Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 30 stycznia 2016

Pech przedostatniego dnia stycznia

Ostatnio nie miałam żadnych niespodziewanych przygód w moim życiu. Sesja - idzie. Życie - idzie. Zdrowie - jedynie napady kaszlu przypominają mi o niedawno przebytej chorobie. Poza tym wszystko szło w miarę harmonijnie. Do dzisiaj. 
V Parafialny Koncert Kolęd i Pastorałek - styczeń 2011 roku
W tygodniu dostałam SMS-a informującego mnie, że próba scholi przed kolejnym parafialnym koncertem kolęd i pastorałek, została przeniesiona z piątkowego wieczoru na dzisiejsze przedpołudnie. Super - każdy pretekst jest dobry, aby nie pójść na zajęcia do szkoły policealnej :D. Małe wagary jeszcze nikomu nie zaszkodziły, zwłaszcza po meilu od prowadzącej zajęcia na skrzynce grupowej, że chce na nich widzieć głównie te osoby, które napisały egzamin z podstaw archiwistyki na tzw. "połówki"(tj. 2,5; 3,5 i 4,5). Czyli nie mnie hi, hi! Zresztą po ostatnim tygodniu, obfitującym w zaliczenia, egzaminy i tym podobne przyjemności dzień przerwy jest jak najbardziej wskazany, choćby ze względu na zdrowie psychiczne i fizyczne. Przynajmniej mogłam się wyspać... Obudziłam się przed 9. Wspaniale, do próby miałam jeszcze trochę czasu, więc szybko usmażyłam sobie jajecznicę, przebrałam kotu "pieluchy" i zabrałam się za czytanie książki do geografii, wszak w poniedziałek mam egzamin z regionów turystycznych. Materiału sporo, czasu mało - czasami mam wrażenie, że czas kurczy się w niesamowitym tempie. Kiedy chciałam wyjść do kościoła na próbę, koteczek postanowił sobie poskakać pomiędzy pokojem, a kuchnią przez okno dzielące te dwa pomieszczenia. Warunki ku temu Puśka miała idealne - z jednej strony lodówka, z drugiej półka z książkami. I kiedy tak sobie skakała pełna szczęścia i radości zahaczyła o stojak z kasetami magnetofonowymi, zrzucając go na ziemię. Oczywiście wszystko się rozsypało, na szczęście sam stojak jest cały i zdrowy. A kotka? Kotka po tym wszystkim zasuwała do łazienki, aż się kurzyło.
Na tym jednak mój dzisiejszy pech się nie skończył. Poszłam na tą całą próbę, nawet się ucieszyli na mój widok, o dziwo. Mamy wepchnęły mnie między dzieciaki, co nie było takie trudne, zważając na moją posturę. Jest jednak jeden mały szkopuł w tym wszystkim - one jeszcze rosną, ja już nie. Płyta z podkładami, którą kiedyś przyniosłam do scholi, po raz kolejny się przydała, tym razem wykorzystali pastorałkę "Do Betlejem spieszmy":
Więc spieszmy się spieszmy naprzeciw Miłości,
Co serca ogrzeje, umocni w radości,
Więc spieszmy się spieszmy pokochać dziś ludzi,
A Bóg między nami pokój przywróci.
Sam układ tegorocznego koncertu niezbyt mi się podoba, ale tutaj najmniej ode mnie zależy. Z drugiej strony trzecie różne jasełka w parafii w jednym okresie bożonarodzeniowym to już przesada. Rozumiem, że wykonawcy nie dopisali  tak, jak w poprzednich latach, ale może warto zastanowić się dlaczego, a nie robić czegoś na siłę. Denerwuje mnie też postawa co niektórych mamusiek(wyrażająca się w postawie - co to ja nie jestem), ale cóż, ludzi nie zmienię.
Wychodząc z próby dowiedziałam się, że muszę skoczyć do parafialnego Oratorium, gdzie znajdowały się nasze alby. Z reguły są one w salce nad kancelarią parafialną, ale z powodu remontu pomieszczenia zostały one przeniesione do Oratorium. Ponieważ księża chodzą po kolędzie, dostałam nawet klucz do budynku. Na miejscu bez problemu udało mi się wejść do środka(co nie zawsze jest takie proste) i zeszłam na dół do suszarni(teoretycznie, bo w praktyce to pomieszczenie jest salką Akcji Katolickiej). Bez problemu zalazłam mój wieszak i udałam się w drogę powrotną do kościoła, oczywiście zamykając za sobą drzwi na klucz. Dochodzę do kościoła, próbuję wejść do środka, a tu niespodzianka, wszystko pozamykane. Na szczęście wiem gdzie mieszka osoba, od której miałam klucz, więc postanowiłam pobiec do niej do mieszkania i jej go oddać. Ostatnio miałam kłopoty z nadgorliwym stróżem bloku, teraz jednak weszłam do środka bez problemu. Pukam do drzwi i cisza, nic, nawet głupiego szmeru po drugiej stronie. Czyli jeszcze nie dotarła do domu. Już miałam koncepcję wrzucenia klucza do skrzynki pocztowej i napisać jej o tym w SMSie, na szczęście zobaczyłam ją na horyzoncie. Oddałam jej klucz, oczywiście usłyszałam, że mogłam jej przynieść na Mszę świętą, jednak nie lubię trzymać nie swoje rzeczy dłużej, niż to jest potrzebne. Przy okazji dała mi reklamówkę na albę, żebym nie musiała jej nieść w rękach. 
Reklamówka była za duża i przez większość drogi ciorała się po płytach chodnikowych oraz ziemi, przez co wydarła się dziurka. Żeby to jeszcze była dziurka, to byłby mały pikuś. Tymczasem sprawy nabrały rozpędu i w ślad za reklamówką i alba zaczęła się tarzać po ziemi. Skutek tego zobaczyłam dopiero w moim mieszkaniu - lewe ramię było uciorane w ziemi. Zaprałam to w szamponie i soku z cytryny i wtedy zobaczyłam co tak naprawdę się stało - w miejscu zabrudzenia ukazały mi się trzy małe dziurki. 
Płakać mi się chce i zastanawiam się, co z tym zrobić. Dzisiaj już wystąpię w albie taka jaka jest, ale potem? Jak zaszyję, czy nawet naszyję łatkę - będzie widać nieestetyczne szwy. Jeżeli nic z tym nie zrobię, to po kolejnych praniach dziurki będą się powiększać. Tak źle i tak niedobrze. Więc co? Na nową albę nie mam. Mogę podmienić, ale czy wtedy będę się czuła dobrze? No nic, mam trochę czasu, więc pomyślę co zrobić z tym fantem. A tymczasem zbieram się powoli do wyjścia do kościoła. Koncert tuż, tuż.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz