Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 16 kwietnia 2016

Zaangażowanie na 200%(a może i więcej)

Kolejne sympozjum już za mną. Cztery dni minęły nawet nie wiem kiedy. Pokusiłam się nawet o artykuł na ten temat na wiadomościach24. Oficjalna wersja wydarzenia brzmi więc następująco: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/konferencja_w_kontekscie_swiatowych_dni_mlodziezy_w_krakowie_346607.html. A nieoficjalnie? Nieoficjalnie było jeszcze ciekawiej. Wtorek - oczywiście znowu byłam nadgorliwa i przyszłam na odprawę wolontariuszy dużo za wcześnie. Coby było jeszcze ciekawiej, akurat zbierali się młodzi na nauki przedmałżeńskie hi, hi, hi! Szkoda, że nie mam tej drugiej połówki. Jeszcze nie mam. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy dobrze zrozumiałam miejsce i czas spotkania - z tym różnie też bywa. Na szczęście po jakimś czasie przyszły dziewczyny z mojego kierunku. Teraz byłam pewna, że wszystko jest ok. Wkrótce pojawił się też ksiądz O., jeden z organizatorów sympozjum, który zaprosił nas do siebie do gabinetu, w którym miał przygotowane dla nas materiały - teczki z logiem uczelni, długopisy, programy sympozjum po polsku i niemiecku i jakieś materiały reklamujące Kraków. Naszym zadaniem było powkładać wszystko do teczek. Dostaliśmy też listy obecności, aby każdy uczestnik mógł się podpisać przy swoim nazwisku. No i oczywiście każdy z nas dostał identyfikator. W dodatku imienne. Tak jeszcze nigdy nie miałam :). Przed 19:00 poszliśmy na stołówkę, gdzie zorganizowana została kolacja dla przybyłych gości. Nawet myśmy się na nią załapali :). Po kolacji rozdaliśmy wszystkim zgromadzonym materiały z sympozjum oraz poprosiliśmy o wpisanie się na listę - luzik, z tym nawet ja dałam radę :P. Na tym jednak nasza praca się nie skończyło - po kolacji ponaklejaliśmy w widocznych miejscach plany sympozjum oraz zanieśliśmy niewykorzystane materiały do gabinetu księdza. Wszak we wtorek nie wszyscy przyjechali. Trochę nam to wszystko zeszło, że w Wadowicach byłam po 22. Na szczęście wyjechali po mnie na przystanek. Nie musiałam więc włóczyć się po ulicach z torbą i plecakiem. Na drugi dzień rano poszłam na zajęcia z Okolic Krakowa - miejsc turystyki religijnej. Nie mogłam więc być od początku. A szkoda, ponieważ pierwszoroczni rozdali materiały przewidziane dla gości babciom z Uniwersytetu Trzeciego Wieku :-/. Czyli dla przyjezdnych nic nie było - za to babcie były uhahane. Żenada na całego. Osobiście dotarłam ok. 9:30, tuż przed kardynałem Dziwiszem. Ufff... Zdążyłam! Bieganie jednak na coś się zdało. Wbiłam się na aulę, posłuchać co też ma ciekawego do powiedzenia. W sumie to nic nowego nie odkrył... Posiedziałam na pierwszych trzech referatach(w tym dwóch po niemiecku!), po czym urwałam się na AWF, na seminarium magisterskie. A potem jeszcze miałam zajęcia z pilotażu i to w dodatku zaliczenie. Myślałam, że zdążę jeszcze wrócić po wygłoszonym referacie, ale tak się nam zajęcia przedłużyły, że nie zdążyłam. Szkoda, że bycie wolontariuszem nie do końca zwalnia z zajęć... Ale za to wróciłam do Wadowic o ludzkiej porze :). W czwartek od rana siedziałam na recepcji. W sumie strategiczne miejsce, bo mogłam poduczyć się do kolokwium z niemieckiego, które miałam tego samego dnia. Na chwilę poszłam jeszcze na salę posłuchać o czym mówią. No i pomagałam w przygotowaniu przerwy kawowej - noszenie tacek z ciasteczkami, pustych kubków na wodę oraz informowanie Niemców, że piętro wyżej też jest coś do "essen" - to coś dla mnie! Tak samo jak bieganie z papierami i uzupełnianie ich, wszak robię dodatkowo technika administracji i kurcze blade muszę się co nieco orientować w papierologii. Po obiedzie poleciałam do drugiego budynku na kolokwium z niemieckiego, jednak okazało się, że je przełożyli. Mogłam więc wracać na sympozjum. A raczej jechać do Łagiewnik. Wiele razy tam jestem i za każdym razem na nowo odkrywam to miejsce. Przy okazji przypilnowałam Niemców, a słowa "nach links" i "rechts" wydobywały się z moich ust z szybkością kałasznikowa ha, ha, ha! I w dodatku były dość zrozumiałe. Potem podjechaliśmy pod Centrum Jana Pawła II, ale jakoś ono nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Takie, hm... kiczowate po trochu. Zwiedzanie zakończyliśmy ok. 18:00 - więc i w czwartek poszłam spać o ludzkiej porze. W piątek zaś cały dzień chodziliśmy po Krakowie - Wawel, franciszkanie, dominikanie, Bazylika Mariacka. W między czasie ćwiczyłam mój rosyjski w rozmowie z ludźmi, którzy przyjechali z Białorusi. Prawie jak native speaker(czy jakoś tak). Bariera komunikacyjna jakby nie istniała. Po obiedzie pojechaliśmy do Nowej Huty zobaczyć słynną Arkę Pana, której budynek miał imitować Arkę Noego unoszoną na wodach potopu, Następnie udaliśmy się do Mogiły, aby pokazać naszym gościom zgromadzenie cystersów. I znowu były pogaduszki o wszystkim i o niczym. Tak normalnie, po ludzku. Aż się popłakałam, kiedy wieczorem przyszło nam się pożegnać. Bo niestety, z powodu zajęć w szkole policealnej nie mogłam zostać do dzisiaj. No szkoda. I nawet organizator to stwierdził. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zaprosi mnie do współpracy. Bo ja potrafię zaangażować się w to, czy w tamto. Trzeba mi tylko dać szansę.

A tak poza tym gratuluję Wojtkowi, że też mógł się wykazać jako wolontariusz na sporej imprezie. Młody, tak trzymaj!

Jednocześnie możemy rozpocząć odliczanie do Światowych Dni Młodzieży. Wszak to tylko 100 dni do tego wydarzenia!

7 komentarzy:

  1. Kurcze, wszędzie Ciebie pełno! Kolokwium, seminarium.... masz Ty zdrowie! No i to widać, że jak w coś się angażujesz, to na całego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy nazywają to życiowym ADHD :). Czy ja wiem, czy tak angażuję się na całego? Po prostu ktoś zaufał mi dając szansę wykazania się na imprezie, więc nie mogłam jej zmarnować. Bo widzisz, łatwo jest patrząc na mnie założyć, że czegoś się nie da. Dużo trudniej jest przekonać obcych, że umiem zrobić większość rzeczy, tyle że wolniej od innych. Trzeba tylko dać mi ku temu szansę. Dlatego jak już ktoś mi coś zleci, to robię to ze wszystkich swoich sił!

      Usuń
    2. Ja też podziwiam. Bo sporo robisz tych fakultetów i sporo rzeczy się dzieje wokół Ciebie. Ale wydaje mi się, że praktyka, która zdobyłaś podczas sympozjum bardzo przyda Ci się w przyszłej karierze zawodowej.

      Usuń
    3. Ech, przecież nic takiego nie robię. A raczej robię to co lubię i co mnie interesuje. Oby było z tą praktyką tak jak mówisz. A jak będzie na prawdę okaże się w przyszłości.

      Usuń
  2. Bardzo pozytywne to ADHD:) Troszeczkę zazdroszczę Krakowa, Wadowic Nowej Huty i...Kard. Dziwisza. Co do Centrum Jana Pawła to mam podobne odczucia. A w ogóle to niesamowita jesteś! Aha, dzięki za podlinkowanie Wojtka- jest uszczęśliwiony:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kardynała Dziwisza raczej bym nie zazdrościła - za każdym razem mówi to samo :). Najbardziej cieszę się z wizyty w Nowej Hucie, jeszcze nigdy tam nie dotarłam, a szkoda, bo to takie państwo w państwie. A Arka Pana robi wrażenie. Ciekawostką jest, że zaprojektował ją ateista, który widząc zapał ludzi budujących świątynię przeżył nawrócenie. Co do Wojtka to cała przyjemność po mojej stronie :).

      Usuń