Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 20 marca 2016

Chyba się poddaję...

Ostatnio coraz bardziej mam wrażenie, że jestem nikomu niepotrzebnym wyrzutkiem społeczeństwa. Że najpierw robię krok w przód, a potem miliard w tył. Dzisiaj po raz kolejny wszystkiego mi się odechciało, a najbardziej to życia. 
Wiele lat czekałam na to, aby coś przeczytać podczas parafialnych przedstawień. W końcu nadeszła ta chwila - Wielki Piątek 2010 roku, kiedy na którejś z prób przeczytałam stację V, w której kardynał Stanisław Dziwisz porównany został do Szymona Cyrenejczyka. Proboszczowi tak spodobała się moja interpretacja, że postanowił dać mi ten tekst. Nawet nie wyobrażacie sobie jaka byłam szczęśliwa. Do domu wracałam niczym na skrzydłach. Bo da się! Bo mogę wreszcie dorównać zdrowym ludziom. Może w efekcie finalnym nie wszystko poszło tak jak miało pójść, tragedii jednak nie było. Potem jeszcze kilka razy coś czytałam, aż wreszcie w siódmym roku mojego uczestniczenia w życiu scholi doczekałam się przeczytania kilku wezwań w Modlitwie Wiernych. Normalnie moje euforia sięgała zenitu. Potem jeszcze kilka razy coś przeczytałam i koniec. Rok temu otwarcie zgłosiłam babce prowadzącej scholę, że nie ma mnie ani 16 października(miałam ślubowanie oraz inaugurację roku akademickiego), ani na Wielkanoc(zostałam zaproszona na święta do znajomych w Wadowicach). Nie raz już mi się zdarzało nie być, więc nie przejmowałam się tym zbytnio.
Jednak w tym roku nic nie stanęło mi na przeszkodzie uczestniczenia w uroczystościach związanych z rocznicą wyboru Karola Wojtyły na papieża, czy też Wielkiego Piątku. Zgłosiłam, że będę na papieżu i co - i nic! Z wielkiej łaski kazano mi stać pomiędzy dzieciakami, które też mają mnie gdzieś(przykład idzie z góry). Zero mikrofonu(ale podkłady piosenek, które im przyniosłam to już chętnie wykorzystują), zero czegokolwiek. Myślałam, że z Wielkim Piątkiem będzie inaczej, wszak mamy rok Bożego Miłosierdzia. Gdzie tam! Niech sobie Lolek nie myśli, że ktoś o nim pomyśli.
Boli, boli jak cholera fakt, że nikt nawet nie zapytał czy będę. Tłumaczenie, że rzadko jestem mnie nie przekonuje - córeczka prowadzącej scholę i przygotowującej całe przedstawienie też nie chodzi na próby, bo studiuje w Krakowie. No ale rolę ma. Bo ona jest córeczką co niektórych osób, a ja tylko zaplutą kaleką. Rolę podostawały matki dziewczyn ze scholi, ich dziadkowie, a nawet zupełnie obce osoby. O Lolku zupełnie zapomniano!
I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu potrafiono wysłać do mnie głupiego e-meila z zapytaniem, czy można liczyć na moje uczestnictwo w Drodze Krzyżowej i czuwaniu. Teraz nawet na to zabrakło chęci. Miała być wycieczka poprowadzona przeze mnie po Wadowicach - też nie ma czasu, i to właściwie przez jedną i tą samą osobę. Chyba w ogóle odechce mi się jej na razie robić. Szkoda mojego czasu i zdrowia. A w przyszłym roku bardziej chcę się skupić na napisaniu prac licencjackiej i magisterskiej niż na organizacji im wycieczki. Swoją drogą, o ile powiedziałam im o studiach licencjackich(i tak było milion ale dotyczących mojej decyzji) o tyle o magisterce nikt nie wie. No, oprócz A., ale A. jest jedną z nielicznych osób, które mnie potrafią wesprzeć i zrozumieć. Nie czuję potrzeby dzielenia się tą wiadomości z innymi. Znowu będą próbowali zniechęcić mnie do tego co robię. Bo tak najłatwiej! Bo kaleka nie może mieć swoich marzeń!
Czuję się jak taki kot. Najpierw wszyscy go oswajają, głaszczą, mówią jaki jest piękny... A potem, potem kopią i odpychają, starając się mu udowodnić, że nie spełnia ich oczekiwań, bo jest inny. Tylko oswojonemu zwierzątku tak trudno to wszystko znieść. Więc może lepiej go nie oswajać? Może lepiej od początku traktować go jak intruza? Wtedy pozbędziemy się wszelkich złudzeń i marzeń. Nie będziemy żyć w pseudo-idealnym świecie, ale w jak najbardziej realnym, ze wszystkimi niedogodnościami.

8 komentarzy:

  1. Uwierz mi jest ktoś, dla kogo twoja obecność w kościele jest najważniejsza ! Wiesz o tym ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem, ale nie zawszy dociera to do mojej świadomości

      Usuń
  2. Ja też Karola tak miałam, póki byłam na WTZ wszyscy mnie wykorzystywali, a ja jak głupia cieszyłam się, że jestem potrzebna, a potem, mnie wywalili bo za długo byłam tam...i teraz kontakt mam marny. W domku też to różnie bywa. Eh staram się jakoś żyć, nie załamywać, ale ciężko tak.
    Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam, że zazwyczaj w WTZ jest się ok 5 lat, więc i tak miałaś szczęście będąc 13. Ja się nie załamuję, tylko czasami jest mi smutno, że jest tak, a nie inaczej.

      Usuń
  3. Czasem się poważnie zastanawiam co jest gorsze: wprost wyrażana agresja, niechęć i nietolerancja czy tzw. polityczna poprawność, która niby używa łagodnych słów, ale pod nimi ukrywa tę samą pogardę i... Paradoksalnie brak tolerancji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to nie jest brak tolerancji, bo w gruncie rzeczy tak tego nie odczułam. Raczej zasady, które tyczą się jednych, a innych nie. I to chyba jest w tym wszystkim najgorsze.

      Usuń
  4. Może ja tutaj czegoś nie rozumiem... Piszesz, że czujesz się jak kot... A czy to nie o tym miłym skądinąd zwierzątku mówi się, że chadza własnymi drogami? Stało by Ci się coś gdybyś sama o sobie przypomniała od czasu do czasu? Ja nie czuje w tym nietolerancji zupełnie. Zaproszono Cię do jakieś społeczności, gdzie z tego co czytam wymaga się większej systematyczności... Nie chcesz, nie możesz chodzić regularnie nie wnikam, ale potem się nie dziw, że nie pamiętają o Tobie. Sama jestem taką, osobą która jeśli już angażuje się w projekt, albo na 100% albo w ogóle. Nie lubię chodzenia w kratkę, bo dla mnie takie coś wszystko dezorganizuje. Jeśli wiem, że nie będę się mogła w pełni zaangażować to o tym informuje wcześniej, albo uprzejmie dziękuję. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze - czy ja gdzieś w moim poście napisałam o braku tolerancji? Bo jakoś nie mogę tego dostrzec.
      Po drugie - ja się nie przypominam - raz tak zrobiłam i było wielkie ale. Prowadząca scholę widzi mnie średnio dwa razy w tygodniu w autobusie, chodziłam na Gorzkie Żale i kilka Dróg Krzyżowych. Więc skoro w autokarze mogła mnie wypytać o przygotowaniach Krakowa do ŚDM, to równie dobrze mogła o to, czy będę w Wielki Piątek. Okazji miała trochę, a że się nie chciało, trudno.
      Po trzecie - na to aby być w scholi "pracowałam" kilka miesięcy, nie od razu mi pozwolono, chociaż teraz można po prostu podejść przed Mszą/nabożeństwem i już można śpiewać.
      Po czwarte - nie wymaga się systematyczności, ponieważ nikt na studiach nie będzie systematycznie uczęszczał. Poza tym przez 6 lat chodziłam bez względu na to czy byłam chora, przygotowywałam się do matury/egzaminu/konkursu przedmiotowego, często przychodziłam prosto z treningu czy też zajęć na uczelni. Gdyby wobec wszystkich tak przestrzegano tej systematyczności, to uwierz mi, nikt by nie śpiewał.
      Po piąte - doskonale wiedzą, że potrafię się w coś zaangażować nawet na 200%. Dwa lata temu potrafiłam przejechać z Kalwarii Zebrzydowskiej do domu, aby przeczytać czytanie. Uwierz mi, mało komu by się chciało po pół dnia wędrówki bez jedzenia i picia jeszcze biec do kościoła na Drogę Krzyżową. No, ale dobra, niech będzie, że się nie angażuję
      Pozdrawiam

      Usuń