Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 25 czerwca 2016

Wątpliwości pewne odnośnie ŚDM mam

Miesiąc - dokładnie tyle zostało do krakowskiego festiwalu młodzieży, jakim będą Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Według szacunków organizatorów, na spotkanie z papieżem Franciszkiem ma przybyć o.k. 2,5 milionów pielgrzymów. Pomagać im będzie kilkutysięczna grupa wolontariuszy. Wśród tych drugich, jak już pisałam jakiś czas temu, znajdę się również i ja. Nie ukrywam, że bardzo się z tego cieszę, wszak mam niepowtarzalną okazję nabyć doświadczenia w pracy z ludźmi i zamierzam w pełni ją wykorzystać, jak również nie zawieść tych wszystkich, którzy mi zaufali, przyjmując moją kandydaturę(wszak mogli ją przecież odrzucić). I nawet mam oficjalne potwierdzenie zakwalifikowania mnie do sekcji wolontariatu, viola*: 
Co prawda ocenzurowane, ale uwierzcie mi na słowo, że moje
Tegoroczne spotkanie nie będzie rekordowe pod względem zgromadzonych osób - na Światowe Dni Młodzieży w Manii(Filipiny) w 1995 roku przybyło ponad 5 milionów ludzi. Czyli jeszcze raz tego, co ma przyjechać do nas. Czy podkrakowskie Brzegi byłyby w stanie "przyjąć" taką liczbę osób? I czy w ogóle są one dobrym miejscem na organizację tego typu imprezy? Im bliżej tego wyjątkowego wydarzenia, tym bardziej w to wątpię.
3 czerwiec 2016 roku - prawie dwa miesiące przed Światowymi Dniami Młodzieży. Pogoda przez kilka poprzednich dni nikogo nie rozpieszczała. Siarczysty deszcz dawał się we znaki mieszkańcom Krakowa i okolic. Postanowiłyśmy z koleżanką z grupy na studiach(obydwie zresztą jesteśmy zaangażowane w wolontariat podczas ŚDM) do wychwalanych wzdłuż i wszerz Brzegów. Nie dotarłyśmy jeszcze na miejsce, a już z daleka naszym oczom ukazało się sporego rozmiaru bajorko. Stojące zaś nieopodal samochody były zatopione w błotnistej mazi. Zaczęłyśmy się zastanawiać co będzie, jeżeli rzeszę owych 2,5 miliona pielgrzymów zastanie podczas Eucharystii deszcz. Przecież tam gdzie stały prywatne samochody mogą wtedy znajdować się karetki pogotowia. Wszak przełom lipca i sierpnia to raczej ulewny czas. Komizmu sytuacji dodaje przepływająca nieopodal placu rzeczka. Normalnie nie ma opcji aby wylała, ale na początku czerwca po kilku deszczowych dniach niebezpiecznie przybrała w swoich rozmiarach. Jeszcze jeden dzień, a z pewnością przelałaby się, zalewając okoliczny teren. Teren, na którym za miesiąc będzie ponad 2 miliony rozmodlonej młodzieży - brawo oni po raz pierwszy!
Jeżeli mówimy już o bezpieczeństwie pielgrzymów... Według mnie teren kompletnie nie nadaje się pod tego typu spotkanie - z jednej strony rów z wodą, z drugiej zaś tory kolejowe z niebezpiecznie nisko zawieszonymi liniami wysokiego napięcia. Wystarczy wichura podczas burzy, a o nieszczęście nie będzie trudno. Zwłaszcza, że na potrzeby uzyskania terenu wycięto wiele drzew, które by jakoś "wyciszyły" wiatr. Żeby było śmieszniej, pseudo-droga ewakuacyjna prowadzi nie dość, że pod wiaduktami, to jeszcze ulica jest tak wąska, że na co dzień obowiązuje tam jednostronny ruch. Wskutek tego cała ewakuacja Brzegów może nawet potrwać, uwaga, uwaga, 6 godzin(to i tak dobrze, jeszcze rok temu było to 8 godzin). Idealna sytuacja dla ewentualnych terrorystów. Dodajmy do tego przepięknie śliskie bajorko, gdzie wiele ludzi może po ludzku się przewrócić i zostać zadeptanymi przez innych. Ale tak na prawdę nie potrzeba zamachu terrorystycznego - wystarczy odpalona przez dowcipnisia petarda, aby doszło do tragedii - brawo oni po raz drugi!
Problemem jest też pomieszczenie przez tydzień takiej ilości osób. Według obliczeń Komitetu Organizacyjnego ok. 160 tysięcy pielgrzymów przyjedzie na imprezę koleją, 20 tysięcy przyleci samolotem, zaś 10 tysięcy autobusów przywiezie 500 tysięcy ludzi, samochodami może natomiast przyjechać około 200 tysięcy wiernych - w sumie ma to dać około 50 tysięcy pojazdów. Na tak ogromną ilość osób miasto musi zabezpieczyć przynajmniej 82 kilometrów ulic. Jednocześnie organizatorzy proszą o udostępnienie terenów pod parkingi miejskie hipermarkety i centra handlowe, zaś mieszkańców Krakowa o przestawienie na czas imprezy z ulic swoich samochodów. Problem polega na tym, że nie mają dokąd ich przenieś. Prezydent miasta dał ludziom jeszcze inną radę - aby wyjechali z niego pod koniec lipca. Jednocześnie brakuje miejsc noclegowych dla ok. 40% pielgrzymów. I tu pojawia się paradoks - Kościół apeluje do krakowian, aby udostępnili swoje mieszkania dla przyjezdnych, zaś prezydent każe im wyjechać. Nikt raczej nie zostawi obcym, nieznanym ludziom mieszkania. Bolączkę organizatorom przysparza również kwestia tak podstawowych spraw jak toalety - toi toie mają być sprowadzane z Czech i Słowacja, a i tak nie wiadomo czy starczy dla wszystkich - brawo oni po raz trzeci!
Bolączką jest też inwestycja w promocję miasta. Nie tak dawno pod kościołem franciszkanów w Krakowie stało styropianowe logo przedsięwzięcia. Koszt napisu "ŚDM KRAKÓW 2016" podany został w... tysiącach. Czy naprawdę opłacało się tak marnotrawić pieniądze, skoro napis ten stał tylko przez kilka miesięcy? Natomiast większość ulic zdobią plakaty z Janem Pawłem II i siostrą Faustyną. Tak, jakby nikt ich nie znał, nie kojarzył z rokiem Bożego Miłosierdzia. Niedawno pojawił się też tramwaj "witający" pielgrzymów. Większość tego typu wydatków jest pieniądzmi wyrzuconymi w błoto. - Brawo oni po raz czwarty!
Ostatnia bolączka, o której wszyscy milczą, to problem ekonomiczny przedsiębiorstw. Przypuśćmy, że ludzie posłuchają prezydenta i wyjadą w dużej mierze na czas ŚDM z miasta. Zaś ruch wszelkich przewoźników zostanie utrudniony, a nawet zawieszony, co utrudni mieszkańcom z okolicznych miejscowości dotarcie na czas do pracy. I tutaj nie chodzi tylko o supermarkety i jakieś lokale usługowe, ale przede wszystkim o ogromne firmy i przedsiębiorstwa państwowe, które straty podczas takiego postoju będą liczyć w milionach złotych. Nie mogą zaś zmusić pracowników do przybycia do pracy, skoro komunikacja będzie znacznie utrudniona, tygodniowe urlopy będą brane na potęgę. Nie trzeba być z wykształcenia ekonomem, aby domyśleć się, jakie będą tego skutki dla gospodarki - Brawo oni po raz piąty!

Nie czarujmy się, Kraków nie jest idealnym miejscem do organizowania tego typu zgromadzenia. Bo tak naprawdę jedynym dobrym miejscem, a co najważniejsze sprawdzonym pod każdym względem, są słynne Pola Lednickie nieopodal Gniezna. Ciekawostką jest, że świętej pamięci Jan Góra zgłosił je do kandydatury na miejsce Światowych Dni Młodzieży, jednak nie miał takiego przebicia jak kardynał Dziwisz. A szkoda, bo Pola Lednickie są i zabezpieczone pod względem sanitarnym, i mają zrobioną odpowiednią meliorację, i pod względem ewakuacyjnym są przećwiczone, i wszyscy bez problemu by się zmieścili. A że mniej znane od Krakowa? Może to i lepiej. Zresztą na upadłego to można mieć zastrzeżenia co do Brzegów - przecież miał być Kraków, a nie wieś pod nim! Błonia za małe? Trudno, można było rozdzielić wiernych - część faktycznie na Błoniach, a innym musiałby wystarczyć telebim na rynku, przy Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, na Kopcu Kościuszki, w TAURON Arenie, czy na lotnisku w Chyżynach. Może nie wszyscy byliby zadowoleni, wszak człowiek to wygodna istota, ale na pewno bezpieczniejsi chociażby w przypadku ataku terrorystycznego(trudniej jest uderzyć w znajdujących się w wielu miejscach ludzi, niż skupionych w jednym) - Brawo oni po raz szósty!

Wiecie co, ja nic nie mam przeciwko ŚDM, ale wszystko trzeba robić z głową, a nie na łapu - capu. I w tym wszystkim zastanawia mnie jeszcze jedno - jak wyglądała organizacja ŚDM w Częstochowie w 1991 roku, kiedy kraj dopiero podnosił się z socjalizmu? A może to po prostu ludzie byli inni, mniej wymagający? Nie mnie to jednak oceniać...

* Chyba inaczej się to pisze...

6 komentarzy:

  1. W 1991 roku w Częstochowie byłam na światowych Dniach Młodzieży i spotkaniu z ojcem św. Janem Pawłem II, do Częstochowy szliśmy pielgrzymką z Drohiczyna, wspaniały i niezapomniany czas, i tego równiez życzę Tobie pomimo tych wszystkich wątpliwości, od zawsze jest tak że ludzie w takie miejsca i na takie spotkania podążają z różnych powodów, efekt jednak będzie jeden pozostaną niesamowite wspomnienia :) a jeśli ktoś z tego czasu wyniesie coś dobrego to chwała Temu na wysokości! ściskam i z niecierpliwością czekam na relację

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio moją lekturą jest książka Pawła Zuchniewicza: "Szukałem Was. Jan Paweł II i Światowe Dni Młodzieży". Wyczytałam w niej taką ciekawostkę, że Santiago de Compostela w 1989 roku oraz Częstochowa były jedynymi miejscami spotkań ŚDM, do którego wielu uczestników zmierzało tradycyjnie, czyli pieszo. Pielgrzymka z Drohiczyna - podziwiam, i po trochu zazdroszczę takiej wytrwałości w wędrówce. Teraz wiem, gdzie wypracowałaś sobie taką kondycję na chodzenie po górach. Również ściskam!

      Usuń
  2. podpisuję się pod Twoimi wątpliwościami w 100%. Brzegów na żywo nie widziałam, ale wystarczyły mi plany, które miałam okazję obejrzeć.Włos się zjeżył na głowie. A może my za dużą wyobraźnie mamy... Oby! Gorzej, jeśli organizatorzy za małą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wolę mieć za dużą wyobraźnię. Rok temu ktoś tam z Watykanu przyjechał skontrolować teren. Do kurii poszedł list z wątpliwościami. Odpowiedź kurii była "prosta": Brzegi zostaną zmienione na inne miejsce tylko w razie powodzi... Więc co do ich wyobraźni nie będę się wypowiadać. Odpukać tylko, aby nie było żadnej tragedii na skalę międzynarodową, bo wtedy tak naprawdę wszyscy będą temu winni.

      Usuń
  3. Z tego co wiem, w 1991 roku uczestników Śdm bylo znacznie mniej, część przyszła w pielgrzymkach, więcej pociągami i tego typu komunikacja niż samochodami. Wymagania przybywających też były inne.
    Zgadzam się z Twoimi wątpliwościami - wiele spraw zdaje się być zostawianych żeby ułożyły się według najbardziej optymistycznego scenariusza. I oby nie było inaczej.
    Ja byłam na Śdm w Madrycie, pomagałam wtedy organizować grupy z mojej diecezji i pamiętam, że organizacyjnie nie wszystko grało w Hiszpanii. I choć olbrzymie madryckie lotnisko pomieściło pielgrzymów, bylo ciasno i w razie ewakuacji nie byloby różowo. Oby nie bylo deszczowo w Brzegach. 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Częstochowy w 1991 roku przybyło około 1,6 milionów pielgrzymów, teraz ma przybyć o milion więcej, więc różnica jest znaczna. Żałuję, że raczej nikt nie przyjdzie na spotkanie w pielgrzymce, tak jak do Santiago de Compostela, czy też do wspomnianej przez Ciebie Częstochowy. Fakt, obydwa sanktuaria mają piesze pielgrzymowanie w długowiecznej tradycje, jednak taka piesza pielgrzymka jeszcze bardziej jednoczy ludzi...
      Co do Madrytu to na jednej z uczelnianych konferencji poświęconych ŚDM wypowiadano się, że było to jedno z najgorszych pod względem organizacyjnym spotkań w historii. Co ciekawe, podkreślano tutaj rolę polskich wolontariuszy, którzy jako jedni z nielicznych zawsze służyli swoją pomocą i uśmiechem. Podobno coś tam było, że nagle zaczął padać deszcz i tylko oni zaczęli rozwijać płachty. Mam nadzieję, że teraz nie będzie zbyt dużo padać, bo te całe Brzegi zamienią się w bajorko...

      Usuń