Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 22 stycznia 2016

Trudna sztuka kompromisu

Często zdarza się tak, że osoby przynależące do jakiejś grupy społecznej, dajmy na to studenci, mają różne zdania na dany temat. Pół biedy, jeżeli dyskusji podlega jakiś pogląd, czy też idea. Wiadomo, wtedy może być tyle zdań ile jej uczestników. Ale co, jeżeli spór dotyczy np. terminu zaliczenia egzaminu? Ano, wtedy sprawa przybiera na wadze. 
Kilka osób na turystyce religijnej, w tym i ja, studiuje również na drugim(i więcej) kierunku. Nie jest łatwo pogodzić kierunki na dwóch różnych uczelniach, ale przy odrobinie dobrej woli, zarówno mojej jak i wykładowców(tak, tak, wykładowcy też potrafią mieć ludzką twarz) da się. Czasami jednak są sytuację, podczas których trzeba pokombinować, jak i iść na pewien kompromis i ustępstwa.
Tak się złożyło, że w przyszły piątek wypadają mi dwa egzaminy - z socjologii czasu wolnego na AWFie o 13:15 oraz z podstaw turystyki na papieskim. Co prawda ten z podstaw turystyki pierwotnie miał być w środę, 3 lutego, jednak z powodów niezależnych od nas został przełożony na piątek. Nie powiem, żebym była tym zachwycona, zresztą nie tylko ja, wszak staram się pewne rzeczy planować z wyprzedzeniem. Z drugiej strony rozumiem, że zdarzają się w życiu takie sytuacje, że musimy przeorganizować nasze plany. Tym bardziej, że mieliśmy jeszcze możliwość pisania po sesji, ale to wiązałoby się z jej przedłużeniem, pisaniem uzasadnień itp. Dlatego konsensus był jasny - piszemy w przyszły piątek, żeby jeszcze zmieścić się w sesji. To nic, że większości wtedy nie było na zajęciach, ich strata. Wspólnie z koleżanką z grupy, która też tego dnia ma egzamin na drugim kierunku ustaliliśmy nawet odpowiednią dla nas godzinę - 16:30. Ona ma rano, więc by jej to nie kolidowało, ja też bym już przejechała te 10(11?) przystanków z AWFu. A i inni obecni nie mieli nic przeciwko.
Taka opcja była do dzisiaj. Bo oto dzisiaj pojawiło się kilka środowych nieobecnych i cały plan posypał się niczym domek z kart. Na zajęciach okazało się, że jedna z dziewczyn musi po południu jechać do domu(do sąsiedniego województwa) na ustaloną wizytę u ortodonty. Zdarza się, jednak to na nowo uruchomiło machinę zatytułowaną ustalanie nowej godziny egzaminu. Wszyscy opcjonowali za ranem albo południem, ale ani mnie, ani I. nie pasowała taka opcja. Bo ona ma swój na filologii hiszpańskiej o 9:30, a ja jak już pisałam, o 13:15, ale z papieskiego muszę wyjść o 12. W końcu prowadząca poszła nam na kompromis i I. będzie pisać z pierwszym rokiem o 8:00, a ja, zważając na trochę większą odległość od Krakowa(oj tam, oj tam, tylko 82 km.) oraz wydłużony czas potrzebny na rozwiązanie testu, już o 10:00, żebym się spokojnie wyrobiła. Reszta napisze o 12:30. Dziwne, może trochę, ale zważając na te drugie studia innej możliwości nie było. Tym bardziej, że nie chcę robić sobie wrogów i wolałam nie upierać się przy też 16:30. Chociaż w głębi serca uważam, że skoro jednej osobie nie pasowała ta godzina, to ona powinna pisać o tej 8:00, zwłaszcza że mieszka w okolicy rynku. Ale to jest moje osobiste zdanie...

*                    *                    *
A tak jeszcze wracając do tematu zaliczeń. Poniedziałek, 9 rano, AWF w Krakowie. Prowadzący ćwiczenia z regionów turystycznych robi wpisy do indeksów. Wiedząc, że z powodu filozofii mało razy byłam na zajęciach, niepewnie podaję mu indeks:
- Zaliczyłam?
- Zaliczyła pani, zaliczyła. Kilka razy więcej by pani była na zajęciach i w indeksie by była piąteczka. Pani jest zdolna, mądra, ma pani dużą wiedzę geograficzną. A tak? Trójeczka, ale gdyby pani jeszcze raz nie było to dwójeczka. Fakty są faktami. Ale głowa do góry, zawsze lepiej mieć trójkę i podejść do egzaminu niż niedostateczny i płacić warunek. Chociaż dla pani podzieliłbym materiał z megakolokwium* na mniejsze partię. Widzę, że ma pani problemy z pisaniem, a ja nie jestem katem. Ale głowa do góry, zawsze lepiej mieć trójkę i podejść do egzaminu niż niedostateczny i płacić warunek, prawda?

Prawda, prawda, kilka razy w Katowicach płaciłam za warunek(ciekawe, że zawsze z angielskiego), a i tak mnie wylali z uczelni, więc lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

* Na początku zajęć zapowiedziano nam, że ten kto nie będzie miał wymaganej ilości punktów do zdobycia zaliczenia, będzie miał koło ratunkowe w postaci kolokwium ze wszystkich przerobionych zagadnień. Zaznaczono przy tym, że zdaje go góra pięć osób, bo ma dużą objętość. Z moim schorzeniem nie tyle nie podołałabym od strony ogarnięcia materiału niż napisania go od strony technicznej

1 komentarz:

  1. Wniosek z tego taki: jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził! :)

    OdpowiedzUsuń