Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 8 lipca 2016

Zakazane miasto

Był środek nocy, kiedy przez jedną z miejskich ulic gnało kilka motorów. Nagle na horyzoncie pojawił się przypadkowy przechodzeń. Jeden z jadących na motorach wyciągnął pistolet. Rozległ się huk, idący chodnikiem człowiek pada bez życia. Jego oprawca jest zadowolony - został w ten sposób przyjęty do lokalnego gangu.
Kilka dni później, tą samą ulicą, jechało papamobile z papieżem Jana Pawła II. Na miejsce VI Światowego Dnia Młodzieży Jan Paweł II wybrał Denver, miasto niezbyt cieszące się sławą, położone w Stanach Zjednoczonych.
Był czwartek, 12 sierpnia 1993 roku, kiedy o godzinie 14:30 samolot włoskich linii lotniczych z orszakiem papieskim na pokładzie wylądował na lotnisku w Denver. Na płycie czekała już oficjalna delegacja z prezydentem Billem Clintonem na czele. Po przywitaniu obydwóch głów państw ze sobą, zarówno papież, jak i prezydent Ameryki podeszli do specjalnie przygotowanego podium, aby wygłosić przemówienia. Zgodnie z prognozą pogoda tego dnia była wyjątkowo paskudna. Z czarnych chmur padał rzęsisty deszcz. Ktoś z grupy towarzyszących papieżowi rozłożył nad nim parasol. Prezydentem natomiast nikt się nie przejmował - z każdą chwilą mókł coraz bardziej, zaś litery na jego kartce rozmazywały się, aż w pewnej chwili zrezygnował z czytania. Dopiero po jakimś czasie ktoś to spostrzegł i podszedł do Clintona z drugim parasolem. Przemówienie papieskie wyraźnie nawiązywało do tematu Światowego Dnia Młodzieży, zaczerpniętego z Ewangelii wg św. Jana: "Aby życie mieli i mieli je w obfitości". Papież jak zwykle zaskakiwał. Wszyscy spodziewali się usłyszeć surowego kaznodzieję, nie rozumiejącego, a nawet nie chcącego zrozumieć kraju, do którego przybywa. Tymczasem wydawało im się, że słyszą rzecznika praw młodych Amerykanów. I to w nich szukał swoich sojuszników. Wiedząc, że Bill Clinton nie akceptuje wszystkich głoszonych przez niego nauk przypominał, że życie jest nienaruszalną wartością.
Po powianiu papież wsiadł do helikoptera, który miał go zawieść do miejscowego uniwersytetu prowadzonego przez jezuitów, aby porozmawiać tam w cztery oczy z prezydentem. Jeszcze kilka godzin temu na placu przed wejściem do budynku pojawiła się rzesza homoseksualistów, członków Stowarzyszenia Ateistów, jak również zwolennicy aborcji. Wykrzykiwali, że papież nic dla nich nie robi, zaś ich podatki idą na organizację tego typu impres. Tłum na szczęście został przepędzony przez oddziały policji, aby nie zakłócać przebiegu rozmów Jana Pawła II z Bilem Clintonem.
Tymczasem na stadionie, na którym miało dojść do otwarcia uroczystości pojawiała się coraz większa liczba młodzieży. W sumie naliczono ich 700 tysięcy. Nie był to oczywiście tak imponujący wynik jak dwa lata wcześniej w Częstochowie, jednak i tak zaskoczył wszystkich. Tym bardziej, że dzień wcześniej na Mszę świętą koncelebrowaną przez amerykańskich biskupów przyszło zaledwie kilkanaście tysięcy ludzi. Teraz ten ogromny, mogący pomieścić do 100 tysięcy osób stadion wypełniony był po brzegi. Młodzież, pomimo deszczu, bawiła się wyśmienicie, wymachując flagami z emblematem spotkania:
Kiedy na horyzoncie pojawił się helikopter z papieżem, zgromadzeni na trybunach ludzie wstali, robiąc tzw. falę. Rzeczywiście wyglądało to jak ogromna fala ludzka przetaczająca się przez stadion. I wtedy stało się coś dziwnego - pod wpływem oklasków i wiwatów na stadionie wytworzyła się taka fala powietrza, że pilotowi sterującemu maszynę ciężko było wylądować. Kiedy Jan Paweł II wjechał na płytę stadiony papamobilem, zgromadzona młodzież oszalała z radości. Zabrzmiał hymn, napisany specjalnie na to spotkanie:
Papież wysiadł z pojazdu i wszedł na przygotowany stadion. Spojrzał na zgromadzoną rzeszę młodych ludzi. W jego oczach widać było wzruszenie, które zobaczyli wszyscy na telebimach. Nazajutrz jeden z uczestników spotkania zdradził dziennikarzowi: "Michael Jackson nigdy dla mnie nie płakał. A papież płakał. To znaczy, że mnie kocha, i że jestem dla niego ważny". Podczas swojego pierwszego spotkania z młodzieżą papież zwrócił uwagę na piękno przyrody. Bo przecież Denver, chociaż to typowe biznesowe miasto, osadzone jest w przepięknej scenerii Gór Skalistych. Zwrócił uwagę, że jest to przykład więź między dziełem rąk ludzkich i dziełem Rąk Boskich. Jednocześnie zachęcał wszystkich zgromadzonych, aby weszli w głąb swoich serc, aby przeżyli następne dni jako prawdziwe spotkanie z Chrystusem.
W piątek 13 sierpnia zaplanowano kilkugodzinny odpoczynek w ośrodku rekolekcyjnym położonym w Górach Skalistych na wysokości 3100 m. Spodziewano się nawet, że Ojciec Święty będzie chciał się chwilę zdrzemnąć. Tym czasem Jan Paweł II zaproponował... spacer po górach. Na trasie czekały na niego nie tylko piękne widoki, ale też grupa ok. 100 wiernych, którzy chcieli tylko zobaczyć papieski helikopter. Rzeczywistość przerosła ich najśmielsze oczekiwania - Jan Paweł II nie tylko do nich podszedł, ale też zamienił kilka słów. Tego samego dnia uczestnicy Światowego Dnia Młodzieży dostali dwa zaproszenia - w pierwszym w ciągu dnia mogli zrezygnować z jednego posiłku, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekazać na cele hospicjum dla chorych na AIDS w Ugandzie. Drugie dotyczyło wieczornego nabożeństwa Drogi Krzyżowej odbywającego się na Mile High Center. Ale na Drodze Krzyżowej ten dzień się nie skończył. Najwytrwalsi, nie wiedząc o polskiej tradycji "okna na Franciszkańskiej", udali się jeszcze pod rezydencję arcybiskupa Jamesa Stafforda, gdzie nocował papież. Ku ich wielkiej radości papież wyszedł na balkon, aby z nimi pogawędzić i pożartować, aż w końcu życzyć im dobrej nocy. Jednak zanim młodzi ludzie się rozeszli pozbierali wszystkie przyniesione przez siebie śmieci.
Nazajutrz kilkadziesiąt tysięcy młodzieży zebrało się w centrum miasta, aby wyruszyć na wieczorne czuwanie do odległego o 20 kilometrów Parku Stanowego Cherry Creer, jednego z ulubionych miejsc mieszkańców Denver. W Ameryce, gdzie nieznana była tradycja pieszych pielgrzymek, budziło to zdziwienie. Rankiem została jeszcze odprawiona Msza święta dla uczestników Międzynarodowego Forum Młodych, które podobnie jak w Częstochowy, poruszało problemy związane z wiarą katolicką w poszczególnych krajach. Następnie papież uczestniczył we Mszy świętej dla diecezji w Denver. W tym czasie młodzi docierali już na miejsce i zajmowali miejsca na zielonej trawie. W pewnym momencie padł przez głośniki komunikat, że Jan Paweł II zbliża się do Cherry Creer. W zmęczonych piechurów naszły nowe siły - wybuchnął potężny aplauz, a okrzykom radości nie było końca. Helikopter z góry obleciał całe zgromadzenie, a następnie poleciał na lądowisko. Jeszcze większa radość wybuchła, kiedy okazało się, że papież objedzie w papamobilu wszystkie sektory, aby w ten sposób zbliżyć się do zgromadzonych. Po chwili wszedł na podium, aby odczytać rozważanie, które tradycyjnie składało się z trzech części. W pierwszej papież pokazał pomyślane od wieków zadanie człowieka, w drugiej przedstawiał przeszkody jakie spotyka nie na drodze wykonania tego zadania, w ostatniej zaś przedstawił zgromadzonym wizję dalszej drogi.
15 sierpnia wybudzających się ze snu pielgrzymów przywitał poranny chłód charakterystyczny dla górskich terenów. Już tylko kilka godzin pozostało do Mszy Świętej kończący VIII Światowy Dzień Młodzieży. Gdy jednak papieski helikopter ukazał się oczom zebranym, wszyscy zapomnieli o zmarzniętych kościach. Radość wybuchła ze zdwojoną siłą, a animuszu dodawało skandowanie "John Paul Two - we love you!". Był poranek najważniejszego święta Maryjnego w Kościele Katolickim. Podobnie jak dwa lata wcześniej, tak także i teraz papież spotkał się z młodymi w uroczystość Wniebowzięcia NMP. Po raz kolejny padła prośba: "Nie lękajcie się!". "Przyszedł czas, aby powiedzieć sobie do widzenia. Chyba już za dużo mówiłem. Jest was tu wielu, dziękuję wam. Dziękuję wam z całego serca. Dziękuję, że jesteście!" - padło w ostatnich słowach papieża do młodzieży zgromadzonej w tym niezbyt bezpiecznym mieście.
W ten sposób stał się mały cud. Przez trzy dni Denver było zupełnie innym miastem. Przestępczość spadła do zera, po ulicach poruszali się uśmiechnięci, zadowoleni młodzi ludzie. Ktoś skomentował to zdarzenie tymi słowami - "Takie dzieciaki są jak marzenie. Jak marzenie, które się spełniło".

2 komentarze:

  1. Ech dobrze, że zostały nam wspomnienia :) zawsze ze wzruszeniem takowe czytamy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Chociaż ja te teksty opieram nie o swoje, ale o Pana Pawła Zuchniewicza. Niestety, w tych czasach, nawet jeżeli "oglądałam" transmisje z tego wydarzenia, to nie byłam tego w pełni świadoma :(

      Usuń