Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 5 marca 2016

Komputerowa tabula rasa

Kiedyś musiało to nastąpić. Prędzej, czy później musiało. I tak mogę zaliczyć się do niesamowitych szczęściarzy - przez 9,5 roku(lat?) laptop działał mi w miarę sprawnie. Miał czasami pewne "odchyły", raz mi się nawet sam z siebie sformatował :-D(do dzisiaj nie wiem nawet jak, w każdym razie część pytań na egzamin z licencjata poszła w eter, na szczęście szybciutko je nadrobiłam), ale w sumie działał bez większych zastrzeżeń. Co najważniejsze, w miarę sprawnie zastępował mi zeszyt z notatkami - z powodu mojej choroby nie jestem w stanie ręcznie notować tego, co mówi nauczyciel. To nie jest oczywiście tak, że w cale nie umiem posługiwać się długopisem, bo i podpisać się potrafię, i napisać oświadczenie do Urzędu Miasta, i w miarę czytelnie zaadresować kopertę. Jednak robienie notatek na zajęciach, jak również pisanie większości notatek jest poza moimi możliwościami. Dlatego od pierwszej klasy liceum laptop stał się moim zeszytem, oczywiście akceptowanym zarówno przez nauczycieli szkolnych, jak i akademickich. Był "niezniszczalny", a przynajmniej za taki chciał uchodzić. A może to ja po prostu chciałam, aby taki był?
Dwa tygodnie temu ni z gruszki, ni z pietruszki zaczęły się kłopoty z uruchomieniem systemu. Niby się ładował, ale po drodze musiał jeszcze z kilka razy na nowo się uruchomić w ramach sprawdzenia tego i owego. Zbytnio mnie to nie zmartwiło - wcześniej też kilka razy tak się zachowywał, ale w końcu zaskakiwał. Tak było i tym razem. Ponieważ był już późny wieczór, sprawdziłam tylko pocztę i normalnie zamknęłam wszystko. Nazajutrz chciałam uruchomić sprzęt na zajęciach z "okolic Krakowa - miejsc turystyki religijnych". Naciskam power, czekam na reakcję, czekam, czekam i nic. No, może nie do końca nic, bo pojawił się ciemny ekran z nietypowo powiększonym kursorem. Wiedziałam, że coś nie gra, nie jestem jednak informatykiem, więc postanowiłam zanieść sprzęt do serwisu. W poniedziałek dostałam telefon z serwisu, że poszedł dysk twardy(co też brałam pod uwagę) i pytanie co robić: czy wstawić używany za 200 złotych i dwumiesięczną gwarancją, czy też nowy za 230 złotych i dwuletnią gwarancją + 50 zł za serwis(konia z kopytami temu, kto odkryje, gdzie tutaj jest jakaś ekonomia, bo ja nie widzę żadnej). Oczywiście wybrałam opcję drugą, bo jednak nie używam laptopa do zabawy i rozrywki(a przynajmniej nie jest to jego priorytetowym zadaniem), ale do nauki.
Na efekt końcowy musiałam czekać do piątku(dlaczego napiszę innym razem, bo to bardziej skomplikowana sprawa). Odebrałam, zapłaciłam, wróciłam do mieszkania. Włączam i... ojej! To przecież zupełnie inny komputer. A raczej nowy system w starej, gdzie nie gdzie popękanej przez ząb czasu obudowie. Na razie więc uczę się obsługi na zupełnie nieznanym mi systemie operacyjnym Windows 7. Czy lepszym od poprzedniego - okaże się z czasem. Mój problem polega jednak na tym, że zdecydowanie za wolno przyzwyczajam się do nowych rzeczy, a w szczególności technicznych. Najważniejsze dla mnie w tym wszystkim jest jednak to, że przez całkowitą, fizyczną wymianę dotychczasowego dysku twardego utraciłam wszystko to, co posiadałam na poprzednim. I tu nie chodzi o zdjęcia, czy e-booki, chociaż wiadomo, że tych też szkoda, ale o notatki z zajęć. Część kiedyś wrzuciłam na pocztę elektroniczną, ale nie wszystko. Najbardziej zależy mi na notatkach z technika administracji, bo wszak egzamin kwalifikacyjny tuż, tuż. Co prawda pożyczyłam sobie zeszyt z podstaw prawa pracy oraz postępowania w administracji, mam nadzieję wszystko spisać, ale żal pozostaje. Tym bardziej, że system przypomina teraz prawdziwą tabulę rasę, w której nic nie ma...
Ale ma to i swoje dobre strony - wyobraźmy sobie sytuację, w której dysk mi całkowicie siada tuż przed ukończeniem pisania mojej pracy magisterskiej... Doskonały sposób na popadnięcie w depresję trzeciego stopnia, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz