Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 18 czerwca 2016

Trzask - prask, i po solniczce z solą

Dla tych co wierzą w zabobony potłuczenie solniczki wypełnionej solą będzie oznaczać pecha. Dla mnie oznaczała przerwanie na kilkanaście minut pitraszenia sobie obiadu i zajęcia się tamowaniem krwi toczącej się z niewielkiej ranki. Panikuję? Wyolbrzymiam? Być może, jednak z moją krzepliwością krwi nawet najmniejsze draśnięcie potrafi wywołać masywne krwawienie.
Dzisiaj skończyłam zajęcia wyjątkowo wcześnie, bo jeszcze przed 12. Po drodze wstąpiłam na ksero, aby odbić zaświadczenie o ukończeniu kursu na wychowawcę kolonijnego(nie było łatwo mi go zdobyć, bo na koniec prowadząca miała wątpliwości, czy ja z moim schorzeniem mogę pełnić tak odpowiedzialną funkcję, na szczęście Kuratorium Oświaty rozwiało wszelkie wątpliwości na moją korzyść), podjechałam pod Oratorium dowieść je(być może dzięki niemu zostanę głównym wychowawcą grupy), księdza nie zastałam, za to natchnęłam się na kończącą próbę scholę(swoją drogą ciekawe jak tam z naszą wycieczką do Wadowic..., wypadało by się zapytać). Co prawda Oratorium miało dzisiaj zajęcia, dzieciaków było jednak tak mało, że postanowiłam sobie odpuścić. Zresztą w mieszkaniu czekało na mnie trochę pracy, np. ugotowanie obiadu.
Ogólnie, jak poruszam kwestię obiadu, wszyscy spoglądają na mnie jak na przybysza z obcej planety. To pewnie moje niezgrabne ręce, ze sztywnymi, koślawymi palcami sprawiają, że moim rozmówcom nie zgadza się ogólny obraz z tym, który sobie wyobrażają. Tymczasem ja, mieszkając jeszcze w rodzinnym domu, od dawna jestem obyta z kuchnią. Pierwszą kanapkę zrobiłam sobie w pierwszej klasie szkoły podstawowej(wiem, wiem, późno, ale osobom takim jak ja większość czynności pojawia się w późniejszym wieku, niż u naszych rówieśników). Co prawda była to iście rolnicza pajda chleba(nawet nie wiem, czy w tamtych czasach znano chleb krojony) posmarowana smalcem, ale dało się zjeść. Kilka lat później nauczyłam się odpalania kuchenki gazowej(mój sposób - najpierw odkręć gaz, potem zapal zapałkę i przyłóż do palnika) a dzięki temu mogłam podgrzewać sobie przygotowane wcześniej przez mamę potrawy. W tym samym czasie zaczęłam obierać warzywa(w kuchni zawsze musiała być apteczka). W liceum natomiast przyszła era jajecznic, jajek sadzonych, placków ziemniaczanych, naleśników i omletów. Dzięki temu wiedziałam, że z głodu raczej nie umrę. 
Dzisiaj przygotowanie sobie posiłku to dla mnie drobiazg. Co prawda poświęcam na to więcej czasu niż inni, efekt końcowy nie jest jednak gorszy. Dzisiaj miałam mieć zupę koperkową(jedną z moich ulubionych) oraz ziemniaki z kalafiorem na parze. Wszystko wrzuciłam do odpowiednich garnków, zupę zagęściłam jogurtem naturalnym(mam uczulenie na śmietanę) i sięgnęłam po znajdującą się w szafce nad moją głową solniczkę z solą. Musiałam chyba źle ją chwycić, bo nagle wyślizgnęła mi się z dłoni, a potem usłyszałam już tylko brzęk rozbijanego o płytki szkła. Super, dawno nic w moim domu nie poszło z hukiem - czas nadrobić zaległości. Wzięłam więc zmiotkę i zaczęłam zamiatać drobinki szkła rozrzucone po całej kuchni. Większe kawałki postanowiłam jednak pozbierać ręcznie. I tak zupełnie niespodziewanie - wsss - zasyczałam czując jak w pewnym momencie krawędź przecina moją skórę na moim palcu. Z ranki momentalnie trysnęła krew, po chwili robiąc czerwone kropki na podłodze. Brawo ja! Na szczęście zlew był blisko, więc mogłam szybko dać rankę pod chłodną wodę. Plaster też w miarę szybko zdobyłam i nadzwyczaj sprawnie go założyłam - to też nie zdarza się często. Trochę odczekałam, aż przestanie mnie boleć i wzięłam się dalej za sprzątanie tych nieszczęsnych drobinek szkła zmieszanych z solą. Tym bardziej, że Puśka coraz bardziej zaczęła się nimi interesować. Plaster szybko przesiąknął, musiałam sięgnąć po nowy. Na szczęście powoli wszystko wracało do normy. Zdejmę go jednak dopiero jutro - czasami w nocy potrafi mi się otworzyć rana i wtedy jest równie ciekawie jak w dzień.

P.S. To z tym pechem przy rozsypaniu soli to tylko taka ściema, prawda? Jeszcze nie zdałam wszystkich egzaminów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz