużo ludzi ma z tym problem).
Na początku po raz enty poznaliśmy historię klasztoru, itp. itd. Czyli krótko mówiąc w naszym przypadku to typowe nihil novi(łac. nic nowego). Jedyne czym ta wyprawa różniła się od innych to fakt, że mogliśmy wejść za ołtarz, czego w normalnie się nie robi(zresztą wywołaliśmy tym zachowaniem ogólne oburzenie hiszpańskiej grupy zwiedzającej klasztor, no bo jak to może być, że tacy Polaczkowie mogą tam iść, a oni nie, chociaż tak bardzo chcieli obejrzeć z bliska witraże Wyspiańskiego - na szczęście oprowadzający nas brat wyjaśnił i złagodził zaistniałą sytuację). Moją uwagę przykuła też anegnotka o Jezusie przemawiającym z krzyża do złodziejaszka: tak naprawdę był to zakrystian spoglądający od czasu do czasu na wnętrze kościoła przez okienko znajdujące się nad krzyżem. Psikus polegał na tym, że od strony wnętrza kościoła nie sposób go zauważyć. Więc kiedy zauważył złodziejaszka wybierającego pieniądze ze skarbonki kościelnej znajdującej się przy ołtarzu i dwa razy powiedział: "Przestań kraść, bo zaraz zejdę do ciebie", biedny złodziej pomyślał, że to Jezus do niego przemawia. Wrzucił więc wszystkie pieniądze do skarbony, przeżegnał się pod krzyżem i jak szybko wyszedł z kościoła, tak go już więcej nie widzieli.
Prawdziwym powodem naszego przybycia do klasztoru nie było jednak kolejny raz wysłuchanie jego historii, ale przede wszystkim zwiedzenie wystawy poświęconej błogosławionym męczennikom - misjonarzom. Znajduje się ona w jednej z sal, do której wchodzi się z krużganków. W kilku gablotkach zgromadzono rzeczy, które po nich zostały, m.in. zakrwawione koszule, w których zginęli, sutanny, szaty liturgiczne, habity misyjne, dokumenty szkolne oraz podania o przyjęcie do seminarium, rzeczy codziennego użytku, takie jak np. latarka, czy budzik. Całość dopełniają barwne zdjęcia ojców zrobione podczas misji wraz z wyczerpującymi opisami. Osobiście kocham wręcz wszelkie wystawy tego typu, kiedyś wręcz marzyłam o pracy w muzeum, więc czułam się wewnątrz bardzo dobrze. Szczególnie zainteresowały mnie dokumenty związane z przyjęciem do seminarium. 
Na koniec zajrzeliśmy do wewnętrznego ogrodu, na jadalnię klasztorną(właśnie gotowały się gołąbki) oraz na aulę wykładową. Dodatkowo każdy z nas dostał obrazek z błogosławionymi męczennikami wraz z wtopionymi w środek fragmentami ich szat oraz informatory o nich. Serdecznie zachęcam do zwiedzenia wystawy, bo jest na prawdę ciekawa i pomysłowo zrobiona.

środa, 9 grudnia 2015

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią

Są takie jedne drzwi, których otwarcie odbywa się z wyjątkowych okazji, a ich przejście powoduje uzyskanie niepowtarzalnych łask. To Drzwi Święte znajdujące się w Bazylice św. Piotra oraz Bazylice św. Pawła w Rzymie. Zazwyczaj otwierane są one w latach jubileuszowych, czyli co 25 lat. Ostatni raz zostały one otwarte przez Jana Pawła II w 2000 roku z okazji jubileuszu milenijnego. Następne ich otwarcie powinno nastąpić w 2025 roku. Jednak urzędujący aktualnie papież może odstąpić od obowiązującej reguły. Z tego prawa skorzystał papież Franciszek, pozwalając na otwarcie Świętych Drzwi przed czasem z okazji ustanowienia roku Miłosierdzia Bożego. Okres ten będzie trwał od 8 grudnia 2015 do 20 listopada 2016 roku. Dla Polski te ramy czasowe mają szczególne znaczenie - w przyszłym roku przypada 1050 rocznica Chrztu Polski, jak również w lipcu odbędą się Światowe Dni Młodzieży pod hasłem "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią". 
Święte Drzwi(z łac. Santa Porta), nazwane także Świętymi Wrotami, Świętą Bramą, są specjalnymi drzwiami otwieranymi z okazji rozpoczęcia Roku Jubileuszowego w jednej z trzech rzymskich bazylik większych: Bazyliki św. Piotra na Watykanie, Bazylika św. Pawła za Murami lub Bazyliki św. Jana na Lateranie. W okresie pomiędzy jubileuszami bramy są zamknięte(dodatkowo w bazylice św. Piotra od wnętrza brama jest zasłonięta murem, budowanym po zakończeniu poprzedniego, a burzonym przed otwarciem następnego roku świętego). Święte Drzwi są związane z tradycją świętowania lat jubileuszowych, podczas których jedynym sposobem uzyskania odpustu było udanie się w pielgrzymkę do Rzymu. Przejście przez bramę było symbolem jego otrzymania. Chociaż pierwszy Rok Jubileuszowy obchodzono w roku 1300 w bazylice na Lateranie, to dopiero ponad wiek później(1423 rok) pierwszy raz zostały otworzone Drzwi Święte(zresztą w tej samej świątyni).
Decyzję o ogłoszeniu Roku Miłosierdzia Bożego papież Franciszek argumentował następującymi słowami: "Drodzy bracia i siostry. Często myślałem o tym, jak Kościół może uczynić jeszcze bardziej oczywistym swe posłannictwo bycia świadkiem miłosierdzia. Jest to droga, która rozpoczyna się od nawrócenia duchowego. I dlatego postanowiłem ogłosić Jubileusz Nadzwyczajny, którego ośrodkiem będzie miłosierdzie Boże. Będzie to Rok Święty Miłosierdzia Chcemy przeżywać go w świetle słów Pana: (Łk 6, 36)"
Zgodnie z harmonogramem w dniu wczorajszym w Bazylice św. Piotra w Rzymie otworzone zostały Drzwi Święte, które symbolizują rozpoczęcie Jubileuszowego Roku Miłosierdzia. Wydarzenie zostało poprzedzone uroczystą Mszą świętą. Podczas kazania zgromadzeni wierni mogli usłyszeć, że "to będzie rok, w którym trzeba wzrastać w przekonaniu o miłosierdziu. Jak wiele krzywdy wyrządza się Bogu i Jego łasce, kiedy przede wszystkim twierdzi się, że grzechy są karane Jego sądem, a nie stawia się na pierwszym miejscu tego, że są odpuszczane przez Jego miłosierdzie. Musimy przedkładać miłosierdzie nad sąd, a w każdym przypadku, sąd Boży będzie zawsze odbywał się w świetle Jego miłosierdzia. Przejście przez Drzwi Święte sprawi, że poczujemy, iż uczestniczymy w tajemnicy miłości. Porzućmy wszelkie formy lęku i strachu, bo to nie przystoi temu, kto jest kochany. Wejście przez te Drzwi oznacza odkrycie głębi miłosierdzia Ojca, który przyjmuje wszystkich i wychodzi osobiście na spotkanie każdego.".
Na Placu św. Piotra zgromadziło się około 50 tysięcy wiernych, w tym władze Włoch. Jednocześnie zastosowane podniesione do najwyższego poziomu środki bezpieczeństwa w całym Rzymie, związane z obawą przed ewentualnymi atakami terrorystycznymi. Warto zaznaczyć, że wśród przybyłych na uroczystość osób znajdował się też emerytowany papież Benedykt XVI, który znajdował się w przedsionku Bazyliki. To on jako drugi, zaraz po aktualnym papieżu Franciszku, przekroczył Drzwi Święte.
Warto tutaj przypomnieć, że od 1983 roku odpusty udzielane są także poprzez odwiedziny innych większych kościołów(najczęściej bazylik) na całym świecie. Mimo tego zwyczaj otwierania bram pozostał. W najbliższą niedzielę w wyznaczonych świątyniach zostaną otwarte "zastępcze Drzwi Święte"(mój osobisty termin - proszę się nim nie sugerować), zwane też Bramami Miłosierdzia, których przejście skutkuje podobnymi odpustami jak to przez Święte Drzwi w Rzymie. W mojej diecezji sosnowieckiej będą to: 
- bazylika katedralna Wniebowzięcia NMP w Sosnowcu,
- bazylika św. Andrzeja w Olkuszu,
- bazylika NMP Anielskiej w Dąbrowie Górniczej,
- kolegiata św. Wojciecha i św. Katarzyny w Jaworznie,
- sanktuarium NMP Nieustającej Pomocy w Jaworznie – Osiedlu Stałym 
- kościół św. Stanisława w Czeladzi
W diecezji krakowskiej będą to natomiast*:
- Katedra św. Stanisława i św. Wacława na Wawelu,
- Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach,
- Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie,
- Bazylika Wniebowzięcia NMP w Krakowie,
- Sanktuarium Krzyża Świętego w Krakowie-Mogile,
- Bazylika Matki Bożej Anielskiej w Kalwarii Zebrzydowskiej,
- Bazylika Ofiarowania NMP w Wadowicach,
- Kościół Parafialny św. Piotra w Wadowicach,
- Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa – Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Trzebini,
- Kościół Parafialny Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Targu.
Jako komentarz na temat świątyń posiadających Bramy Miłosierdzia, pozwolę sobie zacytować fragment listu biskupa, który został odczytany w minioną niedzielę: "Świątynie te staną się celami pielgrzymek, miejscami szczególnej modlitwy. Przeprowadzane w nich będą zbiórki jałmużny do puszek na rzecz osób biednych i ubogich z terenu naszej diecezji (...). W kościołach jubileuszowych będzie można uzyskać odpusty, które mają ogromne znaczenie dla naszego życia duchowego. (...) W Roku Miłosierdzia każda parafia będzie zobowiązana odbyć pielgrzymkę do wybranego kościoła jubileuszowego. W kościołach tych codziennie będzie odmawiany Różaniec oraz Koronka do Bożego Miłosierdzia. W ten sposób będziemy błagać o Boże Miłosierdzie dla nas i dla całego świata. Codziennie też czytany będzie w nich fragment Dzienniczka św. Siostry Faustyny"
I jeszcze na koniec taka ciekawostka: rok Bożego Miłosierdzia został zainaugurowany dokładnie w tysięcznym dniu pontyfikatu papieża Franciszka.

* spis świątyń jubileuszowych powinien znajdować się na stronach diecezjalnych

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Quo vadis świecie?

Tak sobie ostatnio pomyślałam, dokąd zmierza dzisiejszy świat. Dokąd zmierzają moi rówieśnicy i czego oczekują od życia? Jak sobie przypomnę ile kilka lat temu było wspaniałych, autentycznych blogów, to aż mnie ściska. Ludzie byli jacyś inni, jakby lepsi, mniej egoistyczni. Skupiali się na drobnych rzeczach, a co najważniejsze, stworzyli własny image, styl pisania. Jeżeli wchodziło się na ich stronę, wiedziano, że to jest strona tego konkretnego usera. Czasami było coś, z czym się nie zgadzałam, ale w większości postów czytałam je z przyjemnością i z niecierpliwością czekałam na kolejne wpisy. I nagle coś się zmieniło - nie rozumiem, czy przez styl pisania, czy może poprzez mnóstwo sprzeczności, ale z czytania sporej ilości blogów po prostu zrezygnowałam. Przekonałam się, że aby zdobyć grono czytelników, niektórzy są w stanie zrobić naprawdę wszystko. Inna sprawa, że często opierają swoje osądy na własnym widzimisię, jakby nie zastanawiając się nad tym, że wcale nie do końca jest tak, jak im się wydaje. Nie wiem, może gdyby częściej spotykali się z innymi osobami, a nie opierali swoich opinii tylko i wyłącznie na tym co zobaczą lub usłyszą w telewizji, albo przeczytają w brukowcu, to ich zdanie byłoby bardziej obiektywne? Sama nie wiem. Tym bardziej, że zanim sama napiszę jakiś post, sama zastanowię się co chcę w nim zawrzeć i jakimi słowami to wyrazić. 

Zawiodłam się na pewnych osobach, uważałam je za bardziej rozsądne. Niestety, rzeczywistość okazała się inna. Czuję więc pewien wstręt do pewnych blogów. Czy kiedyś mi on przejdzie, minie? Czas pokaże. 

niedziela, 6 grudnia 2015

Nietypowy święty Mikołaj

Czasy w których wierzyłam w istnienie świętego Mikołaja już dawno minęły. "Wierzyłam" to chyba nawet za dużo powiedziane - niemal od zawszę wiedziałam, że ewentualne prezenty kupują rodzice, bądź nauczyciele w szkole. Mimo wszystko przyjemnie było dostać małą paczuszkę z czymś drobnym w środku. W gimnazjum sami siebie obdarowywaliśmy w obrębie klasy. Niby to miała być niespodzianka, ale zazwyczaj każdy wiedział kto kogo wylosował. W trzeciej klasie kupiliśmy dodatkowo naszej wychowawczyni świąteczną bombkę - tak, żeby miała coś od nas. A potem już wyrosło się z takich zabaw. I tylko od rodziców dostawało się coś drobnego. Ale i to się skończyło wraz z opuszczeniem rodzinnego domu.
Zresztą czy prezenty zawsze muszą być materialne? Dzisiaj przekonałam się, że niekoniecznie. Rano, tuż po rozpoczęciu w szkole policealnej zajęć z podstaw rachunkowości w administracji zostaliśmy poinformowani, że dzisiaj zajęcia z tego przedmiotu kończą się już o 10:45, a nie tak jak w planie o 12:15. 1,5 godziny to już jest coś. Myślałam jednak, że ta zmiana dotyczy tylko tego przedmiotu, ponieważ prowadząca była trochę przeziębiona. Fakt, spóźniłam się nieco do szkoły i dotarła do mnie tylko szczątkowa informacja... Nie ważne. Zajęcia z postępowania w administracji zaczęły się chwilę po rachunkowości, co tłumaczyłam sobie tym, że z kolei ta prowadząca nie miała zajęć przed nami. Tymczasem ona powiadomiła nas zaraz na wstępie, że w związku z rozporządzeniem pani dyrektor, zajęcia z nią kończymy przed 14. Tak, w ramach mikołajek. Oczy mi wyszły z orbit, ponieważ jak długo żyję, tak takiego prezentu jeszcze nie miałam. A bacząc na nadchodzący tydzień, w którym każdego dnia mam przynajmniej jeden sprawdzian, ten czas z pewnością mi się przydał. Regiony turystyczne na jutrzejsze kolokwium z Ameryki Południowej ogarnięte, słówka na niemiecki powtórzone. I nawet na Orygenesa znalazł się czas. Tak, te kilka godzin na pewno było mi potrzebnych.

sobota, 5 grudnia 2015

I otworzyło się Niebo...

Kraków, 27 listopada 2015 roku, Uniwersytet Papieski Jana Pawła II. Wszyscy żyją wydarzeniem, które ma się odbyć w przyszłym tygodniu - 5 grudnia 2015 roku decyzją papieża Franciszka, dwóch polskich franciszkanów, absolwentów uczelni - Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski, ma zostać podniesionych do rangi błogosławionych. Zdarzenie nietuzinkowe, ponieważ są to pierwsze osoby z naszej uczelni, które otrzymają tą godność. W dodatku, zgodnie z wpajanymi im na studiach teologicznych zasadami - nie tylko nie wyrzekli się swojej wiary, ale wręcz oddali za nią swoje krótkie życie. Zginęli 25 października 1991 roku, będąc na misji w odległym Peru. Od początku tego roku akademickiego temat ich wzniesienia na ołtarze być tematem numer jeden na ustach wszystkich wykładowców. Niektórzy nawet pamiętali tych dwóch młodzieńców w franciszkańskich habitach, którzy co rano wbiegali do budynku uczelni. Wśród nich znajdował się ksiądz, którego głos wielu z nas może kojarzyć z coniedzielnych transmisji Mszy Świętych z Łagiewnik, prodziekan Wydziału Nauk Społecznych - uwielbiany przez wszystkich studentów, choć wymagający, ks. Andrzej Baczyński. Ustalono, że to on pojedzie reprezentować uczelnię na odległy kontynent, a przy okazji zrobi reportaż o nowych błogosławionych. W końcu przez tyle lat relacjonuje przebieg Mszy Świętych.
Środa. Idę ulicą Franciszkańską i z daleka widzę powiewającą nad drzwiami prowadzącymi do uczelni czarną flagę, uczelniana zaś jest zwinięta. Automatycznie przyspieszam kroku. W naszej kulturze czarna flaga zazwyczaj oznacza żałobę. I nie myliłam się - na drzwiach wisiał już nekrolog informujący o odejściu w dniu poprzednim księdza Andrzeja Baczyńskiego do Domu Ojca w wieku zaledwie 58 lat. Szok, niedowierzanie? I jeszcze ta data pogrzebu - 5 grudnia 2015. Przecież w tym dniu miał być w Peru, a nie wybrać się w ostatnią drogę! Czemu to życie jest takie skomplikowane? A może niesprawiedliwe? Tam, na drugim kontynencie, Niebo otwierało oficjalnie swoje drzwi dla trzech nowych błogosławionych kościoła katolickiego. I tutaj, w podkrakowskich Bibicach, zaledwie dwie godziny wcześniej(licząc wszystko na nasz czas) otwarło się nieoficjalnie dla skromnego polskiego księdza. Po ochłonięciu z emocji pogrzebowych i beatyfikacyjnych pomyślałam sobie, że lepszej daty pogrzebu nie mogli znaleźć. Bo oto odwróciły się role - to nie mistrz wprowadzał swoich uczniów w to, co nowe, nieznane, ale uczniowie, którzy od 24 lat cieszą się obcowaniem z Najwyższym, witają w Bramie Niebios swojego mistrza. A on, jak gdyby nigdy nic, idzie za nimi, mówiąc doniosłym głosem: "Michale, Zbyszku, nawet nie wiecie jak bardzo jestem dumny z tego, że zostaliście błogosławieni".

Kraków 5 grudnia 2015, Chimbote, ta sama data. Dwa zupełnie odległe od siebie miasta zostały ze sobą tego jednego dnia cudownie połączone niewidzialną nicią. W obydwóch miastach otwarło się Niebo, ale nie tylko. W jednym i w drugim mieście uroczyście obchodzono dzisiejszą beatyfikację. Zwłaszcza w kościele franciszkańskim, znajdującym się naprzeciwko Uniwersytetu. Bo przecież od nas zaczęła się wędrówka w chrześcijański świat dwóch niepozornych franciszkanów. Wędrówka, która miała tragiczny finał w Peru, ale za razem dała świadectwo, jak można umierać z godnością i w wierze.

piątek, 4 grudnia 2015

Usłyszane zza drzwi

Nie ładnie jest podsłuchiwać, doskonale o tym wiem i to nie od dzisiaj. Kilka razy przez przypadek usłyszałam coś, czego lepiej żebym nie wiedziała i potem miałam mieszaninę niepotrzebnych myśli. Od tamtej pory jasno sobie postanowiłam, że co jak co, ale nigdy więcej nie będę nikogo podsłuchiwać. I w sumie nieźle mi to wychodzi. A jednak dzisiaj stało się coś, co sprawiło, że stałam pod drzwiami jednej z sal wykładowych i z zapartym tchem słuchałam wydobywających się zza nich dźwięków.
Dzisiaj miałam planowo pierwszy wykład z podstaw turystyki. W teorii, ponieważ w rzeczywistości nie pojawiła się ani pani prowadząca zajęcia, ani tym bardziej nikt z mojej grupy. Trochę mnie to zdziwiło, ale z drugiej strony już dawno zauważyłam, że w dzisiejszym świecie życie toczy się głównie na facebooku, którego po prostu nie posiadam. No nic, odczekałam przepisowe 15 minut i już miałam zbierać się na busa powrotnego do domu, kiedy z sali naprzeciwko tej, w której miałam mieć zajęcia, doszedł mnie głos wykładowcy, wzmocniony mikrofonem. Pewnie nie zwróciłabym na niego najmniejszej uwagi, gdyby jego wywód nie dotyczył jednej z moich ulubionych książek, o której pisałam już kiedyś na tym blogu - "Czterdzieści siedem lat życia" Władysława Kluza. Dla przypomnienia, książka jest przedstawieniem biografii dwóch ludzi, którzy żyli właśnie tyle lat, ale drogą życiową, jaką wybrał każdy z nich jest zgoła inna - jednym z nich był znany franciszkański zakonnik, święty Maksymilian Maria Kolbe, który przez całe życie kroczył drogą wiary i praworządności, drugim zaś komendant obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, Rudolf Hoss. Nie będę tutaj streszczać książki, skoro już raz to zrobiłam, powiem tylko tyle, że obydwie postacie przedstawione były na zasadzie porównania.
Treść książki znam w miarę dobrze, dlatego łatwo mi było wyłapać poszczególne etapy wykładu, ewentualnie warsztatów. Głównie skupiano się na dzieciństwie obydwóch chłopców - dyskutowano jak na ich późniejsze życie wpłynęło ukazanie się Matki Boskiej z dwoma koronami małemu Rajmundowi(bo takie było faktyczne imię Maksymiliana Kolbego) oraz zdradzenie tajemnicy spowiedzi przez kapłana spowiadającego kilkuletniego Rudiego. Nie wiem czy dobrze dosłyszałam, ale zdziwiła mnie odpowiedź jednego ze studentów, który twierdził, że ksiądz bardzo dobrze zrobił, że powiedział ojcowi Rudolfa o wypadku w szkole, do którego przyczynił się jego syn. Nie wiem czy ten ktoś zdawał sobie sprawę z tego, że księży obowiązuje coś takiego, jak tajemnica spowiedzi. Święty Jan Nepomucen wolał nawet zostać utopiony, niż zdradzić królowi grzechy jego żony. 
Bardzo mi się spodobała natomiast wizualizacja tego, co by było gdyby... No właśnie, czy gdyby Matka Boża nie ukazała się Mundkowi, to zostałby on w ogóle osobą duchowną? Czy gdyby kapłan nie zdradził ojcu małego Rudolfa przewinienia jego syna, to chłopiec zgodnie z jego wolą zostałby powołany do kapłaństwa? A może drogi obydwóch mężczyzn skrzyżowałyby się w zupełnie innych okolicznościach, np. w wspólnym seminarium duchownym, a świat by nawet nie wiedział o ich istnieniu? Tego oczywiście nie wiemy, ale pogdybać zawsze można.
Ogólnie mogę powiedzieć, że wykład był ciekawy i dużo szło się z niego dowiedzieć. Na pewno poszerzyłam wiedzę o jednym z moich ulubionych świętych. Marzę, aby kiedyś jechać do Niepokalanowa, zobaczyć to mini-miasteczko, które sam wybudował. Albo do Oświęcimia zobaczyć celę, w której zginął. W sumie Oświęcim mam nie daleko, można w jeden dzień obskoczyć cały obóz koncentracyjny. Wstyd się przyznać, ale nigdy tam nie byłam. Może teraz jest odpowiedni czas? A i Niepokalanów kiedyś odwiedzę. Wszak nie na darmo studiuję turystykę religijną. A tego typu studia to nie tylko zakuwanie do kolokwiów, ale też samodzielna praktyka...

czwartek, 3 grudnia 2015

Coś trzeba robić w przerwie pomiędzy zajęciami

- Tobie Lolek to musi się chyba strasznie nudzić, skoro czytasz jeszcze książki - takie zdanie usłyszałam dzisiaj od jednej z koleżanek z mojej legalnej grupy. Akurat czekaliśmy na wykład z prawa gospodarczego. Moja grupa miała zajęcia z ćwiczeń z tego przedmiotu wczoraj. Jednak ja mam w tym samym czasie liturgikę na Papieskim. Nie rozdwoję się, nie ma szans. Na Papieskim jesteśmy jedyną grupą, która ma takie zajęcia w takim wymiarze godzin w planie. Na AWFie jest trochę lepiej - pięć grup, a dzięki przyznanemu ITSowi mogę wybrać tą grupę, która najbardziej mi odpowiada. Z większością przedmiotów nie mam problemów, ale to prawo gospodarcze nijak mi nie odpowiadało w przepisowym czasie, a jedyne zajęcia na które mogę bezkolizyjnie uczęszczać przypadają w czwartek o ósmej rano. To kolejny dzień wstawania o 4:30, ale jakoś to przeżyję. Muszę. Zajęcia trwają do 9:30, a następne zaczynają się godzinę później. To sześćdziesiąt minut, podczas których można zrobić wiele pożytecznych rzeczy. Na przykład nadrobić zaległości czytelnicze. W tym roku przeczytałam dotychczas zaledwie 50 książek. To bardzo mało jak na mnie. Zwłaszcza, że bywały lata, podczas których pochłaniałam i sto razy więcej pozycji. Ale wtedy studiowałam w Katowicach i czytałam książki w czasie dojazdu na uczelnię. Teraz tak się nie da. Stwierdziłam jednak, że mogę bez problemu czytać w przerwach pomiędzy zajęciami na uczelniach, a nawet jadąc tramwajem z Alei Jana Pawła II na Franciszkańską i na odwrót, ewentualnie czekając na busa do domu. Dzisiaj na przykład przeczytałam sporą część "Iliady" Homera. To nie jest jednak tak, że cały czas czytam książki, bo znajduję też czas na to, aby pogadać ze znajomymi ze studiów, pożartować, powymieniać się spostrzeżeniami. Staram się nie być odludkiem, bo wiem, że do niczego dobrego to nie prowadzi. Ja też jestem stworzeniem stadnym i potrzebuję kontaktu z innymi. Wtedy po prostu daję zakładkę tam, gdzie skończyłam czytać i zaczynam gadać. Jak każdy inny student.
Dzisiaj zapisywaliśmy się już do katedr, w których chcemy pisać nasze prace magisterskie. Okazało się, że najwięcej jest w tej, w której ja chcę pisać. Prawdopodobnie w takiej sytuacji będziemy przydzielani według listy rankingowej z rekrutacji i Ci, którzy byli na niższej pozycji, prawdopodobnie będą musieli pisać swoje prace w innej katedrze. Zaczynam się obawiać i o moją pozycję. Niby miałam wysokie miejsce(w pierwszej 40 na 180), ale przecież nigdy nic nie wiadomo...

wtorek, 1 grudnia 2015

Pomieszanie z poplątaniem i roraty z historycznym przesłaniem

Trochę się dzisiaj zdenerwowałam. Wczoraj zadzwonili do mnie z MOPSu. Ponieważ byłam na ćwiczeniach z regionów turystycznych, a prowadzący pozwolił mi nie wychodzić z sali, słyszałam moją rozmówczynię tyle o ile. Jedyne co zrozumiałam to, to, że mam coś podpisać. Wiedziałam od taty, który odbierał moje orzeczenie o niepełnosprawności, że będę musiała jeszcze raz podjechać do MOPSu, jednak tak przedstawił mi tą sytuację, że byłam święcie przekonana, że ktoś tam pojedzie do prawnika uprawomocnić decyzję o zaliczeniu mnie do ludzi niepełnosprawnych umiarkowanie. Trochę mnie to zdziwiło, bo nigdy tak nie było, ale skoro orzeczenie zostało wydane na stałe, to i przepisy mogły być inne. Jeszcze wczoraj pytałam się ojca, gdzie dokładnie kazali mi się zgłosić, bo pani z telefonu mi nie przekazała, tudzież nie usłyszałam tego.
- Na przeciwko orzecznictwa - i tyle. Tylko tyle. 
Dzisiaj z samego rana, poświęcając kolokwium z języka łacińskiego, poszłam do MOPSu w celu podpisania owych dokumentów. Tak jak mi powiedziano, swoje kroki skierowałam do pokoju naprzeciwko tego, w którym miałam komisję. Wchodzę, grzecznie się przedstawiam(a raczej podaję swój dowód osobisty - przynajmniej mam pewność, że mnie zrozumieją), wyjaśniam z czym przychodzę. Babeczki patrzą na mnie jak na ufo, bynajmniej nie dlatego, że mnie nie rozumieją, ale dlatego, że nic im o dokumentach dla mnie nie wiadomo, tym bardziej, że orzeczenie wydane, odebranie podpisane, więc o co mi chodzi? Skierowali mnie do działu świadczeń rodzinnych. W informacji dowiedziałam się jednak, że jest on otwarty w godzinach 9:00 - 15:00. Była 7:56, za 49 minut z mieszczącego się w oddali jakiś 3 kilometrów centrum miasta odjeżdżał mi bus do Krakowa, który miał mnie dowieść na spóźnione zajęcia ze statystyki. Szybko przeanalizowałam sytuację, w której się znalazłam i doszłam do wniosku, że dział świadczeń rodzinnych może poczekać, zadania ze statystyki robione przez cały weekend - nie! Oczywiście w busie olśniło mnie, że mogłam pokazać im numer telefonu w komórce i tak może by doszli do tego, kto to dzwonił. Lolek mądry po szkodzie. 
Na statystykę dotarłam tak spóźniona, że weszłam tylko po to, aby zostawić prowadzącemu moje obliczenia i wyszłam. Te 10 minut niewiele mnie zbawiłyby. A tak przynajmniej spokojnie przebrałam się na zajęcia z wychowania fizycznego, które były jedynymi, na których byłam w dzisiejszym dniu. Co prawda miałam jeszcze język rosyjski, zabytki Bliskiego Wschodu, socjologię czasu wolnego i regiony turystyczne, jednak musiałam dzisiaj się z nich zerwać. Na szczęście nie zdarza mi się to zbyt często :D.
Wracając do domu ponownie dostałam telefon, tym razem przedstawiła mi się bardzo znana mi pani M. T. z działu programu PFRON w sprawie dzisiejszego podpisania umowy o dofinansowania do studiów. No rzesz... To cały czas chodziło o II moduł programu Aktywny Samorząd? Gdyby wczoraj to ona zadzwoniła, od razu skojarzyłabym co i jak. A tak ja byłam święcie przekonana, że to jeszcze chodzi o to całe orzeczenie. Wniosek tego jeden - muszę częściej robić takie kontrolowane wagary i sama załatwiać wszystkie urzędowe sprawy. Przynajmniej będę wiedzieć co i jak.
O godzinie 13 nie ma na drogach tendencji do tworzenia się korków, toteż dojechałam na miejsce w godzinę 10(i pomyśleć, że do Krakowa jechałam w ponad 1,5 godziny, z czego jakiś kwadrans wjeżdżaliśmy na sam dworzec). Potem szybka przesiadka na inny autobus i po chwili byłam pod budynkiem MOPSu. Udałam się do wydziału programu PFRON, który trochę jest na przeciwko orzecznictwa(myślałam, że tacie chodzi o drzwi, a nie segment budynku). Co prawda przez to wszystko miałam przy sobie z wymaganych dokumentów tylko dowód osobisty, ale że dla chcącego nic trudnego, to moje konto bankowe zostało przepisane z poprzedniej umowy. Ciach, ciach, podpisanie dwóch egzemplarzy umów i tyle. Szybko poszło, tym bardziej, że kiedy składałam wniosek, powiedzieli mi, że umowy będą dopiero w końcu grudnia. Najlepsze jest jednak to, że gdybym od razu wiedziała o tym, to już rano zaszłabym w odpowiednie miejsce i wszystko załatwiła. No nic, przynajmniej wróciłam z Krakowa o 14, a nie 20. Sześć godzin to czasami więcej niż cała wieczność.
Korzystając z okazji udałam się dzisiaj na nabożeństwo roratnie. Każdego roku, zgodnie z propozycją "Małego Gościa Niedzielnego" mają one jakąś ścieżkę tematyczną. Po Ziemi Świętej, świętym Pawle, czy świętej Teresie z Avila, o której pisałam w >>tej<< notatce, przyszedł czas na tematykę związaną z 1050 rocznicą chrztu Polski. Jest dekoracja, są kontrolki dla dzieci. Ale...Coś się jednak we mnie zmieniło - kiedyś nie mogłam wręcz się ich doczekać, przeżywałam, kiedy nie mogłam być na nich z powodu wykładów na uczelni. Teraz jest mi zupełnie obojętne, czy ja na czymś będę, czy też nie. Dojrzałam? Przejrzałam na oczy? Zmądrzałam? Z sentymentem wspominam roraty z 2011 roku poświęcone papieżowi Janowi Pawłowi II. Tak dużo rzeczy się wtedy dało... Przedstawienie o Matce Boskiej 8 grudnia podczas którego brałam też udział, odpowiadanie na pytania księdza, robienie aniołków z dzieciakami w Oratorium, mikrofon... Jak bym chciała cofnąć się do tego czasu, byle tylko nie być tym gorszym. A ja właśnie tak się czuję. Człowiek powinien się rozwijać, a nie cofać. Człowiek powinien walczyć o swoje prawa. Ale ja coraz częściej nie mam już siły na tą walkę. Ja robię krok w przód, a pewni ludzie cofają mnie za każdym razie i w każdym aspekcie, nie ważne czy duchowym, czy też życiowym o dziesięć w tył. W ten sposób daleko nie zajdę. Moi znajomi mówią mi: nie martw się, olej to, ale... ale moja mentalność mi na to nie pozwala. Wierzę jednak, że przyjdzie taki dzień, kiedy wszyscy ci, którzy we mnie zrozumieją, że nie mieli racji, że mimo niepełnosprawności mogę być naprawdę wartościowym człowiekiem...

A propos adwentu. Jak Wam się podoba nowy wystrój bloga? Szata muzyczna, graficzna? Bo mi nawet... Jedyne co bym zmieniła to kolor liter w tytule postu, ale nie mogłam znaleźć odpowiedniej opcji. Niezbyt lubię zmiany, ale tym razem jestem na tak!