Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 12 stycznia 2016

O zabijaniu w uczniach kreatywności

Każdy kto zmagał się w boju z "nową maturą" z języka miał pewnie obawy związane z "wstrzeleniem" się podczas pisania wypracowania w tzw. klucz odpowiedzi. Jest to ok. 30 stwierdzeń, myśli itp., które według układających egzamin powinny się w nim znaleźć. Paradoks sytuacyjny polega więc na tym, że nawet najbardziej oryginalne i wspaniałe wypracowanie nie zostanie zaliczone, jeżeli nie znajdzie się chociaż kilkanaście odgórnych wytycznych, chociażby napisanych innymi słowami. W skrajnych przypadkach można nawet nie zaliczyć matury pisemnej z języka polskiego. Bo cóż z tego, że wypracowanie zachwyci sprawdzających je polonistów, cóż z tego, że w normalnych okolicznościach uczeń otrzymałby za nie ocenę celującą, czy wręcz wygrał jakąś ogólnopolską olimpiadę, skoro nie wstrzelił się w ten cały klucz? Widzicie sens tej sytuacji? Bo ja nie. Tym bardziej, że nigdy nie wiadomo co do końca autor wypracowania miał na myśli. Ja też stanęłam w obliczu takiej niewiadomej w maju 2009 roku, pisząc wypracowanie na temat "Chłopów". Na szczęście okazało się, że zdałam, i to z całkiem niezłym nawet wynikiem. Ale u innych pojawił się jęk zawodu z powodu niezadowolenia z procentów na arkuszu maturalnym. No i jak tu mówić o kreatywności i pomysłowości uczniów, kiedy są ograniczeni jakimiś schematami, no jak? To już łatwiej jest zaliczyć matematykę na 100% - wystarczy tylko poprawnie porobić obliczenia.
Kończąc szkołę średnią myślałam, że wszelkie wbijanie się w klucz odpowiedzi i brak kreatywności mam już za sobą. Oczywiście nie mówię tutaj o wszelkich regułkach, formułkach itp., bo to jest dla mnie bezsprzeczne. Chodzi mi o zwyczajne wypracowania pisane w ramach prac zaliczeniowych. Nic bardziej mylnego. Umówiliśmy się z nauczycielką od rachunkowości, że zamiast sprawdzianu napiszemy jej referat o wprowadzaniu należności do bilansu. Temat raczej łatwy, wystarczyło poszukać odpowiednich fragmentów w ustawie o rachunkowości, ewentualnie poszperać w dostępnej literaturze. Dziecinnie proste. Tak też zrobiłam. Mam jednak takie skrzywienie, jeszcze wyniesione ze szkoły podstawowej, że staram się jak najmniej przepisywać tekst dosłownie, a raczej wszystko przekładać na własne słowa(i niech mi ktoś powie, że szkoły specjalne niczego nie uczą). Tradycyjnie więc 2/3 tekstu napisałam własnymi słowami, przepisując co najwyżej odpowiednie artykuły z ustawy, zawsze z powołaniem się na źródło, zawarłam też kilka swoich przemyśleń. I co? I okazało się, że inni podostawali 4 i 5, bo przepisywali żywcem ze wszystkiego, a ja zaledwie 2(ha, jeszcze mogłam dostać jedynkę!), ponieważ miałam po swojemu napisane. No jasny gwint! Na zajęciach mnie nie było, bo organizm się zbuntował. Kazała innym, aby mi przekazali, że mam napisać do niej meila w tej sprawie. Napisałam w niedzielę, do dzisiaj nie mam na niego odpowiedzi. Głupio tak mieć dopuszczający na świadectwie, zwłaszcza że mniej więcej wiem jak się liczy. Chociaż z drugiej strony babka od początku była specyficzna, jakby ją nie obchodziła praca... 
A ja coraz częściej się zastanawiam, czy warto być kreatywnym i mieć własne myśli i poglądy na pewne sprawy, czy może lepiej nauczyć się wszystko przepisywać w przysłowiową toczka w toczkę? Jakieś sugestie? Zwłaszcza przed czekającym mnie przez następny rok pisaniem prac licencjackiej i magisterskiej?

2 komentarze:

  1. Ha, temat rzeka!

    Powiem tak: jedna ze strategii manipulacji Noama Chomsky'ego się kłania: "Spraw, żeby edukacja publiczna stała się tak miałka i była na tak niskim poziomie, żeby masy nawet nie zorientowały się, jaka przepaść dzieli ich wiedzę od wiedzy elit".

    Od lat w naszym kraju trwa rozbiórka systemu edukacji, a jak mówi stare przysłowie: ryba psuje się od głowy. W naszym przypadku od czego - od ministrów... Choć ja już od dawna w żadne ministerstwa ani partie nie wierzę.

    Cóż, chyba wracają nad Wisłę czasy, kiedy jakakolwiek porządna edukacja istniała tylko w gronie samouków, pasjonatów, przy "dobrych duszach", które miały trochę grosza. Bo wiadomo nie od dziś, że głupim narodem łatwo się rządzi... A już tym bardziej takim, który nie myśli samodzielnie.

    Czasem aż strach się bać, co by było, gdyby dziś do władzy doszedł taki ktoś jak Hitler. Adolf Hitler był chyba jednym z pierwszych polityków, którzy na tak masową skalę zastosował demagogię i populizm, choć miał do dyspozycji tylko prasę i radio. To co by było dzisiaj, gdy naród taki ogłupiony, a media są znacznie bardziej rozwinięte?

    OdpowiedzUsuń