Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 29 maja 2016

A podobno nie da się oduczyć pływania...

W tym semestrze w ramach zajęć z wychowania fizycznego na AWFie uczęszczam na zajęcia z pływania. Tak naprawdę są to zajęcia przewidziane dla studentów studiów licencjackich, ja jestem tylko na tzw. "doczepkę". Jak to się stało? Tak naprawdę dla mojego kierunku przewidziane były zajęcia z judo. Niestety, uczelnia typowo nastawiona na kulturę fizyczną człowieka, a tym samym trudniej uzyskać zwolnienie z zajęć. Jednak jakoś nie wyobrażałam siebie na przypisanych zajęciach, nie z moim mpd* i wszelkimi z tego wypływającymi ograniczeniami. Postanowiłam poszperać w regulaminie studiów. Czytałam, czytałam i znalazłam taki zapis:
Napisałam więc piękne pismo do prodziekana z prośbą o zamianę tego nieszczęsnego judo na coś bardziej przystępnego dla porażeniowców. Do podania dołączyłam orzeczenie o niepełnosprawności, żeby nie było, że coś kombinuję(chociaż każdy widzi jak jest). Prodziekan przystał na moją prośbę(nie jestem nawet pewna czy do końca przeczytał pismo), po czym skierował do dziekanatu w sprawie wyboru zamiennika. Miałam zdecydować pomiędzy nording - walkingiem, a basenem. Mój wybór padł na basen. Nie jest tajemnicą, że pływanie jest jedną z najlepszych form rehabilitacji. Poza tym kilka lat temu chodziłam na zajęcia z pływania, zarówno w ramach zajęć z w-f, jak i do klubu sportowego, podczas obozów sportowych też mieliśmy wyjazdy na pływalnię, gdzie mogłam pod szlifować swoje mizerne umiejętności, co nieco więc liznęłam z tego sportu. A do tego wszędzie mi mówiono, że pływania się nie zapomina.
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Przyszłam na pierwsze zajęcia, weszłam do wody, a tutaj zonk. Fakt, może za bardzo się spięłam ze stresu, bo chciałam pokazać, że coś potrafię, ale efekt był całkowicie odwrotny. Koniec końców wylądowałam na płytkim basenie rekreacyjnym, gdzie mam "oswajać się" z wodą. Z dala od reszty. Plus jest taki, że mam cały basen i przystojnego instruktora dla siebie. No i to, że woda ma w miarę znośną temperaturę. Minus - przez 3 miesiące przypomniałam sobie jak się pływa stylem grzbietowym.Oczywiście jest to zmodyfikowany styl grzbietowy, bo kończyny górne nie bardzo chcą ze mną współpracować. Za to pływanie na brzuchu - dramat w kilku aktach. Za każdym razem idę na dno niczym "Titanic"! Mam niby przed sobą deskę, niby wszystko ładnie i gładko powinno iść, a jednak nie idzie. Wydaje mi się, że przez to, że głowę trzymam nad powierzchnią, dół automatycznie idzie w dół. Gdybym trzymała ciało prosto... Ale nie opanowałam jeszcze oddychania podczas pływania kraulem, zaś płuca mają ograniczoną pojemność. W dodatku przeszkadza mi wzmożone napięcie mięśni, które narasta wraz ze stresem.
We wtorek mamy mieć zaliczenie przedmiotu. I tego się boję, bo nie wiem jak prowadzący podejdzie do mojego problemu. Oczywiście od początku wiedział o moich problemach, na bieżąco śledził też moje poczynania w wodzie. Z reguły nie chcę mieć żadnej taryfy ulgowej w związku z moją niepełnosprawnością, teraz jednak marzę, aby w tym przypadku bardziej doceniono moje chęci niż możliwości. Na plecach spokojnie przepłynę całe dwa baseny. Może czas nie będzie powalający, ale raczej się nie utopię. Ale brzuch? Chyba że ograniczę się do pokazania, że potrafię utrzymać się na wodzie w tej pozycji. To chyba jednak nie przejdzie...
Szkoda, że nie ma oddziału pływackiego klubu sportowego do którego uczęszczałam w moim mieście. Przez rok dojeżdżałam 1,5 godziny w jedną stronę do najbliższego miasta. To 3 godziny jazdy dziennie! Teraz, przy studiowaniu 2 kierunków w Krakowie nie podołałabym temu. Ale jakby był on też otwarty u nas to czemu nie...
Gdzieś w III klasie gimnazjum podczas zajęć z wychowania fizycznego
* mózgowe porażenie dziecięce

4 komentarze:

  1. Ja to w ogóle pływać nie umiem. Narzeczony próbował mnie nauczyć, ale albo On nie potrafi albo ja jestem tempa :-P Chociaż chciałbym się nauczyć :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jakieś 4 lata wstecz byłam zapisana do klubu sportowego do sekcji pływania i nawet nieźle mi szło. Jednak miałam trochę daleko od domu treningi i z czasem po ludzku nie nadążałam z obowiązkami. A szkoda, bo po zajęciach na basenie byłam tak fajnie rozluźniona, jak nigdy. W sumie nauczyć się pływać nie jest trudno - wystarczy opanować wyporność i oddychanie w wodzie a potem tylko dodawać ruchy rąk i nóg. Pamiętaj, trening czyni mistrza :)

      Usuń
  2. Wszystko można zapomnieć bądź stracić płynność w wykonywaniu danej umiejętności i tak jak pływanie nie sprawia mi żadnego problemu, to już jazda na rowerze graniczy z utratą zdrowia przezemnie lub innych ;)
    powodzenia na zaliczeniu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, mi nawet jazda na rowerze nie wychodzi, a raczej jadąc na rowerze wyglądam jakbym była po kilku głębszych :). W ubiegły wtorek zaliczyłam pierwszą część pływania, w przyszły mam zaliczyć drugą. Mam nadzieję, że brzuch też mi jakoś pójdzie. Najwyżej przepłynę cały basen "strzałką". To chyba jedyny styl w tej pozycji, jaki mi wychodzi :)

      Usuń