Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 28 stycznia 2016

Kiedy pasja przeplata się ze śmiercią

W kamienicy mojego dziadka było niezamieszkałe poddasze. Prawie niezamieszkałe, ponieważ dziadek hodował tam gołębie. Kilka z nich było moich - trzymanych jednak u dziadka z powodu braku u nas warunków lokalowych. Do dzisiaj pamiętam równiutko poukładane klatki zza których krat wyglądały śnieżnobiałe czy też popielate łebki. Klatki były ustawione tak, aby ptaki mogły widzieć błękitne niebo przez ok no, a także, żeby zimą nie ziębił ich wiatr. Przesada? Niekoniecznie - dzikie gołębie cały czas się ruszają, dzięki temu nie jest im tak zimno. Udomowione gołębie hodowane w klatkach mają znacznie utrudnioną tą czynność. W letnie dni bardzo często ptaki były wypuszczane na zewnątrz, gdzie szybowały wśród bloków i kominów. Co ciekawe, były na tyle wyszkolone, że praktycznie zawsze wracały na znajome poddasze, gdzie czekał na nie ciepły kąt oraz smaczna pasza. Były one prawdziwą dumą dziadka i chętnie je pokazywał wszystkim zainteresowanym. Kochał też jeździć na targi i wystawy poświęcone gołębiom, z których często przywoził kolejnego pupilka.
28 stycznia 2006 roku przypadł w pierwszy dzień ferii zimowych w województwie śląskim. Dzień wcześniej zadzwonił do nas dziadek z propozycją, że zabierze mnie na drugi dzień na Międzynarodowe Targi Gołębiarskie do Katowic w ramach nagrody za średnią na koniec semestru. Oczywiście rodzice nie mieli nic przeciw temu - wiedzieli, że dziadek zaraził swoją pasją również i mnie. Więc dlaczego miałabym siedzieć w domu, skoro mogłam jechać do Katowic pooglądać ptaki i króliki. W sobotę wstałam bardzo wcześnie. Nie mogłam już się doczekać. Jednocześnie cieszyłam się, że wystawa była właśnie w pierwszy dzień ferii - za kilka dni miałam jechać na obóz sportowy, a to pokrzyżowałoby mi moje plany. Na szczęście stało się inaczej. W czasie jazdy autobusem dziadek obiecał mi kupić kolejnego gołębia - teraz moja radość nie miała końca.
Na miejsce dotarliśmy po 10. Hala targowa robiła wrażenie. I chociaż na zewnątrz wiał przeraźliwy wiatr, w środku było dosyć ciepło. Dziadek kazał mi się trzymać blisko niego - mimo wczesnej pory w pomieszczeniu już było sporo ludzi. Chodziliśmy sobie od stoiska do stoiska, podziwialiśmy gołębie, dziadek wypytywał o nowinki paszowe... Było dużo śmiechu, hodowcy zachwalali swoje ptaki. Pamiętam jednego pana, który miał na stoisku porcelanowe gołąbki. Dziadek zaopatrzył się w witaminy dla swoich ulubieńców, po czym poszliśmy poszukać gołąbka dla mnie. Wybraliśmy takiego małego popielatego z "podbitym okiem". Z hali wyszliśmy gdzieś po szesnastej. W drodze na przystanek zorientowałam się, że w hali zostawiłam rękawiczki. Nie było jednak sensu po nie wracać, zresztą i tak wkrótce przyjechał nasz autobus. Wsiedliśmy do niego zostawiając całą imprezę za sobą. Klatka z gołąbkiem spoczywała na moich kolanach. Na dworze powoli zapadał zmrok, jak to w zimie bywa...
Nagle zadzwoniła dziadka komórka. Wiedziałam, że to babcia. Dziadek jednak podczas rozmowy momentalnie pobladł, a uśmiech znikł mu z ust. Dopiero po chwili powiedział mi, że przed chwilą zawalił się dach hali, a babcia sprawdzała, czy nie jesteśmy w środku. Nie byliśmy. Po chwili jeszcze jeden telefon - tym razem to moi rodzice. Do domu dojechaliśmy w wielkiej nieświadomości tego wszystkiego. Zresztą nawet w telewizji pojawiły się lakoniczne informacje. Na początku nie robiły na mnie wrażenia - pobiegłam na strych z moim nowym gołąbkiem, planując na wakacje jego szkolenie. Dopiero na drugi dzień dotarło do mnie, co tak na prawdę się stało. I jedna jedyna myśl - przecież i ja tam mogłam być w tym momencie. Wystarczyło tylko wrócić po rękawiczki... Być może wtedy ofiar tej katastrofy nie było by 65, a 67?
Wyjazd kilka dni później na obóz sportowy nieco mnie odstresował, pozwolił zregenerować myśli. Widać tak miało być, widać miały zginąć małe dzieci(do dzisiaj mam przed oczami zdjęcie małego Tomka w gazecie, który wtedy stracił życie), a nie ja! Fatum, los, opaczność Boża - każdy będzie to widział po swojemu. W pamięć zapadła mi też piosenka zespołu "Ich troje" - "Śląsk jest w niebie". I chociaż nigdy specjalnie nie darzyłam go sympatią, to muszę przyznać, że ten utwór jakoś przypadł mi do gustu.
Od tej największej od czasu II wojny światowej katastrofy budowlanej minęło dokładnie 10 lat. Dla mnie to 10 lat podarowanego życia, dla kogoś innego życia bez bliskiej osoby. Winni do dzisiaj nie zostali ukarani. Ale czy nawet najwyższa kara zwróci życie 65 osobom? Czy nie lepiej przeznaczyć wydane na procesy pieniądze na architektów konstruujących stabilniejsze budowle, może z bardziej spadzistymi dachami? Denerwowały mnie też reakcje niektórych ludzi na akcję ratunkową - że ratownicy ratowali gołębie, a nie ludzi. A ja do dzisiaj pamiętam relacje ratownika, który opowiadał, jak w czasie akcji usiadł mu na ramieniu gołąbek z hali i przytulił łebek do jego policzka... Do dzisiaj mam łzy w oczach na to wspomnienie. Bo gołębie nie są głupimi ptakami. To inteligentne zwierzęta, które przywiązują się do człowieka, darząc go zaufaniem. Tylko my, pyszni ludzie, nie zawsze to widzimy i rozumiemy. A Gucio, gołąbek wtedy zakupiony, do dzisiaj cieszy moje oko i nawet jest moim ulubieńcem. Kto wie, być może i jemu uratowałam kuperek?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz